Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   235   —

Ludzie palcami będą mnie wytykać,
Wołać: „patrz! żona waryata Petruchia,
Gdyby przyjść tylko i pojąć ją raczył“.
Tranio.  Cierpliwość, signor Baptysto i pani!
Uczciwe były Petruchia zamiary,
Choć nie znam przeszkód, które go wstrzymały.
Trochę jest szorstki, lecz pełny rozumu,
I choć wesoły, uczciwy jest razem.
Katarz.  Bogdaj go oczy moje nie widziały!

(Wychodzi, płacząc, za nią Bianka i Słudzy).

Baptysta.  Idź, biedna córko! Łez twoich nie ganię:
Czyn taki nawet świętąby oburzył,
A cóż podobną do ciebie złośnicę!

(Wchodzi Biondello).

Biondello.  Panie, panie! nowiny, stare nowiny, takie nowiny, jakich jeszcze nie słyszałeś!
Baptysta.  Nowiny, a przecie stare nowiny? jak to być może?
Biondello.  Jakto? alboż to nie nowina słyszeć o powrocie Petruchia?
Baptysta.  Czy wrócił?
Biondello.  Nie, panie.
Baptysta.  Cóż więc?
Biondello.  Wraca.
Baptysta.  Kiedy tu będzie?
Biondello.  Gdy stanie, gdzie ja stoję i zobaczy was, jak ja widzę.
Tranio.  Ale wróćmy do twoich starych nowin; co widziałeś?
Biondello.  Słuchaj tylko, panie; Petruchio przybywa w nowym kapeluszu, a starej sukmanie; w starych spodniach, trzy razy nicowanych; w parze butów, które kiedyś na skład świec służyły, jeden zapięty sprzączką, drugi sznurowany; ze starą, zardzewiałą karabelą, dobytą z miejskiego arsenału, ze złamaną rękojeścią bez skówki, o dwóch złamanych ostrzach. Koń jego osiodłany starą, robaczliwą kulbaką, której strzemiona nie z jednej familii; do tego nosaty, z grzbietem jak kolano, gruzłowaty, parchowaty, sednisty, guzowaty, poznaczony żółtaczką, zołzowaty nie do wyleczenia, napół zdechły od zawrotu, rupiami toczony, łękowaty,