Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   269   —

Petruchio.  Trochę zadrasnął; nie mogę zaprzeczyć;
Ale że ostry ześliznął się pocisk,
O zakład, że was obu okoślawił.
Baptysta.  Teraz bez żartu, synu mój, Petruchio,
Żona jest twoja pierwszą sekutnicą.
Petruchio.  Wręcz temu przeczę, a na dowód, wnoszę,
Aby z nas każdy posłał po swą żonę;
A kto z nas pierwszy znajdzie posłuszeństwo,
Wygra przez wszystkich położoną stawkę.
Hortens.  Zgoda! o ile?
Lucencyo.  Dwadzieścia talarów.
Petruchio.  Dwadzieścia tylko? Drobnostkę tę stawiam
Na psa mojego lub mego sokoła;
Dwadzieścia razy tyle na mą żonę.
Lucencyo.  Więc sto talarów —
Hortens.  Zgoda!
Petruchio.  Targ doblty.
Hortens.  Który z nas zacznie?
Lucencyo.  Ja. Sluchaj, Biondello,
Idź, powiedz pani, żeby do mnie przyszła.
Biondello.  Śpieszę (wychodzi).
Baptysta.  Gdy zechcesz, idę do połowy,
Że twoja Bianka na rozkaz się stawi.
Lucencyo.  Nie, w mym zakładzie żadnej nie chcę spółki.

(Wraca Biondello).

Co mi przynosisz?
Biondello.  Pani jest zajęta
I przyjść nie może.
Petruchio.  Co? Pani zajęta,
I przyjść nie może? i to jej odpowiedź?
Gremio.  Odpowiedź grzeczna; radzę ci, proś Boga,
Ażeby twoja gorszej ci nie dała.
Petruchio.  Nie, ja po mojej lepiej się spodziewam.
Hortens.  Teraz, Biondello, idź do mojej żony
I proś, ażeby natychmiast tu przyszła.

(Wychodzi Biondello).

Petruchio.  Proś! naturalnie, że przyjdzie na prośbę.
Hortens.  Boję się bardzo, że choć co chcesz zrobisz,