Przez kraj Skipetarów/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Przez kraj Skipetarów
Podtytuł Powieść podróżnicza
Rozdział Hekim
Data wydania 1909
Wydawnictwo Wydawnictwo „Przez Lądy i Morza“
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Durch das Land der Skipetaren
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
Hekim.

Noga, uszkodzona w walce z Aladżymi, bolała mnie coraz bardziej i trzeba było ją zbadać. Dlatego kazałem konie puścić w cwał, aby się prędzej dostać na miejsce. Gdyśmy się przed samem Radowicz zbliżyli znowu do rzeki, ujrzałem mały domek, a przed nim starca, przypatrującego się nam z wielką uwagą. W rysach jego malowało się jakby powątpiewanie.
Właściwie bez jasnego powodu zatrzymałem się przed nim i pozdrowiłem go. Wstał i skłonił się z uszanowaniem, prawdopodobnie dla zielonego turbanu.
— Czy znasz nas może, ojczulku? — spytałem.
— O nie. Nie widziałem was nigdy jeszcze — odpowiedział.
— Ale przypatrywałeś nam się tak osobliwie. Czy miałeś jaki powód do tego?
— Uważałem was za niedobrych Skipetarów.
— Czy wyglądamy jak Skipetarzy?
— Pewnie, że nie, ale ten czarny koń mnie zbałamucił. Gdyby jego jeździec był trochę większy, myślałbym, że mimo innego ubrania mam Skipetarów przed sobą.
— Których?
— Przebacz, panie! Mnie o tem mówić nie wolno.
— Rozumiem! Ja cię zapewniam, że nie zaszkodzi to nikomu uczciwemu, jeśli przed nami nie zataisz.
— A może jednak. Jeśli innym osobom o tem opowiesz, dowiedzą się o tem Skipetarzy i dalej będą ścigać tych zacnych ludzi.
— Ja nie zdradzę tego nikomu. Halefie, daj staruszkowi bakszysz!
Hadżi dobył sakiewki i rzucił mu coś na podołek. Stary poskrobał się w zapadły policzek i stwierdził:
— Panie, jesteś potomkiem proroka; chciałbym ci bardzo usłużyć, lecz mi nie wolno. Zabrania mi tego sumienie, gdyż przyrzekłem milczenie. Zabierz w ięc swoje pieniądze!
— Zatrzymaj je, ponieważ widzę, iż jesteś ubogi. Czekałeś tu snać na Skipetarów, którzy mają tędy przejeżdżać.
— Tak, panie.
— Ilu Skipetarów przybędzie?
— Czterech. Jeden z nich ma mieć długie buty na nogach, dużą ciemną brodę i jechać na karym ogierze. Czy ten koń to arabczyk?
— Tak jest.
— Tak przypuszczałem i dlatego wziąłem was za owych morderców.
— Któż ci powiedział, że Skipetarzy nadjadą?
— Hm! Tego mi zdradzić nie wolno.
— Jesteś bardzo zamknięty w sobie.
— Nie milczałbym może, ale macie ze sobą coś, co mi jest podejrzane.
— Tak? Cóż to takiego?
— Te długie buty, przypięte do siodła. Czarny koń jest, buty także widzę. Brakuje tylko tego, który ma siedzieć na karym i w butach na nogach. Gdybyś nie był błogosławionym potomkiem proroka, którego... ach, tam powraca on!
Ugorem szedł młody człowiek, zmierzając wprost do domku.
— Kto to jest?
— Mój syn, który był przewodnikiem... o Allah, mnie o tem mówić nie wolno!
Zacząłem się domyślać, o co chodziło. Mibarek wi docznie zatrzymał się tu i wziął ze sobą tego młodzieńca na przewodnika, gdyż drogi nie znał dokładnie. Ponieważ przypuszczali, że będziemy tędy przejeżdżać, gdybyśmy się wymknęli Skipetarom, nakłamali więc coś synowi i ojcu i określili nas jako Skipetarów. Spodziewałem się, że syn będzie rozmowniejszy od ojca.
Gdy się przybliżył, dostrzegłem, że miał minę bardzo niechętną. Ledwie że nas pozdrowił, chciał wejść natychmiast do izby. Stary jednak pochwycił go za ubranie i spytał:
— No, dlaczego nic nie mówisz? Czy nie dostałeś pięknego bakszyszu?
— Tak, bakszysz! Co innego dostałem, nie bakszysz — odparł syn, rozgniewany widocznie bardzo. — Ludzie stają się coraz gorsi. Nawet świętym już ufać nie można.
— Mówisz pewnie o starym Mibareku? — odezwałem się pierwszy.
— Skąd ci on na myśl przychodzi? Czy jesteś może jego przyjacielem?
— O właśnie czemś zupełnie przeciwnem. Jesteśmy tymi Skipetarami, przed którymi on was ostrzegał.
— O Allah, Allah! — zawołał starzec z przestrachem. — Przeczuwałem to przecież! Panie, ja mam nadzieję, że nas oszczędzisz, jesteśmy ludźmi bardzo biednymi. Syn mój jest koszykarzem. Wyplata kosze z wierzbiny, którą tam wnukowie wycinają teraz nad rzeką. Ale ja jestem do niczego. Nie mogę nawet prętów z kory obierać, bo mi gościec palce pokrzywił, jak widzisz.
Wyciągnął do mnie obie ręce.
— Uspokój się! — odrzekłem. — Czy widziałeś już kiedy Skipetara, noszącego chustę turbanową proroka?
— Nie, nigdy.
— Między Skipetarami niema ani jednego, któryby od proroka pochodził. Nie mogę więc być rozbójnikiem.
— Powiedziałeś jednak dopiero przed chwilą, że jesteście tymi Skipetarami, przed którymi nas ostrzegano.
— Tak, my tymi jesteśmy, ale, że jesteśmy Skipetarami, to kłamstwo.
— Gdzież więc ten jeździec, do którego kary należy?
— To ja. Pomienialiśmy konie, nadto ja wdziałem inną odzież, aby nas nie poznali odrazu ci, których ścigamy. Ty jednak musiałeś czegoś złego doznać od Mibareka?
Syn, do którego wystosowane było pytanie, odrzekł, zwracając się do ojca:
— Tak, lecz nie tylko ja; szwagier także. Czy widziałeś ich konie?
— Nie mogłem. Byłem jeszcze w łóżku i dzień jeszcze nie nastał. Dokoła chaty leżała gęsta mgła. A cóż tam z zięciem się stało?
— Okradli go.
— O Allah! Tego biedaka, który w dodatku stracił niedawno żonę, twoją siostrę, a moją córkę. Co mu zabrali?
— Najlepszego z jego dwu koni.
— O nieba! Dlaczegóż mu to zrobili? Mogli u kogoś bogatego ukraść innego konia. To byłoby milsze Allahowi. A Mibarek był przy tem? Od kiedyż to święci pustelnicy przeistoczyli się w koniokradów?
— Niema już świętych, jak dawniej. Wszystko podstęp, obłuda i oszustwo. Może teraz przyjść do mnie najpobożniejszy marabut i najdostojniejszy szeryf, nie uwierzę żadnemu.
Przy słowie szeryf obrzucił mię z nieufnością bardzo znaczącem spojrzeniem. Wiedziałem już, czego doznał i mogłem już się domyślić, o czem mówiono. To też odezwałem się do niego:
— Masz słuszność; dużo jest oszustw i podstępów na tym świecie, ja jednak chcę być wobec ciebie szczerym i uczciwym. Nie jestem ani Skipetarem, ani szeryfem, lecz Frankiem, który nie ma prawa nosić zielonego turbanu. Przypatrz się dobrze!
Zdjąłem turban i pokazałem mu czuprynę.
— Panie! — zawołał z przestrachem — coza zuchwalstwo! Życie narażasz.
— No, tak źle nie jest.
— W Mekce byłoby to niebezpieczniej niż tu, gdzie tylu jest chrześcijan.
— Więc nie jesteś muzułmaninem, lecz chrześcijaninem?
— Jestem chrześcijanin.
— I nosisz hamail na szyi, napisany w Mekce i tylko tam sprzedawany.
— Ja mam go stamtąd.
— I mimoto jesteś chrześcijaninem? Trudno mi w to uwierzyć!
— Dowiodę ci tego zaraz, skoro powiem, że wasz Mohammed klęczeć musi nizko pod Chrystusem Synem Bożym. Czy muzułmanin wymówiłby te słowa?
— Nie, nigdy. Popełniasz bluźnierstwo przeciwko naszej wierze, ale dowiodłeś tem, że jesteś chrześcijaninem i Frankiem. Jesteś może tym, który Manacha el Barsza postrzelił w ramię?
— Kiedyż to się stać miało?
— Wczoraj wieczorem koło chaty Mibareka.
— Ja to byłem zaiste. A więc jego trafiłem. Było ciemno tak, że nie mogłem osób rozpoznać. Ty wiesz o tem?
— Mówili o tem ciągle. W takim razie wy jesteście owymi obcymi, którzy wzięli Mibareka i tamtych trzech do niewoli?
— Tak jest.
— Więc wybacz, panie, że cię obraziłem. Prawda, że tylko złe rzeczy o tobie słyszałem, ale to złe, które mówią o drugich źli ludzie, zmienia się w dobre. Jesteście wrogami tych złodziei i oszustów i dlatego macie niewątpliwie dobre serca.
— Czy masz już do nas zaufanie?
— Tak, panie.
— Powiedz nam zatem, jak zetknąłeś się z tymi ludźmi?
— Owszem, panie. Zsiądź z konia i usiądź koło nas na ławce. Ojciec ci się ustąpi, a ja ci wszystko opowiem.
— Dziękuję ci! Niech sobie ojciec siedzi spokojnie. On już siwy, a ja jeszcze młody. Przytem noga mnie boli i chętnie pozostanę na siodle. Opowiadaj więc!
— Było to dzisiaj nad ranem. Wstałem, żeby zabrać się do pracy codziennej. Mgła była jeszcze tak gęsta, że widać było zaledwie o kilka kroków. W tem doleciało mnie zbliżanie się jeźdźców, którzy zatrzymali się przed chatą i zawołali mnie.
— Czy ciebie znali?
— Tylko Mibarek. Wyszedłszy przed drzwi, zobaczyłem czterech jeźdźców, którzy mieli ze sobą konia z pakunkami. Jeden z nich był Mibarek, w drugim dopiero później, gdy się jaśniej zrobiło, poznałem Manacha el Barsza, byłego poborcę podatkowego z Uskub. Chcieli jechać do Taszkoj i pytali, czy znam drogę dokładnie. Potwierdziłem to pytanie. Na, to poprosili mnie, żebym ich tam poprowadził i obiecali bakszyszu przynajmniej trzydzieści piastrów. Panie, jestem ubogi i zarabiam zaledwie na miesiąc trzydzieści piastrów. Znałem przytem starego Mibareka i uważałem go za świętego. Dlatego z radością byłem gotów ich przeprowadzić.
— Czy nie mówili, poco się udają do Taszkoj?
— Nie, skarżyli się tylko, że ściga ich czterech Skipetarów, którzy nie powinni się dowiedzieć, gdzie ich prowadziłem.
— To było kłamstwo.
— Później oczywiście przekonałem się o tem.
— A gdzie leży Taszkoj?
Nazwa oznacza wieś skalistą, albo kamienną. Dla tego wydało mi się, że wieś położona jest gdzieś w górach. Koszykarz odpowiedział:
— Leży stąd prawie prosto na północ. Z Radowicz niema tam drogi i trzeba dobrze znać lasy i góry, by się nie zabłąkać. Wieś jest mała i leży w kierunku, w którym schodzi się do Bregalnicy i Zbigancy.
Zbigancy była to miejscowość, do której miałem się udać z Radowicz, aby tam rzeźnika Czuraka spytać o derekulibę i dowiedzieć się czegoś bliższego o Szucie. Czyżby Mibarek także tam jechał? Być mogło, że znalazłoby się tam całe miłe towarzystwo.
— A czy przed wyruszeniem — pytałem dalej — zagrozili ci, że nie wolno ci ich zdradzić?
— Tak. Mibarek opowiadał, że napadli na nich w drodze czterej Skipetarzy, którym oni jednak umknęli. Tamci zaprzysięgli jemu i towarzyszom zemstę krwi i prawdopodobnie podążą za nimi. Chciał się udać na północ, ale nie przez Radowicz, boby go tam widziano i Skipetarzy mogliby się dowiedzieć, dokąd się zwrócił. Opisał was, jak teraz widzę, całkiem dokładnie. To tylko nie zgadza się, że masz teraz inne ubranie i nie siedzisz na karym. Gdybyście tu przejeżdżali i pytali o niego, mieliśmy wam nic nie wyjawić. Za milczenie dał nam swoje błogosławieństwo. Wyruszyliśmy potem. Gdy się jaśniej zrobiło, wydało mi się, że poznaję w koniu pakunkowym konia mojego szwagra, sądziłem jednak, że się mylę, więc nic nie mówiłem.
— Czy konie ich wyglądały jak bardzo zdrożone?
— Bardzo. Tu przed domem pociły się i piana spadała im z pysków.
— Można sobie wyobrazić. Jeśli tu przybyli tak wcześnie, musieli jechać bardzo prędko, co w nocy i na tej drodze wymagało wiele wysiłku. Mów dalej!
— Jechali wszyscy, tylko ja szedłem pieszo. Byłem jednak ciągle na przedzie. W ten sposób uchwyciłem niejedno z półgłosem prowadzonej rozmowy. Usłyszałem więc najpierw, że początkowo mieli tylko cztery konie, wskutek czego każdy wiózł część bagażu. Dopiero gdy przyjechali do osady, wiesz tej, która leży w miejscu, gdzie droga prowadzi przez most, spotkali dwu jeźdźców, a ci im powiedzieli, że mój szwagier ma dwa konie, a na poddaszu wisi siodło pakunkowe.
Zacząłem przeczuwać, kto to ten szwagier i powiedziałem:
— Ja przejeżdżałem także tamtędy, ale widziałem tylko jeden dom z poddaszem. Pod niem wisiało, jeśli sobie dobrze przypominam, tylko siodło do jazdy. Był to zajazd i leżał po prawej stronie mostu.
— To ten sam, który ja mam na myśli!
— A więc ten gospodarz jest twoim szwagrem?
— Tak, to mąż mojej siostry, która niedawno umarła.
— Ja zajechałem był do niego.
— Więc widziałeś go i mówiłeś z nim?
— Tak. Więc to tego biedaka okradli? Kiedy tam byłem, stał jakiś koń poza domem.
— To ten drugi. Szwagier miał dwa konie i dwa siodła, jedno pod jeźdźca, drugie pakunkowe.
— Czy nie opowiadali nic o dwu jeźdźcach, których spotkali?
— Owszem, wspominali o tem, ale nie mogłem z tego nic pojąć. Mówili o dwu srokaczach, a to są konie nie ludzie.
— W tym wypadku jedno i drugie, ludzie i konie.
— Srokacze miały napaść na kogoś i zabić go potem.
— To nas.
— Was, panie? Zaco?
— Z zemsty. Ci Srokacze to dwaj osławieni Skipetarzy, żyjący tylko z rabunku. Nadano im tę nazwę, ponieważ jeżdżą na dwóch srokaczach.
— A więc to tak jest! A ci Skipetarzy nie zaczaili się na was?
— Właśnie, że tak.
— Ależ wy się tu znajdujecie! Czyście im umknęli?
— Podstępem w ten sposób, że ja się przebrałem. Spotkałem ich u twego brata i spędziłem z nimi kilka godzin. Teraz jednak dowiedzą się, że ich w pole wywiodłem i będą nas szukali.
— Może przyjdą i tutaj?
— To możliwe.
— Jeśli o was spytają, czy im powiedzieć?
— Nie chcę cię nakłaniać do kłamstwa. Powiedz, że byliśmy tutaj i że pojechaliśmy do Radowicz. To jednak, co tu teraz mówimy, zachowaj w tajemnicy.
— Nie, panie, nie dowiedzą się ani słowa.
— Opowiadaj więc dalej!
— Usłyszałem zatem, że zabrali szwagrowi konia i siodło i objuczyli go swoimi pakunkami. Nic dokładniejszego podsłuchać się nie dało, ponieważ głośno nie rozmawiali, a przytem następowały często pauzy, w których słuchać nie mogłem. To jednak, co tu usłyszałem, naprowadziło mię na domysł, iż Mibarek jest wielkim złodziejem i rozbójnikiem. Najlepsze z tego wszystkiego, co pozbierał z rozboju, znajdowało się na koniu pakunkowym. Rzeczy mniejszej wartości, a zajmujące wiele miejsca, spalił razem z chałupą. Najbardziej tem się cieszyli, że Srokacze tak się znaleźli pod ręką. Teraz uważają swoich prześladowców, a więc was, za zgubionych.
— W takim razie mylą się potężnie. Nie pozbędą się nas; będziemy im następować na pięty.
— O gdybym ja mógł być z wami!
— Naco? — spytałem.
— Ponieważ okradli mego szwagra, a mnie oszukali o bakszysz.
— O tego za wiele! Byłeś z nimi aż w Taszkoj?
— Jeszcze znaczny szmat drogi dalej.
— Jak tam daleko?
— Potrzeba było pięciu godzin.
— A dokąd się potem udali?
— Chcieli zejść na dolinę Bregalnicy. Więcej nie zdołałem się już dowiedzieć.
— W takim razie wiem już, w którą stronę zmierzali. Czy obstawałeś przy tem, żeby ci dali wynagrodzenie?
— Oczywiście! Byli na tyle przebiegli, że zabrali mnie ze sobą dalej niż do Taszkoj, bo tam mogłem znaleźć pomoc i zmusić ich do zapłacenia. W lesie dopiero stanęli, by mi powiedzieć, że już mnie nie potrzebują. Prosiłem ich o bakszysz, lecz wyśmiali mnie. Rozgniewałem się i zażądałem zwrotu szwagrowego konia. Nato oni zeskoczyli z koni. Dwóch rzuciło mię na ziemię, przytrzymali, a trzeci bił harapem. Musiałem się z tem pogodzić, bo byłem wobec nich za słaby. Panie, dotąd nikt nie bił mnie jeszcze! Odtąd szedłem szybko dwanaście godzin. Grzbiet mój jest jak jedna rana od uderzeń. Straciłem dzień roboty, a język piecze mnie z głodu. Zamiast trzydziestu piastrów, nie przyniosłem do domu nawet najdrobniejszej monety. Co będę jadł? Co dam ojcu i dzieciom, skoro nic nie mam? Gdybym był został w domu, byłbym w Radowicz sprzedał kilka koszów. Zato mogliśmy się najeść.
— Pociesz się! — uspakajał go ojciec. — Dostałem pięć piastrów od tego szeryfa, który niestety nie jest szeryfem. Możesz pójść do Radowicz i kupić chleba.
— Dzięki ci, panie! — rzekł koszykarz. — Miałem cię za złego człowieka, ale tyś dla nas dobry. Pragnę wyświadczyć ci jaką przysługę.
Zanim zdołałem odpowiedzieć, zabrał głos Halef. Obrócił się na siodle i zaczął odpinać moje buty, które wyglądały tak okrągło i gładko, jak gdyby tkwiły w nich moje nogi. Podczas rozmowy nadeszły dzieci koszykarza, obładowane świeżo naciętymi prętam i wierzbiny.
— Czyś głodny, mały narodzie? — spytał je Halef.
Starsze skinęły potakująco głowami, najmłodsze zaś zaczęło płakać. W Turcyi tak samo jak u nas. Wystarczy taką dziopkę zapytać o jej apetyt, aby zaraz łzy ujrzeć.
— To wynieś jaki kosz! — rozkazał Halef ojcu tej głodnej gromady.
— Ale niech nie będzie za mały.
— Naco? — spytał koszykarz.
— Chcę ci wypróżnić te nieskończenie długie buty.
Koszykarz przyniósł plecionkę, która mogła coś pomieścić, a H alef wysypał do niej z obydwu butów mnóstwo owoców, dużo kawałków mięsa i pieczywa tak, że ją całkiem napełnił.
— Tak! — rzekł. — Teraz każ dzieciom zabrać się do jedzenia i niech wam Allah błogosławi!
— Panie! — zawołał koszykarz, całując go w rękę — to wszystko ma być nasze?
— Oczywiście!
— Tego nie zdołamy zjeść za tydzień!
— Nikt was też nie napędza do tego. Postępujcie z tem oględnie, a nie zjedzcie zarazem kosza.
— Dziękuję ci, panie! Serce twe pełne dobroci, a usta twoje kapią od wesołości.
— Tegobym nie powiedział. Nie jestem usposobiony zbyt wesoło; serce mi się krwawi na widok tych próżnych butów. W każdym z nich była jedna kura, upieczona tak rumiano, jak pieką tylko w trzecim raju. Całą duszą lgnę do takich kur. Rozłąka z niemi napełnia mnie smutkiem, a oczy mi łzami zachodzą. Skoro jednak te kury już upieczono na to, aby je zjeść, to wszystko jedno, w czyim żołądku będą pochowane. Spożywajcie je więc z rozwagą i nabożnem zadowoleniem i zachowajcie kości, dopóki nie wrócę!
Powiedział to z taką powagą i godnością, że roześmialiśmy się wszyscy.
— Halefie, skądże przyszło ci na myśl zaopatrzyć się w takie mnóstwo żywności i użyć butów moich jako magazynu?
— Ja sam nie wpadłem na ten piękny pomysł. Oto, kiedy chciałem zapłacić gospodarzowi, oświadczył on, że nie my jemu winni, lecz on nam, mianowicie za przysługę, wyświadczoną jego bratu Ibarekowi. Tu znowu okazuje się, że Allah każdy dobry uczynek wynagradza podwójnie, gdyż Ibarekowi także nic nie zapłaciliśmy, na jego własną prośbę.
— Cóż dalej?
— Tak, dalej! Całkiem oględnie dałem mu do zrozumienia, że kura pieczona jest moją ulubioną potrawą...
— A ty nicponiu!
— Przebacz, zihdi! Otrzymało się usta nie do milczenia, lecz do mówienia. Ucho gospodarza było otwarte, a z pamięci jego nie wypadła kura pieczona. Kiedy pakowałem rzeczy, dał mi dwie kury i życzył, żeby przedłużyły mi życie. Na to wyjaśniłem mu, że człowiek żyje jeszcze dłużej, jeśli do kury dostanie innych odpowiednich rzeczy.
— Halefie, gdyby to było prawdą, wart byłbyś harapa!
— Zasługuję na twą wdzięczność, zihdi, nic więcej. Jeśli mnie nią obdarzysz, będą tak zadowolony, jak wtenczas, kiedy gospodarz przyniósł mi dodatki, które tu widzisz w koszu.
— Nie powinieneś był brać niczego!
— Daruj, zihdi, ale gdybym był nic nie wziął, nie moglibyśmy teraz nic ofiarować.
— Moglibyśmy mimo to.
— Ale nic takiego, coby natychmiast zaspokoiło głód tych małych stworzeń. Zresztą opierałem się niemal z narażeniem życia. Tłumaczyłem, że potrzebuję twego pozwolenia, że bez tego nic przyjąć nie mogę, skoro nie jesteś obecny. Przedstawiłem mu wszelkie powody, jakieby tylko wszyscy kalifowie razem wzięci wymyślić mogli, ale gospodarz trwał przy swojem. Powiedział, że daruje to nie mnie, lecz tobie. Na to zmiękło moje dobre serce, wskutek czego nie wzbraniałem się dłużej. Aby jednak być całkiem pewnym, trzymałem się zdała od tego. Dar był przeznaczony dla ciebie, a że gospodarz nie mógł ci go wręczyć, postawiłem przed nim buty, jako twych przedstawicieli i pełnomocników i odszedłem. Kiedy je potem ku swej radości ujrzałem, były grube i pełne wytworów ze światu zwierzęcego i roślinnego. Wyraziłem gospodarzowi twoją wdzięczność w dobrze ułożonej mowie, zatkałem buty i przymocowałem z tyłu do siodła. Jeżeli w tem zgrzeszyłem, to proszę o łaskawe względy dla mego błędu.
Niepodobna się było gniewać na tego poczciwca.
Nie wątpiłem, że ani mu przez myśl nie przeszło skłonić gospodarza do tego daru choćby jednem słowem. Halef nie zdobyłby się na to; miał nadzwyczaj delikatne poczucie honoru. Ale przekomarzał się trochę ze mną i miał w tem wielką przyjemność, ilekroć udawałem, że się daję przez niego wyzywać.
— Później oznaczę ci karę — pogroziłem mu. — W najlepszym razie będziesz musiał na dłuższy czas wyrzec się swej ulubionej potrawy. Nieprędko rozstanie się jaka kura ze swemi kochanemi kurczętami dla twojej wygody.
— To zgodzę się i na małego kogutka, zihdi, i będzie mi tak samo smakował, jak jabłka tym malcom tutaj.
Dzieci obstąpiły kosz i pochwyciły najpierw za jabłka. Nad wyraz przyjemnie było patrzeć na pracę tych małych pyszczków. Stary miał z radości łzy w oczach. Syn wcisnął mu w rękę kawałek mięsa, ale on nie jadł. Zapomniał o sobie z radości na widok zadowolenia u wnucząt.
Koszykarz podał każdemu z nas rękę i rzekł do mnie:
— Panie, powtarzam, że zrobiłoby mi to wielką przyjemność, gdybym ci się w jakiś sposób przysłużył. Czy to niemożliwe?
— Przeciwnie. Jest przysługa, o którą prosiłbym cię nawet.
— Jaka?
— Zaprowadzisz nas do Taszkoj.
— O jak chętnie, jak chętnie! A kiedy, panie?
— Dziś nie da się określić. Przyjdź jutro rano do Radowicz; tam ci powiem.
— A gdzie cię spotkam?
— Hm i tego jeszcze nie wiem. Może mi wskażesz jaki konak, gdzie byłoby dobrze zamieszkać.
— Najlepiej w gospodzie pod Wysoką Portą. Znam gospodarza i zaprowadzę cię.
— Na to się nie zgodzę; jesteś znużony.
— O, do Radowicz zajdę z łatwością. Będziemy tam w ćwierć godziny. Muszę cię polecić gospodarzowi; pracuję tam czasami, a on ceni mnie, pomimo że jestem tylko biednym człowiekiem. Jutro ciebie odwiedzę, aby zapytać, kiedy się chcesz udać do Taszkoj.
— To będzie zależało od stanu nogi, którą sobie uszkodziłem. Czy jest w mieście jaki dobry lekarz, któremuby się można powierzyć bezpiecznie?
— Jeśli masz na myśli chirurga, to jest tam jeden, sławny bardzo; leczy wszelkie uszkodzenia u ludzi i zwierząt. Umie także szczepić ospę, czego nikt zresztą nie potrafi.
— A, to zaiste cudowny lekarz! Ale musimy się jeszcze umówić o bakszysz, który ci się będzie należał.
— A to zaco, panie?
— Zato, że nas zaprowadzisz do Taszkoj.
— Panie, ja nic nie wezmę!
— A ja nie chcę za darmo!
— Jużeście nas obdarzyli.
— To były dary, a tamto sobie zapracujesz. Nie mięszaj tych rzeczy!
— Ależ ja nie mogę żądać od ciebie pieniędzy. Jabym się wstydził!
— No, dobrze. Nie będzie to wynagrodzenie, lecz bakszysz. Dam to twojemu ojcu.
Kazałem Halefowi podać sobie sakiewkę i skinąłem na starego. Ujrzawszy pięćdziesiąt piastrów w swych pokrzywionych palcach, omal zmysłów nie postradał z radości i chciał mi zwrócić większą część pieniędzy.
— Nie przyjmę ani piastra — rzekłem stanowczo.
— Nie wiem, jak ci mam dziękować — odpowiedział. — Oby się hekimowi udało uzdrowić twoją nogę jak najrychlej!
— Miejmy nadzieję, ale powiedz mi, kufedżi, jak się nazywa ten sławny lekarz?
— Imię jego Czefatasz.
— Biada mi! Jeśli jego leczenie odpowiada nazwisku, to dziękuję za jego pomoc.
Czefatasz znaczy tyle co męczyciel.
— Nie obawiaj się! — pocieszał mnie koszykarz. — Nie przyłoży ci do nogi swojego imienia, lecz plaster, a na tem zna się wyśmienicie.
— To chodź, skoro już chcesz iść z nami! Schował sobie coś do przekąszenia na drogę i ruszyliśmy. Za kwadrans byliśmy w mieście. Przewodnik poprowadził nas przez otwarty bazar na ulicę, a potem przez bramę na szeroki, czysto utrzymany, dziedziniec. Halef udał się z nim do gospodarza, ja zaś pozostałem na siodle, aby nie natężać nogi zbytecznem chodzeniem.
Niebawem sprowadzili obaj gospodarza, który oświadczył wśród uprzejmych usprawiedliwiań, że rozporządza niestety tylko małą izdebką, przytykającą do ogólnej izby gospodniej. Nie istnieje tu zwyczaj — mówił — żeby zajeżdżający żądali osobnych pokoi i niema też ich w całem mieście. Nawet dla mnie izdebkę musiano pierwej zamieść i przysposobić, ja zaś miałem tymczasem udać się do izby gospodniej.
Byłem z tego zadowolony i zsiadłem z konia. Noga mi spuchła tak, że z wielkim bólem stąpałem, opierając się mocno na Osce.
Przybywszy do izby, nie zastaliśmy w niej nikogo. Usiadłem w kącie obok drzwi, prowadzących do przeznaczonej dla mnie izdebki. Halef, Osko i Omar wyszli na dziedziniec, aby zająć się końmi.
W drodze nie pomyślałem o zdjęciu dotychczasowego ubrania. Wśród fanatycznej ludności byłoby to wysoce niebezpiecznem, ale tu nie posiadało to już ta kiego znaczenia.
Koszykarz ofiarował się zaprosić mi lekarza, a ja się na to zgodziłem. Ledwie on zamknął drzwi za sobą, zjawił się nowy gość. Siedziałem odwrócony plecyma i oglądnąłem się, aby go zobaczyć. Był to bokadżi Toma, posłaniec, który zdradził mnie przed Srokaczami.
— No, nie pokazuj się ty hadżemu! — pomyślałem i odwróciłem się, nie chcąc z nim mieć nic do czynienia. On jednak nie był tej samej myśli. Chciał może trochę porozmawiać. Z astał mnie tu jednego, przeszedł się więc kilkakrotnie tam i napowrót, a potem stanął z boku i zapytał:
— Czy jesteś obcy w tych stronach?
Udałem, że nie słyszę pytania.
— Czy jesteś obcy? — powtórzył podniesionym głosem.
— Tak — odrzekłem.
— Czy śpisz dziś tutaj?
— Nie wiem jeszcze.
— Skąd przybywasz?
— Ze Stambułu.
— Ach, ze stolicy, z rumieńca na obliczu świata! Jesteś więc człowiekiem bardzo szczęśliwym, skoro mogłeś być tak blizko padyszacha.
— Blizkość jego uszczęśliwia tylko dobrych.
— Czy sądzisz, że tam jest wielu niedobrych?
— Jak wszędzie.
— A kto ty jesteś?
— Pisarz.
— A więc uczony. Z takimi chętnie rozmawiam.
— Ale ja niechętnie z innymi.
— Allah! Jakiś ty odpychający! Chciałem cię już zapytać, czy wolno usiąść przy tobie.
— Wolno, ale ci to żadnej przyjemności nie sprawi.
— Czemu?
— Twarz moja nie każdemu się podoba.
— Więc zobaczę, czy mnie się spodoba.
Usiadł przy moim stole na przeciwległej ławce i przypatrywał się mnie z ciekawością.
Wyraz twarzy jego nie da się opisać. Ja miałem jeszcze turban na głowie, a okulary na oczach i to go bałamuciło, chociaż wyglądu twarzy nie zmieniłem wcale. Otworzył usta, podniósł brwi na kształt dwu kątów ostrych, a oczy wwiercił we mnie z taką siłą, że musiałem się wysilać, żeby się nie roześmiać.
— Panie, effendi, kto ty jesteś? — zapytał.
— Już ci to powiedziałem.
— A powiedziałeś też prawdę?
— Ośmielasz się mnie kłam zadawać?
— Nie, na Allaha, nie, bo wiem, że... że...
Nie mógł dalej mówić ze strachu i wątpliwości.
— Cóż takiego? Co wiesz o mnie?
— Nic, zupełnie nic ponadto, że jesteś pisarzem i że mieszkasz w Stambule.
— Cóż tak pleciesz, jak na mękach?
— Jak na mękach? Ach, panie, to nic dziwnego. Zdaje mi się, że jesteś tym, o którym sądzę, że jest tym, o którym ten... o Allah! Przyznaję ci zupełną słuszność. Zbałamuciłem się całkiem, to podobieństwo zbyt wielkie.
— Do kogoż jestem tak podobny?
— Do pewnego nieżyjącego effendi.
— Ach! I kiedyż on umarł?
— Dziś w drodze.
— To smutne, jeżeli wierny ginie w drodze. Jego krewni nie mogą w takim razie odmówić nad nim sury śmierci. A na co umarł?
— Został zamordowany.
— To okropne! Czy widziałeś jego zwłoki?
— Nie, panie.
— A kto go zamordował?
— Niewiadomo. Leżał w lesie na drodze stąd do Ostromdży.
— Przez ten las i ja też przejeżdżałem. Dlaczegóż nic nie słyszałem o morderstwie? Czy chciano go obrabować?
— Nie. Miało się to stać z zemsty.
— Pewnie krwawa zemsta?
— Nie, inna. Ten nieostrożny człowiek wywołał w Ostromdży poprostu rewolucyę, podjudził jednych ludzi przeciwko drugim, a wieczorem podpalił dom pobożnego człowieka.
— To oczywiście zbrodnia, której mu Allah nigdy nie przebaczy.
— O, ten człowiek nie wierzył w Allaha. Był to giaur, chrześcijanin, jedzący świńskie mięso.
— W takim razie piekło go pochłonie.
— Z zemsty urządzono nań zasadzkę i zabito go.
— Czy sam był?
— Nie. Miał trzech towarzyszy.
— A gdzie oni?
— Zniknęli. Zdaje się, że i oni ponieśli śmierć.
— A gdzie zabrano jego zwłoki?
— Tego nie wiem.
— To szczególne! I ja jestem podobny do tego niewiernego?
— Masz całkiem jego postać i oblicze, tylko twoje włosy i wąsy są znacznie krótsze i jaśniejsze od jego.
— A zatem jest przecież między nim, giaurem, a mną, szeryfem, różnica, którą się dusza moja raduje. Ale kto ty jesteś?
— Bokadżi z Ostromdży.
— W takim razie to wszystko wiesz dokładnie. Ale, hm, słyszałem w drodze, że są tu podobno dwaj rozbójnicy, Skipetarzy, których nazywają Srokaczami. Czy słyszałeś jut kiedy o nich?
— Tak, ponieważ my posłańcy dowiadujemy się o wszystkiem.
— Czy znasz ich?
— Nie, panie. Jak może człowiek uczciwy znać rozbójników. Dlaczego o nich pytasz?
— Widziano ich dziś rano w pobliżu Ostromdży.
— Wobec tego niech się Allah zmiłuje nad tą okolicą!
— Był z nimi także pewien bokadżi. Podobno nazywa się Toma.
Posłaniec drgnął z przerażenia, ja zaś pytałem spokojnie dalej:
— Czy znasz go może?
— Bardzo dobrze. To mój towarzysz.
— Więc ostrzeż go, skoro go spotkasz. Poszukuje go policya.
— Allah w’ Allah! Dlaczego?
— Bo on jest współwinny morderstwa, ponieważ zdradził tego chrześcijanina przed Aladżymi i wydał go rozbójnikom. Dał im znać, kiedy ci obcy opuszczą Ostromdżę.
— Czy to prawda? — wyjąkał.
— Zamordowany sam to powiedział.
— Czyż może mówić nieżywy?
— On nie zginął, nie jest zamordowany. Nikt o tem nie wie, że go miano zamordować prócz ciebie, Tomo.
Posłaniec zerwał się z miejsca.
— Ty znasz mnie? — zawołał osłupiały.
— Tak, a oni znają ciebie także.
Zdjąłem okulary i turban i wskazałem na drzwi, któremi weszli właśnie Osko, Omar i Halef. Posłaniec zdrętwiał z przerażenia, gdyż teraz dopiero mnie poznał. Po chwili jednak zawołał:
— Muszę odejść, czemprędzej odejść! Mam jeszcze do załatwienia pilne sprawy.
Poskoczył ku drzwiom, lecz w tej chwili uchwycił go już Halef za kołnierz.
— Czemu chcesz nas tak prędko opuścić, drogi przyjacielu? — spytał przyjaźnie.
— Bo mam jeszcze dużo do roboty w mieście.
— Zdaje mi się, że załatwiasz polecenia tylko stamtąd tu. Zabierasz więc także rzeczy stąd do Ostromdży?
— Tak; nie zatrzymuj mnie!
— Mógłbyś i odemnie coś zanieść.
— Do kogo?
— Napiszę ci to.
— Co takiego?
— Pozdrowienie, tylko pozdrowienie.
— Chętnie je wezmę, ale puść mnie już teraz!
— Nic z tego. Musisz jeszcze zaczekać, bo trzeba ci pozdrowienie napisać i adres do tego.
— Czy to długo potrwa?
— Wcale niedługo. Z takimi przyjacielskimi listami nie robię wiele zachodu. Nie potrzebuję ani papieru, ani atramentu, ponieważ piszę na niewygarbowanym pergaminie. Zapłatę dla posłańca dodaję zaraz do tego. Ołówek mam w stajni. Będziesz musiał tam się potrudzić ze mną, kochany Tomo. Chodź więc.
Posłaniec przypatrzył się małemu badawczo. Nie dowierzał pokojowemu usposobieniu, chociaż Halef odzywał się tak życzliwie. Wyszedł z nim jednak, a Osko i Omar za nimi, uśmiechając się skrycie.
Z mego miejsca mogłem przez otwarte i szyb pozbawione okno objąć okiem cały dziedziniec. Widziałem, jak wszyscy czterej zbliżyli się do stajni, poczem zniknęli za drzwiami, które się za nimi zamknęły.
W krótką chwilę potem usłyszałem jakby zdaleka głosy, które dzisiaj rozbrzmiewają tylko w Chinach i w Turcyi, owe tony nieopisane, wywołane blizkiem zetknięciem się skóry ludzkiej z batem.
Następnie znowu drzwi otworzono, a stamtąd wypadł posłaniec. Postawą nie zachwycał bynajmniej, a twarz starała się nie okazać zaburzonego spokoju ducha. Chód jego podobny był do chodu orangutana, zmuszonego do poruszania się bez pomocy kija. Kolana miał naprzód podane, piersi zaklęsłe, a głowę opadłą wstecz.
Nie był toż widocznie ciekawy wrażenia, jakie wywoła jego dramatyczne odejście, bo nie oglądał się wcale.
Trzej egzekutorowie przyszli do mnie natychmiast.
— Jego kismet go tu przyprowadził! — rzekł Halef, gładząc sobie brodę i uśmiechając się z widocznem zadowoleniem. Co ten drab powiedział na twój widok, zihdi?
Powtórzyłem im całą rozmowę z Tomą.
— Ach, co za zuchwalec! Niechże zaniesie tych trzydzieści szczerych pozdrowień, które mu władowałem i rozda je tam, komu zechce.
— Nie bronił się?
— Okazywał wielką do tego ochotę, ale powiedziałem mu ze współczuciem, że w razie obrony dostanie pięćdziesiąt, a jeżeli się dobrowolnie położy, otrzyma tylko trzydzieści. Postarałem się jednak o to, żeby tych trzydzieści tak samo go wzruszyło jak pięćdziesiąt. Czy się zgadzasz, effendi?
— Tym razem, tak.
— Oby mi kismet częściej zsyłał podobne przyjemności, ilekroć będzie szło o tego rodzaju łotrów. Jest jeszcze kilku takich, którym chętnie pozostawiłbym wybór między trzydziestu a pięćdziesięciu. Spodziewam się spotkać jeszcze niejednego w dobrą godzinę. Ale jak z nogą, zihdi?
— Nie lepiej. Niech Omar zapyta, czy nie dostanie tu w mieście gipsu i niech mi kupi z pięć litrów. Ty zaś przyniesiesz takie naczynie z wodą, do któregoby można było włożyć nogę i zdejmiesz mi potem pończochę.
Teraz powrócił koszykarz i doniósł mi, że musiał szukać bardzo długo, zanim znalazł doktora „męczyciela“. Pan ten jest właśnie bardzo zajęty, ale zaraz nadejdzie.
Podziękowałem mu za trudy, darowałem odrobinę tytoniu i kazałem mu wrócić do domu.
Halef przyniósł wody. Zbadawszy nogę, przekonałem się, że to było zwichnięcie, szczęściem niezupełne. Byłbym sobie sam staw naprawił, ale wolałem tego bez lekarza nie robić. Jakiś błąd mógłby mnie tu na długo zatrzymać. Na razie włożyłem nogę do zimnej wody.
Nareszcie zjawił się lekarz, którego byłbym wziął raczej za chińskiego listonosza, niż za europejskiego syna Eskulapa.
Był mały, ale nadzwyczajnie opasły. Policzki błyszczały mu jak piękne jabłka wigilijne. Małe, skośne nieco, oczy świadczyły, że kołyska jego rodu zwisała ze szczytu mongolskiego namiotu. Na gładko wystrzyżonej głowie spoczywał stary, podarty fez, odsunięty daleko w tył tak, że czoło było wolne, a na nim zamiast kutasa, kupka czerwonych, niebieskich i żółtych wstążeczek z cygar. Krótki, do kolan tylko sięgający, kaftan, wyglądał jakby się składał z jednej olbrzymiej kieszeni i wydęty był od góry do dołu na prawo i lewo. Zawierał zapewne podręczną aptekę lekarza.
W dodatku zwisał mu z pleców czworokątny kosz, prawdopodobnie etui na cenne narzędzia.
Na nogach miał grube wełniane pończochy z podwójnemi pilśniowemi podeszwami, a wszystko razem tkwiło w pantoflach, obitych grubymi gwoździami.
Wszedłszy, odwiązał pantofle i przystąpił do mnie w pończochach: grzeczność, która, jak się zdaje, przeszła już u niego w stan chroniczny.
Ponieważ nogę trzymałem w wodzie, poznał odrazu, że to mnie potrzeba jego pomocy. Ukłonił mi się, przyczem kosz naprzód mu się zesunął i wydało się, jak gdyby rzemień groził mu uduszeniem. Odpowiedziałem na to pozdrowienie wedle najlepszej wiedzy i woli. On zdjął kosz, postawił na ziemi i zapytał:
— Czy lubisz wiele mówić?
— Nie — odrzekłem krótko.
— Ja także nie. A zatem krótkie pytania, krótkie odpowiedzi i koniec.
Nie przypuszczałem takiej energii u tego grubasa. Mógł nią w Radowicz zrobić wrażenie i robić dobre interesa. Stanął przedemną na szeroko rozstawionych nogach, przypatrzył mi się od góry do dołu i badał:
— To ty jesteś tym z nogą?
— Nie, z dwiema nogami!
— Co? Obie złamałeś?
Nie zrozumiał moich drwin.
— Nie, tylko lewą.
— Złamanie podwójne?
To było już jego rzeczą. Odemnie nie mógł żądać tego, żebym wiedział, jakie złamanie.
— Tylko zwichnięcie — odrzekłem.
— Pokaż język!
To było jeszcze ładniejsze! Usłuchałem go jednak i pokazałem. Przypatrzył mu się, pomacał, posunął koniec w jedną i drugą stronę i zauważył, kiwając głową:
— Niebezpieczne zwichnięcie!
— Ale niecałkowite!
— Cicho! Widzę to na języku! Od kiedy zwichnięta?
— Trzy godziny, najwyżej cztery.
— O to zanadto długo! Może łatwo nastąpić zakażenie krwi!
Omal nie roześmiałem mu się w oczy. Powściągnąłem się jednak i zdziwiłem się tylko, że określenie „zakażenie krwi“ znalazło już prawo obywatelstwa w języku tureckim.
— Ból? — pytał dalej.
— Można wytrzymać.
— Apetyt?
— Mocny i wszechstronny.
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze! Przetrzyma się. Pokazać nogę!
Przykucnął. Ponieważ jednak nie było mu wygodnie, usiadł całkiem obok naczynia z wodą, ja zaś położyłem mu z zaufaniem na podołku nogę, ociekającą wodą.
Dotknął jej najpierw lekko, a potem silniej końcami palców, skinął głową i zapytał:
— Czy krzyczysz naw et przy małym bolu?
— Nie.
— Bardzo dobrze! Nastąpił jeden szybki chwyt, silne szarpnięcie i lekki chrzęst w stawie — potem lekarz łypnął na mnie okiem i zapytał:
— No, jak było?
— Bardzo przyjemnie.
— Więc jesteśmy gotowi.
— Całkiem?
— Nie. Jeszcze tylko obwiązać.
Jako chirurg był to w każdym razie dzielny człowiek. Kto wie, ileby mnie inny namęczył, aby tylko nadać pozorów większego niebezpieczeństwa i wymóc wyższe honoraryum.
— Czem zawiniesz?
— Szynami. Gdzie jest drzewo?
— Nie chcę.
— Czemu nie?
— To do niczego.
— Do niczego? Chcesz może szyn srebrnych, albo złotych, wysadzanych brylantami?
— Nie. Chcę bandażu z gipsu.
— Gipsu? Czy oszalałeś? Gipsem wyprawia się ściany i mury, ale nie nogi!
Tu była jego słaba strona. Ale cóż, znajdowałem się przecież w Turcyi.
— Z gipsu robi się także doskonałe opatrunki.
— Chciałbym to widzieć.
— Możesz zobaczyć. Posłałem po gips.
— Jak to zrobisz?
— Zaczekaj na to.
— A jeżeli gipsu nie dostaniesz?
— To zrobię opatrunek z karuku.
— Karuku? — krzyknął. — Chcesz ze mnie głupca zrobić?
— Nie.
— Nie spodziewaj się tego!
— O gdyby mi się tylko zechciało! — zaśmiałem się.
— Co? Ja jestem uczonym!
— Ja także.
— Co studyowałeś?
— Wszystko! — odrzekłem krótko.
— A ja trzy razy tyle! Znam nawet pierwsze dyspensatoryum Zabura Ibn Zaheli!
— A ja mam w głowie cały medyczny słownik Abd Al Meszyda!
— Ja go mam nietylko w głowie, lecz w całem ciele i we wszystkich członkach. Opatrunek z gipsu lub karuku! Gips to mąka, a karuk jest miękki i płynny, opatrunek zaś musi być twardy.
— Gips i karuk same twardnieją. Sam się zadziwisz. Wogóle nie można teraz jeszcze zakładać opatrunku. Należy wprzód robić okłady, dopóki puchlina nie zejdzie i ból nie ustanie. Zrozumiałeś?
— Allah! Ty mówisz jak lekarz!
— Rozumiem się też na tem.
— To sam sobie kości naprostuj, skoro je pokrzywiłeś. Na co kazałeś mnie wołać?
— Aby ci język pokazać.
— W takim razie ozór wołowy jest większy i wywiera silniejsze wrażenie. Zapamiętaj to sobie! Moja wizyta kosztuje dziesięć piastrów. Ty jesteś obcy i zapłacisz podwójnie. Rozumiesz?
— Masz tu dwadzieścia piastrów, ale mi już tutaj nie wracaj!
— Ani mi się śni! Wystarczy, że byłem raz.
Wrzucił pieniądze w rozpór kaftana, przywiesił sobie koszyk do ramion i odszedł ku drzwiom. Tam wskoczył w pantofle i chciał już wyjść bez uczczenia mnie pożegnaniem, kiedy wszedł Omar z naczyniem w ręce.
Lekarz zatrzymał się, przypatrzył się zawartości naczynia i zapytał:
— Co tu masz?
— Alczy — gips.
— A więc to jest gips, z którego się ma sporządzić szyny? Co za szaleństwo, co za niedorzeczność; toż to śmieszne w najwyższym stopniu! Tylko narwaniec może wpaść na taki pomysł.
Omar trzymał jeszcze otwarte drzwi, pod którymi był stanął, ale teraz zamknął je za sobą tak, żeby lekarz nie uciekł, postawił naczynie na ziemi, pochwycił grubego medyka za ramiona i zapytał:
— Ty płazie, kto ty jesteś właściwie?
— Jestem lekarzem! Rozumiesz?
— No, ty jesteś zapewne dobrym konowałem! Co gadasz; o szaleństwie, narwaniu i śmieszności? Nasz effendi zażądał gipsu; potrzebuje go, a wie zawsze, co czyni. Tysiąc takich brzuchaczy jak ty nie posiada tyle rozumu w pustych łbach, ile mieści się w koniuszku jednego włosa u niego. Jeśli go będziesz obrażał takiemi słowami, to możesz bardzo łatwo znaleźć się w tem naczyniu! Widać po tobie odrazu, że głupota jest twoją matką!
To nie zdarzyło się chyba nigdy temu mężowi nauki. Wyrwał się Omarowi, odstąpił o kilka kroków, zaczerpnął głęboko powietrza i wybuchnął, jak gdyby miał płuca prochem nabite:
— Czy mam tą czapką zatkać ci pysk rozpuszczony? Masz ją, ty synu małpy, ty wnuku i prawnuku pawiana!
Zdarł czapkę z głowy, zwinął ją w kłąb i rzucił w twarz Omarowi. Napadnięty pochwycił ją, sięgnął do naczynia, napełnił ją mąką gipsową i zawołał:
— Masz tu nakrywkę swego dziurawego rozumu!
I rzucił mu napełnioną gipsem czapkę w twarz, czerwoną od gniewu. Gips wysypał się z fezu i w tej chwili wyglądał lekarz jak biały gnomek piernikowy. Gips dostał mu się do oczu, on zaś wycierał je i wycierał, tupał nogami, pogubił przy tem pantofle, wrzeszczał jak nadziany na rożen, aż w końcu, kiedy znowu przejrzał, zdarł z ramion prędko kosz przez głowę i chciał nim cisnąć Omarowi w głowę. Ale przeciwnik, przygotowany na to widocznie, pochwycił kosz w powietrzu, przyczem otworzyło się wieko. Cała jego zawartość wypadła teraz na ziemię, a więc: obcęgi, nożyce, szpatle, pincetki, pudełka i inne rupiecie, a wśród nich główny instrument wschodniego lekarza: olbrzymia lewatywa.
Zręczny Arab schylił się szybko i zaczął tem wszystkiem bombardować doktora, który ze swej strony nie zdobył się na nic innego, jak na wykonanie prawa odwetu. Podnosił odbijające się odeń przedmioty i puszczał je ku Omarowi z całej siły. Przytem nie szczędził przezwisk, w używaniu których był widocznie wirtuozem; jakkolwiek ciekawe, nie nadają się one do powtórzenia tutaj.
To bombardowanie było tak komiczne, że wszyscy wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Usłyszano je na dziedzińcu. To zwabiło gospodarza wraz z jego ludźmi, którzy na widok osobliwego pojedynku zawtórowali nam śmiechem.
Wreszcie przyszła Halefowi myśl pospieszyć przyjacielowi na pomoc.
— Zihdi, wyjm nogę z wody! — zawołał.
Z temi słowy ujął mnie za nogę i podniósł ją. Następnie porwał naczynie i pobiegł z niem ku drzwiom, aby lekarzowi odciąć odwrót. Dokonawszy tego, porwał z ziemi enemę i jął grubasa opryskiwać tak gorliwie i celnie, że w kilka chwil ciekło z niego jak z pudła, zlanego wodą.
— Pięknie, wspaniale, pysznie! — zawołał Omar. — Niechaj teraz skosztuje i reszty gipsu. Pryskaj tylko dzielnie, Halefie!
Pochwycił naczynie i wysypał mąkę gipsową na swą ofiarę, gdy tymczasem Halef starał się o odpowiednie nawodnienie.
Chciałem temu zapobiec, ale nie zdołałem ze śmiechu, bo lekarz wyglądał „przerażająco pięknie“. Nawet najbardziej żółciowy melancholik byłby musiał wziąć udział w tej powszechnej wesołości. Widzowie zanosili się od śmiechu.
Najbardziej śmiał się gospodarz. Był on mały, miał wązkie barki, pokaźny, wystający brzuszek i parę cienkich nóżek, z trudem dźwigających ciało. Jego tępy nosek i szerokie usta z białymi zębami przystawały wybornie do wesołego zachowania. Splótł ręce pod trzęsącym się brzuchem, by go podeprzeć, a łzy stanęły mu w oczach! Piał poprostu z zachwytu i wołał co chwila:
— Hai, wai, tenim, widżudim, karnim, midim, dżijerim, dalakim bebrekim, wai hacmin, zindirmim — oj oj oj, mój brzuch, mój brzuch, moj żołądek, moja wątroba, moja śledziona, moje nerki! O biada, moje trawienie! Patlamarim, patlamarim — ja pęknę, ja trzasnę!
Wyglądał też istotnie tak, jakby skóra jego nie mogła już dłużej utrzymać razem roztrzęsionych członków ciała.
Uczeń Eskulapa skrył się do kąta, gdzie stanął z wyciągniętemi przed twarzą rękawami kaftana. Ale z pod tych rękawów krzyczał, klął i przezywał z całych sił. Gdy sikawka już nie chciała naciągać, pochwycił Halef naczynie i wylał mu całą jego zawartość na głowę.
— Tak musi się stać każdemu — krzyknął, — kto naszego effendiego narwanym nazwie. Osko przynieś jeszcze wody, żeby zihdi mógł sobie nogę ochłodzić. Tego mądrego męża od plastrów, maści i szyn drewnianych posadzimy tu na krześle, aby mu obetrzeć oblicze. Ty zaś zachowaj się cicho, kochaneczku, bo inaczej zdrapię ci nosek!
Posadził doktora na krześle, potem podniósł drewnianą szpatlę z ziemi i zaczął mu zgalać gips z twarzy. Co zeskrobał, to wycierał o jego uszy, wykonując to z całym spokojem.
Ofiara sztuki golarskiej cierpiała to, klęła jednak podczas tego nieprzerwanie. Im bardziej nużył się tą czynnością jego język, tem ordynarniejsze słowa wyrzucały jego usta. Miotał najokropniejsze obelgi, a mimo to wyglądał, jak gdyby dość mu jeszcze nie było.
Jak wiadomo, twardnieje gips bardzo szybko i zamienia się w kilka minut w masę twardą, jak kamień. Tutaj szło to tem prędzej, im szybciej suknie nasiąkały wilgocią. Dopiero gdy okrycie zrobiło się całkiem białe, przestał Halef skrobać.
— Tak — rzekł. — Oczyściłem cię, bo nawet wrogowi nie należy odmawiać grzecznych usług. Ale więcej nie możesz odemnie wymagać. Rzeczy swoje musisz sobie sam pozbierać, aby je włożyć do kosza. Wstań! Kuracya skończona.
Grubas chciał podnieść się z krzesła, spostrzegł jednak, że szaty jego tak zesztywniały, iż mu powstać nie dają. To też było powodem, że nie powstrzymałem tej swawoli. W ten sposób zademonstrowało mu się ad oculos możliwość używania gipsu do opatrunków.
— Ja nie mogą wstać, nie mogą wstać! — wołał, rozczepierzając szeroko wszystkich dziesięć palców. — Mój kaftan jest jak szkło, on popęka!
Halef pochwycił fez za kutas z wstążeczek od cygar, zdjął mu go z głowy, na którą wpakował poprzednio, podsunął przed same oczy i rzekł:
— Popatrz, oto czcigodne nakrycie twojej uczonej głowy. Jak ono ci się podoba?
Fez tworzył teraz przedmiot twardy i biały, podobny do dzwonka, który pod spodem nabrał kształtu czaszki. To było już nadzwyczaj śmieszne.
— Moja czapka, moja czapka! — krzyczał grubas. — Siedziała mi od młodości na głowie, a teraz zbeszczeszczacie godność jej starości i powagą jej dni, wy milflislar[1]! Daj ją tutaj!
Chciał ją uchwycić, ale skoro tylko podniósł ku niej rękę, zaczął mu się kruszyć gips na rękawie.
— O jazik, o jazik! o biada, biada! — wołał. — Oto przepada zdrowie mojej ręki i całość moich członków! Co robić? Ja muszą odejść, pacyenci na mnie czekają.
Chciał się podnieść, ale gdy kaftan znów zatrzeszczał, usiadł czemprądzej napowrót.
— Czyście widzieli? Czyście słyszeli? — pytał głosem płaczliwym. — Idą w okruchy zarysy mojej postaci i linie budowy ciała. Czuję, że wnętrzności także się rozpadają. Zniknęła zgrabność proporcyi, a miękkie zaokrąglenie w pasie poukładało się w fałdy okropne. Zrobiliście ze mnie postać niepokaźną i mężczyznę bez wdziąku. Podziw tych, którzy na mnie patrzyli, zamieni się w śmiech, a zadowolenie ich spojrzeń w szyderstwo. Na ulicy pokazywać mnie będą palcami, a w komnacie mojej najdroższej zapłacze miłość nad utratą mych zalet. Jestem człowiekiem zabitym i mogą się zaraz dać zanieść na cmentarz, gdzie cyprys łzy wylewa. O Allah, Allah, Allah!
Gniew jego przechodził teraz w rzewność. Bolał nad utratą elegancyi. Już miano śmiechem odpowiedzieć mu na to, kiedy ruchem ręki nakazałem milczenie i odpowiedziałem:
— Nie rozpaczaj, hekimie! Smutek twój w radość się zamieni, gdyż znalazłeś sposobność zrobić ważne dla siebie doświadczenie.
— Tak, zrobiłem to doświadczenie, ale ono dla mnie nie ma znaczenia. Dowiedziałem się, że nie należy wdawać się z ludźmi bez wykształcenia.
— Czy sądzisz, hekimie, że jest ono u ciebie?
— Tak, ponieważ jestem człowiekiem, który leczy chore ciała i orzeźwia znużone dusze. To jest prawdziwe wykształcenie.
— Jesteś człowiekiem, który mówi pacyentowi, że jego język nie wzbudza takiego podziwu, jak woli. Jeśli to nazywasz wykształceniem, to oczywiście jesteś wysoce wykształcony. Jak byłbyś poznał po moim języku, czy zwichnięcie nogi jest niebezpieczne, czy nie, tego nie pojmuję zupełnie.
— Ty, zdaje się, wogóle bardzo mało jeszcze w życiu pojąłeś. Widzę to po tobie. Pewnie zaś nie pojmujesz także, że wstawiliście mnie w położenie, szkodliwe dla mojej czci i podkopujące moją powagę w kraju.
— Nie, tego nie wyobrażam sobie istotnie.
— W takim razie mądrość twoja jest krótka, jak kan sudżuki[2], ale głupota tak długa jak metewazilar[3], który opasuje całą ziemię. A jednak kręcisz nosem i siedzisz tu dumnie i gadasz jak profesor wszelakich mądrości.
— Wobec ciebie byłem też profesorem, gdyż dałem ci praktyczną lekcyę o opatrunkach.
— Z tego nie słyszałem ani słowa.
— Mówiłem o lekcyi praktycznej, nie było więc mowy o wykładach. To, czego się tu nauczyłeś, może cię wyprowadzić na największego hekima wszystkich krajów, nad którymi panuje padyszach.
— Czy chcesz jeszcze szydzić ze mnie na dobitek? Jeśli istotnie jesteś tak mądry, jak twierdzisz, to daj mi dobrą radę, jak mógłbym wyjść z tej warstwy gipsowej.
— O tem potem. Wyśmiałeś mnie, kiedy ci powiedziałem, że można zrobić opatrunek z gipsu, a jednak jest taki opatrunek najlepszym ze wszystkich. Nie dałeś mi przyjść do słowa i dlatego musiały cię dopiero fakta pouczyć. Dotknij swego kaftana! Przedtem był miękki, a teraz jest twardy i mocny jak kamień. Taki musi być opatrunek, jeśli ma uzdrowić chory członek ciała. Czy jasne ci to?
Podniósł brwi i spojrzał na ranie z namysłem, ja zaś mówiłem dalej:
— Gdy chcesz dać sztywny opatrunek na złamaną nogę, to szynyby jej dolegały, bo nie mogłyby się przystosować do jej formy. Taki opatrunek nic nie wart.
— Niestety niema innych opatrunków. Najwięksi lekarze w państwie łamali sobie daremnie głowy, aby wynaleźć opatrunek, któryby był sztywny, a zarazem przystosowany do formy członka. Ja sam posiadam książkę pod tytułem: „Szifa kemik kyryklarin“[4]. Z niej można się dowiedzieć, że takie złamania opatruje się skutecznie tylko zapomocą szyn.
— Kto jest autorem książki?
— Sławny lekarz Kari Asfan Culafar.
— No, on żył prawie przed dwustu laty. Wtenczas miał może słuszność, ale teraz napewnoby go wyśmiano.
— O, ja się z niego nie śmieję.
— W takim razie wiadomości i zapatrywania twoje są dobre dla owych czasów, a nie dla dzisiejszych. Teraz znamy jeszcze inne bandaże. Czy przypatrzyłeś się przedtem fezowi, który masz teraz na głowie?
— Czemu nie miałbym mu się przypatrzyć? Ta mała jadowita ropucha trzymała mi go dość blizko przed nosem.
— Powiedz zatem, jaką on przyjął formę?
— Formę mojej głowy.
— I to całkiem dokładną. Tak samo dzieje się z każdym innym członkiem ciała. Jeśli mam złamaną rękę naprawić, to owijam ją najpierw cienką materyą, którą następnie powlekam gipsem, rozpuszczonym w wodzie i obwiązuję jeszcze kilkakrotnie bandażem i znowu zwierzchu nakładam warstwę gipsu. Gdy gips wyschnie i stwardnieje, mam bandaż, przystający dokładnie do formy ręki.
— Ah, oh, — wybuchnął, patrząc przez chwilą na mnie, a następnie zwracając się do hadżego: — Zdejm mi jeszcze raz czapkę i podaj!
Hadżi zrobił mu tą przysługą i przytrzymał czapkę przed oczyma, kręcąc nią na wszystkie boki.
— Jeszcze lepiej — mówiłem w dalszym ciągu jeżeli się materyę najpierw w gipsowej wodzie namoczy i dopiero potem owinie naokoło chorego członka. Aby zaś materya nie uciskała po stwardnieniu gipsu, daje się pod to warstwę waty. Potem spoczywa chora część ciała miękko w mocnym i całkiem dokładnie przystającym opatrunku.
Spojrzał na mnie raz jeszcze i zawołał w końcu:
— Allah, Allah! Nazik idżad bulma, azametli keszif — Allah, Allah! Cenne odkrycie, wspaniały wynalazek! Biegnę, śpieszą; muszę sobie to napisać!
Zerwał się i nie zważając na sztywność kaftana, podskoczył ku drzwiom.
— Zaczekaj, zaczekaj! Zabierz kosz i narzędzia. — zawołał Halef. — A włóż najpierw czapkę na głowę!
Lekarz się zatrzymał. Widok jego był nieoceniony. Gips pękał na wszystkie strony i odpadał z niego w okruchach. Kaftan nie chciał wyjść z formy, jakiej nabrał podczas siedzenia. Tylna jego część sterczała naprzód i przeszkadzała w chodzeniu. Wobec tego odwrócił się grubas plecyma do Halefa, podał mu w tył obie ręce i rzekł.
— Ciągnij rękawy! Muszę z nich wyleźć!
Halef przysądził się i przytrzymał go. Eskulap ciągnął i ciągnął, aż w końcu wypadł z taką siłą z zagipsowanej szaty, że poleciał aż do drzwi, które już był odemknął, i wybiegł przez nie na podwórze.
— Tekrar gerilim, tekrar gerilim, szimdi tekrar gerilim. — Ja wrócę, wrócę, wrócę zaraz! — wołał padając na ziemię, zrywając się i umykając co prędzej
Opanował go zachwyt dla opatrunku. Musiał pobiec do domu, aby sobie zanotować moje wskazówki. Nic go to nie obchodziło, że zostawił pantofle, kaftan, fez i kosz z narzędziami i biegł teraz boso przez ulicę.
Był widocznie duszą i ciałem przejęty swoim zawodem, ale nie mógł się niestety niczego więcej nauczyć prócz tego, co już umieli inni, którzy nic nie wiedzieli!
Należało teraz w izbie zrobić porządek. Sztywny kaftan zawieszono na poręczy od krzesła i pozbierano instrumenta. Potem urządzono dla mnie izbę. Osko przyniósł wody już dawno. Zauważyłem ku mej radości że się spuchlizna zmniejszyła. Bolu już wcale nie czułem. Potem kazałem się zanieść do izdebki i ułożyć na łóżku. Robiłem sobie okłady i chciałem potem wieczorem założyć opatrunek. Do tego potrzeba było waty, gazy i gipsu.
Przeleżawszy ze trzy godziny, usłyszałem przez drzwi głos lekarza:
— Gdzie jest effendi?
— W małej izbie — doszedł mnie głos Halefa.
— Oznajmij mnie!
Halef otworzył drzwi i wszedł lekarz.
Ubrany był jak pan młody do ślubu. Ciało jego okrywał aż do stóp niebieski, jedwabny kaftan, nogi tkwiły w eleganckich safianowych pantoflach, na głowie zaś miał turban w biało-niebieskie paski. Minę miał uroczystą, a chód pełen wysokiej godności. Stanął w drzwiach, skrzyżował ręce, skłonił się głęboko i rzekł:
— Effendim, japarim ziaret szukirin ittibarin — mój effendi, składam ci wizytę wdzięczności i uszanowania. Girisz bana ruchzat wer — pozwól mi wejść!
Pochyliłem uroczyście głową i odrzekłem:
— Jaklaszdyr, chosz zen — zbliż się, jesteś mile Widziany!
Postawił trzy małe kroki, odkrząknął i rozpoczął:
— Effendim, twoja głowa jest kołyską rozumu ludzkiego, a mózg twój przechowuje wiedzę wszystkich ludów. Duch twój jest ostry jako ostrze brzytwy, a myśl spiczasta jako igła, którą otwiera się czyrak niedobry. Dlatego przypadł ci w udziale kismet rozwiązać pytanie, jak się ma opatrywać złamania, uszkodzenia, spowodowane szturchnięciem i wywichnięcia. Twoje ingenium zgłębiło wszelkie dziedziny nauk i zbadało wszystkie stery dopóki nie doszło do siarkanu wapnia, który nieświadomi barbarzyńcy nazywają gipsem. Nalałeś do tego wody, zamieszałeś, żeby go pozbawić kryształów, rozsmarować na płótnie i owinąć niem stawy i kości w celu nadania im odpowiedniego kształtu, jeśli im tego potrzeba. Tem z biegiem czasu uchronisz miliony rąk i nóg od skrzywień i zniekształceń, a profesorowie przyszłości będą zbierali piastry na pomnik dla ciebie; będzie to albo głowa z kamienia wykuta, albo ciało odlane z bronzu. Na płycie pomnika wypisane złotemi literami błyszczeć będzie imię twoje. Aż do tego czasu zaś znajdować się będzie w moich notatkach i dlatego proszę cię, powiedz mi je, ażebym je mógł zapisać.
Wygłosił to tonem uroczystym deputacyi, składającej się, niestety, tylko z niego samego.
— Dziękuję ci! — odpowiedziałem. — Miłość prawdy nakazuje mi oświadczyć, że to nie mnie się udał ten wielki wynalazek. W ojczyźnie mojej jest on tak rozpowszechniony, że znają go wszyscy lekarze i laicy. Jeśli chcesz sobie imię wynalazcy zapisać, to mogę ci je podać. Ten uczony człowiek, któremu tyle ludzi zawdzięcza swoje kształty, nazywał się Mathysen i był słynnym lekarzem w Holandyi. Nie zasłużyłem na twe podziękowanie, ale cieszy mnie to, że ci się ten wynalazek spodobał i spodziewam się, że go będziesz często używał.
— Dowiodę ci, że postanowiłem stosować go stale, ale podziękowania nie odrzucaj. Chociaż sam nie jesteś wynalazcą, jednak ty zaprowadziłeś tu to nieporównane dobrodziejstwo. Nie zapomnę nigdy dnia dzisiejszego. Ku mej radości kaftan mój jeszcze się trzyma. Powieszę go obok drzwi mego domu; niech będzie szyldem, aby wszyscy, mający połamane członki, widzieli ku swemu uspokojeniu, że ich gipsem okładam. Spróbowałem już, jak się to robi i proszę cię, przypatrz się temu i oceń moje dzieło. Zgadzasz się?
— Bardzo chętnie! — odrzekłem.
Przystąpił do otworu okiennego i klasnął w ręce. Otwarły się drzwi od wielkiej izby i dał się słyszeć odgłos ciężkich kroków.
— Tu wejść! — rozkazał.
Najpierw ukazało się dwu ludzi, niosących wielki kubeł, napełniony po brzegi rozpuszczonym gipsem. Jeden z nich miał zapas waty, który wystarczyłby na okłady dla dziesięciu osób, drugi zaś trzymał paczkę bandaży w ręku. Złożyli te ciężary i oddalili się.
Gdy przez to zrobiło się przestronniej, weszło znowu dwu ludzi, dźwigając nosze, a na nich brodatego człowieka z ciałem, okrytem aż po szyję.
— Tu zobaczysz pierwsze bandaże, jakie pozakładałem zaczął lekarz. — Zakupiłem materyał, zamówiłem tego robotnika, by służył mi jako model. Otrzymuje wikt i dziesięć piastrów dziennie. Pozwól, że zdejmę to okrycie i przypatrz się temu pacyentowi!
Gdy wzrok mój padł na model, zdołałem się tylko z trudem od śmiechu powstrzymać. O Allah, jak ten człowiek wyglądał! Grubas wyobraził sobie wszelkie możliwe złamania i zwichnięcia i zagipsował odpowiednio biedaka. Ale jak!
Ramiona i przedramiona, uda i przedudzia, a nawet biodra tkwiły w gipsowych bandażach, grubych jak ręka. Klatka piersiowa opatrzona była pancerzem, który niełatwo przebiłaby kula z pistoletu.
Leżał jak pacyent rzeczywisty i blizki śmierci. Nie mógł się ruszyć, a z trudem tylko oddychał. I za to wszystko dostawał dziesięć piastrów dziennie! To było najzabawniejsze przy tem. Miał całymi dniami nosić opatrunki i na co?
— Jak długo będzie trwał ten eksperyment? — zapytałem.
— Dopóki model zdoła wytrzymać. Chciałbym wiedzieć, jaki skutek wywiera na członki ciała opatrunek gipsowy.
— Na zdrowe? Jedynym skutkiem będzie to, że długo nie wytrzyma. Co się stało z jego piersiami?
— Złamał pięć żeber, dwa z prawej, a trzy z lewej strony.
— A ramiona?
— Pogruchotane obojczyki.
— A co ze stawami w biodrach?
— Wyskoczyły mu obie kule. Ale brakuje jeszcze jednego, a mianowicie: dolna szczęka wykoleiła się z zawiasów i nastąpił skurcz mięśni szczękowych. Nie wiem, jak to gipsem opatrzyć i zrobię to wedle twoich wskazówek.
— O hekimie, tego nie bandażuje się nigdy.
— Nie? A to czemu?
— Gdy się szczękę sprowadzi do dawnego położenia, skurcz ustępuje zupełnie i nie potrzeba już gipsu.
— Dobrze! Skoro ci się tak podoba, przyjmiemy, że mu się usta znowu zamknęły.
— Bądź tak dobry i uwolnij mu żebra z bandaży! Nie może tchu złapać.
— Jak sobie życzysz. Postaram się u gospodarza o narzędzie.
Zdjęła mię ciekawość, co on przyniesie. Po jego powrocie byłem właśnie zajęty okładem na nogę i spojrzałem ku nim dopiero, usłyszawszy uderzenia młotka.
— Na miłość Boga, co czynisz? Co masz w ręku?
Nie widziałem tego, bo odwrócił się tyłem do mnie.
— Czekidż ile kalemkiarlyk — młot i dłuto — odpowiedział swobodnie.
— Toż mu dopiero żebra pogruchocesz, albo wbijesz mu dłuto w piersi.
— A czegóż się używa do tego?
— Nożyc, noża, albo odpowiedniej piłki, stosownie do miejsca i grubości opatrunku.
— W koszu mam piłkę do kości i zaraz ją przyniosę.
— Sprowadź tu zarazem mego małego towarzysza. On ci pomoże, gdyż ja nie mogę.
Gdy nadszedł Halef, zaraz po kilku wskazówkach zabrał się do skorup gipsowych mimo sprzeciwiania się lekarza. Była to praca ciężka i trwała dotąd, dopóki „model“ nie został uwolniony od wszystkich opatrunków. Tymczasem trzeba było zapalić światło, bo noc zapadła. Biedak, którego lekarz oprócz wszystkich innych opatrunków chciał jeszcze zmusić do skurczu mięśni szczękowych, nie powiedział ani słowa. Dopiero gdy usunięto ostatni bandaż, rzekł do mnie:
— Dzięki ci, panie!
Jednym skokiem znalazł się za drzwiami.
— Stój! — krzyknął za nim grubas. — Ja potrzebuję ciebie jeszcze! Zaraz znowu się zacznie!
Ale wołanie pozostało bez skutku.
— O, tam biegnie! Co ja zrobię teraz z tym pięknym gipsem, z watą i bawełnianą materyą?
— Zostaw go! — odpowiedziałem. — Cóż ty sobie myślałeś? Zawartością tego kubła mógłbyś ogipsować dwa domy. Część tego zużyję ja, bo sądzę, że czas już mnie opatrzyć.
— Pięknie, pięknie, effendim! Zaraz się do tego zabiorę.
— Powoli, powoli! Postępuj dokładnie wedle moich wskazówek!
Zapalił się do tego niesłychanie. Podczas opatrywania opowiadał mi o nieprawdopodobnych leczeniach, jakich się już dopuścił. Gdyśmy skończyli, zauważył:
— Tak, to zaiste całkiem co innego! Sprowadzę znowu próbnego pacyenta i przyślę go jutro do ciebie.
— A kiedy go chcesz opatrzyć?
— Jeszcze dziś wieczorem.
— O Allah! Więc ma leżeć do jutra? Ty go zabijesz. Jeśli chcesz ćwiczyć się na nim, to pamiętaj, że nie wolno tego czynić na wszystkich członkach, tylko na jednym, a następnie musisz zaraz zdjąć opatrunek, skoro stwardnieje. Wiedz zresztą i to, że w opatrunkach można wycinać okna.
— Naco?
— Dla oglądania i opatrywania poszczególnych miejsc. Nie masz nauczyciela, któryby ci to pokazał, ani książki do nauki. Musisz się więc sam zastanawiać i robić próby
— Effendim, zostań tu i ucz mnie! Wszyscy lekarzetych okolic będą twoimi uczniami.
— Tak, a my wszyscy podamy się na modele — zaśmiał się Halef. — Tego jeszcze brakowało! Zdobyłeś dość wiedzy tego popołudnia, a teraz staraj się radzić sobie nadal sam.
— Skoro powołujecie się na brak czasu, to z przykrością wyrzekam się nauki. A to prawda, że dzisiaj sporo się nauczyłem i nie wiem, jak się odwdzięczyć. Pieniędzy nie weźmiesz. Dam ci zatem pamiątkę, effendim; ucieszysz się tem nadzwyczajnie.
— Cóż to takiego?
— Kilka szklanek spirytusu ze wszystkimi rodzajami tasiemców i robaków brzusznych, które ci zrobią wielką przyjemność. Ja jednak ofiaruję ci je z całego serca.
— Dziękuję ci! Szklanki zawadzałyby mi tylko w podróży.
— Żałuję bardzo, ale mimo to chcę ci dać dowód, jak cię miłuję. Daruję ci najulubieńszą rzecz, jaką posiadam, tj. szkielet. Sam kości skrobałem, gotowałem i bieliłem.
— I za to muszę podziękować niestety.
— Czy chcesz mnie obrazić?
— Wierz mi, że nie. Widzisz przecież, że nie mogę zabrać ze sobą szkieletu na konia.
— To prawda. Pozwól zatem, że uścisnę ci rękę serdecznie.
Hekim odznaczał się, jak wszyscy tłuści ludzie, dobrodusznością. Był żądny nauki i skłonny do wdzięczności i zmienił się w ciągu południa. Czuł się bardzo szczęśliwym, otrzymawszy zaproszenie do mnie na kolacyę i pożegnał się po niej z taką serdecznością, jak gdybyśmy byli oddawna przyjaciółmi.
Jego tragarze musieli czekać tak długo i zabrali potem swoje ciężary. Zamiast modelu leżał na noszach kosz z instrumentami i sztywny kaftan, którego miał użyć jako szyldu.
Reszta wieczoru upłynęła nam na rozmowie o tem, co nazajutrz poczniemy. Postanowiłem wyjechać mimo bolu nogi, nie wolno nam bowiem było pozwolić tym czterem, których ścigaliśmy, tak się od nas oddalić, żebyśmy ich ślad stracili.
Na kartce, pisanej przez Hamd el Amazata, a znajdującej się w mym ręku, czytałem wyraźnie:
„In pripeh beste la karanorman chan ali sa panajir menelikde — bardzo prędko wiadomość do Karanorman-chan, ale po jarmarku w Menelik“.
Menelik zostawiliśmy dawno za sobą i ścigaliśmy aż do dzisiaj brata Hamda e! Amazata, nie mając wyobrażenia, gdzie właściwie leży to Karanorman. Napewno zdążał do tej miejscowości i tam mieli się obaj spotkać prawdopodobnie. Nie wątpiliśmy o ich niebezpiecznych zamiarach, które udaremnić uważaliśmy za swój obowiązek. W tym celu podjęliśmy się tej podróży. Gdybyśmy dopuścili do tego, żeby nas zbytnio wyprzedzili, moglibyśmy łatwo nie doprowadzić naszych usiłowań do pożądanego kresu. Dlatego musieliśmy bezwarunkowo nazajutrz ruszyć w dalszą drogę.
Halef uważał mnie za pacyenta i żądał, żebym się szanował, natomiast Osko i Omar godzili się całkiem na moje zdanie. Ten drugi przypomniał przytem swój obowiązek wywarcia zemsty, podjęty jeszcze na pustyni.
— Ed dem b’ ed dem — krew za krew! Poprzysiągłem pomścić śmierć mego ojca i muszę słowa dotrzymać. Jeśli jutro razem nie pojedziecie, to ja sam wyruszę. Nie zaznam spokoju, dopóki nóż mój nie utkwi w sercu mordercy.
Brzmiało to dziko i nie po ludzku. Jako chrześcijanin byłem bez zastrzeżeń zwolennikiem nauki: „Miłujcie swoich nieprzyjaciół“. Ilekroć jednak odżyła mi w pamięci owa straszna chwila, w której ojciec Omara, nasz przewodnik, zniknął pod okropną powłoką solną szotu, opanowywało mię uczucie, że przecież ten zbrodniczy czyn musi się spotkać z zasłużoną karą. Czy z karą w rozumieniu Omara, to zależało od danej chwili. W każdym razie byłem daleki od tego, by puszczać płazem jakiekolwiek brudne, barbarzyńskie morderstwo.
Byłbym spał pewnie do późna rano, gdyby mnie nie zbudzono. Na dworze stał koszykarz i prosił o chwilę rozmowy ze mną. Przyjąłem go niemal gniewnie z powodu przeszkodzenia mi we śnie, ale ujrzawszy jego szwagra, gospodarza z przydrożnej wioski, wchodzącego za nim, domyśliłem się, że był powód do przerwania mi snu i okazałem oblicze przyjazne.
— Panie — rzekł gospodarz wioskowy — nie przypuszczałem, że cię tak rychło zobaczę. Przebacz, że ci przerywamy spoczynek, ale muszę ci donieść coś bardzo ważnego; idzie o wasze życie.
— Znowu? Jest nadzieja, że nie będzie tak źle, jak się tobie zdaje.
— Byłoby tak źle, gdybym ciebie nie ostrzegł. Obaj Aladży byli tu u mego brata.
— Ach! Kiedy?
— O zmierzchu — odpowiedział koszykarz, do którego zwróciłem się z tem pytaniem. — Obudziliśmy się bardzo rychło; radość z powodu twoich podarków nie pozwoliła nam spać zbyt długo. Nawet dzieci już były powstawały. Ja zszedłem do rzeki popatrzeć, co się dzieje z nastawionemi na noc wędkami. Wróciwszy, zastałem na srokatych koniach przed drzwiami dwu obcych, rozmawiających z dziećmi. Ojciec leżał jeszcze na łóżku. Ujrzawszy mnie, spytali, czy nie przejeżdżało tędy wczoraj czterech jeźdźców, z których jeden nosił turban szirfa[5] i kolorowe okulary n a nosie. Między końmi miał się znajdować kary Arab.
— A co ty odpowiedziałeś? — zapytałem z zaciekawieniem.
— Pomyślałem sobie zaraz, że to Aladży, o których mówiliśmy ze sobą i zataiłem przed nimi prawdę.
— Hm! To ci chyba nie wyszło na dobre.
— Domyślasz się?
— Dzieci pewnie już były zdradziły.
— Tak jest w istocie. Aladży zaczęli mnie bić harapami i zagrozili śmiercią, jeśli im prawdy nie wyjawię.
— To bardzo słuszne, że wyznałeś im prawdę.
— Czy wiesz, że to uczyniłem?
— Poznaję to po twoim wzroku niepewnym. Obawiasz się, czy błędu nie popełniłeś i dlatego nie masz spokojnego sumienia.
— Effendi, wzrok twój mówi ci prawdę zaiste. Mogłem wprawdzie wymknąć się ich razom, ale wtedy postąpiliby prawdopodobnie okrutnie z ojcem i dziećmi, ponieważ zaś one już wszystko wypaplały, przeto przyznałem się, że u mnie byłeś.
— Ale chyba nic więcej.
— Chciałem im dać tylko tę wiadomość, ale oni wypytali już dzieci dokładnie i dowiedzieli się, że wysypaliście z butów żywność, że darowaliście pieniądze dziadkowi i że mam was dziś poprowadzić do Taszkoj, gdzie byłem poprzednio z owymi złymi ludźmi.
— Musiałeś to natura lnie potwierdzić.
— Nie było innej rady. Ty mi to wybaczysz.
— Nie mogę się gniewać za to na ciebie; nie powinienem był wspominać o tem przy dzieciach. Czy rabusie mieli strzelby ze sobą?
— Oczywiście, a sami wyglądali tak, jak gdyby ich co złego spotkało. U jednego zauważyłem plaster na górnej wardze, a nos jego miał barwrę śliwki.
— To był Bybar, któremu rozdarłem górną wargę. Ale on nosił wąsy?
— W takim razie obciął je, aby ranę plastrem zalepić. Nie on też mówił, lecz drugi, który znowu tak źle siedział na siodle, jak gdyby miał krzyże złamane.
— Rzuciłem nim o drzewo i czuje to pewnie jeszcze. Co potem zrobili?
— Uderzyli mnie jeszcze kilka razy i udali się ku Radowicz.
— Temu nie wierzę. Przypuszczam, że pojechali do lasu, przez który masz nas poprowadzić. Tam zamierzają na nas napaść. Bezwątpienia znają te okolice.
— Całkiem dobrze odgadłeś, effendi. Ja taksamo myślałem i śledziłem ich skrycie. Istotnie zwrócili się niebawem na prawo ku górom.
— Siedzą tam teraz i na nas czekają. Przedewszystkiem muszą wiedzieć, jak daleko posunąłeś się w swoich zeznaniach. Powiedziałeś więc, że jestem w Radowicz; czy mówiłeś także, że jestem chory na nogę i że będę może musiał zostać w Radowicz?
— Nie, ani słowa.
— Będą nas zatem dzisiaj oczekiwać. Czy nie pytali, kiedy wyruszymy?
— Tak, a ja udałem, że się o tem muszą dopiero dowiedzieć. Potem przysięgli, że mnie zamordują i spalą moją chałupę, jeślibym ich zdradził. Oświadczyli przytem, że są Aladży, o których, zdaniem ich, niezawodnie słyszałem i dodali zapewnienie, że stanowczo wykonają swą groźbę.
— A ty mimoto nie dochowujesz tajemnicy.
— To mój obowiązek i moja wdzięczność, effendi. Może zdołasz tak zarządzić, żeby im się zdawało, iż milczałem.
— To się da łatwo uskutecznić. Jestem ci oczywiście wdzięczny za ostrzeżenie, bez którego mogłoby rzeczywiście źle być z nami.
— Tak panie, byłbyś zgubiony — wtrącił brat. — Słyszałem to na własne uszy.
— Więc powrócili znowu do ciebie?
— Naturalnie, ale nie ucieszyło mnie to wcale, bo dokuczyły mi ich pierwsze odwiedziny.
— To zaszło wczoraj popołudniu? Czy widziałeś ich kiedy już przedtem?
— Znałem ich z opowiadania tylko. Przybyli do mnie jeszcze rano, zażądali raki i usiedli przed domem, zaprowadziwszy konie poza dom.
— Czy domyślałeś się, co oni za jedni?
— Tak. Mieli konie srokate, a ich olbrzymie postacie zgadzały się z opisanemi. Byłem zły na nich, bo uważałem ich za złodziei mojego konia i siodła pakunkowego.
— Więc wiedziałeś już, że zginęło jedno i drugie?
— Rozumie się! Spostrzegłem to zaraz, skoro tylko wstałem rano.
— A nie przypuszczałeś, żeby koń uciekł?
— O, tego nigdy nie robił; zresztą siodło byłoby zostało.
— Bardzo słusznie; siodło nie ucieka razem z koniem.
— Poskarżyłem się przed nimi na kradzież. Zauważyli widocznie, że przeciw nim zwraca się moje podejrzenie, gdyż zaczęli obchodzić się ze mną złośliwie i zmusili w końcu do zostania w izbie.
— A ty na to pozwoliłeś?
— Cóż miałem począć?
— Zawołać sąsiadów na pomoc.
— Nie mogłem przecież wyjść, a gdybym był nawet mógł, nie byłbym uczynił tego. Do kogo przyjdą Aladży, ten robi najlepiej, słuchając ich po prostu, ponieważ nawet w razie chwilowego zwycięstwa nad nimi, uległby potem ich zemście. Siedziałem więc w izbie. Nie wolno mi nawet było dzieci sprowadzić, co potem ty uczyniłeś, effendi.
— Czy pod ten czas nikt nie zajechał do ciebie? Sądzę, że przybycie gościa byłoby ich wygnało.
— A czy dali się wygnać twojem przybyciem?
— Prawda, że nie.
— Nikt nie przechodził koło mego domu, był tylko jeden człowiek, który się u mnie zatrzymał, mianowicie...
— Bokadżi Toma z Ostromdży — wpadłem mu w słowo.
— Wiedział on, że Aladży na niego czekają. Zresztą znajdowali się już poprzedniej nocy w pobliżu i doszło do ich wiadomości, że posiadasz dwa konie. Oni to są właściwymi sprawcami kradzieży.
— Dowiedziałem się teraz o tem od brata.
— Czy Toma tylko na krótko się z nimi zatrzymał?
— O nie! Zlazł z muła, przysiadł się do nich i spędzili razem z godzinę.
— Nie mogłeś słyszeć treści ich rozmowy?
— Z izby nie; ale uważałem ich za złodziei mojego konia i obawiałem się krzywdy z ich strony, ponieważ zabronili mi wydalać się z domu. Dlatego postanowiłem ich podsłuchać. Przypominasz sobie zapewne w mojej izbie drabinę, przytykającą do strychu, gdzie przechowuję słomę? Wylazłem na górę, a stamtąd dostałem się pocichu na poddasze. Nie straciłem ani jednego słowa i dowiedziałem się o wypadkach w Ostromdży. Posłaniec opowiedział to obszernie i oznajmił, że wyruszacie około południa i że we dwie godziny niespełna musicie obok mego domu przejeżdżać. Następnie usłyszałem, że mówili z nim już poprzedniego wieczoru.
— Ach! Teraz pojmuję — odrzekłem — w jaki sposób potrafił Mibarek tak prędko znaleźć Aladżych i przeciwko mnie ich podjudzić.
— Zdaje się, że wynajął ich już przed waszem przybyciem, aby wam coś wypłatać. Przeszkodziłeś mu w tem i dlatego postanowił obecność waszą wyzyskać do zemsty na was.
— A co jeszcze słyszałeś?
— Że Mibarek umknął ze swymi trzema i że wy umrzeć musicie. Wskazał nawet miejsce, na którem miano dokonać napadu na was, a mianowicie nieopodal ostrego zakrętu, który tworzy droga w samym lesie.
— Tam istotnie odbyła się walka między nimi a mną.
— I ty ich zwyciężyłeś, jak mi mój brat opowiedział. Effendi, Allah był przy tobie, inaczej byłbyś im uległ!
— Zapewne! Cóż dalej?
— Posłaniec ostrzegł ich, żeby nie ufali swoim pistoletom i strzelbom, bo was się kula nie ima. Na to roześmiali się oni na całe gardło. Gdy im jednak przedstawił jak najdokładniej to, co widział w Ostromdży, zamyślili się i uwierzyli.
— A co ty o tem sądzisz?
— Effendi, czary są dwojakie, przy jednych wzywa się pomocy Allaha, przy drugich dyabła. Wy znacie magię, ale tę dobrą, przy której Allah pomaga.
Odpowiedziałem mu na to:
— Czy przypuszczasz istotnie, że Wszechmogący pozwoli się słowami, znakami i ceremoniami zmusić przez słabe stworzenia do tego, żeby spełniać ich wolę?
— Hm! Nie, gdyż w takim razie byłby człowiek możniejszy od Allaha. Ale, panie, ogarnia mię przerażenie, bo czarujecie z pomocą dyabła!
— O nie! Nie czarujemy wcale, nie umiemy więcej od innych ludzi.
— Ale przecież odporni jesteście na działanie kul!
— Zaiste bardzobyśmy się cieszyli, gdyby to było prawdą. Niestety jednak kula zrobiłaby w mojej skórze taką samą dziurę, jak w skórze każdego innego człowieka.
— Trudno mi w to uwierzyć. Chwytałeś przecież kule rękoma.
— I to był tylko pozór. Robiłem sobie już z tego wyrzuty, że utwierdziłem owych ludzi w zabobonie. Może się to da naprawić. Gdy wrócisz do Ostromdży, usłyszysz zapewne o nas. Powiedz tam, w jaki sposób wprawiłem ich w błąd. Słyszałem, że nas mają napaść, czy też z zasadzki zastrzelić i wpadłem na myśl rozpowszechnienia mniemania, jakoby nam kule nie szkodziły. Chciałem, żeby do nas nie strzelano. Zaraz się dowiesz, jak tego dokonałem.
Opowiedziałem mu wszystko. Podczas tego twarz jego przedłużała się coraz to więcej i więcej. Następnie przyszedł do siebie z osłupienia, wysłuchał mnie aż do końca i rzekł z uśmiechem:
— Nadzwyczajnie mnie to cieszy, panie, że opowiedziałeś mi tę historyę. Odegram w Ostromdży wielką rolę, śmiejąc się z ludzi i mogąc im wytłómaczyć prawdziwy stan rzeczy. O gdybym im to mógł pokazać!
— Możesz. Mam jeszcze kilka kul. Jeśli mi przyrzekniesz ostrożność i nie zamieniasz ich za inne, to ci je podaruję!
— Daj mi je; wprawisz mnie w zachwyt z radości. Ale czy wiesz, że żywię teraz dla was jeszcze większy szacunek, niż poprzednio?
— Dlaczego?
— Bo to całkiem co innego ochronić się rozumem, niż czarami. I ja teraz sądzę, że magia składa się tylko z takich sztuczek. Osiągnąłeś swój cel, bo Aladży postanowili do was nie strzelać, lecz uderzyć na was toporami i nożami. Posłaniec opisał was tak dokładnie, że pomyłka była wykluczona. Następnie oddalił się, a w kwadrans potem przybyłeś ty.
— Za kogo mnie uważałeś?
— Za szeryfa. Nie mogłem przeczuć, że jesteś tym obcym effendim, na którego planowano morderczy napad.
— Czy podsłuchałeś także i naszą rozmowę?
— Nie, ponieważ mi się twoja osoba nie wydawała dość ważną. Przyszedłeś i byłeś dobry dla mnie i dla dzieci. Wyleczyłeś mi nawet córeczkę z bolu zębów. Nie wiedziałem wprawdzie, co z tobą mieli zrobić, ale byłeś względem nas przyjacielski, więc cię ostrzegłem.
— Z niebezpieczeństwem dla siebie samego!
— Nie było ono tak wielkie. Narażałem się tylko na kilka harapów. Gdy odjechali razem z tobą, zląkłem się przecież o ciebie; rzucali na siebie dziwne spojrzenia. Dlatego skinąłem jeszcze na ciebie, kiedy się odwróciłeś na moście.
— Zrozumiałem, że nakłonić mnie chciałeś do ostrożności. Co potem uczyniłeś?
— Poszedłem do sąsiadów, opowiedziałem im, co zaszło i zażądałem, żeby poszli ze mną do lasu uwolnić ciebie z rąk zbójów i ratować owych czterech obcych, na których mieli napaść.
— Ale oni nie chcieli — uzupełniłem jego opowiadanie. — Bali się zemsty Aladżych i zostali trwożliwie poza swoimi czterema słupami. Łatwo to sobie wyobrażam. Strach jest właśnie najgorszym wrogiem tego, który się boi. Gdzieindziej nie daleko zaszliby tacy Aladży; przymkniętoby ich czemprędzej.
— Masz na myśli swoją ojczyznę?
— Tak.
— Więc tam jest każdy bohaterem?
— Nie, ale tam nieścierpieliby, żeby jeden Skipetar napędzał wciąż ludziom strachu. Nasze prawa nie są surowe, przeciwnie, łagodniejsze, ale się je wykonywa, jak być powinno. Dlatego nikt nie boi się zemsty ludzkiej, bo policya jest dość silną, aby obronić każdego dobrego i uczciwego człowieka. A kto was broni?
— Nikt, panie. Strach to nasza jedyna obrona. Ktoby się, naprzykład, poważył sprzeciwić Aladżym, kiedy przyjdą doń i wydadzą rozkazy, ten ściągnąłby na siebie gniew i żadna władza nie potrafiłaby go obronić. Dlatego nie dziwiłem się, że sąsiedzi odmówili pomocy.
— Jest ich pewnie niewielu.
— Tak, a przytem panuje przekonanie, że każdy z Aladżych bierze na siebie dziesięciu ludzi.
— Hm! Ja w takim razie biorę z łatwością dwudziestu, bo ich zwyciężyłem.
— Tylko z pomocą Allaha, effendi! Ci zbóje są straszliwi. Mimo to postanowiłem ostrzec tych obcych i w tym celu usiadłem przed domem na ławce i wyglądałem ich.
— Czy ich widziałeś?
— Nie. Między dziećmi wybuchła kłótnia; zaczęły płakać, wtedy ja wszedłem, aby spory uciszyć. Przez ten czas niezawodnie obcy przejechali. Potem ujrzałem ku mojej trwodze wracających Aladżych.
— Z końmi?
— Oczywiście, effendi.
— Więc je niebawem znaleźli. Czy byli w dobrym humorze?
— Jak możesz pytać w ten sposób? Musiałem wejść z nimi do izby, gdzie tak zachowywali się, jak gdyby tysiąc szatanów w nich wlazło. I mnie się przy tem dostało, ale przynajmniej to sprawiło mi radość, co z ich rozmowy zrozumiałem. Wynikało z tego, że głupi szeryf ich zwyciężył.
— Nie przeczuwali więc, że szeryf był dowódcą tych obcych, na których urządzili zasadzkę?
— To im na myśl nie przyszło. Dopiero później, gdy się uspokoili i znów zasiedli do raki, wydobył jeden z nich kartkę i odczytał. Słyszałem, że była przytwierdzona do drzewa. Nie mogli jednak z tego nic więcej wywnioskować prócz tego, że przejechało tamtędy trzech jeźdźców, którzy trzymali się ściśle tej kartki.
— Czy uważali ich za tych, na których czekali?
— Nie; brakowało głównej osoby. Przypuszczali, że będziecie jeszcze przejeżdżali. Chociaż posłaniec uwiadomił, że was ostrzeżono, nie chcieli mimo to wyrzec się schwytania was. Znajdowali się w takim stanie wściekłości, że nie panowali nad sobą. Połamano im strzelby, których odłamki mieli przy sobie. Odczułem je wszystkie na własnym grzbiecie. Dzieci się rozpłakały na ten widok i dostały szturchańce i baty. Jeden z nich nie mógł się wyprostować, bo rzuciłeś nim o drzewo. Rozebrał się i musiałem mu przez kilka godzin smarować grzbiet masłem i raki na przemian. Z drugiego ciągle krew ciekła; uderzyłeś go z dołu i przeciąłeś mu górną wargę, jak mówił, kciukiem. Nos mu wystawał i opuchł, że wyglądał gruszkowato jak osie gniazdo. Nacierał go raki. Gdy potem przybyli jacyś dwaj podróżni, obciął mu jeden z nich wąsy, poszedł do poblizkiego lasu po żywicę i zrobił z niej i z masła plaster, który przyłożył do rany.
— Dwaj podróżni przybyli? Coza jedni?
— To były dopiero prawdziwe twarze wisielców. Warto było ich zobaczyć! Spali poprzedniej nocy u pewnego gospodarza w Dabili i...
— Ach, znam ich. To byli bracia. Nie spostrzegłeś tego?
— Tak, usłyszałem niebawem, że są braćmi tak samo jak Aladży. Znali ich i was.
— A czy wiedzieli, że spotkają Aladżych?
— Nie. Obie pary braciszków zdziwiły się z powodu tego przypadku, ale radość ich była większa od zdumienia, gdy się dowiedzieli, że ich ten sam cel sprowadził: chęć zemsty nad wami.
— Wierzę. Pewnie zaczęli potem sobie opowiadać!
— Dużo, bardzo dużo: o Edreneh, o Menlik, skąd umknęliście tak szybko, chociaż miano was tam uczynić nieszkodliwymi. Staliście się dla nich przez to podwójnie niebezpieczni, że z gołębnika podsłuchaliście ich narady i dowiedzieliście się, że ci, których ścigaliście, znajdowali się w ruinach Ostromdży. Jeszcze niebezpieczniejsze było to, że brat gospodarza z Ismilan uważał was za prawowitych posiadaczy kopczy i poradził wam, żebyście się udali do Zbigancy.
— Tak, pewnie, że popełnił przez to największe głupstwo, ale nam przyjdzie z trudem, albo wcale nie uda się z tego skorzystać.
— To prawda. Skoro Aladży usłyszeli, że wiecie o derekulibe koło Zbigancy, ogarnęła ich wściekłość. Utrzymywali, że należy temu przeszkodzić w każdym razie i że powinni rzucić się na was zaraz tu na otwartej drodze.
— Więc aż dotąd mniemali, że nie przejechaliśmy jeszcze.
— Tak. Usiedli w ten sposób, że nikt nie mógł przejść, nie będąc przez nich dostrzeżonym. Tamci dwaj chcieli im dopomagać. Było ich teraz czterech na czterech, Aladży zaś chełpili się, że czują w sobie teraz odwagę zaatakować całe wojsko. Oczywiście, pomyłka trwała tylko dopóty, dopóki nie wrócił z Radowicz posłaniec Toma.
— Ach, to ten im zdjął bielmo!
— Zawołali go do środka. Tam krzyknął on na widok jednego z nich. Powiedzieli mu, że jeszcze tych czterech dotąd nie widzieli, on zaś odpowiedział, że był u was w Radowicz, a nawet dostał od was porcyę batów. Zdumienie było olbrzymie. Ani on ich nie rozumiał, ani oni jego. Wreszcie zapytał, czy nie spotkali szeryfa, jadącego na karym. Mówił, że ty to nim byłeś, bo się przebrałeś.
— Szkoda, że nie byłem przy tem! Opłaciłoby się było widzieć ich miny.
— Tak, effendi, było to zabawne, ale i straszne. Takich przekleństw i bluźnierstw nie słyszałem nigdy w życiu. Co nie było w izbie przybite, to połamano. Wściekali się i pustoszyli wszystko jak dyabły. Coś takiego nie zdarzyło im się dotychczas. Cieszyli się, że głupiemu szeryfowi figla spłatają, ale on wystrychnął ich na dudków. Nie mogli się uspokoić i byli podobni do rozbestwionych byków, przed którymi niema innej ochrony, jak ucieczka.
— Wierzę bardzo. Cóż ro bił posłaniec?
— Był bardzo przerażony. Sam ci powiedział, że zostałeś zamordowany i tem się zdradził. Wiedziałeś zresztą już sam, że on jest w porozumieniu z Aladżymi, dlatego bał się teraz, że powrócicie do Ostromdży, aby go oddać sądowi.
— W takim razie może być spokojnym. Pozostawimy go jego własnemu sumieniu.
— Ono go zbytnio dręczyć nie będzie. Sprawi mu pewnie mniejsze cierpienia, niż cięgi, które otrzymał.
— Czy mówił o tem?
— Tak i był wściekły na małego hadżego. Złościło go szczególnie to, że sam musiał wybrać trzydzieści batów. Powiedział, że warte były co najmniej tyle co sto innych. Odzież przylepia mu do skrwawionych pleców. Zaklinał Aladżych, żeby was zabili, najpierw z zemsty, a następnie w tym celu, żebyście nie zrobili doniesienia na niego.
— Czy mu to obiecali?
Przysięgli nawet i zbierali się zaraz wyruszyć do Radowicz, ale posłaniec powiedział im, że wy przenocujecie, że więc jest czas do rana. Mieli się zatem wyspać, ażeby przyjść do siebie i nabrać sił, potrzebnych do walki nazajutrz. Przytem zwrócił ich uwagę na to, że mogliby się u mego brata czegoś nowego dowiedzieć, gdyż słyszał przypadkiem w Radowicz, że ten zaprowadził czterech obcych do lokandy babi humajuni.
— Te radę oczywiście przyjęto?
— Tak. Było to naturalnie dla mnie przykre, bo postanowili u mnie przenocować i byłem więźniem we własnym domu. Niedowierzali mi i zakazali wychodzić przed drzwi domu. Aladży nie spali ostatniej nocy i pragnęli spocząć, pozostawiając tamtym obowiązek czuwania.
— A posłaniec Toma?
— Pojechał do domu, ale zamierza już jutro przybyć do Radowicz, by się dowiedzieć, czy Srokacze was doścignęli i zamordowali.
— U kogo chce się o to zapytać?
— Tego nie wiem. Wymówili imię, zbliżywszy głowy do siebie, tak cicho, że go nie zdołałem usłyszeć. Gdy posłaniec odszedł, kupili Aladży od tamtych strzelby i amunicyę, bo połamałeś ich własne i zabrałeś im worki z prochem. Mimo niesłychanej złości ku tobie śmiali się z tego, że im zostawiłeś pieniądze.
— Byłem zbyt uczciwy. Gdyby mi powtórnie wpadli w ręce, nie pozwoliłbym już wyśmiać siebie. Ale poco tamci dwaj porozumiewali się z Aladżymi? Przecież nie pojechali dziś razem z nimi.
Oni powrócili do Menlik, oddawszy swoją sprawę Aladżym. Mieli oni niejakiego Baruda el-el-el... jakżeż on się nazywał?
— Barud el Amazat.
— Tak jest, tak brzmiało jego imię. Temu więc mieli oznajmić, że syn jego już nie żyje, następnie, że wy przywłaszczyliście sobie kopczę, a w końcu, że zachodzi obawa, iż u rzeźnika w Zbigancy wypytacie się o derekulibe.
— No, może się nam uda wyprzedzić posłańców.
— Strzeż się, effendi! Oni także jadą do Zbigancy i znają dobrze najkrótszą drogę przez Taszkoj. Jeśli chcesz ich ubiec, musisz obrać tę drogę i objechać ich w lesie. Ale nie wiesz, gdzie oni. Co więcej, oni się na was zaczają i napadną z nienacka.
— Jesteśmy na to przygotowani. Gdy się zna niebezpieczeństwo, zmniejsza się je do połowy. Gdyby mnie noga nie bolała, pojechałbym tą drogą. Znalazłbym ich ślady i wiedziałbym, jakie są widoki osiągnięcia celu. Do tego jednak trzeba często zsiadać, a tego dziś nie potrafię. Z tego samego powodu muszę dziś do walki nie dopuścić. W lesie nie można bić się na koniu, a pieszo wyglądałbym smutno. Obierzemy zatem inną drogę.
— Która jednak jest dłuższa.
— To nie szkodzi.
— Więc pozostaniesz w tyle za nimi, effendi.
— Przypuszczam jednak, że nie. Pojedziemy stąd do Karbincy, a stamtąd prosto przez Warcy do Zbigancy, stosownie do okoliczności.
— Ale to zła droga, panie.
— Właściwie nie. Jadąc stąd do Istib, a potem przez Karanorman do Warcy, będziemy ciągle mieli gościniec; w ten sposób jednak zrobilibyśmy kąt, któryby nam zabrał dużo czasu. Lepiej udać się wprost do Karbincy, chociaż będzie to jazda niedobra, gdyż nie spodziewam się tam drogi utorowanej.
— Jest istotnie tylko miejscami — potwierdził koszykarz. — Jeśli jednak ja cię będę prowadził, to obiecuję ci drogę znośną.
— Czy znasz te strony?
— Bardzo dokładnie. Mam cię prowadzić i wszystko mi jedno, czy pojedziemy na Taszkoj, czy przez Karbincy. Odległość także prawie tasama. Można tak się urządzić, żeby unikać drogi nieutorowanej i jechać przeważnie przez otwarte przestrzenie. Często jednak trzeba będzie jechać na przemian to pod górę, to na dół.
— To można wytrzymać.
— Kiedy jedziesz, effendi? Czy mogę jeszcze raz wrócić przedtem do domu?
— Tak, ale bądź tutaj za pół godziny. Czy nie mógłbyś sobie konia wynająć?
— O, gospodarz da mi go zaraz.
— To pomów z nim; ja zapłacę.
— Możesz użyć także mojego, który stoi na dworze — oświadczył brat.
— Nie, ty go sam potrzebujesz; tobie daleko do domu.
— Masz słuszność. Nie wiem też, czyby kroku dotrzymał, bo już bardzo stary. Te łotry zabrały mi dobrego konia. Już nigdy go nie zobaczę, a nie mam pieniędzy na kupienie sobie innego, chociaż bardzoby mi się zdał.
— Ile był wart?
— Między krewnymi stopięćdziesiąt piastrów.
— Ja go odkupię od ciebie.
— Odkupisz? — spytał zdziwiony. — Effendi, czy to na seryo?
— Czemużby nie?
— Bo nie mam tego konia.
— To nic. Już ja go sobie zabiorę.
— Skąd?
— Od złodziei. Gdy ich doścignę, odbiorę im przy sposobności także twojego konia.
— A jeśli ci się nie uda?
— To moja rzecz. Dość na tem, że go kupuję, jeśli się wogóle godzisz na ten targ.
— Z radością, bo i tak nie dostałbym już nigdy tego konia. Ale nie bierz mi za złe, effendi! Chcesz zapewne zapłacić za konia dopiero wtenczas, kiedy go rzeczywiście będziesz posiadał.
— O nie! Kto wie, jak długo będę musiał jechać za tymi zbójami i kiedy się spotkam z nimi! Jakże mógłbym ci zapłacić dopiero wówczas? Dam ci zaraz dwieście piastrów.
— Ja powiedziałem sto pięćdziesiąt.
— Nie, dwieście!
— W takim razie zrozumiałeś mnie fałszywie.
— To moja wina. Miałem na myśli dwieście piastrów i oświadczyłem ci, że go za tyle kupuję. Czy chcesz tyle?
— Ależ to za wiele.
— A oprócz tego dodam ci pięćdziesiąt piastrów dla dzieci. Masz tu więc dwieście pięćdziesiąt! Wynosiło to ogółem sześćdziesiąt koron za najlepszego konia tego człowieka. Ale w owych stronach ceny za konie zwykłe są całkiem inne od naszych. Na wsi nawet biedak nie obchodzi się bez konia, bo wszędzie istnieją tanie, czasem daremnie używane pastwiska. To, że koszykarz nie miał konia, dowodziło niezbicie jego wielkiego ubóstwa.
Nawet tą tak drobną kwotą wywołałem wielką uciechę. W ten sposób wracała mu się z okładem poniesiona strata. Ja nie ponosiłem przy tem żadnej szkody, gdyż płaciłem pieniędzmi tych, którzy konia ukradli. Żałowałem teraz, że nie schowałem sobie także sakiewek obu Aladżych. Mogłem ich zawartością dużo dobrego wyświadczyć ludziom ubogim, ale uczciwym.
Zjedliśmy śniadanie i gotowaliśmy się do drogi. Noga przysporzyła mi przytem dużo kłopotu. Co miałem na nią wdziać? Zastanawiałem się właśnie nad tem pytaniem, kiedy wszedł lekarz.
— Effendim — rzekł — przychodzę złożyć ci wizytę poranną i zapytać, jak spoczywałeś.
Był tak samo ubrany jak poprzedniego wieczora, a w ręku trzymał jakąś paczkę.
— Dziękuję ci! — odpowiedziałem. — Sen miałem całkiem spokojny i pragnę usłyszeć, że twój był taki sam.
— Allah nie spełnił twego życzenia, bo nie spałem przez całą noc. Miałem głowę tak pełną gipsu, że bezwarunkowo zasnąć nie mogłem. Gdy zasnąłem na chwilę, śniło mi się, że morze świata jest z samego gipsu i wody, niebo zaś z materyi na bandaże, że moczą ją w morzu gipsowem i owijają mnie tem bezustannie. Ten okropny opatrunek otoczył mnie w końcu tak zupełnie, że mi brakło tchu. Krzyknąłem głośno ze strachu i zbudziłem się ze snu. Tak się przytem broniłem przed tym opatrunkiem, że z tapczanu stoczyłem się aż na środek izby.
— Masz więc wyobrażenie, co się wczoraj działo z twoim „modelem“.
— Nie podobało mu się to zapewne, ale mimoto leży u mnie w izbie już od godziny. Złamał udo i dwa palce u prawej ręki. Jest bardzo ładnie opatrzony, pali fajkę i popija limoniadę z brzoskwiń.
— Czy przyszedł dobrowolnie?
— Nie, ja sam go musiałem sprowadzić.
— A co z twoim kaftanem gipsowym?
— Wisi już obok drzwi wchodowych na sztabie żelaznej, a tłumy ludzi stoją przed domem. Postawiłem tam chłopca, który ludziom tłómaczy ważne znaczenie kaftana. Każdemu wolno potem bez opłaty wejść i obejrzeć opatrunki na nodze i na palcach modelu. W niewielu dniach stanę się sławnym, a tobie mam to do zawdzięczenia. Jak tam z twoją nogą?
— Bardzo dobrze!
— W takim razie zalecam ci jako twój lekarz przyboczny największy spokój. Na dziedzińcu siodłają konie. Ale ty chyba nie odjeżdżasz?
— Właśnie, że chcę.
— Hm! To jest niebezpieczne.
— Wiem, że mogę się na to odważyć.
— Tak, już wczoraj wieczorem wspominałeś, że zamierzasz dziś wyjechać, ale co wdziejesz na nogę podczas podróży.
— Właśnie nad tem się zastanawiałem.
— A ja w nocy o tem myślałem i przyszła mi do głowy dobra myśl. Mam na wsi bogatego pacyenta, cierpiącego na gościec. Nogi mu popuchły, rwie i szczypie go we wszystkich palcach u nogi. Kazałem zrobić dla niego w mieście miękkie buty, które miałem mu posłać. Zamówię dla niego inną parę. Nie przyjąłeś ani tasiemców, ani szkieletu, więc spodziewam się, że nie każesz mi się zarumienić ze wstydu i pozwolisz, że te buty ofiaruję ci w dowód uszanowania i wdzięczności.
Odwinął paczkę i wyjął z niej buty. Zrobione były z grubego sukna, wysoko podszyte, obłożone dokoła skórą,
— Uraduj mnie, effendi i spróbuj lewy — prosił.
Uczyniłem zadość jego życzeniu. But przystawał dobrze, oświadczyłem więc, że dar przyjmuję. Ucieszył się niezmiernie i podziękował mi za to. Gdy mu chciałem wyjaśnić, że to ja winien mu jestem wdzięczność, nie zaś on mnie, podbiegł ku drzwiom i rzucił mi, zanim zdołał je zamknąć, życzenie szczęśliwej podróży. Gdy powrócił koszykarz, zapytałem gospodarza, ile wynosi nasz rachunek, mieliśmy bowiem zaraz wyruszyć.
— Nic, effendi — odrzekł krótko.
— Przecież musimy zapłacić!
— Już zapłacone.
— Kto zapłacił?
— Hekim. Ty nauczyłeś go czegoś, co mu wiele przysporzy pieniędzy. Kazał ci się jeszcze kłaniać najuniżeniej i życzyć ci szczęśliwego przybycia do ojczyzny.
— Zihdi — szepnął Halef — nie sprzeciwiaj się, lecz się zgódź. Ten hekim to człowiek mądrzejszy i porządniejszy, niż sobie wyobrażałem z początku. Umie on ocenić rozkosze gościnności, w nagrodę za to zapiszą mu w księdze żywota śmierć łagodną i cichą.
Z trudem dostałem się na podwórze, gdzie wsadzono mnie na konia. W siodle czułem się dość wygodnie. Wyjechaliśmy kłusem z dziedzińca, znowu nic nie zapłaciwszy.
W jednej z wązkich uliczek, przez które przejeżdżaliśmy, ujrzałem wielką gromadę ludzi. Na domie, przed którym stała, wisiał biały przedmiot. Zbliżywszy się, poznałem kaftan, a nad jego kołnierzem fez z kutasem ze wstążeczek od cygar. Hekim nie żartował widocznie. Rzeczywiście wisiał tam kaftan, dziwny przykład tureckiej reklamy.
Rzecz ta nie wydała mi się bynajmniej śmieszną, a ludzie, cisnący się do domu, mieli także poważne oblicza. Zatrzymałem się i posłałem do środka koszykarza, aby się dowiedział, czy pan jest w domu. Wrócił z odpowiedzią przeczącą; pani doktorowej nie mogliśmy złożyć wizyty pożegnalnej.
Minąwszy wązkie uliczki z niepokaźnymi bazarami, zwróciliśmy się na drogę, wiodącą do Skopii. Odległość do tej miejscowości jest prawie tasama, co z Ostromdży do Radowicz. My jednak przebyliśmy tylko część tej drogi. Dopóki znajdowaliśmy się na gościńcu, jechało się cwałem. Potem skręcił posłaniec na prawo pomiędzy dwa lasem porosłe wzgórza, które przedzielała dolina, przecięta przepływającym przez nią strumieniem.
Dolina ta wznosiła się szybko i dość stromo do góry i niebawem ujrzeliśmy przed sobą gładki, bezdrzewny, grzebień górski, ciągnący się wprost na północ. Podążyliśmy wzdłuż niego.
Co powiedzieć o tej okolicy? Utwierdzają się w pamięci tylko te miejsca, w których się coś przeżyło, a tutaj się to nie stało. Koszykarz wiódł nas przez niezalesione tereny, nie przedstawiające jako krajobrazy nic zajmującego.
W Karbincy, wiosce, położonej nieopodal lewego brzegu Bregalnicy, zatrzymaliśmy się i pożegnali z koszykarzem. Daliśmy mu jeszcze osobne wynagrodzenie, którem się nadzwyczajnie ucieszył. Następnie przeprawiliśmy się przez rzekę w kierunku wsi Warcy, leżącej na prawym brzegu. Przez tę wieś przechodzi znana i już w dawnych czasach używana droga dla jeźdźców, łącząca dalej na południe od Istib wysunięte miejscowości z Karatową, Kostendil, Dubnicą, Radomir, w końcu Sofią. Przeszliśmy przez małą Sletowską i znaleźliśmy się w Zbigancy, czyli u celu dzisiejszej podróży.
Opuściliśmy Radowicz mniej więcej o dziesiątej godzinie rano wedle naszego czasu, a o trzeciej popołudniu przybyliśmy na miejsce. Zwykłym krokiem nie bylibyśmy się dostali do wsi przed wieczorem.


Przypisy

  1. Bankruci.
  2. Kiszka krwawa.
  3. Równoleżnik.
  4. O leczeniu złamań kości.
  5. Liczba mnoga od szeryf.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.