Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   203   —

Racz mi przebaczyć jedną, lub dwie noce,
A jeśli nie chcesz, to choć do zachodu,
Bo mi twój doktor wyraźnie powiedział,
Że dawna słabość wróci niezawodnie,
Jeśli od twego nie wstrzymam się łoża.
Słowa te, sądzę, wymówką mi będą.

Slaj.  Jak stoją rzeczy, trudno mi będzie czekać tak długo; nie chciałbym przecie do starych marzeń powrócić. Co robić, trzeba czekać na przekór krwi i ciału.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  Nadworna trupa waszej wysokości,
Gdy o szczęśliwej usłyszała zmianie,
Pragnie wesołą przedstawić komedyę,
Do czego doktor chętnie się przychyla;
Bo skoro smutek pańską krew oziębił,
A melancholia mamką jest szaleństwa,
Uznał za dobre, by wesoła sztuka
Do śmiechu pańskie myśli nastroiła;
Śmiech jest lekarstwem i życie przedłuża.

Slaj.  I owszem, niech grają. Komedya to coś niby jasełka, albo kuglarskie sztuki?
Paź.  Nie, dobry panie, to rzecz zabawniejsza.
Slaj.  Cóż to być może?
Paź.  Jest to rodzaj historyi.
Slaj.  Dobrze, zobaczymy. Pani żono, siadaj tu przy mnie; niech świat po staremu się toczy; nie będziemy nigdy młodsi. (Siadają).


AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Publiczny plac w Padwie.
(Lucencyo i Tranio).

Lucencyo.  Nakoniec, Tranio, ja co tak pragnąłem
Zobaczyć Padwę, tę piękną sztuk mamkę,