Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   206   —

Bianko, natychmiast wracaj mi do domu;
A, dobra Bianko, niech cię to nie martwi,
Bo ja cię zawsze z całej kocham duszy.
Katarz.  Wsadź palec w oczy biednemu kurczątku,
Żeby przynajmniej miała czego płakać.
Bianka.  Z mojego smutku raduj się więc, siostro.
Z pokorą twoje wypełnię rozkazy:
A w moich książkach, moich instrumentach
Znajdę osłodę mojej samotności.
Lucencyo  (na str.). O, słuchaj, Tranio, jak mówi Minerwa!
Hortens.  Panie Baptysto, dziwny z ciebie ojciec.
Żal mi, że nasze dobre dla niej chęci
Tylko jej smutek przyniosły.
Gremio.  Więc pragniesz
Dla tego dyabła do klatki ją zamknąć?
Ciężko ją karać za zły język siostry?
Baptysta.  Skończmy rzecz, proszę; taka moja wola.
Idź, Bianko. (Bianka wychodzi).
A że wiem dobrze, jak sobie podoba
W poezyi, śpiewie, różnych instrumentach,
Na mistrzach w moim nie braknie jej domu,
Aby jej młodą kierowali zdolność.
Jeśli, panowie, znacie zdolnych ludzi,
Będę wam wdzięczny, gdy mi ich przyślecie,
A ja z należną nagrodzę szczodrotą
Ludzi z talentem, co mi w pomoc przyjdą,
By dzieci moje uczciwie wychować.
Na teraz, żegnam. — Zostań, Katarzyno,
Bo mam co z Bianką sam na sam pogadać (wychodzi).
Katarz.  I ja też myślę, że pójść także mogę;
Moje godziny mająż mi wyznaczać,
Jakgdybym sama nie mogła osądzić,
Co mi wziąć, a co opuścić należy?
Ha! (Wychodzi).

Gremio.  Możesz iść sobie do dyablej maci. Posiadasz tak dobre przymioty, że wszyscy od ciebie uciekają. Miłość ich nie jest tak wielka, Hortensyo, abyśmy nie mogli dmuchać sobie w palce i pościć cierpliwie: na-