Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   241   —

Grumio, do szabli! śród bandy złodziei
Ratuj twą panią, jeśli masz odwagę.
Nie bój się, Kasiu, włosek ci nie spadnie,
Będę ci tarczą przeciwko milionom.

(Wychodzą: Petruchio, Katarzyna i Grumio).

Baptysta.  Niech z Bogiem jedzie ta gołębi para!
Gremio.  Pękłbym od śmiechu, gdyby dłużej został.
Tranio.  Z szalonych małżeństw to jest najszaleńsze.
Lucencyo.  A ty co myślisz, pani, o twej siostrze?
Bianka.  Szalona sama, wzięła szalonego.
Gremio.  Okatarzony widzę nasz Petruchio.
Baptysta.  Drodzy sąsiedzi, choć brak państwa młodych,
Aby na miejscu honorowem zasiąść,
Na smacznym kąsku wiecie, że nie zbywa.
Na miejscu męża niech siądzie Lucencyo,
A miejsce żony niech Bianka zastąpi,
Tranio.  Żeby się uczyć swojej przyszłej roli?
Baptysta.  Zgadłeś, Lucencyo. Panowie, prosimy. (Wychodzą).


AKT CZWARTY.
SCENA I.
Sala w wiejskim domu Petruchia.
(Wchodzi Grumio).

Grumio.  A niech piorun trzaśnie wszystkie zmordowane szkapy, wszystkich postrzelonych panów i wszystkie złe drogi! Czy był kiedy człowiek więcej niż ja zaszargany, więcej niż ja strudzony? Ślą mnie naprzód, abym zapalał ogień, a oni później grzać się przyjeżdżają. Gdybym nie był małym garnuszkiem, co się łatwo rozgrzewa, przódby mi wargi do zębów przymarzły, język do podniebienia, a serce do brzucha, nimbym znalazł ogień do odtajania. Ale się rozgrzeję dmuchając na ogień, bo