Reïs Effendina

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Reïs Effendina
Podtytuł Powieść wschodnia
Pochodzenie cykl W kraju Mahdiego
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1927
Druk Zakł. Graf. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Im Lande des Mahdi
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Karol May
Reïs Effendina
POWIEŚĆ WSCHODNIA
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo2.png


1927


WARSZAWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA
ORIENT  R.  D.  Z.  EAST
W WARSZAWIE
17, PROSTA, 17


Zakł. Graf. „Bristol”, Warszawa, Elektoralna 31.
Prawo wydawania i tłumaczenia na język polski wszystkich dzieł Karola Maya jest wyłączną własnością Warszawskiej Spółki Wydawniczej ORIENT R. D. Z. EAST w Warszawie, Prosta 17.
Wszelkie inne wydania i tłumaczenia będą prawnie ścigane.
Copyright nineteen hundred twenty seven by Warszawska Spółka Wydawnicza ORIENT R. D. Z. EAST WARSAW
Printed in Poland




REIS EFFENDINA

Murad Nassyr odprowadził mnie i dzieci. Posługacz szedł przed nami. Kiedyśmy się dostali na statek, skończyła załoga właśnie modlitwę południową i zabierała się do rozwinięcia wielkiego żagla. Uścisnąłem Nassyrowi rękę, podziękowałem mu za towarzystwo i wskoczyłem razem z czarnymi na pokład. Wkrótce wiatr wydął żagle i dahabijeh skierowała dziób ku środkowi rzeki. Po kilku pożegnalnych skinieniach odwróciłem się od brzegu, aby przywitać się z reïsem[1]. Podszedłszy do mnie, ukłonił się bardzo grzecznie i nawet podał rękę, poczem zaprowadził mnie sam do mojej kajuty. Kajuta znajdowała się w tylnej części okrętu, a od pokładu dzieliła ją wisząca rogoża słomiana, zastępująca drzwi. Zauważyłem tam coś w rodzaju materaców, a ponieważ w koce zaopatrzył mnie Nassyr, mogłem urządzić się wygodnie z moimi małymi, czarnymi towarzyszami podróży. Miejsca było tu dość, choć nie za wiele. Ku mojemu zdziwieniu, zastałem tuzin flaszek, ustawionych wzdłuż ściany. Reis mnie objaśnił, że Turek je przysłał. Było to piwo pilzeńskie. Sympatja moja dla grubasa wzmagała się z każdą chwilą.
Właśnie odszedł był reis ode mnie, a ja przystąpiłem do małej luki w kajucie, aby rzucić okiem na ożywioną żaglami rzekę, kiedy usłyszałem za sobą głos:
— Effendi, czy pozwolisz mi przynieść tu swoje rzeczy, które hammal złożył tam naprzedzie okrętu?
Odwróciłem się do mówiącego. Stał u wejścia do kajuty w tak uprzejmej, pokornej nawet postawie, że trzeba było odpowiedzieć mu przyjaźnie, a jednak nie mogłem się na to zdobyć. Oko jego patrzyło ostro z pod brwi krzaczastych, a kąty wąskich warg opadały ku dołowi, jakby za chwilę miał wybuchnąć śmiechem szyderczym. A nos...! Był mocno spuchnięty i zabarwiony na żółto, czerwono, zielono i niebiesko. Jakim sposobem ten człowiek tak sobie twarz oszpecił? Mimowoli przyszedł mi na myśl duch trzeci, którego nos zetknął się silnie z moją pięścią. W duszy mej, skłonnej teraz do nieufności, zbudziło się podejrzenie. Kiedy rozwijano żagle, zanim okręt ruszył, śpiewali majtkowie: „Ah ia sidi Abd el Kader“. Jest to zwyczajny okrzyk muzułmanów, należących do Kadirine. Czyżby reis tego statku, a z nim cała załoga, byli członkami bractwa? Czyżby Abd el Barak, który od Selima mógł się dowiedzieć, że popłynę na dahabijeh, kazał reisowi wziąć na statek mego trzeciego stracha? Były to dla mnie pytania pierwszorzędnego znaczenia. Nie zdradziwszy myśli swoich najdrobniejszym skurczem twarzy, zaskoczyłem tego człowieka nagłem zapytaniem:
— Jak się nazywasz?
Zapewne spodziewał się, że na swoje zapytanie otrzyma w odpowiedzi słowo zgody: „tak“, usłyszawszy jednak coś innego, zawahał się na chwilę. Dlaczego? Czy miał powód do skrywania swego imienia?
— No, odpowiadaj! — przynagliłem surowo.
— Nazywam się ben Szorak — odrzekł.
Powiedział to tak, jakgdyby wypuszczał przez u sta pierwsze lepsze imię, które przyszło mu na myśl. Nazwisko takie jednak, jak ben Szorak, czyli syn Szoraka, bynajmniej mi nie wystarczało. Ten człowiek miał około pięćdziesięciu lat, więc musiał mieć własne imię, po którem pewnie następowało ben Szorak. Nie zastanawiałem się jednak nad tem zbyt długo i pytałem dalej:
— Dlaczego się zgłaszasz do tej roboty?
— Ponieważ obsługuję podróżnych.
— Aha! Czy jesteś Arabem?
— Tak, z plemienia Maazeh.
— Jak długo służysz na tym statku?
— Od roku przeszło.
— Dobrze! Przynieś mi rzeczy. Jeśli będę z ciebie zadowolony, otrzymasz obfity bakszysz.
Zależało mi na tem, aby ten człowiek nie miał czasu zawiadomić drugich o udzielonych mi odpowiedziach. Wyszedłem więc na pokład. Reis stał wtyle obok sternika; przystąpiłem do niego i zadałem mu kilka pytań, odnoszących się do moich praw i obowiązków jako podróżnego. Potem spytałem, czyby nie zechciał wyznaczyć mi kogoś do drobnych posług. Reis odpowiedział, nie przeczuwając niczego:
— Już wyznaczyłem ci tego, co zaniósł do kajuty twoje rzeczy.
— Jak się nazywa?
— Barik.
— Czy to Beduin?
— Nie. Pochodzi z Minieh.
— Czy wierny i godzien zaufania? Jak długo jest na tym statku?
— Już od czterech miesięcy.
Wiedziałem dosyć. Ten upiór numer trzeci okłamał mnie i nie był nawet na tyle ostrożny, żeby omówić z załogą personalja. Nie ulegało wątpliwości, że przybył na statek jedynie w tym celu, aby mi w drodze towarzyszyć. Uderzyło mnie to, że bawił jeszcze w kajucie. Czego tam szukał? Zbliżyłem się ostrożnie, nie chcąc go spłoszyć przedwcześnie, a potem wszedłem szybko do środka. Dzieci siedziały i obgryzały kilka daktyli, które im dał, aby ich uwagę zaprzątnąć, a sam trzymał rękę w wewnętrznej kieszeni mego haika, chcąc widocznie zbadać jej zawartość. Udałem, że tego nie zauważyłem, i obarczyłem go jakiemś poleceniem, z którem się musiał oddalić.
Jakżeż uzasadnione były moje obawy! Teraz zachodziło pytanie, jakie polecenie otrzymał od Abd el Baraka. Może otrzymał rozkaz, aby mnie w drodze zamordować? Tej ostateczności nie chciałem jeszcze przypuszczać. Prawdopodobnie chciał mi wykraść dokumenty i może teraz właśnie szukał ich w kieszeni haika. Bądź co bądź, nie znajdowałem się w położeniu godnem zazdrości, i byłoby mi najprzyjemniej, gdybym mógł dahabijeh bezzwłocznie opuścić. Postanowiłem zmienić okręt przy najbliższej sposobności, co zresztą wielkich trudności nie przedstawiało, statki te bowiem przybijają prawie regularnie co wieczora do jakiejś przystani i zawsze znajdzie się ich tam kilka. Nie sądziłem przytem, żeby niebezpieczeństwo dziś już miało mi zagrażać. Zaniechałem narazie rozmyślań i zabrałem się do urządzenia mego małego pływającego gospodarstwa domowego. Należało przedewszystkiem zabezpieczyć żywność przed szczurami, które są prawdziwą plagą tych statków. W trakcie tego wpadła mi w rękę paczka tytoniu. Otworzyłem ją i znalazłem na wierzchu pepier złożony, a na nim napis: „pańskie koszta podróży do Siut“. Pakiet był dosyć ciężki; kiedy go rozwinąłem, zamigotało przede mną dwadzieścia inglis liraszy, czyli około tysiąca złotych. Mój gruby Murad Nassyr był sobie wcale poczciwym Osmanem. Mieliśmy wprawdzie bardzo odmienne przekonania religijne, lecz w kwestjach pieniężnych panowała widocznie między nami wzruszająca harmonja. Zachodziło tylko pytanie, do jakich usług chciał mnie tem zobowiązać. Wciąż jeszcze Nassyra podejrzewałem, że prowadzi takie interesy, na jakie zgodzić będzie mi się trudno. Jego twarz przybierała czasem wyraz taki, jaki można zauważyć tylko u ludzi, dla których każda droga dobra, jeśli prowadzi do celu. Jego zachowanie się wobec mnie niewątpliwie wynikało z dużej dozy sympatji, to przyznać musiałem; równocześnie jednak przypuszczałem, że wiele także dałoby się wyjaśnić jego egoistyczną rachubą. Tego egoizmu jednak nie mogłem mu brać za złe, bo każdy człowiek jest w mniejszym lub większym stopniu egoistą.
Ażeby żywność przed szczurami zabezpieczyć, zbudowałem z flaszek podstawę i położyłem na niej wszystkie zapasy i wartościowe przedmioty. Dopomagały mi w tem moje murzynięta. Okazało się przy tej sposobności, że były to dzieci zręczne i pojętne. Byłbym sobie oszczędził tej pracy, gdybym przeczuwał, że pobyt mój na dahabijeh nie przetrwa dnia jednego, Wiał wiatr północny, jak zwykle w tej porze roku, i statek płynął dosyć szybko, dopóki słońce nie zniknęło na zachodzie i nie odmówiono moghrebu[2]. Potem jednak kazał reis płynąć tylko połową żagli. Dahabijeh posuwała się powolniej i zauważyłem, że ster skierowano ku lewemu brzegowi rzeki. Zwróciłem się do reisa i spytałem o przyczynę tego manewru.
— Zatrzymujemy się w Giseh — odpowiedział.
— Ale dlaczego? Dopiero rozpoczęliśmy drogę. Z jakiego powodu mamy ją już przerywać? Jeszcze nie ciemno i wkrótce ukażą się gwiazdy, a przy ich świetle moglibyśmy wcale dobrze dopłynąć do Atar en Nebi lub Der et Tin, a nawet do Menil Sziba i do Der Ibn Sufgan.
— Skąd znasz te miejscowości? — spytał zdziwiony. — Kto ci o nich opowiadał?
— Uważasz mnie zapewne za nowicjusza? Nie po raz pierwszy tu jestem i przejeżdżałem już przez katarakty.
— W takim razie musisz wiedzieć, że statek przybija do brzegu z nastaniem zmroku.
— Tak, ale dopiero wtedy, kiedy dalej z powodu ciemności płynąć już nie można. Teraz przecież nie noc i dziś wogóle ciemno nie będzie, bo należy się spodziewać pięknego światła gwiazd, a także woda świeci. Moglibyśmy płynąć przez całą noc.
— Na to się żaden ostrożny i doświadczony reis nie ośmieli.
— I owszem. Ja sam tego nieraz doświadczałem. Żeglowaliśmy często przy blasku księżyca, albo przy świetle gwiazd przez całe noce. Jeśli chciałeś zatrzymać się w Giseh, to nie trzeba było wogóle zaczynać dzisiaj podróży. Zresztą, wiesz chyba o tem, że każdy rozumny reis kieruje się życzeniami podróżnych.
— Pod tym względem niema żadnego przepisu. Jestem panem tej dahabijeh i postępuję wyłącznie wedle własnego upodobania.
— W takim razie przygotuj się na to, że twoją niegrzeczność podam do publicznej wiadomości, a potem nie pojedzie z tobą nikt z Franków, którzy są najlepszymi podróżnymi i najlepiej płacą za wszystko!
— Niech nie jeżdżą! Nic mi po nich!
Odwrócił się i odszedł, i na tem skończyła się rozmowa. To wczesne przybicie do lądu w Giseh musiało mieć swój specjalny powód, być może w związku z planami Abd el Baraka, a zatem i z obecnością trzeciego ducha na statku. Miało stać się coś, czego nie chciano odwlekać i czego miano dokonać wpobliżu Kairu. Ale co to być mogło? A może tylko zamierzali wydrzeć mi podpisy Abd el Baraka? Prawdopodobnie słuszne były wszystkie moje domysły.
Co się tyczy Giseh, jest to miejscowość, w której wysiadają ze statków podróżni, chcący obejrzeć piramidy, leżące w odległości ośmiu kilometrów od Kairu. Podczas wylewu wynosi ta odległość dwa razy tyle, gdyż trzeba wtedy ogromne obszary wodne obchodzić wałami ziemnemi. Miejscowość ta posiada żelazny obrotowy most przez Nil. Naprzeciwko wyspy Roda leży ogród haremowy i park selamliku. Oprócz tego znajdują się tu liczne w gruzy zapadłe bazary i ruiny dawnych willi mameluckich, wreszcie kilka kawiarń, których próg jednak niechętnie przestępuje noga Europejczyka. W Giseh zamierzałem nocować nie na lądzie, lecz na statku, postanowiłem się jednak maskować i udawać, że chcę opuścić żaglowiec. To też, gdy dahabijeh przybiła do brzegu, zarzuciłem na siebie haik, wziąłem dzieci za ręce i udawałem, jakbym miał zamiar wyruszyć. W tej chwili zbliżył się szybko reis i zapytał:
— Z jakiemi się pan nosi zamiarami? Czy chcesz wysiąść, effendi, ażeby spędzić noc w Giseh?
— Tak.
— Nie znajdziesz tam noclegu.
— Czemu nie? Płacę dobrze, więc przyjmą mnie w każdym domu.
— Ale my odpłyniemy bardzo wcześnie, i jeśli zaśpisz, zostaniesz tutaj!
— Tego się nie obawiam, gdyż zawiadomię cię, gdzie będę, i będziesz mógł po mnie posłać.
— Posyłać po ciebie nie mogę. Muszę uważać na wiatr poranny i odpłynąć natychmiast, skoro tylko wiać zacznie.
— Wszak przysłanie kogoś do mnie byłoby zwłoką zaledwie kilku minut.
— Nawet tak krótkiego czasu nie mogę marnować.
— Cóż cię teraz tak nagli, skoro przybiłeś do brzegu, chociaż mogłeś jechać dalej?
— Jestem reisem i nie mam obowiązku wyłuszczać ci moich powodów. Chcesz iść, to idź, lecz nie poślę po ciebie. Jeśli zobaczę, że gwiazdy świecą dość jasno, odpłynę nawet przed północą i trudno ci będzie nas dogonić.
— W takim razie muszę poddać się twojej woli i zostać tutaj. Niech ci Allah wynagrodzi uprzejmość, z jaką obchodzisz się z podróżnymi!
Wypowiedziałem te słowa tonem niechęci i umyślnie przybrałem minę niezadowolenia. Na jego twarzy zaznaczył się przelotnie wyraz radości, udałem jednak, że tego nie dostrzegam. Osiągnąłem cel — wiedziałem mianowicie, czego mam się spodziewać. Zależało mu na tem, abym nie opuszczał statku; zamierzano więc plan, przeciwko mnie zwrócony, wykonać jeszcze dziś w nocy. Było mi to na rękę. Wolałem, żeby się sprawa już dziś zakończyła, niż żebym miał trwać dłużej w niepewności.
Majtkom pozwolono na to, czego mnie zabroniono; mogli wysiąść na ląd. Przypatrywałem się, jak opuszczali okręt; został tylko reis, mój „służący“ z nosem jak dynia, i sternik. Łatwo się domyślić, dlaczego pozwolono marynarzom opuścić statek. Chciano się pozbyć niepożądanych świadków.
Wkrótce wszedł służący do mnie do kajuty i zapytał, czy sobie czego nie życzę. Zażądałem wody i lampy, by mieć ciągle ogień do fajki. Przyniósł jedno i drugie i wtedy mimochodem zauważyłem, że czuję się niedobrze i że z tego powodu nie opuszczę kajuty. Wyjąłem przytem z kieszeni portfel i otworzyłem niby nieumyślnie tak, że widział, iż znajdują się w nim papiery. Postąpiłem tak, aby całą sprawę przyśpieszyć i wziąć na lep tych ludzi. Że miałem słuszność i że w sedno trafiłem, przekonałem się natychmiast, gdyż człowiek ten odpowiedział:
— Dobrze czynisz, effendi. Zostań w kajucie. Powietrze nocne szkodzi obcym i niejeden już dostał nieuleczalnego zapalenia oczu, spędziwszy wieczór na dworze. Chroń więc światła oczu twoich! Czy będziesz mnie potrzebował dziś jeszcze?
— Nie. Zjem jeszcze kilka daktyli, wypalę dwie fajki i ułożę się do snu.
— W takim razie idę i nie przeszkadzam. Miej noc szczęśliwą!
Złożył mi ukłon głęboki, choć nie tak karkołomny, jaki składał Selim, i oddalił się, zapuściwszy rogożę, ażeby kajutę oddzielić od pokładu. Zaledwie to uczynił, zgasiłem glinianą lampkę, ażeby nie widziano mnie w ciemności, podniosłem rogożę i wyjrzałem za nim. Domyślałem się, że służący natychmiast zawiadomi tamtych poczciwców o tem, co powiedziałem.
Na całym pokładzie nie było ani jednego światła. Zastępy gwiazd nie ukazały się jeszcze i tylko kilka ich zwiastunów migotało na niebie, nie mogąc rozjaśnić panujących ciemności. Wprawne moje oczy jednak patrzyły bystrzej, aniżeli oczy Arabów; dojrzałem ducha numer trzeci kierującego się ku środkowi statku. Podążyłem za nim. Wprawdzie nie obejmowałem wzrokiem całego pokładu, wiedziałem jednak, że leżało tam kilka obszytych łykowemi rogożami tobołów z tytoniem, transportowanych na południe. Popełzłem więc do nich na rękach i kolanach, jak mogłem najszybciej. Przypuszczenie moje sprawdziło się, kiedym się bowiem zbliżył, usłyszałem rozmowę. Na prawo stała oparta o toboł jakaś postać; obok niej druga. Posunąłem się nieco na lewo i położyłem po drugiej stronie tobołów. Usłyszałem przytem następującą rozmowę:
— Zaczekaj jeszcze! Nie należy dwa razy mówić o jednej rzeczy, skoro można powiedzieć raz tylko. Reis wkrótce nadejdzie.
— Gdzie on jest?
— Na brzegu. Udał się tam, chcąc przytwierdzić latarnię, aby muza’bir[3], który ma przyjść, nie potrzebował się błąkać.
Był to sternik i mój służący kajutowy. A zatem na lądzie wywieszono latarnię na znak dla kuglarza. Naco im ten człowiek potrzebny? Czy on tutejszy, czy też przybył z Kairu? Ciekawym wreszcie, czy sprowadzają go ze względu na mnie, czy też poto, aby zabawił załogę? Takim ludziom darowują zazwyczaj koszta podróży, jako zapłatę za popisy.
Ponieważ leżałem na podłodze, a obramowanie pokładu sięgało prawie do wysokości moich piersi, nie mogłem widzieć brzegu, ani latarni. Natomiast usłyszałem, jak rzekł służący który stał prosto:
— Teraz się świeci. Wetknął żerdź w ziemię i przymocował do niej latarnię. Zaraz powróci.
Leżałem od strony rzeki, a reis musiał nadejść od strony lądu, więc spodziewałem się, że mnie nie zobaczy. Znajdowałem się w położeniu prerjowego myśliwca, podchodzącego Indjan! Pod tym względem miałem dość wprawy i byłem pewien, że dowiem się czegoś ważnego.
Reis wszedł na pokład i przemierzył go krokami wpoprzek. Zawołano go cichem „pst!“, a on, widząc ich obu, zapytał:
— No, co robi ten giaur? Oby go Allah w wiecznym pogrążył ogniu!
Brzmiało to cokolwiek inaczej, aniżeli uprzejme przywitanie, z jakiem przyjął mnie na wstępie.
— Siedzi w swej komórce i pali fajkę — odpowiedział chajjal trzeci.
— Nie ma zamiaru wyjść?
— Nie. Czuje się niezdrów; wykurzy dwie fajki, a potem zaśnie. Zresztą, powiedziałem mu, że dostanie zapalenia oczu, jeżeli wyjdzie.
— Bardzo sprytnie! Bodajby ten pies udusił się swoim tytoniem! Jak śmie taki trup śmierdzący porywać się na naszego mokkadema i kraść mu niewolników! Oby uschnęła ręka, która to uczyniła, i oby nigdy nie wyzdrowiała! Czemu mokkadem, oby go Allah otaczał swoją opieką, nie kazał ci zabić tego niewiernego?
— Tylko dlatego, żeby ciebie nie narażać na niebezpieczeństwo. W Kairze bowiem wiadomo wszystkim, że wsiadł na twoją dahabijeh i gdyby zniknął, pociągniętoby ciebie do odpowiedzialności.
— To prawda, ale mógłbym powiedzieć, że wysiadł po drodze, a przypuszczam, że wszyscy ludzie moi potwierdziliby to zgodnie.
— Jest wśród nich kilku, którym ufać nie można, bo niedługo służą u ciebie. Dlatego radziłem ci oddalić ich teraz ze statku. Naco mają wiedzieć, że muza’bir przyjdzie na okręt.
— Niepotrzebnie mi go przysyłają. Musiałem przez niego przybijać do brzegu i to wpadło w oko chrześcijaninowi. Szczęściem, nie domyśla się niczego. Wierny sługa proroka zauważyłby zaraz, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Gdybyśmy nie musieli czekać na muza’bira, mógłbyś zamiast niego ukraść giaurowi papiery i zanieść je mokkademowi.
Allah, Wallah! Czego ty ode mnie wymagasz! Ten giaur silny jak lew; sam to na sobie poczułem. Pokonał mokkadema, który przecież posiada siłę olbrzyma, potem obalił jego sługę i omal mnie nie pochwycił. Ślad jego pięści ponoszę z miesiąc na twarzy. Za to, że mi w ten sposób zeszpecił ozdobę mojego życia, niech go djabeł na sto kawałków rozszarpie, a duszę jego spali w najsilniejszym ogniu! Nie znam trwogi, a serce moje pełne męstwa, jak serce pantery, ale wyciągnąć nocą papiery z kieszeni takiego zbójcy, tego dokonać nie potrafię, bo nie mam w tem wprawy. To potrafi muza’bir, który umie tysiąc sztuk, a przytem jest najsłynniejszym złodziejem kieszonkowym. Przyjdzie, weźmie papiery i zniknie. Gdy giaur brak ich spostrzeże, niech wtedy robi, co mu się podoba; na dahabijeh ich nie znajdzie.
— A czy wiesz, że ma je przy sobie?
— Nie ulega to najmniejszej wątpliwości.
— Możesz się mylić. Równie dobrze mógł je wziąć na przechowanie Turek Murad Nassyr.
— Nie. Jestem tego samego zdania, co nasz pobożny mokkadem. Giaur jest sprytniejszy, ostrożniejszy i silniejszy od Turka i nie powierzyłby mu tak ważnych dokumentów. Zachował je przy sobie na pewno. Zresztą, widziałem teraz, kiedy byłem u niego, portfel z listami i innemi papierami. Te trzy dokumenty muszą się tam na pewno znajdować.
— Spodziewam się; ale niełatwo mu je będzie zabrać. Jeśli się przytem zbudzi, wszystkie zachody stracone!
— Muza’bir ma lekką rękę i dokonywał już rzeczy o wiele trudniejszych. Wiesz chyba dobrze, że mokkadem nie pośle człowieka niezręcznego.
— Być może, ale zawsze lepiej zabić niewiernego! W ten sposób nie byłoby najmniejszej wątpliwości, że się sprawa powiedzie.
— Teraz także niema wątpliwości.
Mokkadem musi bezwarunkowo mieć te papiery i pewnie dał muza’birowi najdokładniejsze wskazówki. Kuglarz będzie miał oczywiście nóż przy sobie; otóż, jeśli się chrześcijanin nie zbudzi, zostanie narazie przy życiu, jeśli się jednak zbudzi, wbije mu muza’bir nóż w serce.
— Narazie? A więc później przecież zginie?
— Tak. Będzie to kara za grzechy, popełnione względem mokkadema.
— Ale kiedy i gdzie?
— To jeszcze nieoznaczone. Jak powiedziałem, oszczędzi się go teraz tylko ze względu na ciebie, gdyż jesteś wiernym członkiem Kadirine i ulubieńcem Abd el Baraka; ale po takich jego czynach musi nastąpić śmierć. Na dzisiaj daruje mu się życie, lecz zawiśnie ono na cienkim włosku, który się przerwie przy najbliższej sposobności.
— Chyba w Siut, gdzie wysiądzie i czekać będzie na Turka.
— Tego nie mogę powiedzieć, gdyż należy się kierować okolicznościami, a nie wiemy, czy te będą tam dla nas pomyślne.
— Skoro wam w Siut zniknie z oczu, umknie niezawodnie!
— O nie! Wiesz przecież, że jeszcze nie jest pewne, dokąd masz mnie ze sobą zabrać. Będę otwarty i powiem ci, że mam rozkaz zostać przy giaurze.
— Masz go śledzić?
— Tak. Nie wolno mi oka zeń spuścić. Muszę być względem niego uniżony i czujny, żeby nabrał do mnie zaufania. Potem łatwo mi będzie doprowadzić do tego, że mnie zatrzyma przy sobie jako sługę.
— Plan jest dobry, a ja mu cię polecę gorąco. A więc to ty masz go potem zabić?
— Nie. Mokkadem życzy sobie widzieć śmierć jego, ażeby w ostatniej chwili rzucić nań klątwę wiernego muzułmanina.
— Ależ mokkadem znajduje się w Kairze!
— Dzisiaj tak, ale wyrusza na południe do Chartumu i dalej.
— W sprawach świętej Kadirine?
— Tak. Otrzymał list, aby koniecznie tam jechał. Przebywa tam nadzwyczajnie pobożny i uczony fakih[4], który wstąpił do Kadirine i wymyślił wielki plan rozszerzenia Islamu po całym świecie. Nazywa się Szech Mohammed Achmed, czy Achmed Suleiman[5]; dobrze już nie pamiętam. Plan jego ma tak wielką wagę, że gdy przyjdzie do jego wykonania, wtedy nasza Kadirine zajaśnieje niezmiernym blaskiem. Wobec tego postanowił mokkadem posłuchać wezwania tego człowieka, odwiedzić go i wszystko z nim omówić. Widzisz więc, że Abd el Barak nie zostanie w Kairze, lecz uda się do Chartumu i tam spotka się z tym psem chrześcijańskim. Może natknie się na niego już wcześniej. Będę się o to starał, gdyż wiem, którym statkiem mokkadem przyjedzie.
— To, co słyszę, ma wielkie znaczenie. Teraz już pojmuję, dlaczego nie należy tego giaura zabić na mojej dahabijeh. Tam na południu nie mają obcy konsulowie tej władzy, co tutaj, i nikt nie zwróci uwagi na zniknięcie psa niewiernego. Mokkadem przybije pewnie w Siut do brzegu i wysiądzie. Jeśli potrafisz tak długo trzymać się giaura, to nietrudno ci będzie wydać go w ręce Abd el Baraka. Mam nadzieję, że nie uda mu się ujść zasłużonej zemsty. Ale powiedz, czy wolno ci o tem mówić? Te trzy pisma, które mu mamy zabrać, muszą mieć wielkie znaczenie. Znasz ich treść?
— Nie. Muza’bir będzie ją znał, gdyż musi przeczytać i zbadać te papiery, czy są prawdziwe. Ich tajemnicy mokkadem mi nie powierzył, ponieważ...
Przerwano mu. Na statek wszedł człowiek, trzymający latarnię, prawdopodobnie muza’bir, czyli oczekiwany kuglarz i złodziej kieszonkowy. Zabrał z dołu latarnię na statek. Świecąc nią dokoła, zobaczył trzech ludzi, zbliżył się do nich i pozdrowił słowy:
Massik bilchair! — Dobrywieczór!
Ahla wa sahla wa marhaba! — Życzę ci licznego potomstwa i pomyślności! — odpowiedział reis.
Marhaba! — powtórzyli obaj pozostali.
Zwykle mówi się tylko słowo „marhaba“, co oznacza „witaj”. Użycie przez kapitana rozwlekłej formuły było dowodem wielkiego szacunku, jakim otaczał tego największego złodzieja kieszonkowego w Egipcie. Musiałem się przypatrzyć temu kuglarzowi i opryszkowi; podniosłem nieco głowę. Postawił latarnię na najbliższym tobole tytoniu — światło jej padło jasno na jego twarz i całą postać. Był w wieku mokkadema, miał taką samą cerę i rysy murzyńskie. Był jednak niższego wzrostu, niż Abd el Barak, ale zato daleko szerszy w plecach. Człowiek ten był co najmniej taki silny, jak jego czcigodny mokkadem, który się nim posługiwał, tylko o wiele zręczniejszy od niego. Miał na sobie długą ciemną koszulę przewiązaną sznurkiem, za którym tkwił nóż. Na nogach miał słomiane sandały. Było to ubranie człowieka ubogiego, ubóstwu jego jednak przeczyły ciężkie złote kolczyki, zwisające z uszu i drogocenne pierścienie z iskrzącemi się kamieniami, połyskujące na ciemnych palcach, a których było przynajmniej dziesięć. W głosie jego brzmiała duma i pewność siebie, zwłaszcza kiedy zapytał:
— Czy uprzedzono was o mojem przybyciu?
— Tak, panie, czekaliśmy na ciebie, — odrzekł reis.
— Czy ten pies znajduje się tutaj, czy może wysiadł z okrętu?
— Leży w kajucie.
— Ze światłem?
— Tak, lecz może zgasi je przed zaśnięciem. Murzynięta są przy nim.
— Niech sobie zgasi, lub świeci, wszystko mi jedno. Dzieło moje wykonam, choćby osłonił się ciemnością grobu lub zapalił tysiąc płomieni. Nie mam ochoty długo czekać i zacznę wkrótce. Ponieważ jednak nie znam jego kajuty, będziecie musieli mi ją opisać, jak również każdy przedmiot, który się w niej znajduje.
Ponieważ mój duch numer trzeci był poprzednio u mnie, podjął się opisu. Postanowiłem nie słuchać tego, ale oddalić się czem prędzej. Złodziej kieszonkowy śpieszył się, a mnie zależało także na tem, ażeby skrócić podniecenie, w jakiem się znajdowałem. Dlatego poczołgałem się natychmiast ku swojej kajucie.
Szczęściem, rozmawiający rzucali silny cień, który mnie dostatecznie chronił. To też bez zbytniego wysiłku dotarłem do kajuty.
Spojrzawszy za siebie po raz ostatni, dostrzegłem jeszcze, że kuglarz zgasił latarnię. Gdyby był na tyle ostrożny, żeby uczynił to wcześniej, nie byłbym sobie wrył w pamięć jego powierzchowności, coby miało dla mnie, jak się później okazało, jak najgorsze skutki. Widać, że i najlepszy złodziej kieszonkowy popełnia błędy.
Najpierw zapaliłem lampę na nowo, co mi przyszło z łatwością, gdyż zaopatrzyłem się obficie w zapałki: na południu są drogie i nie wszędzie można je dostać. Chciałem, żeby mnie okradziono przy świetle, a nie w ciemności, co byłoby dla mnie niebezpieczniejsze. Następnie wyjąłem z portfelu trzy dokumenty z podpisami, oraz kilka innych ważnych dla mnie papierów, które starannie ukryłem, portfel zaś wsunąłem napowrót do kieszeni, umieszczonej na piersiach pod marynarką. Służący widział przedtem, że go tam schowałem, i można było przypuścić na pewno, że o tem złodzieja uwiadomi. Zapytacie może, dlaczego chciałem dopuścić do tego łotrostwa? Czy tylko dlatego, żeby zdobyć przeciwko nim dowody? Jeśli mam być szczery, przyznam, że trochę i dlatego, żeby dowieść tym ludziom, że pies chrześcijański ma głowę nie do pozłoty, i że nie byłem ani głuchy ani ślepy. A zamiar mój nie był dla mnie bezpieczny; muza’bir mógł z jakiegokolwiek powodu pchnąć mnie nożem. Ufałem jednak swojemu oku i zręczności.
Dzieci dostały jeść już przedtem, ale nie spały jeszcze. Zapowiedziałem im, że przyjdzie tu pewien człowiek i że sięgnie do mojej kieszeni. Uprzedziłem je, że nie powinny się niczego obawiać, i poleciłem, żeby udawały śpiących. Przyrzekły mi to i byłem pewien, że dotrzymają przyrzeczenia. Potem położyłem oboje plecami do wejścia.
Ja sam położyłem się na prawym boku tak, że lampa oświetlała twarz moją. Właściwie powinienem był położyć się tak, aby twarz była w cieniu, chciałem jednak, aby łotr zaraz na wstępie nabrał przekonania, że śpię. Odpiąłem guziki bluzy, aby mógł z łatwością wsunąć rękę za moje zanadrze. Ułatwiając mu zadanie, zmniejszałem tem samem grożące niebezpieczeństwo. Ażeby jednak być przygotowanym na wszystko, wsunąłem: sobie rewolwer pod kark w ten sposób, że prawą ręką, którą podłożyłem pod głowę, mogłem go szybko wyjąć i odwieść kurek. W ten sposób byłem już przygotowany i narazie pragnąłem tylko jak najrychlejszego najścia muza’bira.
Życzeniu mojemu stało się zadość. Oczy miałem przymknięte w ten sposób, że przez rzęsy widziałem rogożę. Poruszyła się całkiem lekko w jednym rogu na dole, poczem cicho podniosła się zwolna do wysokości około sześciu cali. Drab zajrzał do środka, a po chwili chrząknął. Oddychałem spokojnie, jak człowiek śpiący głęboko. Teraz zakaszlał, niegłośno wprawdzie, w każdym razie tak, że musiałbym się zbudzić, gdybym spał lekko. Nie poruszyłem się. Zdjął mnie jednak strach, nie o siebie, lecz o dzieci; jeśliby bowiem które z nich zapomniało w krytycznej chwili o przestrodze, mogłoby być po mnie i po nich, a przynajmniej po ich wolności. Dochodziłem do przekonania, że brałem sprawę zbyt lekko.
Dzieci, jak się później dowiedziałem, słyszały kaszel, lecz sądziły, że to ja kaszlę. Nie mogły widzieć muza’bira, a to, co czynił, działo się zupełnie bez szmeru. Nic nie słyszały, a kiedy się oddalił, nie wiedziały wcale, że był w kajucie.
Nabrawszy przekonania, że śpię mocno, wsunął pod rogożę najpierw głowę, potem ramiona i korpus. W prawej ręce trzymał nóż. Oczu nie spuszczał z mojej twarzy, a oczy te wyglądały jak u dzikiego zwierza przed śmiertelnym skokiem. Kiedy już całym tułowiem prześlizgnął się za rogożę, chrząknął raz jeszcze. Nie poruszyłem się, więc szedł całkiem na pewno. Jak dalece był przezorny, świadczy o tem to, że zrzucił z siebie odzież zupełnie i ciemne ciało wysmarował olejem. Ręce najsilniejszego i najzręczniejszego przeciwnika nie zdołałyby go uchwycić, bo musiałyby się z jego członków ześlizgnąć.
Teraz przysunął się do mnie, przyłożył mi ostrze do piersi, a równocześnie położył palce lewej ręki na miejscu, w którem domyślał się portfelu. Poczuł go, podniósł bluzę i wyciągał pożądany przedmiot z kieszeni mojej tak powoli, że zdawało mi się, iż zużyje na to kilka kwadransów. Wkońcu znalazł się w posiadaniu portfelu. Odjął mi nóż od piersi i obmacał obydwiema rękami swoją zdobycz. Było tam jeszcze dość papieru, więc jakby zadowolenie przemknęło mu po twarzy.
Następnie rozejrzał się po kajucie, ażeby może jeszcze co zabrać. Ponieważ jednak nie obeszłoby się przytem prawdopodobnie bez szelestu, zadowolił się dotychczasową zdobyczą. Odwrót odbył się tak samo powoli i ostrożnie, jak przyjście. Nawet kiedy się znajdował już za rogożą, podniósł ją raz jeszcze, ażeby się upewnić, że spałem rzeczywiście.
Czekałem co najwyżej minutę, poczem zdmuchnąłem lampę, wziąłem rewolwer w rękę i zerwałem się z łóżka. Uchyliwszy nieco rogoży, zobaczyłem trzech łotrów, stojących obok tobołów z tytoniem, a mianowicie reisa, mego kochanego stracha numer trzeci i muza’bira. Ten ostatni wdział już długą koszulę; obrócony był do mnie plecami tak, że twarzy jego widzieć nie mogłem. Musiał właśnie skończyć przeszukiwanie mego portfelu, gdyż machał nim przed twarzami towarzyszów i mówił, jak się domyśliłem z jego gniewnych ruchów, że w nim poszukiwanych papierów nie znalazł.
Czwartego z ich grona, mianowicie sternika, nie było między nimi. Gdzie mógł się teraz znajdować? Powiedziałem sobie, że się nad tem zastanawiać nie warto. Odsunąwszy całkiem rogożę, wyszedłem na pokład. Wtem zabrzmiał tuż obok mnie okrzyk:
— Effendi, effendi!
To sternik wołał. Był przy sterze niewiadomo dlaczego; schodził właśnie schodami obok mojej kajuty i zobaczył mnie. Teraz miałem sposobność przypatrzeć się godnej podziwu przytomności umysłu złodzieja kieszonkowego. Z okrzyku sternika wywnioskował, że jestem na pokładzie. Musiałem więc zbudzić się, a może nawet zauważyłem brak portfelu. Teraz miał dwie alternatywy przed sobą: albo zamordować mnie i potem zabrać papiery, albo uciekać. Wolał widocznie zaniechać pierwszej. Prawdopodobnie słyszał od mokkadema, że atak na mnie nie jest bezpieczny. Pozostało więc tylko drugie: ucieczka; przezorność jednak nakazywała mu ukryć twarz przede mną. Takie prawdopodobnie myśli w jednej chwili przebiegły mu przez głowę. Każdy inny obejrzałby się naskutek ostrzegawczego okrzyku. Nawet reis i służący spojrzeli wstecz z przestrachem. Kuglarz jednak nie odwrócił się wcale. Usłyszałem tylko szybkie, przytłumione, dosłyszalne jednak pytanie:
— Czy to rzeczywiście ten pies?
— Stanowczo! — odpowiedział reis.
— A więc tym razem sprawa się nie powiodła! Odrzucił portfel tak, że papiery się rozleciały, pomknął jak wąż na pomost i zniknął w pomrokach wieczora; gwiazdy zaczęły się wprawdzie rozżarzać i rozpędzać ciemności, lecz nie w tym stopniu, żebym mógł zbiega okiem doścignąć.
Ponieważ się pozbył mego portfelu, który mógł znowu do mnie wrócić, ucieczka jego nie sprawiła mi przykrości. Nie wiem, cobym zrobił z muza’birem, gdybym go był pochwycił tak, jak zamierzałem. Oddać go mudirowi w Giseh, policji? Jakie kłopoty ściągnąłbym wtedy na siebie! A może puścić wolno, powiedziawszy mu, co myślę? Poszedł sam i w ten sposób uwolnił mnie od obowiązku wyrażenia mu mego zdania. Zapytałem więc sternika spokojnie bez cienia gniewu:
— Czemu tak krzyczysz? Czy aż w Kahirze powinni słyszeć, że jestem tutaj?
— Przebacz, effendi! — odpowiedział. — Tak się zląkłem ciebie...
— Czyż tak okropnie wyglądam?
— Nie, nie, — wyjąkał — ale... ale... sądziłem... myślałem...
— Co myślałeś?
— Myślałem, że śpisz, i dlatego się przestraszyłem.
— Zupełnie, jakbym był widmem, które się zjawia niespodzianie.
— Tak, zupełnie tak! — rzekł uradowany, że podpowiedziałem mu jakąś choćby najlichszą odpowiedź.
— Żałuję bardzo — pocieszałem go. — Spodziewam się jednak, że strach, jakiego ci napędziłem, nie zaszkodzi ci zbytnio. Chodźmy do reisa!
Poszedł ze mną. Podczas tej krótkiej rozmowy nie spuściłem tamtych dwu z oka. Schylili się czem prędzej, by pozbierać moje papiery, włożyli je do portfelu, który potem zniknął pod opończą reisa. Ja także coś schowałem, a mianowicie rewolwer, który wydał mi się teraz niepotrzebny, przynajmniej na pewien czas. Złodziej kieszonkowy mógł bowiem wrócić w ciemności i rzucić się na mnie. Może tylko w pierwszej chwili dał dziś za wygraną. Polecono mu, aby mi zabrał papiery, i muza’bir mógł przypuszczać, że jeżeli ich nie miałem w portfelu, to prawdopodobnie schowałem do którejś kieszeni. Skoro chciał mnie pchnąć nożem, gdybym się poruszył podczas kradzieży, nie cofnąłby się pewnie przed zamordowaniem mnie później, byle tylko dopiąć swego celu. Należało uważać, czy przypadkiem nie wróci. Musiałem niezwłocznie postarać się o dobre oświetlenie. To też zapytałem reisa całkiem uprzejmie:
— Czy masz pochodnie na statku?
— Nie. Naco to pytanie? — odpowiedział tonem zdumienia.
— Ponieważ sądzę, że musisz mieć coś takiego na wypadek, gdyby kiedyś wypadło oświetlić jasno statek i wodę.
— W takim wypadku stawiamy miskę ze smołą na pokładzie i na tyle okrętu.
— Gdzie są miski?
— Tam na przodzie w komórce.
Wskazał na dziób okrętu, gdzie stała skrzynia z desek, podobna do szafy. Wziąłem bez ceremonji latarnię, poszedłem tam, otworzyłem szafę i zobaczyłem dwa żelazne naczynia oraz zapas smoły. Napełniłem jedno z nich i zapaliłem od latarni kawałek smoły, którego płomień ogarnął wkrótce inne.
— Co ci wpadło do głowy? — zapytał reis, który poszedł za mną z obu towarzyszami.
— Zapytaj lepiej, co tamtemu wpadło do głowy, — odparłem, wskazując na pomost, po którym właśnie przebiegła postać ku brzegowi. Kuglarz zamierzał widocznie powrócić. Stał już na desce, łączącej pokład z brzegiem, ale uciekł przed jasnością, którą rozlewał płomień smolny.
— Kto to jest? Kogo masz na myśli? Ja nic nie widzę! — rzekł reis, pomimo że musiał widzieć tę postać tak samo dobrze, jak ja.
— Jeśli nie wiesz istotnie, to ci powiem! — zawołałem, zapalając drugą miskę smoły i niosąc ją ku sterowi. W ten sposób oświetliłem pokład w przeciągu dwu minut, czego nie wytargowałbym od reisa nawet w przeciągu godziny. Zszedłem następnie po wąskich schodach nadół i wciągnąłem na pokład pomost. Do tej czynności zazwyczaj używano dwóch ludzi.
— Ależ, effendi, jaki duch w ciebie wstąpił! — zawołał reis. — Na Allaha, nie wiemy, co z tobą począć i co myśleć o tobie!
Stał z obydwoma innymi pod masztem. Podszedłem do niego i odparłem:
— Jaki duch wstąpił we mnie? To tu widocznie są duchy. Właśnie chciał jeden z nich wrócić na statek, ale go ogień smolny przepłoszył. Ten poczciwy sternik myślał przedtem, że ja sam jestem widmem, a tymczasem tuż obok niego stoi widmo we własnej postaci.
— Ja — — widmem?! — zapytał wrzekomy sługa, na niego bowiem wskazałem.
— Tak, ty! Spodziewam się, że temu nie zaprzeczysz.
O, Allah! Ja mam być widmem! Effendi, dusza cię opuściła! Przyjdź do siebie!
Oparłem się o maszt. Oba płomienie oświetlały brzeg i całe otoczenie statku, a zarazem twarze obu poczciwców. Nie wiedzieli, czy mają postąpić ze mną grzecznie, czy po grubjańsku. Najmilszem byłoby im to drugie, lecz niespokojne sumienie skłoniło ich do wyczekiwania.
— Tak, tak, jesteś widmem! — potwierdziłem poufale, kiwając głową. — Jestem przy zdrowych zmysłach, ty natomiast musiałeś zapomnieć o sobie samym; wszak jesteś strachem numer trzeci.
Rozkoszny był widok miny, którą przybrał, kiedy, cofnąwszy się o dwa kroki, zapytał znów, jąkając się co chwila:
— Strachem... trzecim...! Nie rozumiem!
— Więc zrobię ci tę przyjemność i przyjdę z pomocą twojej pamięci. Pierwszego ducha związałem w moim pokoju, drugiego powaliłem kolbą na dziedzińcu, a trzeciego ścigałem po ogrodzie, ale mi uciekł. Czy pojmujesz mnie teraz?
— Jeszcze... wciąż... nie pojmuję! — wyjąkał.
— Nie? A przecież powiedziałeś przed chwilą tym dwu ludziom, którzy stoją przed tobą, że shańbiłem blask twego istnienia, i że jeszcze z miesiąc ponosisz na twarzy ślady mojej pięści.
Nie odpowiedział, lecz spojrzał na tamtych dwu, którzy spozierali to na niego, to na mnie, to znów na niego i milczeli.
— Zato — mówiłem dalej — życzyłeś mi, żeby szatan rozszarpał moje ciało na tysiąc kawałków, a duszę moją dał na pożarcie najsilniejszym płomieniom piekła.
Zaskoczony, patrzył na mnie jak nieprzytomny i ani słowa ze siebie nie wydobył. Ale stary reis był zatwardziałym grzesznikiem. Odezwał się zuchwale:
— Effendi, nie wiem, co cię skłania do mówienia takich srogich słów temu pobożnemu i prawowiernemu człowiekowi. Chcę...
— Polecić mi go, nieprawdaż? — wtrąciłem. — Przecież mu to nawet przyrzekłeś. Ma zostać moim służącym i oddać mnie w ręce mokkadema.
Sternik, który, jak się okazało, był tchórzem pierwszej wody, przeraził się okropnie, usłyszawszy słowa, które z ich ust poprzednio wyszły; nie mógł nad sobą zapanować i zawołał, podniósłszy obie ręce do góry i złożywszy je nad głową:
Ia Allah, ia faza, ia hijarahrt! — O Boże, o strachu, o przerażenie! To człowiek wszechwiedzący! Idę, biegnę, znikam!
Chciał odejść, przytrzymałem go jednak za ramię i zawołałem tonem rozkazującym:
— Zostań! Jeśli słyszałeś, o czem ci dwaj przedtem ze sobą mówili, to możesz także usłyszeć, co ja im powiem.
Poddał się swemu losowi i został. Reis uważał za stosowne nie wiedzieć o niczem, gdyż ofuknął mnie gniewnie:
— Effendi, ja zwykłem być uprzejmym dla moich podróżnych, jeśli jednak ty...
— Uprzejmym? — przerwałem. — Czy to uprzejmie nazywać mnie psem chrześcijańskim, mówić, że mam wprawdzie głowę, ale brak mi rozumu, że mam oczy i uszy, a mimo to jestem ślepy i głuchy? Czy o uprzejmości świadczy to, że uważałeś za wskazane, aby mnie ten drab zamordował...
— Zamordował? — przerwał mi tonem dotkniętej niewinności.
— Nie wystarczyło ci, żeby mi tylko portfel zabrać? — mówiłem dalej.
— Portfel? — powtórzył. — Co mnie obchodzi twój portfel!
— Nic, całkiem nic; to czysta prawda. Jednak m asz go przy sobie! Oddaj go!
Na te słowa wyprostował się, jak tylko mógł najbardziej, i fuknął na mnie:
— Effendi, jestem wyznawcą Mohammeda, a ty chrześcijaninem. Czy ty wiesz, co to znaczy w tym kraju? Zresztą, ja jestem reisem, a ty moim podróżnym. Czy wiesz, co to znaczy tu na pokładzie?
— Wkońcu — uzupełniłem jego przemowę — jestem człowiekiem uczciwym, a ty jesteś łotrem. Czy wiesz, co z tego wynika? Nie jesteśmy jeszcze w Sudanie, lecz tutaj w Giseh, gdzie wedle własnych słów twoich konsulowie nasi mają władzę, której się boisz. Muza’bir uszedł i...
— Muza’bir! — krzyknął sternik. — On wie o wszystkiem, o wszystkiem, nawet o tem!
— Tak, tak, istotnie wiem o wszystkiem. Reis żartował sobie ze mnie, sądząc, że jestem za głupi, by zauważyć cokolwiek. Powiedział, że prawdziwy wierny zauważyłby natychmiast, że się zbliża niebezpieczeństwo. No i cóż, wy prawdziwi muzułmanie? Kto był mądrzejszy, wy, czy ja? Stu drabów w waszym gatunku nagromadzi wprawdzie dość przewrotności i złości, ale nie tyle mądrości i prawdziwego sprytu, co jeden dobry chrześcijanin. Wy, pobożni stronnicy świętej Kadirine, chcecie mnie okraść, zniszczyć i zabić. Ale ja się z was śmieję. Wiedziałem, że muza’bir tu przyjdzie; pozwoliłem zabrać sobie portfel, ale przedtem schowałem gdzie indziej dokumenty, podpisami zaopatrzone. Oto są!
Wydobyłem papiery, pokazałem im, a potem schowałem i mówiłem dalej:
— Tam obok tobołów z tytoniem stał złodziej. Nie znalazłszy papierów, rzucił portfel i umknął, kiedy się zbliżyłem. Ty go schowałeś, reisie, — widziałem. Oddaj go!
— Ja go nie mam! — zgrzytnął.
— Nie? Przypatrz-no się nosowi tego stracha! Czy chcesz także mieć taki? Chcesz poznać moją rękę? Dawaj, albo ci go odbiorę!
Przystąpiłem groźnie do niego, a on się cofnął, sięgnął pod suknię i zawołał szyderczo:
— Mam portfel, ale on nie twój, lecz Nilu. O, patrz!
Wyjął portfel i chciał wrzucić do wody. Byłem na to przygotowany. Jeden szybki skok, jeden chwyt i miałem go w ręku. Stał przez chwilę, jak skamieniały, potem zacisnął pięści i rzucił się na mnie. Podniosłem nogę i kopnąłem go w brzuch tak silnie, że zatoczył się wbok, zachwiał i runął na ziemię.
— Na Allaha, reisie, gwałtu, co za nieszczęście i klęska! — biadał sternik, śpiesząc do swego przełożonego, ażeby mu dopomóc przy wstawaniu. Tymczasem miły służący stał jak żak, spuściwszy opuchły nos na kwintę.
— Jak ośmieliłeś się podnieść na mnie rękę! — huknąłem gniewnie na kapitana. — Zachciało ci się, postarzały, nędzny żeglarzu, walki z młodym Frankiem! Tylko swemu wiekowi zawdzięczasz, że nie ukarałem cię inaczej, a złości twej, że nie tknąłem cię ręką, ale nogą kopnąłem. Zaprowadźcie go do tobołów z tytoniem, niech sobie tam usiądzie i dowie się, czego żądam od niego.
Rozkaz ten odnosił się do dwóch pozostałych. Usłuchali go natychmiast. Reis źle się wybrał, a kopnięcie przywiodło go do poznania własnej słabości. Prowadzony z prawej i z lewej strony, trzymał obie ręce na brzuchu i wlókł się, kulejąc, stękając i z trudem chwytając powietrze. Usiadł ciężko na najbliższym tobole, jakby napół żywy. Poszedłem za nim. Tego starca było mi jednak żal. Nie należy człowieka sądzić wedle tego, czem jest, lecz jak do tego doszedł. Reis był całkiem złamany. Czego nie dokazało żadne słowo moje, żaden z przytoczonych dowodów, to udało się mojemu butowi. Ten starzec siedział teraz skurczony i nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy. Dlatego miałem dla niego nawet nieco współczucia, kiedy się po chwili odezwałem:
— Pojmiesz chyba, że teraz nie mogę mieć z tobą już nic wspólnego. Nie jadę z tobą dalej.
— Jedź z djabłem i do piekła! — fuknął na mnie, jak kot.
— Ile zapłacił Murad Nassyr za moją podróż?
— Tylko sto piastrów — odrzekł, domyślając się dalszego ciągu.
— Nie kłam, bo dwieście za mnie, a sto za murzynięta. Powiedział mi to, zanim wszedłem na pokład, a jemu więcej wierzę, niż tobie.
— Sto! — twierdził uparcie.
— Trzysta! Oddasz mi je, gdyż opuszczam twoją dahabijeh.
— Dał tylko sto. Rozkosz mi sprawisz, kiedy mi się z oczu usuniesz. Zabieraj się czem prędzej! Jechałeś jednak ze mną z Bulaku do Giseh. A to kosztuje pięćdziesiąt piastrów, oddam ci zatem tylko resztę, to jest pięćdziesiąt.
— Za tę krótką przestrzeń pięćdziesiąt piastrów? Dobrze, dobrze, licz sobie, jak chcesz, nie mam nic przeciwko temu. Nie odejdę jednak stąd, dopóki policja tutejsza nie rozstrzygnie sprawy.
— To może trwać kilka tygodni!
— Ja wiem, ale mam czas.
— Ja także!
— A przytem wyjdzie może najaw, dlaczego nie jadę dalej. Ja będę czekał na wyrok na wolnej stopie, a wy będziecie w więzieniu rozmyślali nad tem, czy należy chrześcijanina uważać za giaura i głupca.
Oddaliłem się od tej nieszczęsnej grupy i chodziłem po pokładzie od strony Giseh. Rzuciwszy okiem na brzeg, zauważyłem trzy postacie męskie, oświetlone płomieniami smolnemi. Muza’bira wśród nich nie było. Otaczała nas cisza wieczorna; ponieważ mówiliśmy głośno, krzykliwie nawet, można nas więc było z brzegu dosłyszeć. Miejsce, w którem staliśmy na kotwicy, wyglądało dość pusto.
Kiedy stanąłem, by się przypatrzyć tym trzem osobom, przystąpiła jedna z nich bliżej i zapytała:
— Czy to dahabijeh „Es Semek“?
— Tak — odpowiedziałem.
— A ty jesteś podróżnym?
— Tak jest.
— Skąd?
— Jestem Frankiem z Almanji.
— Frankiem? — zawołał z widoczną radością, iż ma przed sobą Europejczyka. — Nie bierz mi tego za złe, że cię zapytam, dokąd zamierzasz!
— Do Siut.
— Tym statkiem? Miej się na baczności!
— Przed kim?
— Przed wszystkimi, w których towarzystwie podróżujesz. Przechodząc tędy, widziałem myszkującego człowieka, którego znam bardzo dobrze. Chciał widocznie podsłuchać, o czem na pokładzie mówiono. Był to muza’bir.
— Był tu na statku, żeby mnie okraść, ale mu się to nie udało.
— Dziękuj Allahowi, że tak się stało! Bardzo łatwo mogło być gorzej, znacznie gorzej.
— Czy macie czas?
— Mamy,
— Proszę was na chwilę na statek!
Trąciłem pomost tak, że się zaczepił o brzeg; równocześnie poczułem, że mnie ktoś pochwycił ztyłu i pociągnął. Był to reis. Szepnął mi głosem stłumionym, jakby nie chciał, żeby go dosłyszano z brzegu:
— A tobie co przychodzi do głowy? Kto tu ma prawo ludzi zapraszać, ja, czy ty?
— My obaj.
— Nie, tylko ja! A właśnie tego człowieka, którego poznaję po głosie...
Utknął i nie miał odwagi mówić dalej, gdyż owi trzej ludzie weszli właśnie na pokład. Na ich widok zniknął sternik czem prędzej w jednym z otworów pokładu, a mój służący podążył za nim równie szybko. Reisowi byłoby może także przyjemniej znaleźć się gdzieś w większem oddaleniu, gdyż ludzie ci byli mu bardzo nie na rękę, lecz nie mógł ani zniknąć, ani ich odprawić. Został więc, skrzyżował ręce na piersiach, dotknął prawicą czoła, ust i serca, i skłonił się prawie tak nisko, jak marszałek domu mojego Turka. Z tego pozdrowienia można było wnosić na pewno, że przybysze, a przynajmniej pierwszy z nich, nie byli ludźmi zwykłymi.
Pierwszy był to mężczyzna w sile wieku, dobrze zbudowany i, jak spostrzegłem, elegancko ubrany. Miał na sobie szerokie białe spodnie, ciemne meszty, złotem wyszywaną bluzę, a na biodrach czerwony jedwabny pas, u którego wisiała krzywa szabla; z za pasa wyzierały złotem i kością słoniową wykładane głownie pistoletów. Z ramion zwisał mu biały jedwabny płaszcz. Turban był z tej samej materji i tego samego koloru. Twarz jego, której ciemne oczy przyglądały mi się z badawczą życzliwością, okolona była pełną, czarną brodą, tak piękną, jaką rzadko kiedy widywałem. Nie spojrzawszy na reisa, pozdrowił mnie:
— Niechaj Allah obdarzy cię dobrym wieczorem!
— Bądź szczęśliwy! — odrzekłem lakonicznie, a uprzejmie.
Towarzysze jego skłonili się w milczeniu, na co odpowiedziałem takim samym ukłonem. Następnie zwrócił się przybysz do reisa i zapytał ostro:
— Czy znasz mnie?
— Miałem już kilkakroć szczęście oglądać twoje oblicze — odpowiedział zapytany utartą formułą wschodnią.
— Nie wiem, czy wielkie to było dla ciebie szczęście. Czy niema tutaj jeszcze dwu ludzi?
— Jest sternik i służący dla obcych.
— Nikogo więcej?
— Nie, sijadetak; moi majtkowie poszli do kawiarni.
— No, a czemuż ci dwaj zniknęli? Gdzie się udali? Czy może nadół do szczurów?
Reis nie m iał odwagi odpowiedzieć i spuścił głowę.
— A więc tak, tak! Wiem dobrze, czego tam chcą. Zawołaj ich natychmiast, jeśli nie chcesz dostać harapem!
Mówiąc to, wskazał na swego towarzysza, któremu zwisał u pasa wiele obiecujący kurbacz. Ten człowiek umiał rozkazywać! Reis nazwał go „sijadetak'”, co znaczy „twoja wspaniałość“, a tego wyrażenia używa się tylko względem osób, którym należy okazywać uszanowanie. — Stary pośpieszył do otworu, ażeby drabów przywołać. Wkrótce ukazali się obaj zbiegowie i usiedli w przygnębieniu. Tymczasem obcy skinął na mnie, żebym szedł za nim. Podszedł ku sterowi, gdzie leżał dywan, wskazał nań i powiedział: — Usiądź obok mnie, gdyż zdaje mi się, że będziemy musieli odbyć naradę, i przyjmij ode mnie europejskie cygaro.
Usiadłem po jego prawym boku, a trzeci nasz towarzysz po lewym. Był podobnie ubrany, tylko skromniej, i także miał szablę przy boku. Posiadacz harapa stanął kilka kroków za nami. Na skinienie swego pana wydobył z za pasa étui z cygarami, otworzył i podał. Władca wyjął dwa cygara i jedno z nich mnie podał, a drugie sam zapalił. Pierwszy towarzysz nie otrzymał żadnego, a drugi musiał nam usłużyć ogniem. Mogło to być cygaro wartości trzech centów, trudno się jednak domyślić, ile ten Egipcjanin istotnie za nie zapłacił. Ponieważ przypatrywał mi się badawczo, nadałem twarzy wyraz zadowolenia i puszczałem dym z najrozkoszniejszą miną w ten sposób, że mieszał się z dymem stojącej obok nas miski ze smołą. Cieszyło go to widocznie, że palę z zadowoleniem, gdyż zapytał mnie tonem chłopca, który darował drugiemu kawałek migdała w cukrze:
— Nieprawdaż, że smakuje?
— Znakomite! — oświadczyłem.
— Powiadają, że koran zabrania cygar. I cóż ty na to?
— Nie mógł ich zabronić, gdyż w czasach, w których powstał, cygar jeszcze nie znano.
Egipcjanin spojrzał na mnie zdziwiony, a potem rzekł:
Allah! To całkiem słuszne! Niechno mi się z tem teraz kto wyrwie. Twierdzą jednak niektórzy tłumacze koranu, że wogóle tytoń jest zakazany.
Zachowanie się jego uprawniało mnie do pewnej swobody, odpowiedziałem mu przeto odpowiednim tonem:
— Kiedy w Ameryce ujrzano po raz pierwszy ludzi palących, upłynęło osiemset siedemdziesiąt lat od Hedżiry.
— Co ty mówisz? Skąd takie wiadomości, i to nawet z datami, i znasz Hedżirę? Wy, Frankowie, wiecie wszystko; widziałem takich, którzy znali koran i wszystkie objaśnienia znacznie lepiej ode mnie. Allah jest wielki, a wy mądrzy. Czy widziałeś kiedy cesarzy?
— Często.
Allah! Jakżeś szczęśliwy! Więc jesteś pewnie oficerem?
— Nie. Nie biorę udziału w bitwach, ale zato zużywam jak najwięcej atramentu i psuję po kilkaset stalówek rocznie.
— A zatem domyślam się — jesteś uczonym, a może nawet musannifem[6], i przybyłeś tu, aby o nas książkę napisać?
— Zgadłeś! — potwierdziłem.
— To pięknie, to dobrze, to mnie cieszy niezmiernie! Ja także chciałbym napisać książkę.
— O czem?
— O niewolnictwie.
— To temat wielce zajmujący. Mam nadzieję, że wykonasz ten dobry zamiar?
— Na pewno! Brak mi tylko jednej rzeczy, tylko jednej: tytułu. Bo słuchaj! Tytuł, to głowa książki, a jeśli głowa do niczego, to głupie i całe ciało. Ale skąd mam wziąć mądry tytuł? Ty jesteś zawodowcem i może mi dasz jaką radę?
— Są pisarze, piszący bardzo dobre książki, a nie znajdują dla nich dobrych tytułów; inni znowu mają głowy pełne doskonałych tytułów, a nie sklecą ani jednej rozumnej stronicy.
— Być może. No, a co myślisz o mnie?
— Mamy u nas przysłowie: „Mów, jak cię matka nauczyła!“ Czy to rozumiesz?
— Tak. Należy mówić szczerze i poprostu.
— Otóż ja tak myślę i piszę.
— Jaki poradziłbyś mi tytuł? — Naprzykład: „Zaraza niewolnictwa w Sudanie“, albo „Targ niewolników a ludzkość“.
Kogoś innego stropiłaby może moja odpowiedź, on jednak uderzył się rękoma po kolanach i zawołał uradowany:
— Mam, mam! Aż dwa tytuły naraz i to te same, które i ja także uważałem za najlepsze, a tylko formy odpowiedniej dla nich znaleźć nie mogłem. Teraz brak tylko przedmowy!
— A czy nie brak ci także wstępu?
— Zapewne, gdyż nie można zaczynać zaraz po przedmowie. A potem samo niewolnictwo. Poradź mi, co mam o niem napisać i jak?
— A wreszcie zakończenie — zauważyłem z wielką powagą.
— Oczywiście! Zakończenie, to główna rzecz; jeśli zakończenie chybione, to książka wygląda tak, jak koń bez ogona. A wkońcu, kiedy się już uporam, kto ją wydrukuje? Nie mógłbyś mi wskazać wydawcy?
— Teraz nie jeszcze. Gdybyśmy o tem obszerniej pomówili, to może wpadłoby mi coś właściwego do głowy.
Szczególna rzecz! Niedawno tem u byłem w niebezpieczeństwie śmierci, a teraz siedziałem na tem samem miejscu i bawiłem się arcykomiczną rozmową. Kiedy ten człowiek wszedł na statek i zdruzgotał formalnie reisa, wydał mi się baszą o największej liczbie buńczuków, a teraz dowiedziałem się, że chce pisać książkę, do której brak mu ni mniej, ni więcej, tylko tytułu, przedmowy, wstępu, treści i zakończenia. Jego zachowanie się wobec reisa kazało mi oczekiwać katastrofy, a teraz gawędził ze mną, jakgdyby na statku wcale reisa nie było. I skąd temu muzułmaninowi przyszło do głowy zajmować się kwestją niewolnictwa? — Powiedziałem ostatnie słowa dla żartu tylko, lecz podchwycił je natychmiast i zawołał:
— Któż ci powiedział, że nie będziemy o tem mówili? Ty dążysz do Siut i ja także.
— A to co innego! — odrzekłem.
— Pojedziemy razem. Nie zostaniesz przecież na tej dahabijeh?
— Istotnie, nie mam zamiaru tu zostać, lecz reis nie chce mi zwrócić pieniędzy. Zapłaciłem mu już za drogę aż do Siut.
— Żądałeś zwrotu pieniędzy? Dlaczego? Z jakiego powodu chciałeś ten statek opuścić?
— Hm! Wzgląd na siebie samego nie pozwala mi o tem mówić.
— Czemu?
— Bo byłbym zmuszony zabawić dłużej w Giseh, a nie mam czasu.
— Ale wzgląd na mnie nakazuje ci to powiedzieć. Ostrzegłem cię przed tą dahabijeh, nie wiedząc jeszcze, że zamierzasz statek opuścić. Byłem tak niegrzeczny, że ci pytania zadawałem, nie powiedziawszy wprzód, kim jestem. Muszę to naprawić i uzupełnić. A może już sam odgadłeś?
Spojrzał na mnie bokiem z tak dobrotliwem szelmostwem, iż przeczułem, że go rychło polubię. Nie był to zagorzały muzułmanin; posiadał żywe usposobienie, energję i dużo poczciwości. Nie był to leniwy, tępy mieszkaniec Wschodu, który nicość swoją uważa za wszystko i zgoła nic o świecie wiedzieć nie pragnie. Ogarnęło mnie teraz żywe pragnienie, by odbyć podróż z nim razem.
— Jesteś oficerem — odpowiedziałem.
— Hm! — mruknął z uśmiechem. — Właściwie nie, a jednak nieźle odgadłeś. Nazywam się Achmed Abd el Insaf.
To znaczy: Achmed, Sługa Sprawiedliwości. Czy on zawsze nosił to miano, czy też otrzymał je dzięki obecnemu zawodowi? Powiedziałem mu swoje nazwisko, a on oświadczył:
— Jestem także reisem, i ty powinieneś się przesiąść na mój statek.
Spojrzałem nań z niedowierzaniem. Ten człowiek miałby być kapitanem jakiejś tam dahabijeh, przewożącej z górnego Nilu kauczuk i liście senesu? Chyba nie!
— Nie wierzysz? — zapytał. — W takim razie powiem ci, że noszę tytuł reïs effendina[7], który tylko mnie jednemu przysługuje.
— Kapitan wicekróla? W tem jest coś szczególnego!
— Zapewne. To „coś“ związane jest bardzo ściśle z książką, którą mam zamiar napisać. Ja ci to wytłumaczę! Handel niewolnikami jest zabroniony, a mimo to uprawia się go wciąż jeszcze. Nie domyślisz się, ilu ludzi ginie rocznie z tego powodu!
— Czy ja to wiem — zaraz ci wyjaśnię! Pomówmy tylko o Egipcie, gdzie handel niewolnikami urzędowo zniesiono. Z nad górnego Nilu przewozi się 40.000 niewolników przez Morze Czerwone. Z tego idzie 16.000 do innych okolic, a 24.000 do Egiptu. Do tego należy dodać 46.000 ludzi, których się przewozi Nilem i drogami lądowemi do Nubji i do Egiptu. Kraj ten otrzymuje zatem przez cztery porty i czternastu drogami lądowemi rocznie 70.000 niewolników. Do tego należy dodać, że na jednego niewolnika przypada przynajmniej czterech zabitych podczas obławy, lub ginących podczas transportu. Z tego rachunku wynika że krainy Sudanu tracą dla samego Egiptu rok rocznie po 350.000 ludzi. — Czy mam ci powiedzieć także o niewolnictwie w innych krajach?
Spojrzał na mnie szeroko rozwartemi oczyma i nic nie odpowiedział.
— Czy mam ci powiedzieć, że haremy w Konstantynopolu roją się od dziesięcio do czternastoletnich Czerkiesek, za które dziś płaci się po dwadzieścia talarów, a przedtem były osiem razy droższe? Ile tam musi być murzynów i murzynek? A jednak ambasady Wysokiej Porty zapewniają nas, że handel niewolnikami już nie istnieje!
— A zatem ty, effendi, wiesz o tem wszystkiem, wiesz nawet znacznie lepiej i dokładniej ode mnie! — przyznał. — Wy, Europejczycy, wiecie rzeczywiście wszystko, wszystko!
— No, wiemy przynajmniej, że się policzy za mało, jeśli się przyjmie, że kraje sudańskie tracą rok rocznie przeszło miljon ludzi w obławach na niewolników. Takie liczby musisz w swojej książce uwzględnić.
— Podam je — na Allaha, podam! Nie zapomnij tych liczb. Podyktujesz mi je przy sposobności. Nie jest to gołosłowne zdanie, że handel niewolnikami trwa nadal. Mnóstwo okrętów płynie z niewolnikami wdół Nilu. Posiadamy policyjne okręty, przeznaczone do tropienia handlarzy, lecz kapitanowie są nieuczciwi. Te psy łączą się z łowcami niewolników. Potrzeba więc sprawiedliwego i uczciwego człowieka, któryby gorliwie nad tą sprawą czuwał. Ja nim jestem. Nazywam się Abd el Insaf, Sługa Sprawiedliwości, zrozumiałeś? Jestem zaś reisem effendiną, czyli kapitanem naszego pana. Choć odniedawna piastuję tę godność, już wszystkie łotry dobrze mnie znają, gdyż nie przepuszczę żadnemu, choćby mi ofiarował nie wiem ile pieniędzy. Okręt mój nazywa się Esz Szahin[8]. Pędzi szybko, jak sokół, i napada, jak sokół. Żadna dahabijeh, żaden sandał, żaden noker nie zdołają przed nim umknąć. Czy chcesz go obejrzeć?
— Jestem nawet bardzo ciekawy.
— Stoi niedaleko stąd, przy brzegu. Musiałem wylądować w Giseh, gdyż pragnąłem pomówić z mudirem. Gdy nadszedł wieczór, przechadzałem się po brzegu, bo takie przechadzki często dobry połów mi dają. I dziś także gruba ryba wpadnie mi w ręce.
— Któż taki?
— Ta właśnie dahabijeh.
— Czyż być może? Ależ ona dopiero dzisiaj wypłynęła z Bulaku!
— Tak, niewolników nie wiezie, ale ja oddawna już śledzę ją i jej reisa. Wnętrze tego okrętu urządzono tak, jak tego potrzeby handlu niewolnikami wymagają. Już ja ten statek znam.
— Przecież nie byłeś jeszcze pod pokładem!
— Pod pokładem nie byłem, ale dlaczego tak przeraziło reisa moje przybycie? Dlaczego sternik zniknął natychmiast w otworze? Chyba tylko w tym celu, żeby tam na dole coś zmienić, albo ukryć. Zobaczysz wkrótce, że się nie mylę. Ale smoła się dopala. Niech reis znowu miski napełni; jeśli się nie pośpieszy, dostanie harapem!
Rozkaz ten zwrócony był do drugiego towarzysza; ten skwapliwie się zerwał, aby go wykonać.
Co za spotkanie! Mój nowy znajomy był więc, żeby się tak wyrazić, oficerem marynarki i polował na handlarzy niewolników. Ogromnie rad byłem z tej znajomości; wiele obiecywałem sobie po niej, nawet bardzo wiele.
Stary reis przyniósł smołę, nie śmiejąc podnieść wzroku. Gdy odszedł, nawiązał reis effendina przerwaną rozmowę:
— No, teraz wiesz już, kim jestem i jaki mój zawód. Czy sądzisz jeszcze ciągle, że należy przede mną zatajać, dlaczego chciałeś opuścić tę dahabijeh?
— Może właśnie dopiero teraz. Zatrzymanoby mnie tutaj, a ja muszę jechać do Siut, aby tam czekać na przyjaciela.
— W takim razie przyrzekam ci, że podróż twoja nie dozna zwłoki. Udaję się nad górny Nil do Chartumu i jeszcze dalej, więc przybiję w Siut do brzegu. Odpływam stąd pojutrze; otóż przeniesiesz się na mój statek, oczywiście jako mój gość, gdyż dla zarobku podróżnych nie przewożę. Dobrze?
Kiedym się jakiś czas wahał, podał mi rękę i zawołał:
— Zgódź-że się, bardzo cię o to proszę! Nie ja tobie, lecz ty mnie wyrządzisz przysługę!
— A zatem dobrze, i oto moja ręka. Jadę z tobą do Siut.
— Bardzo chętnie zabrałbym cię i dalej ze sobą, ale skoro masz czekać na przyjaciela, to musisz oczywiście danego mu przyrzeczenia dotrzymać. A teraz opowiedz, co się tu stało!
— To nie wystarczy. Muszę opowiedzieć więcej, opowiedzieć i to, co przedtem zaszło; ty jednak nie będziesz miał czasu wysłuchać mnie do końca.
— Mam dziś dosyć czasu; muszę czekać, dopóki nie nadejdą majtkowie. Ciekawym, dlaczego ten drab wysłał wszystkich swoich ludzi ze statku!
— Tylko z mego powodu.
— Tak? Rzeczywiście? To podwaja moją ciekawość. A zatem od początku! Nie krępuj się! Mój sąsiad, to sternik Sokoła, a tamten z harapem, to mój ulubieniec, prawa ręka. Już niejeden handlarz i właściciel niewolników poczuł na swoim grzbiecie tę moją szybką, ochoczą i dość silną rękę, i w ten sposób poznał moje hasło: „Biada temu, kto krzywdą wyrządza!
Nie opierałem się dłużej i zacząłem opowiadanie od chwili, kiedy mnie Turek zaprosił do kawiarni. Wyraz twarzy reisa effendiny świadczył, że z każdą chwilą rosła jego uwaga i coraz większe było jego zaciekawienie. Nie przerywał mi ani słowem, ani jednym okrzykiem; kiedy jednak doszedłem w opowiadaniu do chwili, w której podsłuchałem reisa, i kiedy powiedziałem mu, co mówili i postanowili, położył mi rękę na ramieniu i przeprosił:
— Wybacz na chwilę! — a zwróciwszy się do „prawej ręki“, dodał: — Śpiesz na naszego Sokoła i sprowadź dziesięciu ludzi, aby obsadzić dahabijeh! Ja przypomnę tej zgrai o dziewięćdziesięciu dziewięciu wzniosłych własnościach Allaha. — A teraz, proszę, mów dalej, effendi!
— Nie jesteś członkiem świętej Kadirine? — spytałem.
— Nie, wogóle nie jestem członkiem żadnego bractwa. Mahomet był prorokiem i Jan był prorokiem. Allah jest miłością i sprawiedliwością, Allah jest i twoim Bogiem; powinniśmy się nawzajem miłować i być wobec siebie sprawiedliwymi. Cenię wiarę, w której na świat przyszedłem, ale nie poniżam drugiego; nie chcę nawracać i nie pozwolę siebie nawracać. Oczy moje mogą widzieć tylko rzeczy ziemskie, a dopiero po śmierci ujrzą rzeczy niebieskie. Dlaczego miałbym spierać się o to, kto Boga wielbi prawdziwie? Jesteśmy jedną wielką rodziną i mamy jednego ojca. Każde dziecię ma swoje odrębne dary i właściwości, więc na swój sposób rozmawia z ojcem. Podaj mi rękę, effendi! Ty jesteś chrześcijaninem a ja muzułmaninem, ale jesteśmy braćmi, jesteśmy posłuszni ojcu, ponieważ go kochamy!
Wyciągnął do mnie rękę, którą serdecznie uścisnąłem. Czyż powinienem był mu powiedzieć, że jako chrześcijanin nie mogę się z nim zgodzić? Nie zmieniałem się przez milczenie w muzułmanina, przeciwnie, pozwalając mu mówić, dałem mu sposobność mówienia tak, jakby mówił prawdziwy chrześcijanin. Wyrzekając się zachłanności Islamu, przestawał być mahometaninem. Uczynił przez to wielki krok ku Chrześcijaństwu, a niewczesną repliką mogłem go tylko skłonić do cofnięcia tego niezwykłego kroku. Wiedziałem zresztą, że misjonarzem jest nietylko ten, co naucza słowami, ale i ten, co czynami drugim przykład daje. Czyn działa często potężniej, aniżeli słowo; czasem i milczenie jest czynem, choćby tylko takim, który zapobiega zgorszeniu.
Opowiadałem dalej; kiedy dobiegłem do końca, wrócił „ulubieniec“ i „prawa ręka“. Usadowił dziesięciu uzbrojonych ludzi w rozmaitych miejscach pokładu; ukryli się za wyższym pokładem, ażeby ich z brzegu nie można było zobaczyć. Następnie „ulubieniec“ zbliżył się do nas i oznajmił: — Emirze, statek obsadzony, ale kiedyśmy nadchodzili, stał tam pod drzewem człowiek, który się czujnie wpatrywał w dahabijeh. Wydało mi się to podejrzane i kazałem go pochwycić. Zdołał jednak umknąć. Jeśli Allah obdarzył mnie dobremi oczyma, to mógłbym przysiąc, że to ten sam człowiek, którego widzieliśmy przedtem, zanim weszliśmy na okręt.
— A więc złodziej kieszonkowy? Jaka szkoda, że umknął! Teraz wie, w czyje ręce wpadła dahabijeh, i chyba już tu nie przyjdzie. Jutro jednak będę w Kahirze i każę go pochwycić.
— Jeśli go znajdziesz! — wtrąciłem.
— O, ja go znajdę! Zaalarmuję całą policję, a gdzie się ten łotrzyk włóczy, o tem tam wiedzą dokładnie. A więc, effendi, już skończyłeś. Wiem, co się stało, lecz wiem jeszcze coś innego, a mianowicie, że jesteś człowiekiem, któregobym pragnął mieć na Sokole. Czy chcesz być moim porucznikiem?
— Niestety, nie mogę.
— Wiem, dlaczego. Porucznik to niewielka ranga, ale przecież nie mogę ci wprost zaproponować, żebyś dowodził moim Sokołem, ani też nie wypada mi mówić, że chciałbym być twoim podwładnym!
— Jedno i drugie chyba niepotrzebne; przypuszczam bowiem, że musisz już mieć porucznika.
— Oczywiście, że mam, ale zapytam cię przynajmniej, czy nie miałbyś ochoty towarzyszyć mi w drodze na górny Nil.
— Ochotę miałbym, lecz mi nie wolno.
— Z powodu tego Turka? Dałeś mu słowo? Musisz mu go dotrzymać, bo murzynów przyjął do siebie. Jak się nazywa?
— Murad Nassyr.
— A skąd pochodzi?
— Z Nifu obok Ismiru.
Popatrzył w milczeniu nadół; ponieważ mina jego niebardzo mi się podobała, więc zapytałem:
— Czy go znasz?
— Zdaje mi się, że słyszałem już kiedyś to nazwisko.
— Wymawiano je pochlebnie, czy nie?
— Nie! Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, ale zdaje mi się, że niebardzo pochlebne zdanie o nim słyszałem. Może sobie zresztą cośkolwiek wyraźniejszego przypomnę. Mamy czas, bo razem pojedziemy. Dajmy więc tem u spokój, a zajmijmy się chwilą obecną. Gdyby sprawa twoja poszła drogą przepisaną, musiałbyś mimo wpływu konsula zmarnować tutaj kilka tygodni. Ponieważ jednak przyrzekłem ci, że tego unikniesz, nadam sprawie taki obrót, jaki uważam za najlepszy. Ciebie nie potrzeba nam wcale; wystarczy przyznanie się tych łotrów i kilku świadków, którzy to usłyszą, a potem w sądzie powtórzą. Świadków mam; to moi ludzie.
— A więc sprawcy poniosą karę?
— Oczywiście! „Biada temu, kto krzywdzi innych!
— I Barakowi, mokkademowi?
— Hm! Właśnie dlatego, że ten Abd el Barak jest mokkademem Kadirine, trudno będzie dobrać się do niego. Nikt, nawet najpotężniejszy, nie zechce powaśnić się z tak wpływowem bractwem. Znajdę jednak środki i drogi, aby się domacać go moją „prawą ręką“. Teraz zejdziemy na pokład; przesłucham tych trzech drabów.
Zeszliśmy po wspomnianych wąskich schodach, przyczem „prawa ręka“ i „ulubieniec“ wyjął kurbacz z za pasa. Ten zacny sługa znał widocznie mocne i słabe strony swego energicznego pana, jako inkwizytora. Kiedyśmy się zbliżyli do masztu, pod którym siedzieli delikwenci, powstali wszyscy trzej ze swych miejsc. Postawa ich bynajmniej nie zdradzała pewności siebie, a twarze już teraz wyglądały nędznie. Emir, którego tak odtąd będę nazywał, ponieważ jego „ulubieniec“ dał mu przedtem ten tytuł, podniósł rękę, a na ten znak natychmiast zjawiło się owych dziesięciu ludzi i otoczyło nas dokoła. Sędzia śledczy zwrócił się natychmiast do służącego:
— Jak się nazywasz?
— Barik — odrzekł zapytany.
— A zatem prawie tak, jak twój miły mokkadem! Skąd pochodzisz?
— Z Minieh.
— A przecież powiedziałeś temu effendiemu, że jesteś Beni Maazeh imieniem Ben Szorak! Jak śmiałeś okłamywać człowieka, który w każdym końcu włosa ma więcej rozsądku, aniżeli ty miałeś i mieć będziesz razem z twoimi przodkami i potomkami! Radzę ci mówić prawdę, gdyż nie jestem tak cierpliwy, jak ten effendi. Czy udawałeś wczoraj ducha?
— Nie.
— Dobrze! Przypomnij sobie! My ci w tem pomożemy.
Na jedno jego skinienie położyli czterej ludzie kłamcę na ziemi i przytrzymali go, a „ulubieniec“ zaczął wybijać takt w taki sposób, że ten wrażliwy człowiek krzyknął za piątem uderzeniem:
— Dość, już się przyznam!
— Tak przypuszczałem! A więc byłeś jednym ze strachów?
— Byłem — odrzekł zapytany, leżąc jeszcze na ziemi.
— Kto byli tamci dwaj?
— Mokkadem i jego sługa, spełniający zarazem powinność pisarza.
— Jak często udawaliście strachy?
— Ciągle od śmierci właściciela domu.
— Te zeznania wystarczą. Podnieś się i stań pod masztem.
Czterej ludzie puścili go, a „ulubieniec“ przeciągnął go jeszcze raz po plecach tak, że delikwent zerwał się z podłogi, jak tylko mógł najszybciej. Emir spojrzał teraz na reisa i rzekł:
— Znasz mnie i wiesz dobrze, jak ciebie lubię i jaką mam władzę nad tobą. Odpowiadaj dokładnie i rzetelnie, bo jak nie, to dostaniesz baty!
Tego chyba nigdy nie obiecywano starcowi, więc wybuchnął gniewem:
— Emirze, ja jestem wiernym muzułmaninem, a nie niewolnikiem lub sługą. Kieruję tą dahabijeh!
„Ulubieniec“ wiedział już, co czynić w takich wypadkach; nie zapytawszy nawet wzrokiem o pozwolenie, przeciągnął starca w poczuciu swego majestatu tak silnie dwa razy po grzbiecie, że go już cała ochota do oporu odeszła.
— Tak! — zaaprobował emir, zadowolony z gorliwości podwładnego. — Czy ktoś niewolnikiem, sługą, dowódcą, muzułmaninem, czy poganinem, to wszystko jedno wobec Allaha, mnie i mego bata. Kto się sprzeciwia lub kłamie, musi dostać po grzbiecie! Od kiedy ten Barik z Minieh służy na twoim statku?
— Od dziś — odpowiedział reis z tłumioną złością.
— Kto go sprowadził?
— Mokkadem.
— Jakie obowiązki miał pełnić ten pachołek?
— Miał służyć temu obcemu effendiemu.
— Miał temu effendiemu pochlebiać, aby go przyjął na służbę, a potem miał go wydać mokkademowi, czyli śmierci?
— O tem nic nie wiem.
— Więc zapomniałeś? Otóż wyrządzimy ci przysługę i dopomożemy twej pamięci.
Powalono reisa na ziemię; dostał znowu batem, ale tylko trzy razy, bo po trzeciem uderzeniu przyznał się do tego, o co go pytano.
— Widzisz, jak szybko bat krzepi pamięć! — rzekł emir. — Skóra hipopotama usuwa za pierwszem uderzeniem zatwardziałość serca. Masz leżeć tak dalej i odpowiadać. Czy wiedziałeś, że upatrzono sobie portfel effendiego?
— No tak... wiedziałem... — przyznał się z wahaniem.
— I przyłożyłeś rękę do tego?
— Nie... tak, oj tak! — krzyknął przeraźliwie, poczuwszy harap.
— Czy wiedziałeś, że nastawano na życie effendiego?
Przyznanie się nastąpiło dopiero po drugiem uderzeniu.
— Czy radziłeś tem u drabowi, aby go zabił dziś jeszcze?
Reis milczał. Nie chciał powiedzieć tak, a bał się środka przymusowego, zwanego przez Turków „kyr“, a przez Arabów „kurbacz“. Ale działalność „ulubieńca“ doprowadziła go rychło do tego, że się przyznał.
— Mógłbym pytać dalej, — rzekł emir — ale budzisz wstręt we mnie. Jesteś tchórzliwym psem, który ma odwagę popełnić grzech, a nie ma odwagi do niego się przyznać. Udusisz się w swojem własnem błocie. Przyprzyjcie go do masztu! A teraz do sternika!
Sternik drżał na sam widok tego, co się działo. Gdy usłyszał, że do niego mają się teraz zwrócić z okropnem pytaniem, padł na kolana i zaczął wrzeszczeć:
— O Allah, o nieba! Tylko nie bić! Ja zeznam wszystko, wszystko!
— Emirze, — poprosiłem reisa effendinę — miej litość dla niego! On nie taki zły i musiał słuchać reisa. Podczas mego podsłuchiwania nie powiedział ani słowa, a gdy potem zarzuciłem im przewrotność, przyznał prawdę mym słowom. Dostał się w złe towarzystwo i to jest cała jego wina.
— Ten effendi ma słuszność, emirze; on m a słuszność! Allah będzie mu błogosławił za te słowa! — lamentował tchórzliwie sternik.
— Dobrze, chcę wierzyć, — rzekł emir — i postawię ci tylko jedno pytanie. Czy przyznajesz, że to wszystko jest prawda, co nam opowiedział effendi?
— Tak jest, to wszystko prawda!
— Więc powstań! Będziemy mieli litość nad tobą. Ale spodziewam się, że potem na inne pytanie odpowiesz równie otwarcie.
— Jakie pytanie? Powiem wszystko!
— Nie teraz jeszcze. Nie powinieneś dłużej przestawać z tymi zatwardziałymi grzesznikami. Usiądź obok kajuty, ale nie ruszaj się z miejsca!
Zrozumiałem zamiar emira. Chciał sternika trzymać zdala od reisa, aby go namowami lub groźbami nie skłonili do odmówienia spodziewanego jeszcze zeznania. Teraz kazał reis effendina wyszukać trzy lampy i zeszedł z muhamelem[9] i „ulubieńcem“ do wspomnianego już otworu.
Widziałem, że reis zacisnął wargi, ale nie tyle z bólu, jaki mu sprawiły baty, ile raczej z obawy przed odkryciem, którego należało się spodziewać. Nie mogłem wprost już patrzeć na tego człowieka. Zbrodniarz młodociany z pewnością wzbudzi w nas litość, lecz jeśli człowiek stary, jedną nogą już w grobie stojący, grzeszy z samego upodobania w złem, nie zasługuje na nasze współczucie. Chrześcijanin osądzi go może łagodniej, obywatel jednak i psycholog musi potępić surowo. Poszedłem na tył okrętu do sternika. Wyciągnął do mnie rękę i powiedział:
— Effendi, dziękuję ci, że wstawiłeś się za mną! Jestem krewnym reisa i nie mogłem odejść od niego. Nie życzyłem ci nic złego i dlatego milczałem.
— Lecz musisz uznać, że milczenie twoje było grzechem, a nawet zbrodnią.
— Effendi, moje słowo żadnegoby skutku nie odniosło! Czyż miałem reisa zdradzić dla ciebie?
— Oczywiście, a wtedy nie byłoby tak źle z wami, bo emir nie byłby wszedł na dahabijeh; zwabiliśmy go dopiero naszą głośną rozmową. Gdyby nie to, nie byłby odkrył, że ten żaglowiec służy do przewozu niewolników.
— Prze... wo... zu... niewolników! — wyjąkał z przerażeniem. — Kto... kto... tak... twierdzi?
— Emir, a on jest znawcą.
— O nieszczęście, o zamęcie w mej głowie! Allah, Allah, Allah! Ciało moje chwieje się, kości dygocą, a dusza drży. Pochłania mnie morze strapienia, a wiry strachu pchają w otchłań rozpaczy. Jakaż dusza ulituje się nade mną, jaka ręka wyciągnie się, aby mnie ocalić?
— Nie krzycz tak, bo zwrócisz na nas uwagę. Czy przyznajesz, że ta dahabijeh służy do handlu niewolnikami?
— Effendi, ona ich tylko przewozi.
— Zbliżasz się już do sześćdziesiątki. Czy masz rodzinę?
— Mam w Gubatar syna oraz wnuków i wnuczęta; mieszka z nimi moja żona.
— To wpobliżu wolnych Beduinów Uled-Ali, których znam dobrze. Uciekaj do nich i siedź tam, dopóki ta sprawa nie pójdzie w zapomnienie. Czy masz pieniądze?
— Mam tylko kilka piastrów, a i te przechowuje reis.
Dałem mu trochę pieniędzy, które miałem przy sobie, i powiedziałem:
— Zauważyłem, że małe czółno przymocowane jest ztyłu do steru. Spuść się po linie, na której wisi, i uciekaj.
— Chętnie, o jak chętnie! Za rok pójdzie wszystko w zapomnienie, a potem będę mógł pokazać się znowu. Ale jak się dostanę do steru? Zobaczą mnie!
— Nie, bo idę tam teraz i skupię na sobie uwagę tych ludzi. Uważaj zatem. Skoro tylko upewnisz się, że nikt nie patrzy w tę stronę, wbiegniesz na schody.
— Tak, tak, effendi! Jakie dzięki...
— Nie gadaj nic, raczej działaj! Niechaj Allah osłania twą ucieczkę i nie pozwoli ci zejść znów na bezdroża.
— Nigdy już nie popełnię nic złego, effendi! Nikt z muzułmanów nie byłby się ulitował nade mną, a ty, który jesteś chrześcijaninem...
Nie słyszałem nic więcej, gdyż odszedłem od niego ku masztowi i tam zacząłem wypytywać ludzi emira o Sokoła. Byli tak zachwyceni zaletami tego statku, że zaczęli mówić do mnie wszyscy naraz. Kiedy zaś oznajmiłem im, że pojadę z nimi, stłoczyli się dokoła mnie tak, że sternik miał sposobność do ucieczki. Widziałem go śpieszącego po schodach i znikającego poza dymem, wydzielającym się z miski smolnej. Gdyby mi był kto w owej chwili powiedział, że wkrótce sternika spotkam i to nie u Beduinów Uled-Ali, lecz w Sudanie, nie byłbym chyba uwierzył.
Teraz powrócił emir z obydwoma towarzyszami. Obawiałem się już, że najpierw będzie szukał sternika i rychło odkryje ucieczkę, ale na szczęście przyszedł prosto do nas i zwrócił się do reisa:
— Najpierw załatwię jeszcze jedną sprawę uboczną. Ile ten effendi zapłacił za przewóz?
— Sto piastrów — rzekł stary niepoprawny grzesznik.
— A jednak effendi mówi o trzystu z czego wynika, że ty podajesz o dwieście mniej. Jeden z was chce mnie oszukać, ale w tym wypadku ja jemu wierzę, nie tobie. Wolę przypuścić, że effendi omylił się o dwieście. To wynosiłoby pięćset, które mu wypłacisz natychmiast.
— To oszustwo, najoczywistsze oszustwo! — krzyknął starzec, lecz poczuł natychmiast bicz „ulubieńca“ na grzbiecie, co skłoniło go do oświadczenia, że zgadza się na wypłatę.
— Dobrze! Gdzie masz pieniądze? — zapytał emir.
Reis zawahał się z odpowiedzią, lecz podniesiony harap zmusił go do wyznania, że kasę ukrył w dolnej części okrętu.
— A zatem sprowadzisz nas nadół — rzekł nieubłagany inkwizytor. — Dokąd płynie twoja dahabijeh?
— Tylko do Chartumu.
— Nie dalej? To kłamstwo. Dajesz mi tę odpowiedź, ażebym nie zgadł, jakiego to rodzaju handel chcesz tam uprawiać. Jakie zabrałeś towary?
— Takie, jakich tam poszukują, mianowicie materje na ubrania, narzędzia, tanie ozdoby dla murzynów i tym podobne rzeczy; chcę to zamienić na produkta krajowe.
— To brzmi wcale niewinnie, ale ja ci nie wierzę. Skrzynie i toboły, które widziałem na dole, wyglądają tak, że należy się w nich domyślać całkiem innych rzeczy. Każę je zatem otworzyć i biada ci, jeśli cię złapię na oszustwie!
— Emirze, ja chodzę drogami prawa, — zapewnił starzec — a więc możesz sobie śmiało oszczędzić trudu otwierania.
— Rzeczywiście? Przypuszczam jednak, że handlujesz deskami, słupami i innem drzewem, gdyż widziałem na dole mnóstwo tego materjału. Powiedz mi, jakie jego przeznaczenie?
— Wszystko przeznaczone na sprzedaż. Na południu niema drzewa ciętego i dlatego ludzie zamożni, którzy go potrzebują do budowy, płacą za nie bardzo dobrze.
— Komu innemu mógłbyś to mówić, ale nie mnie. Dlaczego w takim razie te podpory, słupy i deski tak są obrobione, że można z nich zbudować jeszcze dwa niższe pokłady?
— To przypadek, emirze!
— Gdybyś był wiernym synem proroka, wiedziałbyś, że przypadek nie istnieje. Czy handlujesz żelaznemi łańcuchami? Widziałem ich całe stosy na dole. Te deski i łańcuchy zdradzają twoje właściwe zatrudnienie; twoje krętactwa nie przydadzą się na nic. Że handlujesz niewolnikami, udowodni ci to twój własny sternik swemi zeznaniami. Sprowadźcie go tutaj! On się tak boi harapa, że zaraz wyzna prawdę.
Na te słowa zwróciły się oczy wszystkich ku miejscu, gdzie się znajdował sternik, ale już go tam nie było. Zaczęto go szukać i szukano oczywiście napróżno. Reis effendina wziął całą sprawę o wiele lżej, aniżeli przypuszczałem. Już po krótkim czasie rozkazał jednemu ze swoich ludzi:
— Nie trudźcie się! Widzę, że uciekł. Nie uważaliście i udało mu się niepostrzeżenie przekraść na brzeg po pomoście. Powinienem was właściwie ukarać, ponieważ jednak nie był to taki zatwardziały łotr, jak ten reis, więc niech ucieka, a wam przebaczam. Teraz zejdźmy znów nadół, aby odebrać pieniądze za podróż.
Poprosił mnie, żebym szedł za nim. Dwóch jego ludzi pochwyciło reisa, aby go zaprowadzić do otworu, reszta została na górze. Przybywszy nadół, zorjentowaliśmy się łatwo przy pomocy światła. Od wnętrza dahabijeh odcięte były zprzodu i ztyłu małe komórki. Zobaczyłem zaledwie dwadzieścia skrzyń i tobołów. Było to uderzające, ponieważ te okręty nie opuszczają Kairu, zanim nie nabiorą pełnego ładunku. W tylnej zamkniętej komórce stała skrzynia z narzędziami. Leżały tam łańcuchy rozmaitej długości, grubości i konstrukcji, wszystkie bez wyjątku przeznaczone na okowanie niewolników. W wielkim przedziale piętrzyły się wysokie składy desek i belek. Oprócz tego spostrzegłem trzy poziome, leżące jeden na drugim, szeregi podpór, przyśrubowanych mocno do żeber statku. Były to widocznie podpory niższych pokładów, które w razie potrzeby budowano ze znajdujących się tu desek i belek. Te dolne pokłady przeznaczone były oczywiście dla murzynów. Oddalenie bocznych podpór od siebie wskazywało, że pokłady nie były wyższe nad cztery stopy, że więc biedni czarni nie mogli podczas transportu stać, tylko siedzieli, i to w niewygodnej pozycji. Zresztą, reis przyznał później, że tylko wyjątkowo wolno im było siadać, przeważnie zaś przykuwano ich w pozycji leżącej. Ponieważ mnie to żywo zajęło, wybadałem go później i dowiedziałem się bliższych szczegółów o podziale tych dolnych pokładów i sposobie umieszczania tam czarnych. Ściany z desek na przodzie i tyle okrętu odcinały zaokrąglenia statku tak, że każdy taki pokład, przeznaczony dla niewolników, miał kształt regularnego prostokąta, w którym umieszczano czarnych w następujący sposób:


Każdy taki pokład dzielił się na trzy części, w których, jak to kreski na planie wskazują, mieściło się w pozycji leżącej po pięćdziesięciu czarnych, zwróconych do siebie nogami. W środku tych przedziałów, jak to wskazuje na rysunku litera O, znajdował się otwór, przez który łączyły się schodami dolne pokłady z górnemi. Jeśli się weźmie pod uwagę bardzo małą wysokość tych przedziałów, brak wszelkiej wentylacji, skwar egipski, nędzne pożywienie i złe, a nawet okrutne obchodzenie się reisów z niewolnikami, to nietrudno sobie wyobrazić, jak straszne było położenie tych czterystu pięćdziesięciu czarnych na dahabijeh.
Reisa zaprowadzono do przedniej komórki, która była zamknięta. Kiedy ją otworzono, ujrzeliśmy znaczną liczbę harapów, zawieszonych na ścianie, mnóstwo flaszek „raki”, przeznaczonych oczywiście dla reisa, oraz skrzynię blaszaną, u której wisiały dwie kłódki. Reis miał klucze do niej przy sobie. Gdy ją otworzył, okazało się, że zawierała kilka tysięcy talarów Marji Teresy. Emir sięgnął ręką bez ceremonji i odliczył pewną sumę, którą mi wręczył, mówiąc:
— Oto masz, effendi, pięćset piastrów!
— Ależ to o wiele więcej, aniżelim zapłacił! — odrzekłem, i bynajmniej nie miałem zamiaru tej kwoty sobie przywłaszczyć. — Talar znaczy tu...
— Milcz! — przerwał mi. — Ja to lepiej rozumiem od ciebie. Ten reis, handlujący niewolnikami, ma pieniądze przeznaczone na zakup w Sudanie, gdzie talar ma wartość dziesięciu piastrów. Dlatego właśnie liczę wedle tamtego kursu i daję ci pięćdziesiąt talarów, czyli pięćset piastrów.
— Ależ oplata nie wynosiła pięciuset piastrów, lecz...
— Cicho! — przerwał mi znowu. — Wiem bardzo dobrze, co czynię. Biada temu, kto krzywdzi innych! Oto zasada, w myśl której zawsze postępuję.
Musiałem milczeć i przystać na jego sposób liczenia. Twierdzenie jego co do wartości talarów Marji Teresy było całkiem fałszywe, gdyż, przeciwnie, pieniądz ten ma w Sudanie wyższą wartość, aniżeli w Kairze. Powinienem był dostać właściwie znacznie mniej nawet w tym wypadku, gdyby Murad Nassyr zapłacił był za mnie pięćset piastrów. Kiedy pieniądze w sunąłem do kieszeni, złożył stary reis ręce jak do modlitwy, podniósł oczy wgórę i westchnął:
O Allah! Losy, które zsyłasz na swoich wiernych, są czasem ciężkie, bardzo ciężkie, ale ty mi je wynagrodzisz kiedyś wiecznemi rozkoszami raju.
— Harapami będą cię tam ćwiczyli, tylko że plagi będą nieco silniejsze, niż te, któreś dziś ode mnie otrzymał, — huknął emir na niego. — Będziesz cierpiał, jak jeż przenicowany, którem u kolce wbijają się we własne ciało. Kto porywa ludzi i handluje niewolnikami, tego po śmierci czeka tylko piekło.
— Nie pojmuję, co ty mówisz, emirze! Ani przez myśl mi nie przeszło, aby się tym zakazanym handlem zajmować. Kroczę drogą sprawiedliwych, a ścieżki moje są ścieżkami cnoty.
— Milcz, psie! — zgromił go reis effendina. — Jeśli nic pojąć nie jesteś w stanie, to się postaram, żebyś przynajmniej coś odczuł, a mianowicie mój bat. Wielka zaiste jest przewrotność twoja, ale jeszcze większa czelność. Czy sadzisz, żem ślepy? Ja, reis effendina, widząc urządzenie okrętu, poznam chyba, do jakiego użytku jest przeznaczony! Chodź, udowodnię ci, że wszystko odgaduję i rozumiem!
Powlókł go do głównego przedziału i dał takie dokładne wytłumaczenie konstrukcji, urządzenia i jego celu, jak gdyby okręt według jego własnego planu zbudowano. Reszty dokonała ponowna groźba, że dostanie harapem. Reis musiał złożyć wyczerpujące zeznania, poczem Achmed Abd el Insaf zarządził konfiskatę statku i całej jego zawartości, a tem samem i kasy starego reisa, którego następnie zamknięto w opróżnionej po pieniądzach komórce. Strata pięknych talarów Marji Teresy dotknęła go niezawodnie bardziej, aniżeli los, który go czekał.
Wyszliśmy na pokład, a za nam i wyniesiono skrzynię. Przybywszy na górę, rozkazał emir zamknąć także ducha numer trzeci. Chwilę później przybyli majtkowie na statek. Nie domyślali się, co [na nim] zaszło. Zdumieli się niemało, widząc, że dahabijeh przeszła w obce ręce. Emir przesłuchał każdego zosobna, przyczem okazało się, że wszyscy wiedzieli, a w każdym razie domyślali się, jakie jest przeznaczenie okrętu. W ciągu śledztwa reis effendina groził im kilkakrotnie bastonadą; wreszcie, kiedy wszystkie potrzebne zeznania z nich wydobyto, kazał ich sprowadzić do wnętrza statku i zamknąć. Przy wszystkich wejściach postawiono straż.
Teraz wezwał mnie emir, abym się udał razem z moimi pupilami i z nim na Sokoła. Rzeczy moje miano później stąd zabrać. Sokół, Esz Szahin, stał na kotwicy nieco wyżej. Ponieważ było dość ciemno, nie mogłem widzieć dokładnie jego kształtu, zauważyłem tylko przy świetle latarni, stojącej na pokładzie, że był bardzo długi i wąski, oraz że miał dwa maszty z całkiem odrębnem urządzeniem lin i żagli. Wtyle znajdowały się dwie kajuty, jedna na pokładzie, druga o kilka schodów niżej. Tę niższą przeznaczono dla mnie i dla dzieci. Zaopatrzona była w okna i, jak na trzy osoby, wcale obszerna. Urządzenie jej było wprawdzie wschodnie, lecz znalazłem tam przedmioty, które pozwalały i mieszkańcowi Zachodu mieszkać w niej dość wygodnie.
Emir wysłał jeszcze czterech ludzi do pilnowania dahabijch, dwóch innych zaś poszło po moje rzeczy. Kiedy go zapytałem, z ilu ludzi składa się załoga Sokoła, odpowiedział, że z czterdziestu zdolnych do boju mężczyzn. Wszyscy z nich znali doskonale Sudan i mieli, jak mnie informował emir, ogromną wprawę w wyławianiu handlarzy niewolników.
Ponieważ nie miałem już nic do roboty, położyłem się spać. Poduszki były godne baszy, to też spałem aż do białego dnia, nie zbudziwszy się ani razu. Kiedy rano wyszedłem na pokład, powitał mnie porucznik bardzo uprzejmie i zapytał o rozkazy. Zawiadomił mnie przytem, że ma polecenie spełniać moje życzenia tak samo, jak gdyby pochodziły od komendanta. Zamówiłem kawę dla siebie i dla dzieci, i zapytałem o emira. Nie było go, gdyż ruszył do Kairu, aby tam wydać w ręce władzy reisa i całą załogę pojmanej dahabijeh. Zamierzał równocześnie wyśledzić kuglarza. Z uprzejmości tylko nie zbudził mnie przed odjazdem.
Następnie wyniesiono dla mnie i dla dzieci poduszki na tylny pokład, skąd mogliśmy objąć okiem całą szerokość rzeki. Przedewszystkiem zajął moją uwagę statek, na którym się znajdowałem. Linje jego były ostre, lecz zgrabne, a jedno spojrzenie na maszty, liny i zwinięte żagle dowodziło, że to statek doskonały.
Siedzieliśmy jeszcze przy kawie i przy ciepłem pieczywie, które przyrządził dla nas okrętowy kucharz, gdy naraz dostrzegliśmy sandał, posuwający się zwolna środkiem rzeki. Chciał nas minąć. Na dziobie przeczytałem nazwę Abu ’l adżal[10]. Posłałem mego czarnego chłopca do kajuty po lunetę, bez ubocznej myśli, zaraz się jednak przekonałem, że był to krok bardzo rozważny. Kiedy bowiem spojrzałem na sandał, znajdujący się na tej samej wysokości, zauważyłem w śród innych ludzi człowieka, który z natężeniem wpatrywał się w naszą stronę. Poznałem natychmiast muza’bira, którego emir chciał schwytać. Łotr umknął oczywiście pierwszym statkiem, płynącym wgórę rzeki.
Zawiadomiłem natychmiast jüz-baszę[11] o mem odkryciu i zapytałem, czy nie może zabrać tego człowieka ze sandała, lecz odpowiedział mi niestety, że bez rozkazu emira ani sam nie może opuścić Sokoła, ani też ludzi nie może wysłać. Musieliśmy więc narazie puścić kuglarza wolno. — — —

∗             ∗



Żegluga na Nilu! Ileż treści w tych słowach! Kahira, Wrota Wschodu, już za plecami, dążymy na południe. Na południe! Niech ci się nie zdaje, czytelniku, że wyraz Sudan pochodzi od pierwiastka süd spotykanego w wielu europejskich językach na oznaczenie południa. Sudan to spaczona liczba mnoga od przymiotnika aswad, czarny. Beled es Sudan znaczy dosłownie Kraj Czarnych. Południe nazywa się po turecku i po arabska kyble albo dżenub.
Na południe! To tyle, co podróż w krainy nieznane, tajemnicze. Nawet dla człowieka, który kilkakrotnie całą kulę ziemską objechał, południe będzie zawsze krainą mroków, w której każdego dnia można odkryć coś nowego.
Z Kairu do Siut dziś można się dostać koleją, ale podróż taka nie jest bardzo ponętna. Lokomotywa świszcząca nad Nilem, ciemna i brzydka chmura dynui, wlokąca się za pociągiem, znieważają przepyszną atmosferę świętej rzeki. A jak się jeździ koleją egipską? W swoim czasie zdarzyło się w Europie, na Węgrzech, że chociaż pociąg miał stać na stacji tylko dwie minuty, urzędnicy wysiedli, aby się napić wina; maszynista uczynił oczywiście to samo. Wtem przyszła podróżnym ochota zagrać sobie partyjkę w pobliskiej kręgielni. Gdy ją skończono, zagrano drugą, poczem wszyscy powsiadali powoli do przedziałów i pociąg potoczył się dalej. Jeśli to mogło się stać w Europie, czegóż można się spodziewać nad Nilem?
Wolę pokład okrętowy, aniżeli ciasny przedział wagonu. Tu siedzi się na rogoży, albo na poduszce z fajką w ręku, mając wonną kawę przed sobą. Rzeka szeroka na przeszło dwa tysiące stóp rozlewa się przed oczyma, jak jezioro prawie bezbrzeżne. Widok taki podnieca wyobraźnię, która się przenosi na południe, aby je zaludnić olbrzymiemi obrazami ze świata roślinnego i zwierzęcego. Wiatr północny wydyma żagle, majtkowie siedzą tu i owdzie i śpią, lub patrzą bezmyślnie przed siebie, albo wreszcie zabijają czas dziecinną zabawą. Oczy podróżnego zaczynają się nużyć; nie śpi jednak, tylko marzy i marzy, dopóki nie zabrzmi okrzyk: „Do modlitwy, wierni!“ Na to hasło klękają wszyscy, pochylają się w stronę Kibblah i wołają: „Świadczę, że niema żadnego Boga, prócz Boga; świadczę, że Muhammed jest wysłańcem Boga!“ Następnie znowu śpią, dopóki reis nie wyda komendy, albo spotkany statek lub tratwa nie zwróci ich uwagi na siebie.
Tratwy te o tyle są interesujące dla obcych, że nie składają się z pni, belek i t. p., lecz z dzbanów na wodę. Egipcjanin nie pija innej wody, tylko z Nilu, i czerpie ją porowatemi dzbanami. Nieczystość osadza się na ich dnie, a przez pory wydobywa się wilgoć, która, parując, ochładza wodę znajdującą się wewnątrz do temperatury niższej, niż rzeczna. Woda ta ma smak bardzo przyjemny i kto raz się do niej przyzwyczai, woli ją, aniżeli źródlaną z oaz. Dzbany wspomniane wyrabiają w Ballas na lewym brzegu Nilu i dlatego nazwano je ballasi. Ze sznurów plecie się długie prostokątne sieci, W których oka wstawia się dzbany. Ponieważ naczynia te są próżne, unoszą się razem z siecią na wodzie. Na taki pokład kładą drugą podobną warstwę i tratwa jest już gotowa.
Urodzajność Egiptu zależy od wylewów Nilu, który wzbiera w pewnych porach roku i równie regularnie opada. Im większy wylew, tem lepsze zbiory. Ażeby wodę doprowadzić jak najdalej, pokopano kanały. Na ich nasypach, jako też na wysokich brzegach rzeki, umieszczono sakkia, czyli przyrządy do czerpania wody. Przy ich pomocy właściciele parceli nawadniają swoje pola. Sakkia są to ogromne koła, zaopatrzone na obwodzie w naczynia, które podczas obrotu chwytają na dole wodę, a górą wylewają ją do rowów. Temi rowami następnie rozprowadzają wodę w najdalsze nawet okolice. Sakkia wprowadza Egipcjanin w ruch przy pomocy wielbłądów, osłów, wołów, a nawet ludzi. Monotonne skrzypienie tych kół słychać daleko. Często można także zobaczyć nad kanałem biedaka, który za małe wynagrodzenie czerpie wodę rękami. Nie stać go na to, żeby sobie kupił sakkia i zapłacił od niej podatek. Trzeba bowiem wiedzieć, że w Egipcie wszystko jest opodatkowane, nawet drzewo, jeśli może zrodzić choćby kilka owoców. Zdarzało się, że mieszkańcy całych osad wytrzebiali swoje lasy palmowe, byle tylko uniknąć podatków. Zamożny ukrywa bogactwa, i nawet ubraniem nie zdradza swoich dostatków; biedak nie ma z czego żyć wystawniej, dlatego to ludzka dekoracja krain nadnilowych przedstawia się ubogo, w jaskrawej sprzeczności z nadzwyczajną urodzajnością tej ziemi. — — —
Zbliżaliśmy się do Siut, czyli do mojego najbliższego celu podróży. Jeszcze całe dwa dni stał Esz Szahin na kotwicy w Giseh, zanim ruszyliśmy z miejsca. Tak długo zatrzymały tam emira obowiązki. Śledztwo jego w sprawach muza’bira było oczywiście daremne, a kiedy po powrocie dowiedział się, że kuglarz pojechał na Abu ’l adżalu wgórę rzeki, udobruchała go jedynie nadzieja, że szybki Sokół wkrótce dopędzi ów statek.
Przybijaliśmy do wszystkich portów, ażeby się dowiedzieć o sandale, lecz napróżno, bo omijał brzegi. Spodziewaliśmy się zobaczyć go w Siut i dowiedzieć się czegoś bliższego o muza’birze. Jeszcze daleką drogę mieliśmy przed sobą, a mimo to Siut widzieliśmy, jak na dłoni. Miejscowość ta nazywa się po koptyjsku Saûd, a jest to starożytne Lykonpolis, Wilcze Miasto. Leży w pewnem oddaleniu od brzegu w okolicy bardzo urodzajnej i uroczej. Liczący przeszło trzydzieści tysięcy mieszkańców, jest Siut siedzibą baszy i koptyjskiego biskupa. Handel tego miasta sięga aż do wnętrza Afryki, jest to bowiem główna stacja nubijskich i wschodnio sudańskich karawan. Mimo swej antyczności, miasto nie posiada żadnych monumentów, jeśli się pominie dawną Nekropolję i położone w zachodnich górach libijskich groby z mumjami wilka, którego tu dawniej czczono. Wpobliżu niedalekiej wsi Maabdah znajduje się rzadko zwiedzana grota z mumjami krokodyli. — —
Zapuściliśmy kotwicę pod wsią El Hamra, która jest portem Siutu. Emir, jako reis effendina, nie miał do załatwienia w porcie żadnych policyjnych formalności i mógł zaraz wysiąść ze mną na ląd. Szukaliśmy sandału, lecz go tutaj nie było. Od kapitana portowego dowiedzieliśmy się, że widziano ten statek, jak płynął koło portu, nie zatrzymując się wcale. Musieliśmy więc przypuścić, że i muza’bira w Siut niema. Achmed Abd el Insaf, który pałał żądzą dostania w ręce tego człowieka, postanowił odpłynąć natychmiast, ażeby mu sandał nie umknął. Zresztą, i tak nie mógłby się tutaj długo zatrzymać, gdyż wzywały go obowiązki do Chartumu. Jeszcze w ostatnim dniu swego pobytu w Kairze dowiedział się przez swego agenta, że w górze rzeki przygotowuje się coś takiego, co mu może dostarczyć niezwykłego połowu. Co to było, tego nie mogłem się dowiedzieć pomimo zwykłej jego otwartości i zaufania, którem mnie darzył. Zauważyłem, że pragnął korzystać z moich wiadomości, i cieszyłem się ogromnie jego żądzą wiedzy. Musiałem mu odpowiadać na tysiące pytań. Był to zarówno fizycznie, jak i duchowo bogato wyposażony człowiek i pojmował wszystko bardzo łatwo. Najłatwiej jednakże zrozumiał, że jego wiadomości są bardzo skąpe, oczywiście w stosunku do wiedzy Europejczyka. Chcąc więc jego wiedzę choć w części wzbogacić, odpowiadałem na każde jego pytanie szczegółowo i stąd poszło, że mnie zaczął uważać za chodzącą mądrość i za wszechwiedzę, czem, niestety, nie jestem. Pomimo całego tego poważania i uczuć przyjaznych, jakie żywił dla mnie, zachowywał się jednak wobec mnie z rezerwą, właściwą mieszkańcom Wschodu, a odpowiadającą, jak sądził, jego wysokiej randze. Jako reis effendina uważał siebie za wyższego ode mnie dlatego, że nie posiadałem rangi wojskowej, ani żadnej innej. Nic też dziwnego, że mu wielką przyjemność sprawiała moja skromność w obcowaniu. Odpłacał mi to przychylnością i zaufaniem, które tylko wtedy znikało, kiedy wypytywałem go o Chartum i o prawdziwy cel jego podróży. Nie mogłem jednak brać mu tego za złe; wchodziły tu może w grę tajemnice urzędowe. Mimo to zdawało mi się, że milczenie zachowywał nie tyle z obowiązku, ile z pobudek osobistych. Niebardzo mi to było miłe, chociaż nie dawałem nic po sobie poznać.
Ponieważ chciałem dotrzymać słowa wobec swego grubego przyjaciela Murada Nassyra, i czekać na niego w Siut, musiałem rozstać się z emirem. Murzynięta zostały pod opieką effendiny na statku, gdyż jemu łatwiej było zawieźć je zpowrotem do ojczyzny. Dla mnie byłoby to może, a nawet — prawdopodobnie — wcale niemożliwe. Kiedy się z niemi żegnałem, lgnęły do mnie i nie chciały zostać na statku. Łzy ich osuszyłem jedynie przyrzeczeniem, że wkrótce podążę za niemi. Dwaj majtkowie wzięli moje rzeczy, a emir odprowadził mnie do miasta. Kiedy go zapytałem, gdzieby się najlepiej było umieścić, odpowiedział mi:
— Gdzieżby, jeśli nie u baszy? Taki człowiek, jak ty, może mieszkać tylko u najwyższego dostojnika.
— A czy sądzisz, że mnie przyjmie chętnie?
— Oczywiście, zwłaszcza, kiedy cię sam do niego przyprowadzę i polecę. Przyjmie cię, jak dobrego znajomego i przyjaciela.
Wyjaśnienie emira uspokoiło mnie nieco, mimo to jednak wolałbym był zamieszkać w domu prywatnym, gdzie za utrzymanie mogłem zapłacić.
Droga z portu do miasta prowadzi po wysokiej grobli. Po obu jej stronach roztaczała się bujna zieloność. Grobla rojna była ludźmi, idącymi z portu lub ku portowi. Przez bramę saraceńską, tworzącą zarazem główne wejście do miasta, dostaliśmy się na dziedziniec pałacu baszy. Ściany były wszędzie bielone, a okna pozasłaniane. Wzdłuż murów ciągnęły się długie ławy, na których, paląc fajki i pijąc kawę, siedziały długobrode postacie. Można je było uważać za członków straży. Żadna nie zwróciła na nas uwagi.
Widać było, że emir znajdował się tu nie po raz pierwszy. Przystąpił do drzwi, kazał majtkom zaczekać, i wszedł ze mną. Wewnątrz stał na straży żołnierz. Zapytany o marszałka domu, oparł karabin o ścianę i odszedł. Po pewnym czasie powrócił, wyciągnął dłoń do emira i rzekł:
— Mogę was zaprowadzić, jeśli mi dasz dobry bakszysz.
Reis effendina wymierzył mu tęgi policzek i odpowiedział:
— Masz twój bakszysz, a teraz śpiesz się, jeśli nie chcesz otrzymać bastonady!
Skarcony przypatrzył się emirowi i zrozumiał, że to nie zwyczajny człowiek; policzek był najlepszym tego dowodem. To też, pocierając sobie twarz, poszedł skwapliwie naprzód.
Dostaliśmy się na dziedziniec wewnętrzny, z którego liczne wejścia prowadziły do środka pałacu. W jednem z nich stał gruby niezgrabny murzyn, odziany w jedwabne szaty, patrzący na nas posępnym wzrokiem. Skoro jednak spojrzenie jego padło na twarz emira, zmienił się wyraz jego twarzy, murzyn ugiął szerokie plecy, skrzyżował ręce na piersiach i zawołał:
— Gdybym się był spodziewał Waszej Wysokości, byłbym wyszedł naprzeciw!
Gburowatość wzbudza na Wschodzie uszanowanie. Reis effendina wiedział o tem dobrze, więc odpowiedział szorstko:
— Tego nie potrzeba. Ale jak możesz polecać strażnikowi, żeby ode mnie żądał bakszyszu?
— Czyżby on się na coś podobnego odważył? — zapytał czarny z przestrachem. — Panie, ja nie nakazałem mu tego! Allah mi świadkiem!
— Milcz! Ja wiem, że rozkazujesz tym ludziom żądać napiwków, a potem dzielisz się z nimi.
— Powiadomiono cię fałszywie! Na dowód, że mówię prawdę, każę dać bastonadę tem u zbrodniarzowi.
— Obejdzie się, gdyż sam go już ukarałem, a jeśli chcesz się z nim podzielić, to każ mu, ażeby ci oddał to, co otrzymał ode mnie. Oznajmij mnie baszy, panu swojemu!
— Wybacz, że nie mogę tego uczynić, gdyż wysoki władca pojechał z wielkim orszakiem do oazy Dachel.
— Kiedy powraca?
— Może upłynąć z tydzień, zanim oczy służby doznają szczęścia oglądania jego oblicza.
Uważałem tego czarnego za jakiegoś uprzywilejowanego sługę z powodu jedwabnego ubrania, jakie na sobie nosił, lecz poznałem omyłkę, słysząc słowa, które emir do niego wyrzekł:
— Więc wydam ci rozkazy, które dałby ci on, jako swemu marszałkowi domu. Ten pan jest bardzo uczonym i dostojnym effendim z Frankistanu i chce przez kilka dni zabawić w Siut. Miałem zamiar polecić go baszy jako gościa; ponieważ jednak baszy niema w domu, polecam ci dbać o niego tak, jakgdyby był krewnym twego pana.
Murzyn piastował więc nieszczególny urząd marszałka domu. Zmierzył mnie niezbyt przychylnem spojrzeniem i odrzekł emirowi:
— Stanie się zadość twej woli, o panie! Wyznaczę temu cudzoziemcowi pokój odpowiedni dla jego rangi. Wejdźcie i uraczcie się kawą i fajką!
— Muszę czem prędzej ruszyć w dalszą drogę; zostanę tylko tak długo, dopóki się nie przekonam, że effendi otrzymał godne siebie pomieszczenie. Zaprowadź więc nas do apartamentu, który dla niego przeznaczasz, ale się śpiesz!
Niebardzo mi się to podobało, że emir w taki sposób postępował ze sługą baszy, gdyż należało się spodziewać, że ja poniosę skutki tego postępowania. Czarny zmarszczył brwi, lecz skłonił się uprzejmie i wezwał nas, ażebyśmy za nim poszli.
Zaprowadził nas do wielkiej komnaty o niebieskich ścianach, ozdobionych złocistemi napisami z koranu, i oznajmił, że to będzie moje mieszkanie. Emir okazał zadowolenie; powiedział jednak, że przy sposobności dowie się dokładnie, czy i ja również byłem zadowolony. Narazie kazał mu postarać się o przyniesienie moich rzeczy. Marszałek oddalił się, a wkrótce ukazał się inny czarny, który odebrał moje rzeczy od majtków. Za nim wszedł trzeci z kawą i fajką i usiadł przede mną gotów do usług. W każdym lepszym domu na Wschodzie znajduje się o każdej porze gorąca woda do kawy. Ta szybka usługa wydała się emirowi dostateczną gwarancją, że domownicy baszy będą całkiem posłuszni jego poleceniom. — Zostawił mi adres, przy pomocy którego mogłem się w Chartumie dowiedzieć o jego mieszkaniu, podał mi rękę i powiedział:
— A teraz niech cię Allah ma w swojej opiece! Jesteś tu w dobrem miejscu; możesz wchodzić i wychodzić, kiedy ci się spodoba. Gdyby kiedy nie chciano spełnić twoich życzeń, powołaj się na mnie, a bądź szorstki. Niech cię Allah błogosławi i sprowadzi do mnie szczęśliwie!
Wyznam, że kiedy odszedł, nie czułem się tu zbyt swojsko. Przewidywałem, ie wkrótce będę musiał zastosować śródki, zalecone przez niego, chociaż mnie wcale nie nęciły. Musiałem uważać siebie za nieproszonego gościa, sposób bowiem, w jaki wprowadził mnie tu emir, nie mógł chyba wzbudzić dla mnie przychylności. Postanowiłem więc na wypadek, gdyby się zachowywano względem mnie niegrzecznie, opuścić pałac natychmiast i poszukać sobie innego mieszkania.
Siedziałem z godzinę na poduszce, paląc fajkę; sądziłem, że ktoś przyjdzie zapytać, czy sobie czego nie życzę, — nikt się jednak nie zjawił. Dopiero po długim czasie wszedł marszałek domu, a służący, który tak długo siedział przede mną, nie rzekłszy ani słowa, oddalił się z pełną uszanowania szybkością. Czarny nie usiadł, jak tego wymagały przepisy grzeczności, lecz stanął, powlókł po mnie nienawistnem okiem i powiedział:
— A więc reis effendina jest twoim przyjacielem? Kto go słyszy, myślałby, że to sam wicekról. Jak dawno go znasz?
— Odniedawna — odrzekłem z gotowością i zgodnie z prawdą.
— I sprowadza cię tutaj do pałacu baszy? Pochodzisz z Frankistanu. Czy jesteś muzułmaninem?
— Nie, jestem chrześcijaninem.
Allah, Allah! Jesteś chrześcijaninem, a ja dałem ci ten pokój, na którego ścianach błyszczą złote napisy z koranu! Jakiż grzech popełniłem! Będziesz musiał natychmiast opuścić to miejsce i pójść ze mną do innego pokoju, gdzie obecność twoja nie będzie obrażała świętości naszej wiary.
— Tak, ja opuszczę ten pokój, lecz nie poto, by przejść do innego. Ty sam hańbisz Islam, gdyż wiara twoja nakazuje czcić gościa, tymczasem postępujesz wbrew temu nakazowi. Przyślę służącego po swoje rzeczy, a za kawę i tytoń weź sobie ten bakszysz!
Odłożyłem fajkę i powstałem. Dałem mu, jak na tamtejsze stosunki, obfity napiwek i wyszedłem z izby bez żadnej z jego strony przeszkody. Kiedy się znalazłem na dziedzińcu, usłyszałem lamenty. Z lewej strony otworzono drzwi i dwaj służący wynieśli młodzieńca, któremu krew płynęła z rany na czole. Za nimi szło jeszcze kilka osób, a wśród nich zasłonięta kobieta, która krzyczała na cały głos, żeby zawołano lekarza. Kiedy ta grupa przechodziła obok mnie, zapytałem, co się stało. Sześćdziesięcioletni może, dobrze ubrany człowiek odpowiedział:
— Koń go rzucił na mur, skutkiem czego ucieka mu teraz życie. Prędzej, prędzej, biegnijcie po haggahma! Może jest jeszcze jakiś ratunek.
W ogólnem zamieszaniu nikt jednak nie pomyślał o wykonaniu tego rozkazu. Starzec chciał biec za tymi, co nieśli rannego, ale ująłem go za rękę i rzekłem:
— Może nie potrzeba posyłać po haggahma. Ja sam zbadam chorego.
Na to starzec pochwycił mnie za obie ręce i spytał prędko:
— Więc ty jesteś chirurgiem? Chodźże, chodź prędzej! Jeśli ocalisz mi syna, zapłacę dziesięć razy tyle, ile zażądasz!
Pociągnął mnie na prawo ku drzwiom, za któremi już zniknęli ci, co nieśli jego rannego syna. Drzwi prowadziły do komnaty, przeznaczonej na przyjęcia. Stąd zaprowadził mnie starzec do bocznej izby, gdzie rannego złożono na tapczanie. Kobieta uklękła z płaczem obok niego, lecz ojciec podniósł ją, oznajmiając:
— Tu jest chirurg. Uspokój się żono; puść go do syna. Może Allah będzie nam miłościw i umykające życie przywróci uciesze i podporze naszej starości.
Płacząca kobieta była matką rannego.
— Może Allah je wróci! — powtórzyli służący, składając ręce.
Ukląkłem obok rannego i zbadałem jego ranę. Nie była niebezpieczna. Jeśli innych uszkodzeń nie odniósł, to całe zdarzenie nie było warte takiego lamentu. Stracił przytomność. Miałem przy sobie flaszeczkę amonjaku, jako jedynego środka przeciw ukąszeniom owadów na południu. Otworzyłem ją i przysunąłem mu do nosa. Chłopak poruszył się, kichnął i otworzył oczy. W tej chwili objęła go matka za głowę i zapłakała głośno z radości, ojciec zaś złożył ręce i zawołał:
— Dzięki Allahowi! Śmierć umknęła, a życie powraca.
— Wraca, wraca! Allah l’ Ąllah! — wołali drudzy.
Wezwałem starca, ażeby wyprowadził żonę, ponieważ przeszkadza, i wtedy zbadałem dokładnie ranę. Czaszka była nienaruszona, tylko w głowie huczało mu potężnie. Zażądałem materji do obwiązania rany; przyniesiono mi jej natychmiast. Wymywszy niewielką ranę, obwiązałem czoło chustą i oświadczyłem, że choremu nie trzeba nic, prócz spoczynku, i że jutro będzie mu zupełnie dobrze. Radość rodziców nie miała granic, gdyż ranę uważali za niebezpieczną, a omdlenie nawet za śmierć.
— Jak mam cię wynagrodzić, effendi? — zawołał starzec. — Gdyby nie ty, dusza mojego dziecka nie powróciłaby do ciała.
— Mylisz się. Syn twój byłby się zbudził o pięć minut później, i oto wszystko.
— Nie, nie! Ja ciebie nie znam, gdyż nigdy cię nie widziałem. Musisz tu mieszkać niedługo. Powiedz mi, w którym domu mamy cię szukać, gdyby się stan syna pogorszył?
— Dopiero dziś przybyłem i nie wiem, gdzie będę mieszkał. Zresztą, mam zamiar tylko kilka dni tu zabawić.
— Więc zostań u nas, effendi! Bądź naszym gościem! Mamy dla ciebie dosyć miejsca.
— Nie mogę przyjąć tego zaproszenia, bo nie wiecie, kim jestem. Jestem mianowicie chrześcijaninem.
— Chrześcijaninem, jest chrześcijaninem! — rzekł starzec, przypatrując mi się z pełną szacunku ciekawością.
— Chrześcijaninem! — powtórzyli drudzy.
— Tak, chrześcijaninem, — potwierdziłem. — Teraz chyba nie powtórzysz zaproszenia.
— Czemu nie? Czy nie jesteś zbawcą mego syna?
— Nie, ja nim nie jestem. Syn twój byłby i beze mnie przyszedł do siebie.
— Na pewno nie! Słyszałem, że lekarze chrześcijan są wielkimi czarownikami, przed którymi śmierć musi często uciekać.
— Nie są wcale czarownikami, tylko ludźmi bardzo uczonymi i rozumniejszymi, niż wasi lekarze.
— Pragniesz przed nami zataić prawdę. Flaszeczka z życiem, którą miałeś w ręku, ocaliła mego syna. Umiesz życie zakląć w szklane naczynie, a potem dawać je umarłym. Nie! Nie! Nie sprzeciwiaj się temu! Wiem ja już dobrze, co o tem wszystkiem myśleć, lecz nie ponawiam mego zaproszenia.
— Oczywiście. Chrześcijanin nie może być gościem dla was miłym.
— Nie mów tak, panie! Ja nie pogardzam chrześcijaninem, ponieważ wierzy w Boga, a więc nie jest poganinem. Przyjąłbym go w każdej chwili, a tem bardziej zbawcę mego syna. Ale my jesteśmy zbyt nikczemni, ażebym śmiał powtórzyć mą prośbę. Jeśli nie masz jeszcze mieszkania, pozwól, a pomówię z marszałkiem domu, który ci pod niebytność baszy najpiękniejszy pokój w pałacu wyznaczy. On także chory. Jeśli go wyleczysz, będzie ci nieskończenie wdzięczny.
— Na co cierpi?
— Ma popsuty żołądek. Zjada tyle, co pięciu lub sześciu ludzi, i dlatego cierpi bez przerwy.
— W takim razie nie potrzebuje mojej rady ani mojej pomocy. Do wyzdrowienia wystarczy m u ograniczyć się nieco w jedzeniu. Zresztą, nie zależy mu wcale na tem, abym go badał i leczył. Właśnie wyrzucił mnie z tego domu.
— Ciebie? Nie może to być!
— Nietylko może być, lecz było. Nie użyczył mi należnej gościny, chociaż przyprowadził mnie tutaj reis effendina Achmed Abd el Insaf.
— Ach, on! Marszałek go nienawidzi, bo reis effendina obchodzi się z nim zawsze po grubjańsku. Gdyby polecenie pochodziło od kogoś innego, nie byłby źle z tobą postąpił. Skoro jednak obraził cię tak ciężko, nie mogę iść do niego. Jestem ci winien wielką wdzięczność, i nie chciałbym cię puścić. Wybacz mi moją śmiałość, lecz, proszę cię, rozejrz się po mojem mieszkaniu; jeśli ci się podoba, to sprawisz mi największą radość i zaszczyt, kiedy w niem, jako gość mój, zostaniesz.
Z jego tonu odczułem, iż odmówienie tej prośbie byłoby dlań największą obelgą. Żona jego podniosła ku mnie złożone ręce, a syn powiedział:
— Zostań tu, panie! Głowa boli mnie bardzo, a ty mi pomożesz, jeśli mój stan zdrowia się pogorszy.
— No, dobrze, zostanę, — odrzekłem. — Ten marszałek wyda wam rzeczy moje, które leżą jeszcze u niego. Spodziewam się jednak, że wam gość nie sprawi kłopotu.
— Kłopotu? O nie! — uspokoił mnie ojciec. — Ja nie jestem ubogi; jestem emir achor[12] baszy i mogę ci dać to samo, co otrzymałbyś od marszałka. Pozwól, a pokażę ci teraz mieszkanie, wy zaś śpieszcie do marszałka i przynieście rzeczy effendiego!
Rozkaz ten odnosił się do służących, którzy też oddalili się, aby go wykonać. Koniuszy zaprowadził mnie przez kilka pokoi do pięknej narożnej komnaty, skąd jedne drzwi wiodły na dziedziniec, przez który wszedłem. Stary ucieszył się bardzo tem, że pokój mi się podobał, poczem przeprosił mnie i oddalił się na kilka chwil, ażeby zająć się synem.
I tak znalazłem przecież mieszkanie w pałacu i to u człowieka stokroć sympatyczniejszego od marszałka. Gdybym był poprzednie mieszkanie trochę wcześniej lub później opuścił, nie byłbym spotkał rannego i musiałbym poszukać sobie mieszkania w mieście.
Gospodarz wrócił niebawem. Przyniósł mi fajkę i, chcąc mnie uczcić, sam ją zapalił. Potem przyszli służący i przynieśli obie strzelby oraz resztę mojej własności. Jeden z nich oznajmił:
— Effendi, musieliśmy marszałkowi powiedzieć, dokąd się przeniosłeś. Skoro usłyszał, że jesteś słynnym lekarzem, posiadającym flaszeczkę życia, żal mu się zrobiło, że był wobec ciebie niegrzeczny, i prosi cię, żebyś go przyjął u siebie. Jest bardzo chory. Lekarze nasi przepowiedzieli mu, że pęknie, więc marszałek uznaje, że Allah zesłał ciebie, abyś mu pomógł.
— Dobrze. Powiedzcie mu, że może przyjść.
Puściłem w niepamięć arogancję czarnego grubasa i nie odmówiłem mu teraz przyjęcia. Co więcej, spodziewałem się, że okropna jego choroba dostarczy nam materjału do bynajmniej nie tragicznej rozmowy. Nie kazał też czekać długo na siebie. Poczułem prawie litość na widok miny przygnębienia, z którą się zbliżył.
— Effendi, przebacz! — błagał. — Gdybym był przeczuł, że jesteś takim...
— Nie mów dalej! — przerwałem. — Nie mam ci nic do przebaczenia. Reis effendina nie był odpowiednio uprzejmy, i on to błąd popełnił.
— Jesteś bardzo łaskawy! Czy mogę usiąść obok ciebie?
— Proszę cię nawet.
Usiadł naprzeciwko mnie i koniuszego, i w tej pozycji olbrzymie rozmiary jego ciała uwydatniły się jeszcze lepiej. Był o wiele grubszy od mego tureckiego przyjaciela Murada Nassyra. Oddychał, charcząc niemal; policzki wyglądały jak napełnione torby, a cała twarz tak obficie krwią nabiegła, — widać to było pomimo czarnej barwy skóry — że należało spodziewać się, iż apopleksja położy kres jego życiu, jeśli przedtem jeszcze nie umrze naskutek długotrwałej niestrawności. Kiedy spostrzegł, że mu się przypatruję uważnie, rzekł z westchnieniem:
— Mylisz się, effendi. Nie jestem tak zdrów, jak sądzisz. Tłustych uważają zwykle za zdrowych.
— Ja nie. Lekarze Frankistanu wiedzą, niestety, dobrze, że ludzie otyli są bliżsi grobu, niż szczupli.
— Niech mnie Allah ochroni! Powiedz mi prędzej, jak długo mam jeszcze żyć?
— Kiedy jadłeś dziś po raz ostatni?
— Dzisiaj rano.
— A kiedy znowu jeść będziesz?
— W południe — za pół godziny.
— A co jadłeś rano?
— Bardzo mało; tylko kurę i połowę czombra baraniego.
— A co będziesz jeść na obiad?
— Także bardzo mało — drugą połowę czombra i pieczoną kurę z odrobiną prażonego ryżu, nie większą od turbana. Do tego jeszcze tylko rybę na cztery dłonie długą i talerz prosa gotowanego na mleku.
— W takim razie obawiam się, że nie doczekasz dzisiejszego wieczora.
— O nieba! Czy ty mówisz prawdę, effendi?
— Tak, mówię zupełnie poważnie. Gdybym ja zjadł tylko czwartą część tego, co wymieniłeś, obawiałbym się, że pęknę.
— Tak, ty. Ale jest różnica między twoim brzuchem a moim. Do mego wejdzie sześć razy więcej, aniżeli do twego.
— O nie! Sądzisz może, że brzuchy to puste beczki? Spowodowałeś obżarstwem nietylko otyłość, lecz i chorobę. Słyszę, że cierpisz na żołądek.
— Dobrze ci powiedziano. Boleści tych znieść niepodobna.
— Czy możesz mi je opisać? Gdzie cię boli?
— Tu — odpowiedział, przykładając rękę do brzucha w okolicy żołądka.
— Jaki to ból? Zapewne cię kłuje?
— Nie. Ból polega właśnie na tem, że nic nie czuję, jakgdybym nie miał nic w brzuchu.
— Ach, tak, rozumiem! Kiedy cię te boleści nachodzą? Regularnie, czy nie?
— Bardzo regularnie, zawsze na krótko przed obiadem, tak, że muszę jeść natychmiast.
Z trudem tylko zdołałem śmiech stłumić i rzekłem z miną bardzo poważną:
— To rzeczywiście bardzo, bardzo niedobra choroba!
— Czy śmiertelna? — zapytał z trwoga
— Bezwarunkowo, jeśli się nie zaradzi.
— Powiedz mi prędko, czy zdołasz mi pomóc? Wynagrodzę cię złotem!
— Wyleczę cię za darmo. Kiedy się zna nazwę choroby i odpowiedni środek, bardzo łatwo zaradzić.
— Jak się nazywa moja choroba? — Francuzi nazywają ją faim, Anglicy zaś hunger lub appetite, a tutejsza nazwa niepotrzebna ci wcale.
— Nie chcę jej znać, jeśli tylko zdołasz mi wymienić odpowiedni środek.
— Znam go.
— To powiedz, ale prędzej! Jestem marszałkiem domu baszy i mam poddostatkiem pieniędzy.
— A ja ci powtarzam, że nie przyjmę zapłaty. Jednakże, chcąc wyzdrowieć, musisz sięgnąć do kiesy. Co radzili ci tutejsi lekarze?
— Nakazali mi post. Powiadają, że mam słaby żołądek.
— Głupcy! Właśnie przeciwnie, masz żołądek silny. My, lekarze Zachodu, nazywamy tę słabość żołądkiem nosorożczym lub, hipopotamim, i dlatego nie wolno ci cierpieć głodu; owszem, musisz jeść i to dużo.
Na twarzy jego odbił się zachwyt, klasnął tłustemi rękoma w szerokie kolana i zawołał:
— Wolno mi jeść, nawet zalecają mi jeść! O Mahomecie i wy wszyscy kalifowie! To mi lekarstwo, miłe sercu i rozumowi!
— To dla ciebie jedyne lekarstwo; należy go tylko używać w sposób właściwy.
— W jaki sposób?
— Skoro uczujesz wielką próżnię w żołądku, skłonisz się siedem razy w kierunku Mekki, a potem będziesz jadł tyle i dopóty, dopóki nie zniknie uczucie próżni.
— A co? Co mam jeść?
— Wszystko, co ci smakuje. Gdy uczujesz polepszenie, powstaniesz i skłonisz się dziewięć razy w stronę Mekki, i to tak nisko, żebyś głową dotykał ziemi.
— A czy zdołam tego dokonać?
— Musisz!
— A jeśli nie potrafię?
— Musisz potrafić, bo inaczej nic ci nie pomoże środek, jaki zalecam. Weź ręce do pomocy, a gdy się oprzesz niemi o podłogę, to i głowę dociągniesz. Spróbuj to zaraz!
Podniósł się posłusznie i spróbował. Był to widok cudowny, kiedy stał na rękach i na nogach i starał się głową dotknąć dywanu. Jeszcze dziwniejsze było to, że w czasie tej gimnastyki zachował najzupełniejszą powagę. Było to zadanie niezmiernie dla niego trudne, i nie odrazu mu podołał. Próbował jednak wytrwale, chociaż zaraz z początku stracił równowagę i wywinął kozła. Poderwał się jednak szybko i spróbował ponownie, co mu się już tym razem udało.
— Pójdzie, pójdzie! — zawołał z radością. — Ale będę to musiał robić skrycie, bo, gdyby mnie kto podpatrzył, straciłbym sławę mojej godności. Cóż więcej czynić mi zalecasz?
— Być dobrym z wdzięczności.
— Wobec kogo?
— Po drodze tutaj widziałem tylu chorych na oczy; były to dzieci przeważnie. Oślepli z zapalenia, oczy im opuchły i w dodatku spokoju nie dają muchy, których setki cisną się do ropą przepełnionych oczodołów.
— Tak — potwierdził. — Są setki takich dzieci. Siedzą one przy drogach, aby przechodniów prosić o wsparcie.
— Jesteś bogaty, a prorok nakazuje dawać jałmużnę. Jeśli chcesz przy pomocy mojej recepty wyzdrowieć, każ przyjść pięćdziesięciu takim biednym dzieciom do siebie i daruj każdemu z nich po piastrze. Co trzy miesiące powtórzysz to samo.
— Effendi, uczynię to, gdyż jestem pewien, ie zaleciłeś mi środek doskonały. Jesteś wielkim lekarzem, a sława twoja zabrzmi we wszystkich krajach nad Nilem i daleko w głąb sąsiednich obszarów. Właśnie odczuwam pustkę w żołądku. Czy mogę się posilić?
— Tak, śpiesz się, lecz nie zapomnij o pokłonach, a potem o ślepych dzieciach.
— Zaraz po jedzeniu sam rozdzielę pieniądze. Mam nadzieję, że mnie zaszczycisz swojemi odwiedzinami i przekonasz się osobiście, jak mi twoje rady pomogły. Jesteś chrześcijaninem, a mimo to życzę ci, żeby rajskie wrota stały dla ciebie otworem za to, że nie jesteś okrutny i nie chcesz leczyć głodem chorego żołądka.
Podał mi rękę i odszedł. Koniuszy przez cały czas przysłuchiwał się naszej rozmowie poważnie i milcząco. Teraz dopiero zadrgał mu lekki uśmiech na ustach, poczem starzec powiedział:
— Effendi, ty jesteś nietylko mądrym lekarzem, lecz także wesołym i bardzo dobrym człowiekiem.
— Jakto dobrym?
— Bo zajmujesz się ślepymi.
— A dlaczego wesołym?
— Czyż mówiłeś naprawdę poważnie?
— Co?
— Że mu... hm! Wybacz! Czyż jestem w stanie wzrokiem moim przeniknąć twe wiadomości i środki? Mekka jest miastem świętem, więc potrzeba pewnie tych siedmiu i dziewięciu pokłonów. Ja wiem, że lekarz, darzący życiem z flaszeczki, zna skutek pokłonu w stronę Mekki. Inny nie byłby ocalił mi syna. O gdybyś mógł uwolnić mnie od jednej jeszcze troski, co mi ciąży na duszy!
— Masz jeszcze jakąś troskę? Czy wolno mi wiedzieć, jaką? My, Frankowie, umiemy w bardzo wielu wypadkach poradzić zupełnie skutecznie.
— Tak, ale nie w tym wypadku. Tu poradziłby tylko Beduin, i to taki, który ma odwagę narazić życie. Wprawdzie i Frankowie posiadają konie, ale nie są jeźdźcami.
— Idzie zatem o jazdę konną, o konia?
— Tak, o konia, gorszego od szatana. Muszę ci mianowicie powiedzieć, że nasz basza ma z tamtej strony Mekki brata, który darował mu prawdziwego ogiera z Bakkary, szpaka. Czy słyszałeś już kiedy o koniach Bakkarów?
— Tak, są podobno najbardziej ogniste z pomiędzy wszystkich koni arabskich
— A czy wiesz o tem, że niema złośliwszego konia nad szpaka?
— Wiem, że masztalerze tak mówią, mimo to jednak jestem zdania, że dobremu jeźdźcowi musi każdy koń być posłuszny, czy on takiej barwy, czy owakiej.
— Nie mów tego, effendi! Jesteś znakomitym lekarzem, ale nie możesz być jeźdźcem, po pierwsze, jako uczony, a po drugie, jako Europejczyk. Jestem koniuszym i pokonywałem dotąd każdego konia. U wszystkich plemion nadnilowych jeździłem konno w zawody, i nikt mnie nie zwyciężył. Ale ten szpak zrzucił mnie, gdy zaledwie z narażeniem życia własnego zdołałem go dosiąść. Do chwili powrotu mojego pana musi być zwierzę przynajmniej na tyle oswojone, ażeby je basza mógł dosiąść. Tak nam nakazał. Tymczasem, chcąc tego konia osiodłać, trzeba go wprzód związać, a kiedy się go potem dosiędzie, wierzga i kąsze tak wściekle, że niepodobna się zbliżyć. Potłukł mi już haniebnie kilku parobków, a przed chwilą widziałeś, jak dogodził memu synowi.
— Koń go zrzucił, więc syn twój siedział na siodle. Jak się nań dostał, skoro mówisz, że tego szpaka niepodobna dosiąść?
— Związano go sznurami tak, że leżał na ziemi, potem nałożono siodło, a kiedy mój syn na nie wsiadł, usunięto sznury czem prędzej. Parobcy, którzy przy tem byli zajęci, musieli uciec natychmiast, a w tej samej chwili wyleciał syn mój z siodła i uderzył głową o ścianę.
— Gdzie jest ten koń?
— Tam na dziedzińcu stajennym. Nikt nie ma odwagi dotknąć go teraz. Czekamy, dopóki sam nie powróci do stajni.
— Czy wolno mu się przypatrzeć?
— Tak, lecz musisz mi przyrzec, że będziesz trzymał się zdala.
— Przyrzekam.
— To chodź! Zobaczysz konia, jakiego nie było w twojej ojczyźnie i nigdy nie będzie.
Zaciekawił mnie bardzo. Prawdziwy ogier el Bakkara! Mój Rih, który tak daleko mnie nosił, był tej samej szlachetnej krwi. Poczciwy koniuszy nie domyślał się, że miałem pod sobą całkiem inne konie, aniżeli on. Już teraz, zanim zobaczyłem tego szpaka, byłem pewien, że źle się z nim obchodzono. Nawet najbardziej ognisty ogier arabski będzie łagodny jak dziecko, jeśli jeździec odpowiedniemi środkami zdoła go do siebie przywiązać. Dlaczegóżby ten koń był właśnie wyjątkiem?
Koniuszy wyprowadził mnie przez boczną izbę na zamknięty kurytarz, drzwiami połączony z obszernym dziedzińcem. Kiedy odsunął rygiel i odchylił lekko i ostrożnie drzwi, mogłem objąć okiem podwórze. Posypane było piaskiem, a liczne ślady kopyt świadczyły, że tu ujeżdżano konie, lub pozwalano im się swobodnie uganiać. Teraz był tylko jeden koń, mianowicie wspomniany szpak. Stał w cieniu muru, o który ocierał się z rozkoszą. Serce zabiło mi żywiej na ten widok; był to prawdziwej i pełnej krwi arab. Krótka, zgrabna, ale silna, żylasta i elastyczna budowa ciała, mała głowa z dużemi, ognistemi oczyma, cienkie a mocne nogi, smukła, idąca wgórę szyja, wysoko osadzony i przepysznie trzymany ogon, szerokie czerwonawe nozdrza i lekka grzywa z owymi dwoma splotami, które Arabowie uważają za cechę najlepszych tylko koni, — wszystko to przedstawiało dla znawcy widok rozkoszny i budziło ochotę wskoczenia na siodło i popędzenia na niezmierzoną pustynię.
Ogier miał na sobie siodło, nie ocierał się jednak w ten sposób, jakby chciał je z siebie zrzucić, był więc przyzwyczajony do chodzenia pod siodłem. Postawa jego była taka spokojna i łagodna, że trudno było wierzyć słowom koniuszego.
— No? — zapytał gospodarz. — Jakże ci się podoba? Nie jesteś wprawdzie znawcą, ale przyznasz, że nie widziałeś jeszcze takiego zwierzęcia.
— To radżi pack[13] — odrzekłem krótko.
Nie spodziewał się tego wyrażenia, gdyż spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział:
— Skąd ty się znasz na rasie koni? Słyszałeś pewnie to słowo i zapamiętałeś je sobie. Powiadam ci, że oczy moje dotąd takiego konia nie oglądały.
— Ja natomiast widziałem piękniejsze. Zresztą, jestem zdania, że ten koń to zwierzę bardzo łagodne.
— Mylisz się najzupełniej. Przypatrz się tylko, jaki ogień ma w oczach! Teraz jest wprawdzie spokojny, gdyż mu się zdaje, że jest sam i że nikt na niego nie zważa, kiedy jednak wyjdę na dziedziniec, zobaczysz, jak się mylisz.
Otworzył drzwi i wyszedł. Ogier dostrzegł go natychmiast, stanął dęba, przygalopował i odwrócił się tyłem, aby kopnąć koniuszego. I byłby go niezawodnie uderzył, gdyby starzec nie cofnął się szybko w głąb kurytarza i drzwi za sobą nie zamknął.
— Widzisz tego szatana? — rzekł. — Każdy inny koń biegałby płochliwie po dziedzińcu, a ten syn piekieł leci wprost na mnie, żeby mnie kopnąć.
— To dowód krwi prawdziwej. Taki koń ma rozum i pamięć. Widocznie dokuczyliście mu kilka razy i dlatego wobec was jest uparty i złośliwy. Zdarza się przecież, że prosta szkapa pociągowa zabije zębami i kopytami pana, który się z nią źle obchodził. Takiemu szlachetnemu rumakowi, jak ten szpak, wystarczy drobnostka, ażeby go nieubłaganie rozgniewać. Obchodziliście się z nim fałszywie, z gruntu fałszywie.
Spojrzenie, rzucone teraz na mnie przez koniuszego, było naprawdę nieocenione. Tak patrzy zapewne profesor na czwartoklasistę, który jego wywodom spróbuje przeciwstawić swoje poglądy na prawa obiegu komet. Po chwili wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
— Obchodziliśmy się fałszywie? A jak, twojem zdaniem, należy obchodzić się z końmi?
— Jak z przyjaciółmi, a nie jak z niewolnikami jeźdźców. Koń to zwierzę najszlachetniejsze; ma więcej charakteru, niż pies lub słoń. Rumak, który pozwala, aby nim poniewierano, nic niewart w moich oczach, bo wyrzekł się swego szlachectwa i stał się pospolitą bez czci kreaturą. Szlachetny koń poświęca się, aby ocalić jeźdźca, choćby wiedział, że idzie na śmierć nieuchronną. Znosi głód i pragnienie razem z panem, cieszy się z nim razem i martwi, i możnaby niemal wierzyć, że do ludzkich uczuć jest zdolny. Koń czuwa za człowieka, a kiedy zwietrzy niebezpieczeństwo, zawiadamia go o niem. Odmawiaj szlachetnemu koniowi surę do ucha, zachęcaj go słowem jego „znaku“, a popędzi z tobą, jak wicher, i nie zatrzyma się, dopóki trupem nie padnie.
— Effendi, skąd ty wiesz coś o „znaku“ i o wieczornem odmawianiu sury do ucha końskiego? To są tajemnice, których właściciel nie zdradzi nawet pierworodnemu synowi!
— Wiem o tem. Posiadałem prawdziwego ogiera Szammarów, mającego swoją „tajemnicę“ i swoją surę, którą odmawiałem mu codziennie przed udaniem się na spoczynek. Było to zwierzę tak cenne, że nie oddałbym go za trzy takie szpaki.
— Jak? Ty posiadałeś ogiera Szammarów?
— Tak. Byłem wówczas u Haddedihnów. Zakończmy krótko! Obawiasz się ściągnąć na siebie gniew baszy i sądziłeś, że nie zdołam uwolnić cię od tej troski. Jesteś zdania, że Frank nie może jeździć konno, ani znać się na koniach. Dowiodę ci, że jest przeciwnie. Dosiędę tego konia i na nim pojadę. Chcesz się założyć?
— Na Allaha, co ci strzeliło do głowy. Skręciłbyś kark na pewno!
— Już ty się o to nie bój! Z przyjemnością dowiodę, że postępowaliście źle z tem szlachetnem zwierzęciem. Zawołaj syna i parobków, żeby się nauczyli, jak się z koniem należy obchodzić!
Uważał mnie za laika, narażającego się lekkomyślnie na niebezpieczeństwo, którego rozmiarów nie umie wcale ocenić. Starał się więc wszelkiemi siłami odwieść mnie od powziętego zamiaru. Nareszcie przystał. Chciałem mu dowieść, że Beduin nie przewyższa w niczem Europejczyka. Udałem się do mego pokoju, ażeby się zaopatrzyć w biały haik, który mi był potrzebny. Koniuszy tymczasem zgromadził ludzi. Zebrali się w izbie, przylegającej do niskiego stajennego budynku, skąd łatwo można się było dostać na płaski dach domostwa. Zeszło się wielu ciekawych, a nakońcu przytoczył się z trudem gruby marszałek i zawołał bez tchu:
— Effendi, na co się ty porywasz! Słyszę, że chcesz wsiąść na grzbiet tego djabła wcielonego. Gdybym ja z niego spadł, możebym uszedł z życiem, bo kości mam obłożone miękkiemi poduszkami ciała. Jeśli jednak ciebie zrzuci na ziemię, rozlecą się twoje kości, jak gromada szczurów, pomiędzy które kot wskoczy.
— Nie troszcz się o mnie! Czy już jadłeś?
— Tak.
— A czujesz jeszcze boleści?
— Nie.
— Więc właź na dach i popatrz, jak szybko zmieni się złość djabelska w przychylność! Ten koń nigdy nie siedział w stajni, a to, że go tutaj zamknięto, pobudziło go do wściekłości. Dziwi go także odzież tych ludzi, gdyż w ojczyźnie — nosił na sobie tylko jeźdźców owiniętych haikiem. To również należało wziąć na rozwagę. Zamiast te błędy naprawić miłością, obchodziliście się z nim surowo. Powiedzcie, jak się ten szpak nazywa?
— On nie ma jeszcze „tajemnicy“, ani nazwy, gdyż przeznaczono go w podarunku. Jedno i drugie da mu dopiero basza.
— Szkoda, bardzoby mi się przydało znać teraz jego nazwę. Beduin nazywa zwykle konia wedle maści i woła na niego głosem bardzo przeraźliwym. Jestem pewien, że ten siwek posłucha mnie, jeśli w ten sposób zawołam na niego. Wejdźcie więc na dach, abyście byli bezpieczni. Pójdę na dziedziniec najpierw tak, jak stoję, a potem w haiku, i zobaczycie różnicę.
Wszyscy poszli za mojem wezwaniem. Kiedy usiedli obok siebie z podwiniętemi nogami, otworzyłem drzwi i stanąłem na dziedzińcu. Zaledwie mnie ogier dostrzegł, przybiegł z parskaniem. Musiałem rejterować do wnętrza przed jego kopytami. Zatrzymał się przed drzwiami i dopiero po długim czasie oddalił się uspokojony. Teraz wdziałem na siebie haik i wciągnąłem na głowę kapuzę. Miejsce, w którem się znajdowałem, było komórką, wiodącą do stajni, i zawierało różne stajenne przybory. W kącie zobaczyłem naczynie z owym najlichszym gatunkiem daktyli, zwanych Bla Halef, a służących do karmienia koni. Kilka ich garści włożyłem do kieszeni.
Ogier stał teraz w najodleglejszym punkcie dziedzińca z głową odwróconą ode mnie. Otworzyłem drzwi tak cicho, że tego nie słyszał. Oczy wszystkich siedzących zwróciły się z oczekiwaniem na mnie i na konia.
ia hsan azrak![14] — krzyknąłem tak przeraźliwie, jak tylko mogłem.
Zwierzę odwróciło głowę. Teraz musiało się okazać, czy moje przypuszczenia były słuszne, czy nie. Jeślibym się przeliczył, znalazłbym się w niemałem niebezpieczeństwie. Koń stropił się, stanął z podniesioną głową i patrzał ku mnie. Rozwarł nozdrza, zaczął kręcić małemi uszyma i powiewał ogonem. Była to pierwsza niespodzianka. Teraz jednak trzeba było odwagi większej. Oddaliłem się ode drzwi, wziąłem parę daktyli, wyciągnąłem rękę przed siebie, i podszedłem ku koniowi. Z dachu zabrzmiały głosy przestrogi i strachu.
Ia hsan azrak! — zawołałem ponownie, idąc powoli dalej, z oczyma zwróconemi pilnie, lecz przyjaźnie na ogiera.
Zarżał zcicha, odwrócił się całkiem i przybiegł do mnie, tańcząc pięknym łukiem. Tuż przede mną zatrzymał się, wrywszy przednie kopyta w ziemię, i jął mnie badać szeroko rozwartemi oczyma i nozdrzami.
— Szpaku, mój kochany, mój dobry, masz i jedz! — wezwałem go łagodnym, pieszczotliwym głosem i śmiało zbliżyłem się do niego. Posługiwałem się oczywiście językiem arabskim, ponieważ znał te dźwięki. Koń obwąchiwał dłoń, a potem rękę aż do ramienia, poczem wziął jeden daktyl, drugi, trzeci i tak dalej aż do końca. A zatem zwyciężyłem.
Wyjąłem z kieszeni garść drugą, podałem mu daktyle lewą ręką, a prawą głaskałem rumaka po pięknej szyi. Potem nachyliłem jego głowę i zacząłem mu szeptać w ucho tę surę, która właśnie przyszła mi na myśl. Arab co wieczora powtarza ulubionemu koniowi tę samą surę. Gdy ją odmówi, zasypiają obydwaj, i koń i jeździec. Zwierzę tak się do tego szeptania przyzwyczaja, że później nabywcy lub wogóle właściciela, który chciałby tego zaniechać, nie uzna swoim panem i tylko z niechęcią będzie mu posłuszne.
Koń stropił się znowu. Czy trafiłem na jego zwykłą surę, nie wiem; zapewne nie, było to zresztą dość obojętne. Zasadniczy punkt tkwił w samej czynności i w szepcie. Zwierzę odezwało się cichym głosem, jakby rżeniem, zwróconem do swego wnętrza, poczem podniosło głowę i zarżało tak donośnie, że omal nie skoczyłem wbok z nagłego przestrachu. Tymczasem koń zaczął pocierać głową o moje plecy i wargami dotykał mej twarzy, jakgdyby mnie całował. Położyłem obie ręce na jego szyi, przycisnąłem głowę rumaka do siebie i przyłożyłem usta do jego ucha, by szeptać dalej. Był to znak, wzywający konia na spoczynek, a poskutkował tak wspaniale, że już po kilku wierszach położył się siwek na ziemi, a ja rozciągnąłem mu się między nogami i głowę na jego brzuchu, jak na poduszce, położyłem. Z dachu odezwały się głośne okrzyki podziwu.
Leżeliśmy tak przez pewien czas, poczem zerwałem się nagle i zawołałem:
Dir balak, ’l a’adi! — Uważaj, nieprzyjaciele!
W jednej chwili stanął koń przy mnie; wsiadłem na siodło bez najmniejszego oporu z jego strony. Z pół godziny jeździłem szkołą arabską i znalazłem u zwierzęcia tyle zrozumienia i wrażliwości na najlżejszy nacisk, że mogłem sądzić, że rozumie mnie zupełnie i że wola nas obu jest jedną wolą. Zsiadłszy z niego, nagrodziłem go głaskaniem i resztą daktyli. Potem zaprowadziłem go do przeznaczonego mu oddziału w stajni i skłoniłem łagodnemi słowy do tego, że położył się tam dobrowolnie. Gdy odchodziłem, powiódł za mną oczyma i zarżał zcicha.
Kiedy powróciłem na dziedziniec, spytali mnie widzowie, czy mogliby bezpiecznie zejść do mnie. Dodałem im otuchy. Mimo to szli ze strachu przed koniem bardzo niepewnie, a kiedy poprosiłem ich, ażeby towarzyszyli mi do stajni, poczęli kryć się za mojemi plecami. Ogier, zobaczywszy ich, zerwał się i wszystkiemi czterema nogami wierzgał dokoła siebie. Przystąpiłem do niego i doprowadziłem głaskaniem i namową do tego, że uspokoił się, a nawet pozwolił im się dotykać. Uważał mnie za swego pana i dzięki mnie znosił, choć niechętnie, ich obecność.
Radziłem wypuścić ogiera znów na dziedziniec. Gdy go wyprowadzono, objechałem na nim kilka razy dokoła, poczem zsiadłem i wezwałem koniuszego, aby zajął moje miejsce na siodle. Zawahał się, gdyż wydało mu się to niebezpiecznem, po dłuższej jednak namowie zgodził się wreszcie na moją propozycję. Koń opierał się trochę, stanął kilka razy dęba, lecz pieszczotliwą namową dał się skłonić do posłuszeństwa tak, że jeździec kilka razy przecwałował dokoła dziedzińca. Kiedy zsiadł z konia, zostawiono szpaka na wolnem powietrzu, a my, to znaczy koniuszy, marszałek i ja, udaliśmy się do jadalni, ażeby spożyć już zastawiony obiad.
Ponieważ żonom i córkom nie wolno jeść razem z mężczyznami, a jedyny syn gospodarza oddalił się, narzekając na ból głowy, więc właściwie podano jedzenie tylko dla mnie i dla koniuszego. Marszałek zjadł obiad już przedtem i usiadł na boku w pewnem od nas oddaleniu. Wtem wniesiono istną górę tłustego pillawu z rodzynkami, a nadto wielką tacę, na której leżało całe pieczone jagnię. Zapach pieczeni był tak miły i ponętny, że marszałek chrząknął zcicha. Gdy to nie odniosło pożądanego skutku, zaczął kaszleć i to tak znacząco, że koniuszy okazałby się chyba zupełnym barbarzyńcą, gdyby był tego nie zrozumiał. Zapytał go więc, czy zechce nam sekundować.
— Nie — odrzekł grubas, ocierając ręką usta. — Ja już jadłem.
Na tem byłoby się może skończyło. Bawił mnie jednak widok tego łakomstwa, odkroiłem przeto kawał nogi pieczonego jagnięcia i, włożywszy w usta pierwszy kęs, przybrałem minę tak rozanieloną, że grubas nie mógł już dłużej wytrzymać. Odmówił wprawdzie, kiedy go koniuszy poprzednio do stołu zapraszał, znalazł jednak sposób naprawienia poprzedniego błędu. Zwrócił się mianowicie do mnie, mówiąc:
— Effendi, żołądek znów zaczyna mnie boleć. Znowu ta straszna próżnia.
— Więc musisz jeść.
— A zatem daruj, że się oddalę!
— Nie, na to on nie pozwoli, — wtrącił koniuszy. — Możesz jeść z nami.
— Jeśli tak, to przy was usiądę. Jadłem już w domu, więc teraz tylko trochę skosztuję.
Użył słowa arabskiego „dahk“, znaczącego tyle, co kosztować, próbować, przyznam jednak, że byłem ciekawy tego kosztowania. Przyniósłszy swoją poduszkę i usiadłszy przy nas, oderwał, nie używając noża, drugą nogę jagnięcia i chciał ją już włożyć do ust, kiedy naraz zatrzymałem jego rękę i rzekłem:
— Zastanów się! Czy chcesz umrzeć?
— Umrzeć? Nie, tego Allah nie dopuści! Dlaczego mnie o to pytasz?
— Przed jedzeniem powinieneś siedem razy skłonić się w stronę Mekki. Rozumiesz?
— Ależ ja nie chcę jeść, tylko trochę skosztować!
— To wszystko jedno, czy jesz dużo, czy mało. Co lekarz przepisał, to należy ściśle wykonywać.
— Masz słuszność, effendi. Idzie tu o moje życie, więc będę i muszę być posłuszny.
Powstał, zwrócił się w stronę Mekki i, trzymając w ręku kapiącą od tłuszczu nogę jagnięcia, wykonał siedem głębokich pokłonów. Potem usiadł i zaczął „kosztować“, jeśli to jednak miało być kosztowaniem, chciałbym wiedzieć, jak wyglądał w takim razie posiłek. Poszło mi tu tak samo, jak z moim grubym przyjacielem Muradem Nassyrem w Kairze. Zanim spożyłem połowę jednej nogi, druga już w jego ustach znikła. Jedliśmy dalej olbrzymie kawały pieczeni, które kucharka po mistrzowsku oddzieliła od kości. Ale podczas kiedy ja zostawiałem w pillawie tylko małe wgłębienia, wyrywał z niego marszałek całe złomy górskie. Białe, lśniące kawały ryżu i olbrzymie zręby mięsa znikały w jego potężnych szczękach. Nie mogłem jeść dalej, gdyż przypatrywanie się i podziwianie zajęło mnie zupełnie. Koniuszy znał swego gościa, więc nie zważał na marszałka, starając się tylko iść za jego przykładem. To też chimborasso ryżowy był coraz niższy, a jagnię chudło coraz bardziej, aż wkońcu zostały tylko kości. Ostatecznie wytarł sobie wielki żarłok ręce o spodnie i rzekł, odetchnąwszy głęboko:
— Moje boleści znikły. Chwała i dzięki prorokowi!
— Więc nie odczuwasz już próżni w żołądku?
— Nie, wszak jadłem przedtem w domu.
— W takim razie nasz koniuszy będzie ci bardzo wdzięczny, jeśli będziesz w domu kosztował, a jadł tutaj. Czy jednak rzeczywiście jesteś już gotów?
— Tak. A może jest coś jeszcze?
— Do jedzenia nic, gdyż nasyciliśmy się zupełnie, ale gdzie twoich dziewięć pokłonów?
— Ratunku, kalifowie! Byłbym prawie zapomniał. Czemu jednak, effendi, kazałeś mi przed jedzeniem wykonywać siedem zwykłych pokłonów, po jedzeniu zaś aż dziewięć i to takich głębokich?
— Ponieważ jest to przepis kalifa Hiszama i w jego pałacu wykonywano te pokłony przed i po jedzeniu.
— W takim razie niechaj mi ten święty Hiszam dopomaga, ażebym nie stracił równowagi i nie padł na nos!
Wstał ciężko z ziemi, stanął twarzą ku Wschodowi, gdzie leży Mekka, i starał się wszelkiemi siłami zastosować do okrutnego przepisu. Dokonał tego, sapiąc i stękając głośno, tylko dzięki temu, że, ściągany wdół ciężarem ciała, klękał za każdym razem na oba kolana. Były to wysiłki i ruchy nie dające się opisać i, chociaż wstrzymywałem się od głośnego śmiechu, łzy spływały mi po twarzy, naturalnie nie łzy boleści i smutku. Ukarałem go za to, że powiedział mi w oczy, iż jako chrześcijanin zanieczyszczam mu pokój pełen napisów z koranu. Prawdę jednak mówiąc, więcej grała tu rolę wrodzona mi skłonność do żartów, aniżeli mściwość.
Grubas poczuł z powodu wysiłku ogromne znużenie i oświadczył, że musi iść spać do domu. Można się było jednak spodziewać, że sen wprawi jego „chory żołądek“ ponownie w stan bolesnej próżni, poczem musi nastąpić obfita wieczerza. Może po jakimś czasie wyczytamy w gazecie arabskiej „Wad el Nil“, że doprowadził baszę do ubóstwa swojem obżarstwem, a do bankructwa spaniem. My dwaj siedzieliśmy jeszcze przez chwilę, ażeby porozmawiać trochę o wspaniałym szpaku. Koniuszy był uszczęśliwiony, że udało mi się doprowadzić rumaka do posłuszeństwa. Teraz miałem już nadzieję, że koń zniesie i innych, prócz mnie, na siodle. Koniuszy przyznał mi także, że chrześcijanin 1 Europejczyk może być lepszym znawcą koni, niż Egipcjanin, i z uwagą przyjmował moje wskazówki co do obchodzenia się z ogierem. Ponieważ widział mnie w strzemionach tylko na ciasnym dziedzińcu, a ja dałem mu poznać, że przewyższam go nietylko umiejętnością obchodzenia się z koniem, ale także szybkością jazdy, o czem jednak powątpiewał, zaproponował mi, ażebyśmy nazajutrz przed południem wyjechali na pustynię. Zgodziłem się na to chętnie. Przecież to m usiała być prawdziwa przyjemność pędzić na takim koniu nie przez piasek, lecz raczej ponad piaskiem, dorównywując szybkością pośpiesznemu pociągowi. — — —



Przypisy

  1. Kapitan.
  2. Modlitwa wieczorna.
  3. Kuglarz.
  4. Mnich mahometański.
  5. Późniejszy Mahdi.
  6. Literat.
  7. Kapitan naszego pana.
  8. Sokół.
  9. Sternik.
  10. Ojciec pośpiechu.
  11. Porucznik.
  12. Koniuszy.
  13. Czystej krwi.
  14. Hejże, szpaku!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.