Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   247   —

Inaczej, nigdy nie zwiąże wabika.
Mam drugi sposób ułożyć małża,
By słuchał głosu swego sokolnika:
Jak dzikie konie, morzyć bezsennością,
Kiedy uparte srożą się i dziobią;
Nic dziś nie jadła i nic jeść nie będzie,
I spać nie będzie tej jak przeszłej nocy,
Bo jak w potrawach znalazłem przywary,
Tak je wynajdę i w posłaniu łóżka:
Tu więc materac, tam rzucę poduszkę,
W jeden kąt kołdrę, w drugi prześcieradło;
A naturalnie, harmider ten cały
Jest tylko skutkiem troskliwości o nią:
I koniec końców, nie przymruży oka.
Jeśli przypadkiem znużona zadrzymie,
Musi na moje obudzić się wrzaski.
Tak się miłością zabijają żony,
Tak ja szalony upór jej zwyciężę:
Na sekutnice lepszy sekret wiecie?
Raczcie w gazetach rozgłosić po świecie (wychodzi).


SCENA II.
Padwa. — Przed domem Baptysty.
(Tranio i Hortensyo).

Tranio.  Powiedz mi szczerze, Licyo, czyli Bianka
Może przenosić kogo nad Lucencya?
Wyznaję, tkliwem strzela na mnie okiem.
Hortens.  Abyś uwierzył lepiej memu słowu,
Jego prelekcyom z boku się przysłuchaj.

(Odchodzą na stronę. — Wchodzą: Bianka i Lucencyo).

Lucencyo.  Czyli korzystasz, pani, z twoich czytań?
Bianka.  Ty przódy powiedz, mistrzu, co sam czytasz?
Lucencyo.  Czytam kochania sztukę, której uczę.
Bianka.  Bogdajeś mistrzem w sztuce twojej został!
Lucencyo.  Póki ty jesteś duszy mej mistrzynią. (Wychodzą).
Hortens.  Podwójnym widzę maszerują krokiem.