Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   246   —

Petruchio.  Kto ją tu przyniósł?
1 Służący.  Ja, panie.
Petruchio.  Spalona,
Jak wszystkie wasze potrawy spalone.
A psy przeklęte! gdzie ten nicpoń kucharz?
Jak śmiecie, łotry, służyć baraniną,
Wiedząc oddawna, że jej znieść nie mogę?
Zbierzcie półmiski i szklanki i wszystko!

(Zrzuca całe nakrycie ze stołu).

Nieokrzesane i głupie gawrony!
Co, wy mruczycie? ja was tu nauczę!
Katarz.  Proszę cię, mężu, nie bądź tak gwałtowny!
Pieczeń jest dobra, byłeś chciał skosztować.
Petruchio.  Nie, Kasiu, pieczeń sucha jak podeszwa,
A suchych mięsiw doktor mi zabronił,
Bo rodzą gniewy i budzą zły humor;
Już popędliwi jesteśmy z natury,
Lepiej więc będzie dla obojga pościć,
Niźli się żywić mięsem przepieczonem.
Cierpliwość! jutro lepszy będzie obiad.
Na dzisiaj, Kasiu, pośćmy dla kompanii.
Teraz twój ślubny pokażę ci pokój.

(Wychodzą: Petruchio, Katarzyna i Kurtys).

Nataniel.  Czy podobnego widziałeś co, Piotrze?
Piotr.  On ją zabija własnym jej humorem.

(Wchodzi Kurtys).

Grumio.  Gdzie pan?
Kurtys.  W pokoju pani, gdzie jej teraz
Prawiąc kazanie o wstrzemięźliwości,
Klnie, wszeszczy, tupa, tak, że biedna dusza
Nie wie co mówić, na której stać nodze;
Siedzi jak człowiek ze snu rozbudzony.
Ale zmykajmy, bo widzę, pan wraca. (Wychodzą).

(Wchodzi Petruchio).

Petruchio.  Zacząłem moje rządy politycznie,
I myślę, że je szczęśliwie zakończę.
Sokół mój teraz pusty ma żołądek,
Głodzić go będę, póki nie unoszę,