Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   228   —

Moje zaloty nie mogły być marne.
Baptysta.  No, jak tam, córko? czy zawsze uparta?
Katarz.  Zowiesz mnie córką? Nie można zaprzeczyć,
Żeś mi dał dowód ojcowskiej czułości,
Pragnąc mnie wydać za pół-wartogłowa,
Waryata, gbura, któremu się zdaje,
Że klęciem wszystko można uskutecznić!
Petruchio.  Słuchaj mnie, ojcze: i ty i świat cały
Fałszywe o niej wydaliście zdanie;
Jeśli się sierdzi, to przez politykę,
W duszy jest bowiem skromna jak gołąbek,
I nie gorętsza od wiosny poranka;
Swą cierpliwością wyrówna Gryzeldzie,
Rzymskiej Lukrecyi duszy swej czystością.
Słowem po krótkiej zapadło rozmowie,
Że ślub nasz w przyszłą bierzemy niedzielę.
Katarz.  W przyszłą niedzielę przody będziesz dyndał.
Gremio.  Czy słyszysz? mówi, że przód będziesz dyndał.
Tranio.  I na tem koniec? a więc nic z układów.
Petruchio.  Cierpliwość! wszak ją dla siebie wybrałem;
Jeśli my w zgodzie, w co się chcecie mieszać?
W porozumieniu spólnem tak zapadło,
Że między ludźmi będzie jeszcze swarną.
Daję wam słowo, że trudno uwierzyć,
Jak ta Kasieńka serdecznie mnie kocha.
Drogie kurczątko! zwisła mi na szyi
I przysięgami i całusów krocią
Zyskała moją miłość w mgnieniu oka.
Fryce z was, widzę, wy jeszcze nie wiecie,
Jak to sam na sam gach choć najtchórzliwszy
Może ugłaskać straszną sekutnicę.
Daj rękę, Kasiu; jadę do Wenecyi,
Aby co prędzej wyprawę zakupić.
Tymczasem, ojcze, ślubne urządź święto,
Na którem Kasię w całym ujrzysz blasku.
Baptysta.  Nie wiem co mówić; lecz dajcie mi ręce:
Petruchio, niechaj Bóg ci błogosławi!
To zrękowiny.