Nieoswojone Ptaki/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Nieoswojone Ptaki
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Wydanie czwarte
Data wyd. 1929
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Pewnego dnia na wiosnę Stankarowa przybiegła z ogrodu i przyniosła hrabinie bukiecik pełnych parmeńskich fiołków.
— Włóż je, ma chère, do wody i postaw na stoliku przy fotelu hrabiego. To jego ulubiony kwiat. Ślicznie pachną. Otóż i wiosna! Za sześć tygodni wyjedziemy do Orlina.
Stankarowa uśmiechnęła się radośnie. Miała przecie i ona wyjechać, stała się niezbędną hrabinie, nieodstępną przez dzień cały, prawie domową. Staruszka naprawdę ją polubiła, kazała sobie przyprowadzić Jankę — i zapowiedziała, że i dziecko z nimi pojedzie na wieś! Stankarowa zupełnie ożyła. Odzyskała swą promienną, młodą urodę, uśmiech, blask oczu, nawet dawny humor swobodny. Na wspomnienie wyjazdu nozdrza jej się rozdymały, jak u stepowego konia, śmiały się oczy, usta, cała dusza. Wyjazdem tym żyła — śniła w nocy o łąkach kwietnych i zbożowych łanach.
Domowi wszyscy zżyli się z nią, polubili. Była w tem gronie starych i smutnych promieniem słońca. Lubiła ją służba, kapelan uśmiechał się do niej dobrotliwie, profesor pokazywał zbiory i rad rozmawiał zachwycony, że tak dobrze zna ptaki i owady, zajmuje się ich życiem i naturą, hrabia się nawet z nią oswoił.
Było jej wśród nich dobrze, i prawie zapomniała o swych niedolach.
Ułożywszy fiołki, przygotowała gazety i krzątała się po gabinecie, opowiadając staruszce, co w ogrodzie już kwitło, gdy wszedł hrabia. Umilkła w pół słowa, nie mogąc dotychczas owładnąć dziwnego strachu, jaki czuła na jego widok. Przywitał babkę, jej się lekko ukłonił i spytał:
— Może przez pomyłkę oddano na górę wczorajszy numer „Figaro“?
— Jest. Położyłam przy pana fotelu, na biurku.
Wziął gazetę, zobaczył fiołki, i wyjął je z wody.
— Zaniosę profesorowi — rzekł.
— Jakże się dzisiaj miewa? Leży? — spytała hrabina.
— Wstał, ale bardzo stęka na reumatyzm. Prosił, żeby pani do niego przyszła na gawędę, bo się nudzi!
— Idź, ma chère. Ja dzisiaj mam spowiedź, czekam na kapelana. Mogę cię uwolnić do obiadu.
Stankarowa wzięła robotę, gazety i zeszła nadół. Profesor siedział w fotelu, wśród swych ukochanych zbiorów i ucieszył się ogromnie na jej widok. Pomimo dokuczliwego reumatyzmu zawsze żartobliwie był nastrojony.
— A co? Wiedziałem, że hrabina mi na dziś swego cienia ustąpi — przez umartwienie pokutne. Siadajże, srebrna Luno.
Nazywał ją zawsze Dianą.
— Niech mi profesor mitologją nie dokucza, bo okażę się okrutną jak Diana i pójdę precz.
— Nie traktujże mnie jak Akteona, ale jak Endymjona!
Roześmiała się serdecznie na to porównanie i profesor także się śmiał.
— Profesor już nie stęka! — rzekł, wchodząc hrabia.
— Broń Boże! Umizgam się!
— Zdadzą się tedy profesorowa kwiaty.
— Co, byłeś w ogrodzie, zbierałeś fiołki? O wszechpotężna wiosno!
— No, nie. Fiołki zapewne zebrała pani Stankarowa. Znalazłem je gotowe na biurze.
— Pewnie je pani zbierała z myślą o mnie? — drożył się staruszek. — Cóż, ruszyły się już owady?
— Mało co. Kowale i muszki. Na wsi może już żaby rechcą.
— Rechcą, rechcą! Nasłuchasz się ich, Diano.
— Jeszcze sześć tygodni — szepnęła. — Przeczytać panu profesorowi gazetę?
— Nie, lepiej pogawędź.
Usiadła tedy z robotą, ale nie wiedziała, co mówić. Hrabia ulokował się przy oknie i czytał gazetę. Staruszek obejrzał się, uśmiechnął.
— Czybyś ty, hrabio, nie mógł nas sam na sam zostawić. Czy to cię tu babka przysłała na duennę?
— Przeszkadzam? — mruknął hrabia.
— A pewnie. Moja Luna boi się ciebie, jak upiora. Nie spostrzegłeś tego dotychczas?
— Co też pan profesor wymyśla — oburzyła się. — Milczę, bo mi nic ciekawego nie przychodzi na myśl, coby pana profesora zabawić mogło.
— No, to sobie szyj, ale zaśpiewaj przy robocie, jak onegdaj. A widzisz, nie chcesz!
Hrabia przestał czytać, spojrzał na nią:
— Słyszałem panią śpiewającą onegdaj, bom był tu obok. Czyż rzeczywiście wpływam tak deprymująco na humor pani?
— Ależ nie! Tylko myślę, że panu dogadza spokój i cisza, więc radabym każdemu dogodzić.
— Anormalnym gustom nie trzeba dogadzać. Spytaj się kapelana, jeśli mnie nie wierzysz — mruknął profesor.
Hrabia wstał opieszale i wyszedł.
— Profesor mu zrobił przykrość! — szepnęła.
— Bo on mi żółć porusza. Wszystko ma swoją miarę i czas. Ale żeby tak się marnować, tak gnić za życia to wstyd! Toż mój uczeń — ja wiem, ile on w sobie ma zasobów nauki, wiedzy. Patrzeć na niego teraz nie mogę.
— Ależ on widocznie nie może być innym! Nie ma siły odżyć, on jest bezmiernie nieszczęśliwy. Nie godzi się dodawać mu przykrości.
— Alboż to on pierwszy jest nieszczęśliwy w małżeństwie. Żeby wszyscy zdradzeni lub opuszczeni byli do niego podobni, ładnieby świat wyglądał.
— Różne są dusze — rzekła.
— Et, co tam dusze! — machnął ręką profesor, który pomimo towarzystwa hrabiny, miał swoje własne trzeźwe poglądy. — Żeby mu się podobało jakie piękne ciało, toby ta chora dusza poszła prędko do zapomnianych na strychu rupieci.
Stankarowa milczała, a profesor zrzędził dalej:
— Siedzi tu, jak w klasztorze. Całą mam nadzieję, że w Orlinie spotka się z konieczności z panią Wandą. To go może rozrusza. Hrabina, żeby znała ludzi żywych, a nie malowanych świętych i stare dewotki — toby nie powinna prosić Boga o cnoty dla niego, ale o jaką tęgą niecnotę. Bez tego, to niech go obwijają w powijaki i złocą twarz, bo gotowa mumja.
Stankarowa się uśmiechnęła.
— Profesor jest wyznawcą leczenia truciznami. A mnie się zdaje, że by zdrowym być normalnie, jest środek lepszy, łatwiejszy i mniej ryzykowny. Żeby nasz hrabia nie był miljonerem, musiał pracować, zdobywać, walczyć o byt, toby złe myśli i smutki precz poszły, jak mgły przed słońcem!
— Alboż on nie ma pola do pracy? Może, gdyby chciał.
— Ba, żeby musiał, choć nie chce, toby było dopiero skuteczne.
Zagłębiony pozornie w gazecie, hrabia Roman z sąsiedniego pokoju słyszał całą rozmowę. Przestał czytać i zamyślił się.
Ten projekt nigdy mu nie przyszedł do głowy. Od czasu swych życiowych katastrof próbował wszelkich sposobów skręcenia karku i rozbudzenia w sobie zajęcia czemkolwiek, zawsze bezskutecznie. Nędzy i głodu nie próbował nigdy. Ha, a jeśli w tem właśnie najdrapieżniej uczuwa się życie! Może ta młoda, zdrowa dusza rozumie prawdę, potrzebę natury ludzkiej.
Coś go wstrząsnęło w martwocie, jakby oddźwięk, ale i temu był rad, bo go odrywało od nieznośnej nudy i niechęci do myśli i czynu.
W sąsiednim pokoju snać profesor już zadrzemał, bo rozmowa ucichła, tylko Stankarowa nuciła półgłosem:

Czemu nie orzesz, Jasieńku,
Czemu nie orzesz?
Czy ci wołki już ustały,
Czy ci wołki popadały,
Czy sam nie możesz?

Hrabia wstał, cicho drzwi przemknął i wszedł. Kobieta urwała śpiew.
— Zaczynam wierzyć, że się mnie pani lęka, jak upiora! — rzekł.
— Ależ nie. Lękam się tylko śmieszności. Takie mam nerwy dzikiej kozy i nie mogę od tego odwyknąć. Nie mogę zapomnieć, żem już nie ptak na swobodzie, wśród łąk i gajów, gdzie ludzi nie było.
— Alboż taki kąt jest na świecie?
— W takim się chowałam.
— I nie lubi pani ludzi?
— Teraz już do nich nawykłam.
— A jednak dla człowieka opuściła pani tę swobodę.
Poczerwieniała, ale spojrzała mu śmiało w oczy.
— Bo człowiek goni szczęście, a człowieka ściga niedola i zawsze go dopędzi. Wtedy zaczyna się drugi okres życia — borykania z jędzą niedolą.
— A potem trzeci — przerwał jej, — zdeptanie, zduszenie przez jędzę i powolne konanie.
— Pewnie, słabym tak bywa, a silny jędzę zdławi, pod nogi ciśnie, potem się wyprostuje, odetchnie po znoju i jasnemi oczami za siebie i przed siebie popatrzy.
— Ale szczęścia już nie dogoni — tego pierwszego, najlepszego!
Znowu krew zabarwiła jej skronie, sekundę milczała, a wreszcie rzekła:
— A może wstydzić się będzie, że gonił, takie mu się wyda marne!
Złożyła robotę i dodała wesoło:
— Skutecznie ubawiłam profesora. Mogę iść na górę!
— Pani oznajmi babce, że na obiedzie nie będę. Mam zajęcie na mieście i wrócę późno!
W parę godzin potem hrabia wyszedł na ulicę pieszo — ubrany w stare palto i filcowy kapelusz, skręcił na Wilczą, potem na Mokotowską i szedł wolno, z rękami w kieszeniach, oglądając nędzne sklepy i szyldy. Wreszcie w jakąś bramę wszedł i spytał stróża:
— Czy żyje jeszcze stary Paschalis?
— Jeszcze i mnie i pana pochowa.
— Zawsze na tym gołębniku mieszka?
— A gdzieżby?
Stróż dostał rubla, więc czapkę zdjął.
— Ja jaśnie panu natychmiast lampą poświecę na tych schodach! — zawołał uprzejmie.
— Nie trzeba. Znam je dobrze.
— A ja trzy lata służę i jaśnie pana pierwszy raz widzę.
— Bom tu bywał przed pięciu laty!
Rzeczywiście był jak u siebie. Minął ciasne podwórko i piąć się począł na piętro oficyny. Znalazł w ciemnościach drzwi i zapukał.
Po chwili ktoś w pantoflach podszedł do drzwi i otworzył.
Człowiek stary w kamizelce i bez surduta, w aksamitnej czapeczce na łysej głowie.
Przymrużył oczy, ale, widząc obcego, spytał:
— Czem mogę służyć?
— Musiałem się bardzo zestarzeć, kiedy mnie nawet Paschalis nie poznaje.
— Oho, głos znam, ten nie starzeje. A tom się prędzej nieboszczyka prefekta spodziewał, jak pana hrabiego.
Usunął się, hrabia wszedł do stancyjki, obejrzał się i rzekł, siadając na stołku u okna:
— Za to u was nic się nie zmieniło. Dobrze wam się powodzi?
— Dobrze, bo spokojnie.
— A Feliks gdzie?
— Feliks w ziemi.
— Umarł? Szkoda.
— Pewnie. Podałbym na sąd stratę jedynaka, ale gdzie? Śmierć się pozwu nie boi. Głupi Feliks — za ciasno mu tu było, pojechał zagranicę i tam umarł. A jak on już rzeźbił. Ot, niech pan zobaczy jego robotę!
Podszedł stary do komody pod ścianą i otworzył, dobył krzyż drewniany z rzeźbioną figurą Chrystusa i pokazał ją hrabiemu.
Ten chwilę się przypatrywał, wreszcie rzekł:
— Ślicznie! A wy już nie pracujecie, Paschalis?
— Nie. Po śmierci chłopca odrzuciło mnie od roboty. Ksiądz prefekt też umarł, zapisał mi pięć tysięcy rubli, daj mu Boże niebo. Więc człowiek o starość spokojny, szpitala się nie lęka, poco się mordować.
— A przecie warsztat macie?
— Tak, czasem z przyzwyczajenia, dla rozrywki się coś dłubie, czasem kto ze stolarzy poprosi o jaki figiel rzeźbiony, czasem jaki chłopak nudzi, żeby mu sztukę pokazać. Bo starego Paschalisa jeszcze pamiętają w cechu. A ma pan hrabia jeszcze te łóżka i te stoły?
— Jakże, mam! I wszyscy mi zazdroszczą.
— Ba, albobym to dla kogo innego tak zrobił! Toć mi pan hrabia swoją kaplicą imię zrobił. A Feliks za pańskie pieniądze w Niemczech trzy lata się uczył! I co grunt, że pan rozumie rzecz. To lepsze, jak pieniądze.
— A wiecie Paschalis, z jaką ja sprawą do was przychodzę?
— No, pewnie na jaki delikatny sprzęt rzeźby trzeba.
— Nie. Ja sam się chcę tego uczyć!
Dziwny był stary, bo się nie zdziwił nawet, ale się uśmiechnął.
— Ho, ho! Ja nawet jestem pewny, że pan zdolność ma. Ja panu sposób pokażę chętnie.
— Ale ja i stolarstwo chcę umieć!
— To już zbytek. Poco to panu hrabiemu?
— Poszedłem o gruby zakład, że własnoręcznie umebluję jeden pokój!
— To się pan nie zastanowił. To za ciężka robota. Toć pan prostej deski nie potrafi wyheblować.
— To się nauczę! Będę u was terminował.
— Ho, ho, bo! Łatwo to powiedzieć. To dwa lata najmniej. Łatwiej sto rubli wydać, jak sto rubli rękami zarobić.
— Ha, no, w każdym razie spróbuję. Chodzi o to, czy chcecie mnie wziąć na naukę?
— A cóżbym panu hrabiemu odmówił!
— No to i sprawa skończona. Zapłacę za naukę, ile zechcecie, a oto sto rubli na materjały, narzędzia i co tam będzie potrzeba. Tylko jeszcze jedno. Nie trzeba, by kto wiedział, com za jeden. Ułóżcie, jaką chcecie bajeczkę dla ludzi.
— To się rozumie. Wziąłem sobie ucznia, krewnego z prowincji — ot, naprzykład, Jan Korczyński się nazywa, mieszka przy familji, a do mnie na naukę przychodzi. Już o to niech pan hrabia będzie spokojny. Nikt podejrzenia mieć nie będzie. Ale co zakład, to pan hrabia przegra! — Uśmiechnął się dobrodusznie.
— Więc możemy zaraz dzisiaj zacząć robotę.
— Ha, no! Jak panu hrabiemu pilno, to można. Mam tu gdzieś trochę suchej lipiny. Proszę zaczynać heblować!
Zakrzątnął się stary. Dobył z pod łóżka deskę, zapalił lampę nad warsztatem, przygotował narzędzia Hrabia zdjął palto i wziął do rąk hebel.
Po chwili zdjął i surdut, a pomimo to potem się wnet okrył, omdlały mu ręce, nieznośnie bolał kark i krzyże, a deska wciąż była nierówna, poszarpana, podarta.
Tak się mozolił godzinę, wreszcie narzędzie odłożył i wyprostował się. Paschalis hebel wziął i po chwili deska była już gładka.
— Ot, proszę pana hrabiego. Trzy grosze warta robota. Mnie się widzi, że pan jutro już nie przyjdzie, po tej próbie.
— To mnie nie znacie. Przyjdę, ale czy zdołam ręką ruszyć, to bardzo wątpię.
— Jak pan się uprze, to zdoła! Ho, ho, jak kto musi na obiad zarobić, to i bólu nie słucha! Panu hrabiemu ciężej będzie, bo niezwyczajny. A i głód nie nagina!
I uśmiechnął się.
Poczęstował go hrabia cygarem i począł się rozpytywać o różne szczegóły roboty. Potem znowu za hebel chwycił i psuł dalej niewinne drzewo. Zaprzestał dopiero, gdy mu ramiona odmówiły posłuszeństwa. Na dworze był już późny wieczór.
Tej nocy pierwszy raz oddawna zasnął jak kamień, a nazajutrz wstał, pomimo nieznośnego bólu członków rad, że ma przed sobą obowiązkową, ciężką pracę. Umówił się z Paschalisem, że będzie przychodził na naukę od dwunastej do szóstej. Zastał już w stancji stos desek i stary mu objaśnił, że je dostał od znajomego stolarza, który mieszka o dwa domy i ma specjalność trumien.
Po kilku dniach Sakowiczowa poczęła tajemniczo szeptać Toli:
— Będzie jakaś nowa awantura z naszym hrabią. Codzień wychodzi o południu przebrany za lokaja i wraca dopiero o szóstej, taki brudny, zasmolony i spotniały, że natychmiast idzie do kąpieli. Ręce też ma pokaleczone, jak drwal. Co to może być?
— A może z nudy drwa rąbie.
— A może! To wielkie państwo, to z rozkoszy już nie wie, co wymyśleć!
Tola zauważyła zmianę w usposobieniu hrabiego. Przychodził na obiad weselszy, jadł z apetytem, czasami lekko się uśmiechał. Podczas czytania siadał bliżej światła, brał papier, ołówek, rysował jakieś ornamenty, lub przeglądał wielkie infolja pełne wzorów rzeźby i budownictwa. Cieszyło to widocznie hrabinę, bo zaglądała często do rysunków. Raz, gdy się tak pochyliła nad jego głową, rzekła:
— Dlaczego ciebie, Romku, czuć żywicą. Czy używasz leśnej wody?
— Nie, nigdy — odparł z uśmiechem.
— Sośniną ciebie czuć — powtórzyła.
Stankarowa przypomniała sobie opowiadanie starej gospodyni i spojrzała na jego ręce. Zauważył jej wzrok i znowu się uśmiechnął. W parę dni potem w niedzielę Stankarowa spotkała go w ogrodzie. Zbierała narcyzy na rabacie przed cieplarnią, gdy nadszedł i rzekł bez żadnego wstępu:
— Należy się ode mnie podziękowanie pani za lekarstwo.
A gdy patrzyła zdziwiona, dodał:
— Pamięta pani swe zdanie przed kilku tygodniami, że byłbym zdrów, gdybym musiał pracować na chleb! Uczę się tego z bardzo pomyślnym rezultatem. Terminuję u stolarza. Chcę umieć fach, a potem sprawię sobie nędzę.
— To dlatego hrabina poczuła sośninę! — rozśmiała się.
— Bardzo rad jestem z kuracji i wdzięczny pani za radę.
— Niechby panu było dobrze i wesoło, z serca byłabym rada — rzekła życzliwie.
Spojrzeli na siebie przez sekundę.
— A ja byłbym rad, żeby pani zawsze u nas była — rzekł. — Jest pani uosobieniem czystej, zdrowej siły!
Zarumieniła się i dalej zrywała kwiaty.
W tej chwili ogrodnik ukazał się w alei, za nim szedł chłopak w szkolnej bluzie.
— Co się stało, Staszku?! — zawołała Stankarowa przerażona.
— Ciocia przysłała po panią. Pan Stankar przyjechał i czeka na panią.
Kwiaty wypadły z rąk kobiety, zbladła, pociemniało jej w oczach.
Hrabia słyszał każde słowo, zbliżył się.
— Pani tam zaraz pójdzie? — spytał.
— Zaraz! Muszę! — szepnęła.
— W każdym razie proszę wstąpić do mojej babki i ochłonąć. Je vous suis!
Oprzytomniała, odprawiła chłopaka i poszła na górę.
Hrabina już wiedziała od lokaja o poselstwie i mocno była strapiona.
— Voila, już cię stracę! — zawołała żałośnie.
Stankarowa pochyliła się do jej ręki.
— Może nie! — szepnęła. — Może na parę dni tylko przyjechał. Rozmówię się z nim i wrócę!
Staruszka potrząsnęła głową.
— Próżno mnie łudzisz! Przyjechał, żeby cię zabrać.
Kobieta zerwała się, oczy jej zabłysły.
— Mnie on zabrać? O nie! Żadna siła ni prawo mnie do tego nie zmusi!
— Nie bluźnij, ma chère. Musisz iść za nim, przysięgłaś. Ja wiem, że już ciebie więcej nie zobaczę. Szczerze cię polubiłam. Szkoda mi ciebie bardzo. Poczekaj, masz u mnie trochę grosza.
— To potem, pani hrabino, potem — broniła się, — ja przecie wrócę!
— Nie wierzę w to, ale przyjdź, powiedz o twych dalszych losach. Koniecznie jutro przyjdź.
Hrabia wszedł w tej chwili.
— A w każdym razie niech pani na nas rachuje! — dodał.
— Dziękuję. Przyjdę jutro!
Gdy się drzwi za nią zamknęły, staruszka westchnęła.
— Boję się o nią. Jest ogromnie rozdrażniona. Doprawdy nie wiem, jak się bez niej obejdę.
Co chwila, co krok, brakło Stankarowej. Nietylko hrabina, ale i profesor, i kapelan uczuli jej nieobecność. Wieczór wydał się bezmiernie długi bez głośnego czytania, gazety hrabiego były nieprzecięte, nikt się nie odzywał — zapanowała znowu w gabinecie dawna ponurość i martwota.
Następnego dnia, gdy hrabia przyszedł na obiad, spojrzał na puste miejsce i spytał:
— Nie było pani Stankarowej?
— Nie — odparła posępnie hrabina.
— Pogodziła się z mężem i ani jej w głowie o mnie starego się dowiedzieć! — rzekł profesor.
— Niech babcia pośle Józefa po wieści!
— Poślę jutro! Mam przecie jej pensję.
Nazajutrz lokaj poszedł z kopertą i listem, ale odniósł napowrót.
— Pani Stankarowej niema!
— Jakto niema?
— Ta pani z czytelni zburczała mnie i powiedziała, że niema. Pytałem o adres, jeśli zmieniła mieszkanie, powiedziała, że nie wie.
— Poproś pana hrabiego do mnie.
— Pan hrabia wyszedł.
— Nie wiesz dokąd?
— Wychodzi codzień o południu i wraca zaledwie przed wieczorem.
Zdumiała staruszka i w niepokoju posyłała co godzina na dół.
Nareszcie zjawił się hrabia.
— Gdzieżeś był tyle czasu?
— W bibljotece Krasińskich.
— Wiesz, że Stankarowej niema. Tam się coś złego stało. Mon cher, zrób to dla mnie i pójdź sam do tej czytelni. Adres znajdziesz na której z książek. A weź pieniądze! Ja jestem chora z tego wypadku. Cały mój tryb życia zrujnowany, niczego nie mogę odszukać, nic załatwić. Mietka cały dzień piszczy i szuka jej po domu!
— Pójdę zaraz!
Odnalazł łatwo czytelnię i szczęściem mało interesantów. Zarębianka była w złym humorze i gdy został z nią sam, spytała go „co pan sobie życzy?“ takim tonem, jakby mówiła „idź do djabła“.
— Z polecenia mojej babki, hrabiny M., przyszedłem po wiadomości o pani Stankarowej.
Zarębianka widocznie potrzebowała pozbyć się goryczy z serca, bo rzekła impetycznie:
— Ładne wiadomości. Uciekła z dzieckiem przed mężem! A bo też wybrała sobie gagatka! Toć on mnie, mnie śmiał powiedzieć, że ja mu żonę zbuntowałam, że ją na złą drogę wprowadziłam, że on mnie w gazetach opisze. I na takich niema sprawiedliwości, i kobieta dla takiego urwisza życie ma złamane i przepadnie marnie, bo co jej ta nierozsądna ucieczka pomoże! Toć ją policja złapie i do męża odstawi. A wtedy — jak Bóg na niebie — kryminał będzie. Ładny wynalazek — małżeństwo!
— Nie przeczę, że mocno nieudany, ale gdzie się udała pani Stankarowa? Do rodziny zapewne — znajdzie tam opiekę.
— Ja jej to radziłam, bo, prawdę powiedziawszy, wiedziałam, co zamierza, i gotowam wszystkich starań dołożyć, żeby on jej nie znalazł. Ale ona bardzo słusznie zauważyła, że onby ją tam najpierw szukał i stryja opiekuna łaski prosić nie chce, bo ją wydziedziczył za to małżeństwo. Miał rację, miał! Otóż uciekła bez celu, jak szalona, nie było czasu się zastanowić, coś obmyśleć. Spodziewam się wieści! Ach, żeby miała jakie papiery.
— Mąż chciał ją zabrać?
— Tak, do Paryża, żeby mu służyła za model. Wcale tej funkcji nie ukrywał — owszem, znajdował, że na to jedno zdać się tylko może. Że z dzieckiem miałby kłopot — chciał, by je zostawiła „na garnuszek“. Obiecywał kiedyś zabrać.
Hrabia się pogardliwie uśmiechnął.
— Gdzież on jest teraz?
— Ano, zrobił mi skandal, obiecał się odpłacić i poszedł z tem, że mu policja pomoże ją odszukać. Co chwila spodziewam się awantury, krwi, śmierci, bo to nie taka kobieta, żeby ją zmusić można było. Tylko dziecko! To jest słaba strona.
— A miała przynajmniej dość pieniędzy?
— A cóż — dałam jej, ile mogłam. Miała sto pięćdziesiąt rubli.
— Babka przystała tu jakąś kwotę. Ogromnie jest zmartwiona stratą swej towarzyszki i bardzo radzi będziemy dopomóc jej.
— Mniejsza o pieniądze! Rada — to legitymacja.
— Gdy pani tylko otrzyma wieść, gdzie jest, proszę nas uwiadomić.
— Dziękuję panu hrabiemu. Nie omieszkam, szczera katoliczka jestem, ale nie boję się grzechu przed takim mężem ją bronić i ostatni grosz gotowam poświęcić, byle on jej nie znalazł. Hultaj jeden — on mnie, mnie, Zarębiance, śmiał mówić, że ja ją na złą drogę wprowadziłam!
Znowu ją oburzenie ogarniało, więc hrabia wstał i pożegnał, ale w progu stanął:
— Może udała się pod opiekę pana Brzezickiego, który tu był zimą — mój nadleśny.
— O co to — to nie! Pod żadną opiekę się nie uda. Jeśli sama sobie rady nie da — do mnie jednej się zgłosi. Zresztą do nikogo. To harda dusza!
— Czekamy tedy od pani wieści.
Hrabina zrazu była oburzona na postępek tak awanturniczy.
— Tego się po niej nie spodziewałam. To grzeszny opór władzy boskiej i ludzkiej. On ma prawo nad nią. Powinna być uległa — mruczała.
Nazajutrz jednak ustąpiła nieco z ostrości sądu.
— Biedna kobieta! Co się z nią dzieje? Tak sama z dzieckiem, gdzie się tuła? Jednakże musiał on być bardzo przykry, kiedy się na coś podobnego zdecydowała. Okropne położenie!
Trzeciego dnia posłała sama po Zarębiankę, kazała sobie opowiedzieć całą historję i rzekła:
— Biedactwo! Obyż nie zachorowała, nie osłabła. W jakim to strachu żyć musi. I nie możemy jej pomóc!
W parę dni potem staruszka rozpoczęła na jej intencję nowennę, że zaś straciła nadzieję powrotu, z westchnieniem rozpoczęła starania o nową lektorkę.
Gdy pierwszy raz po tygodniowej przerwie usłyszał hrabia głośne czytanie po obiedzie, wszedł do gabinetu i usiadł na zwykłem miejscu. Ale zabawił ledwie kilka minut. Zastępczyni Stankarowej była to osoba skrzywiona, z miną nieszczęsnej ofiary złego losu, pretensjonalnie ubrana, głos miała skrzypiący, monotonny, wymowę szkaradną.
Wstał tedy, pożegnał babkę i więcej się wieczorami nie pokazywał.

∗             ∗

Stankarowa w pierwszej chwili myślała tylko o ucieczce. Wsiadła do wagonu, ukryła się w kąt, uśpiła dziecko, i dopiero wtedy pomyślała, co dalej będzie. Mogła wrócić do stryja, ale wolała najgorszą nędzę od tego upokorzenia. Postanowiła tedy spróbować pracy o własnych siłach, bojowania własnym sprytem.
Wagon był natłoczony, jak zwykle wagon trzeciej klasy, naprzeciw niej siedziała jakaś jejmość w ciemnych okularach i badawczo się jej przyglądała. Wreszcie zagaiła rozmowę zwykłem pytaniem:
— A daleko też pani jedzie?
— Sama nie wiem. Mam bilet do Grodna — odpowiedziała bez zastanowienia.
Jejmość jeszcze bystrzej ją obejrzała od stóp do głowy.
— Jakto? Pani nie wie, dokąd jedzie?
— A nie. Chleba szukam. Gdzie go znajdę, tam zostanę.
— A jakąż pani ma kondycję? Może lekcje?
— Wolałabym inną pracę — szepnęła.
— To pani szalona; tak z dzieckiem puszczać się w świat na niepewne. A zna też pani kogo u nas w Grodnie?
— Nie, nikogo.
Jejmość pokiwała głową i zamilkła.
Stankarowa wcisnęła się głębiej w kąt i zapłakała.
Rozstroiło ją nareszcie do gruntu poczucie osamotnienia i ciężkich chwil bliskiej przyszłości. Nie miała żadnej „kondycji“, nie umiała żadnego rzemiosła, a przedewszystkiem — i to ją najgorzej przerażało — nie miała ni paszportu, ni żadnego urzędowego papieru. Do zajazdu jej nawet nie przyjmą, noclegu każdy stróż odmówi, o zarobek nie będzie się mogła postarać ani w fabryce, ani w sklepie — nigdzie!
— Czegóż pani tak płacze? — spytała ją jejmość. — Czy to takie nieszczęście na chleb pracować? Niema czego rozpaczać, jeśli zdrowie jest. Coby pani na mojem miejscu robiła? Ot, sześć miesięcy przebyłam w szpitalu, a w domu zostawiłam na całem gospodarstwie córkę kalekę, i jak pomyślę, co tam zastanę, to jużbym wolała żywa ze szpitala nie wyjść!
Stęknęła ciężko i zgarbiła się, jakby zgryzota była ciężarem, który jej zmęczone barki ciężko gniótł.
— Pani w Grodnie mieszka?
— W Grodnie, całe życie. Urodziłam się, zamąż poszłam, troje dzieci pochowałam, jedną córkę wydałam zamąż aż na Kaukaz, straciłam męża i zostałam na stare lata z ostatnią dziewczynką kaleką, sama już bez zdrowia i w biedzie! Pani to pewnie płakać zaczyna, ja już odpłakałam wszystkie łzy.
Pokiwała głową i po chwili mówiła dalej:
— Mam ogród na przedmieściu. Mój mąż go założył, fachowy był człowiek, więc interes dobrze szedł. Sprzedawał kwiaty i warzywa, nasiona i szczepy. Wygodnie, dostatnio się żyło. Potem zaczęły nam dzieci chorować i umierać. W dwa lata trzech chłopaków pochowaliśmy. Stary się tem gryzł, począł się opuszczać, pić wkońcu. Zadłużyliśmy się na doktorów, potem grad wybił wszystko jednej wiosny — człek nie wytrzymał — położył się, żółkł, chudł, aż i zmarł. Od tego czasu już pięć lat biję się jak ryba o lód, Bóg wie, co zastanę teraz. Może już dłużniki i do domu nie puszczą.
— Nie miała pani listów od córki?
— Pisała parę razy, ale umyślnie nic złego. Ona to mnie do tej Warszawy wyprawiła, gdy na oczy zupełnie już prawie zaniewidziałam. Bo, powiada, co poczniemy, mamo, jak oślepniesz? I prawda, ona kulawa, ja ślepa, to choć razem do Niemna iść i topić się. Trzymali mnie w szpitalu, trzymali, ledwiem się wyprosiła — trochę widzę!
W wagonie było już zupełnie prawie ciemno. Szwargoczący żydzi ucichli, kto mógł, wyciągał się na ławce do snu, mniej palono smrodliwego tytoniu, po kątach rozlegało się chrapanie — zapadła noc. Pociąg włóki się wolno, stawał na stacjach długo, a jednak Stankarowej się zdało, że pędzi za prędko, że lada chwila kurs się skończy — a wtedy co uczyni?
Zdawało się jej, że towarzyszka zasnęła, więc nie broniła się przed łzami. Rozpacz ją ogarniała beznadziejna, łkała z głębi duszy.
Wtem stara poruszyła się, przechyliła do niej.
— Bój się pani Boga! Czego tak rozpaczać? Co pani dolega? Jaż z Grodna, to pani pomogę, ale nie godzi się tak desperować. Toć u nas ludzie żyją i robotę znajdują, a pani szlocha, jakby Opatrzności Boskiej nie było na świecie.
— Nikt mi nie poradzi — wyjąkała.
— Czemuż to?
— Bo nie mam paszportu i nigdzie mi spokoju nie dadzą.
— Pani mężatka?
— Tak, ale mąż wyjechał, zostawił bez chleba, policja potrzebuje papierów, a ja ich nie mam.
— Trzeba mężowi dać znać, to się uporządkuje.
— A tymczasem co robić? Gdzie być?
— To prawda, że kłopot.
Zamyśliła się stara, wreszcie rzekła:
— U nas w Grodnie, to jabym pani mogła pomóc. Mnie ludzie znają. U mnieby pani mogła spokojnie siedzieć, zanim się pani z mężem skomunikuje.
— Paniby to zrobiła! Mój Boże!
— Nie wielkie rzeczy. Trzeba pomóc każdemu w biedzie, na ile kogo stać.
— Żeby pani mi tę łaskę uczyniła, to ja całe życie wdzięczną będę.
— Ot, niema zaco. Ja nie mogę na łzy niczyje patrzeć. Niechże się pani uspokoi. Nie takie biedy w życiu się trafiają. Byle zdrowie.
— Ale mało się trafia ludzi tak dobrych, jak pani! Mało ktoby chciał pomóc obcej i nieznanej. Mało ktoby uwierzył na słowo!
— Ej, żeby pani mówiła nieprawdę, albo była niegodna wiary, toby pani nie siedziała w trzeciej klasie i dzieckaby tak serdecznie nie usypiała i nie płakałaby tyle. Z taką urodą i młodością — żeby nieprawda — toby pani jedwabny miała żywot, a nie troskę. Już ja stara, to znam porządek świata. Ja pani śmiało i radę i pomoc dam. Oszukaństwa żadnego się nie boję.
Stankarowa przechyliła się, wzięła rękę kobiety i chciała ją pocałować, ale tamta wyrwała szybko.
— Nie wiedzieć zaco! Zaco! Ot, słyszane rzeczy! Niech pani trochę zaśnie, to i zdrowiej będzie. Raniutko przyjedziemy! Oj, mój Boże, co ja tam zastanę!
— Nic złego! Zobaczy pani. Bóg pani za mnie odpłaci!
— Żebyż wysłuchał tych słów! — westchnęła stara.
Ale sen był niemożliwy wobec turkotu, niewygodnego miejsca i myśli różnych, kłębiących się w głowie. Zaczęły po chwili znowu gawędzić.
Dowiedziała się Stankarowa, że opiekunka nazywała się Czernikowa, że ogród był w zupełnej ruinie, że zaledwie uprawiała warzywa, trochę na sprzedaż, że resztę dochodu dawał sad i dzierżawa paru morgów pola i komorne połowy domu. Że dobytek stanowiła jedna krowa i stara klacz, którą w zimie na obrok zarabiał dziad, dawny sługa z lepszych czasów, który jak kot trzymał się miejsca za łyżkę strawy. Że córka kulawa, Sabinka, umiała ładnie haftować i szyć i miała zawsze robotę, ale mało płatną i że wreszcie najgorszą zmorą był żyd, Belmot, który od śmierci Czernika postanowił zagarnąć posesję i jak pająk osnuwał swe nieszczęśliwe ofiary.
Na tych opowiadaniach noc zeszła. Wczesny, różowy świt pokrył niebo; gdy odebrano do Grodna bilety, w wagonie wszczął się rumor. Czernikowa poczęła zbierać tobołki, a Stankarowa wychyliła się przez okno, wciągając chciwie w płuca ranne, wonne powietrze pól i lasów. Słońce wstawało, powitała je dziękczynną modlitwą i jakby na coś drogiego i własnego patrzała na obce miasto, wynurzające się z niemnowych oparów.
Nareszcie pociąg stanął, obudziła się Janka, poczęła szczebiotać, pytać o tysiąc rzeczy, a przedewszystkiem o mleko.
— Jest krówka. Zaraz będzie mleczko! — uspokajała ją Czernikowa, pomimo trwogi o to, co w domu zastanie, uradowana na widok rodzinnego kąta.
— Takbym tę ziemię całowała! — rzekła, gdy się znalazły poza dworcem, otoczone przez zgraję żydów furmanów.
Znalazł się wnet znajomy. Zabrał całe towarzystwo na swój rozklekotany wózek i ruszyli ku miastu.
Daleko, het, poza ulicami brukowanemi i gmachami, na przedmieściu, ku polom, stanęli wreszcie przed parkanem, mocno pochyłym i furtką krzywą.
Czernikowej jakby ubyło dwadzieścia lat wieku, tak żywo otworzyła furtkę i podreptała naprzód.
Dom stał w głębi duży, drewniany, ale ze wszech stron podparty, naprzeciw niego podobnież zrujnowana obórka, studnia, gołębnik, szkielet cieplarni, bez okien, a dalej, jak okiem sięgnąć, sad i pole. Główny ganek na słupach minęła Czernikowa, weszła bocznem wejściem do sionki i do dużej izby — zarazem kuchni i jadalni. Mała garbata osóbka rozkładała ogień w piecyku, porwała się z radosnym okrzykiem:
— Mama!
I rzuciła się jej na szyję.
Stankarowa zatrzymała się u progu, opłaciła żyda, poczęła znosić manatki.
Janka zajęła się kotem na podwórzu i wcale się do izby nie śpieszyła.
Ale, ucałowawszy córkę, Czernikowa przypomniała gościa i rzekła:
— To, Sabinko, jest pani, która z nami zamieszka, zanim jej mąż paszport przyśle. Nie trzeba rozgadywać, że ktoś obcy jest. Ot, najlepiej powiemy, że krewniaczka w gościnę przyjechała na dni kilka z dzieckiem.
— Dobrze mamo. To ja pani uprzątnę mały pokoik rogowy, a tymczasem śniadanie podam — odpowiedziała spokojnie kaleka, uśmiechając się do Stankarowej.
Po chwili podała na stół cztery wielkie kubki kawy z mlekiem i duży bochen czarnego chleba. Obsiadły wokoło stół, a Czernikowa spytała:
— A gdzież to Gracjan?
— Pojechał z kasztanką na najem. Już tylko do środy kasztanka nasza.
— Jakto?
— Opisał Belmot i ją i krowę za dług. Mają sprzedawać we środę.
— O, ja nieszczęśliwa! — jęknęła stara.
— A duży dług? — nieśmiało spytała Stankarowa.
— Oj duży! Sześćdziesiąt rubli — szepnęła Sabinka. — Zebrałam z szycia dwanaście. Nosiłam mu, prosiłam, żeby poczekał. Nie chce.
Westchnęła i patrzała w okno, z bierną rezygnacją.
— To już kaput nam będzie! Bez klaczy ani ogrodu obrobić, ani zarobić, a bez krowy nie przeżyjemy! — zdecydowała ponuro Czernikowa.
— Niech pani ode mnie przyjmie te kilkadziesiąt rubli. Ja mam! — ofiarowała się żywo Stankarowa, wyjmując pieniądze.
— Sumieniabym nie miała pani ostatni może grosz zabierać na wieczne może nieoddanie! Co robić! Trzeba ginąć!
— Nie! Nie trzeba ginąć. Trzeba sobie radę dać. Poratowała mnie pani jak matka, dajcież i mnie sposób wywdzięczenia. Tych pieniędzy już nie wezmę! Niech pani służą za mój wikt i schronienie. Będę śmielej jadła wasz chleb.
— Nie godzi się. Pani biedna także.
— To co? Właśnie dlatego nie dbam o grosz. Pani mi dała dach i opiekę. Mnie więcej nic nie potrzeba. Pozwólcie sobie pomóc, to i szczęśliwa będę.
Spojrzały na siebie. Stara z córką łez miały pełne oczy, dobrych łez wdzięczności.
Kaleka wstała, nieśmiało wyciągnęła do niej rękę. Stankarowa uścisnęła ją i pocałowała.
— Daj Boże pani taką pociechę, jaką nam dała! — rzekła Czernikowa.
Zali mogła wczoraj myśleć biedna uciekająca, że taki będzie ranek następny! Po śniadaniu nastąpiło ulokowanie i obejrzenie wszystkich kątów. Sabinka oprowadziła po całym sadzie, opowiadała, jakto ślicznie było za życia ojca, jak drzewa rodziły.
— Teraz nikt z nas dopatrzeć ich nie umie, zdziczały, ledwie kilkanaście rubli bywa dochodu — zakończyła smutnie patrząc po gęstwinie rozczochranej.
— Ja się na tem znam — rzekła Stankarowa — znowu rodzić będą!
I poczęła pokazywać, co wypada czynić i już ją porywała żądza tej pracy ukochanej — wspomnienie Ługów, stryja, szczęśliwej młodości. Taka energja i siła biła z niej, że ożywiła się nawet znękana kaleka.
— Ja z panią będę razem pracowała. Pani mnie nauczy. Mój Boże, z panią słońce do nas przyszło. Chce się żyć! Tylko co my zrobimy same ze starym Gracjanem? A na najem niema pieniędzy.
— A no, to trzeba samym zrobić. Od jutra weźmiemy się do roboty. Trzeba ogrody warzywne na gwałt uprawiać, bo już późno.
— Kiedy to się tak opuściło ręce. Jak mi opisali dobytek, a mamy nie było, to i ochota odpadła robić cośkolwiek. Nasion niema, klacz zarabia na chleb, albo ja wiem, jak pogodzimy wszystko.
— Trzeba ogrody zorać, parę dni to zajmie, a potem same musimy grzędy obrobić i zasiać. Inaczej chwasty tylko porosną, a my musimy z warzywa dużo zebrać pieniędzy.
Przyszła Czernikowa rozpromieniona.
Opłaciła żyda — miały parę miesięcy spokoju. Zaczęto robić plany, potem zbierać narzędzia, zostałe po Czerniku, obrachowywać koszta konieczne i prawdopodobne dochody — i wieczorem tyle było na dzień następny zamierzonych robót, że na troski i utyskiwania nie było czasu.
Rozdzielono robotę. Czernikowa miała zająć się kuchnią, domowem gospodarstwem, interesami w mieście i dzieckiem. Sabinka ze Stankarową ogrodem.
Przybył też z zarobku Gracjan i został do rady przypuszczony. Człek był stary, ale zawiędły i jeszcze krzepki. Nigdy prawie się nie odzywał, bo fajki z ust nie wyjmował. Gdy się dowiedział, że ta piękna, młoda pani wykupiła klacz i krowę, rozjaśniła mu się chmurna twarz; gdy powiedziano, że u nich zamieszka i ogrodem się zajmie, wyjął fajkę z ust i uśmiechnął się.
Wreszcie spytał:
— To i dziecko nasze?
A gdy potwierdzono, począł się śmiać całą gębą z wielkiej uciechy i powiedział, że gdzie dziecko jest, to i pan Bóg niedaleko i że będzie u nich dobrze. Stankarowa obrachowała swą kasę. Miała czterdzieści kilka rubli. Dała z nich pięć Czernikowej na różne sprawunki, a trzy na nasiona. Resztę schowała na czarną godzinę i, czując się zupełnie narazie szczęśliwą, zasnęła spokojnie.
I rozpoczęło się nowe, ciężkie życie. Od świtu poszły z Sabinką do pracy. Gracjan ogród orał, one w ślad za nim równały zagony, rozbijały bryły — siały, Janka dreptała za niemi, bawiła się motylami, żuczkami, trawą, kotem, aż zmorzona usypiała na ziemi, skąd ją zabierała Czernikowa i odnosiła do domu na rękach.
Zpoczątku mozolnie, wolno szła kobietom robota; mdlały im ramiona i krzyże. Biedna Sabinka daleko zostawała za Stankarową, ale obie zacinały się na zmęczenie i pracowały, pocieszając się, że przywykną.
Pogoda była śliczna, słońce grzało, woniały młode iście, ptactwo śpiewało całemi chórami, chciało się żyć i pracować.
Po tygodniu zasiano ogrody. Gracjan ruszył znowu na zarobek klaczą — kobiety wzięły się do sadu.
Stankarowa zdjęła i schowała swe miejskie stroje sprawiła sobie barchanową spódnicę i bluzę — na głowie nosiła tak jak Sabinka jasną chusteczkę. Po nieznośnych bólach ścięgna jej się zahartowały, muskuły nabrały sprężystości, była gotowa do trudu. Dotychczas jednak nie wyszła poza furtę i nie mogła opanować drżenia, gdy ktoś wchodził z ulicy, lub gdy Czernikowa zbliżała się do nich.
Ale nikt dotąd nie troszczył się o nią, nie spytał o paszport, może dlatego właśnie, że lokatorem Czernikowej był policjant „kwartalny“. Podkomendni jego nie szperali w posesji, gdzie on mieszkał, a on raz tylko spytał swej gospodyni o Jankę i zadowolnił się objaśnieniem, że to krewniaczka do nich na czas jakiś przyjechała.
Człowiek to był bezżenny, niemłody, lubił kwiaty i dobre powietrze. Czernikowa go stołowała, dogadzała w wikcie, więc rad z mieszkania i opieki, raczejby pomógł, niż dokuczył.
W miesiąc po tem osiedleniu napisała Stankarowa do Zarębianki, pytając o wieści, opisując swe nowe życie. Rada zeń była, ale brakło jej ludzi znajomych i umysłowej rozrywki.
O niedostatku i ciężkiej pracy nie wspominała wcale — na to była nieczuła.
W tydzień potem przyszła odpowiedź pod adresem Czernikowej:
„Moja kochana pani Antonino. Po twojem zniknięciu był tu u mnie twój małżonek już parę razy i przyznaję, żem go nie poznała. Przeprosił za skandal, pytał o ciebie spokojnie, obiecał, że cię już prześladować nie będzie. Nie rozumiem, co mu się stało. Do Paryża nie wraca, osiadł tutaj i ma dużo roboty. Zaczynają o nim pisać w Kurjerze. Powiedziałam, żeby ci dał paszport, na to się uśmiechnął dziwnie i odrzekł, że gdy o to go sama poprosisz, to nie odmówi. Powodzenie go poprawiło, warto z okazji skorzystać. Dowiadywał się o ciebie pan Brzezicki, który tu od hrabiego przyjeżdżał. Hrabinie daję już trzecią lektorkę — obie strony są ze siebie niezadowolone, a na mnie się to krupi. Mam tu dla ciebie pieniądze: hrabia przyniósł i zostawił trzysta rubli, co mam z tem zrobić, bo się boję złodziei.
Hrabiostwo do Orlina nie wyjechali dotąd z racji tych lektorek. Stara ma takie wymagania i grymasy, że nikt jej nie dogodzi i nie rozumiem, jak ty tam mogłaś wytrzymać. U nas wszystko pomyślnie, ale nam za tobą i dzieckiem tęskno! Nie mogłaś to się bez tego męża obejść — nie byłoby tej całej chryi. Jeśli się zdecydujesz pisać do męża, to list mi przyślij. Zobaczymy, jaki się okaże“.
Stankarowa poczerwieniała z oburzenia na samą myśl o prośbie względem tego człowieka. Jak bicze bolały ją jego cyniczne słowa, żądania, rozkazy. Umrze raczej, niż się do niego zwróci z prośbą!
Obraziły ją też pieniądze hrabiny, więc odpisała natychmiast gorączkowo, pomimo, że miała już ledwie kilka rubli jako cały fundusz i żadnej nadziei na poprawienie finansów.
„Należy mi się od hrabiny sto siedm rubli. Niech pani je weźmie dla skwitowania mojej należności, a resztę proszę jej oddać. Męża o nic prosić nie będę. Niech się dzieje co Bóg da! Dotychczas mam spokój i szczęście, że dobrych ludzi na drodze spotykam, a snać grzechu nie popełniam tym buntem, jeśli mi Bóg dziecko zdrowe chowa.“
Janka istotnie kwitła zdrowiem i chowała się jak ptaszę swobodnie w sadzie, świergotem wesołym bawiąc pracujące, tarzając się po murawie, zbierając kwiaty, niepamiętna już ciasnego mieszkania w Warszawie, niefrasobliwa i szczęśliwa.
Nie wiedziała, jak ciężko było otaczającym. Wśród lata prawie im głód dokuczał. Patrzyły na zielone owoce i warzywa, rachowały dochód jesienny, a same obywały się byle czem.
Mięso bywało mitem w ich kuchni, kawę zastąpięno cykorją — żywiły się mlekiem, kartoflami i chlebem.
— I tak dziw, że nie pożyczamy! — mówiła Czernikowa. — Poprzednich lat gorzej bywało. Pani umie lepiej pieniędzmi zarządzić, niż my. Wiadomo — inna edukacja, inna głowa.
Dla nich Stankarowa stała się bóstwem i wyrocznią, zrozumiały, że ona ich utrzyma i pokieruje. Wydawała rozkazy, rządziła wszystkiem. Słuchano jej ze ślepą wiarą.
Nareszcie minął ciężki przednówek. Dojrzały czereśnie. Codzień Gracjan i Czernikowa wywozili je na targ, wracali z workiem miedziaków. Pieniądze składano do kuferka, nie licząc i nie wydając grosza. Potem przez resztę dnia obierano owoc dojrzały, polewano warzywa, pracowano do nocy niestrudzenie. Nie było czasu na gawędki z sąsiadkami, na kłótnie i plotki. Sabinka, która pierwej niedomagała często i płakała o byle co, zapomniała o niedoli swego kalectwa, była zdrowa jak nigdy. Czernikowa, która lubiła odwiedzać kumoszki, lamentować godzinami nad swą dolą, zbierać i roznosić nowinki, teraz ledwie wiedziała, co się dzieje za furtką, z targu wracała kłusem, odwiedzające znajome odprawiała prędko, przestała bywać na sumie, zadawalniała się cichą Mszą, a czasem tylko pacierzem.
Stankarowa bywała pierwsza na nogach. Zpoczątku zostawiała obie swe gospodynie w łóżku. Ale gdy raz poszła sama do obórki, by wydoić krowę, dogoniła ją tam stara, mocno zawstydzona, i odtąd już nigdy nie potrzebowała tej nauczki powtarzać. Wyprzedzały się, kto raniej wstanie. Przy śniadaniu rozdzielano robotę, przypominano, co było do spełnienia w tym dniu i po tym rachunku każdy śpieszył, czując, że ledwie wydoła.
Czernikowa musiała iść na targ, sprzątnąć mieszkanie własne i lokatora, uwarzyć posiłek całodzienny, zająć się prosiakiem, krową, kurami, uprać bieliznę, upiec chleb, — gdzie jej było w głowie gadać z sąsiadkami, umarłaby ze wstydu, przy wieczornej rozmowie, gdy każdy zdawał, co i wiele zrobił.
Sabinka ze Stankarową nierozłącznie pracowały w sadzie i wśród grząd warzywa. Jedno trzeba było oplić, drugie zmotykować, osypać, okopać, liszki obrać, podlać.
Gracjan, gdy trawy podrosły, kosił każdą miedzę. Zbierano i suszono nawet chwasty na siano, chowano skrzętnie na strychu obórki, na długą zimę. Gdy nie było nic do koszenia, zarabiał klaczą na mieście.
Przy robocie rozmawiano o ulepszeniach na przyszłość. Stare, zdziczałe truskawki na jesieni doprowadzić do porządku, piwnicę nawpół zawaloną odrestaurować na owoce i warzywa, założyć chów pieczarek, a może kiedyś, kiedyś i szklarnię podnieść z ruiny. Te plany dodawały Sabince zdrowia i sił. Twarz jej, pierwej chorobliwie blada i skrzywiona troską, teraz opalona słońcem i znojem — promieniała wewnętrzną radością.
Brzydkie jej siwe oczy podnosiły się ku towarzyszce trudu z nieopisanym wyrazem zachwytu i wdzięczności. Przy niej nie czuła się już stworzeniem slabem i pogardzonem, ale człowiekiem, który ma w życiu cel i zadanie i który sobie sam wystarczy.
To poczucie miała i Stankarowa. Teraz dziwny spokój i zadowolenie miała w sobie. Jej cudnie piękna twarz nabrała pogody i jasności. Żadnych buntów ani wyrzutów nie czuła. Buntów na pracę wyrobnicy i podrzędne zajęcie, i fałszywą pozycję — wyrzutów za wykolejenie życia. W sumieniu miała spokój, żaden cień nie ćmił jej promiennych, ciemnych oczu, ani hardej duszy. Była szczęśliwa, bo zarabiała na siebie i dziecko, bo pomagała słabszym i nie dokuczali jej ludzie. Ludzi się zawsze bała, pozostała dzikim ptakiem z samotni Łużyckiego.
Po kilku miesiącach pobytu, zaledwie się ośmieliła po paru namowach Czernikowej przestąpić próg furtki — w niedzielę do kościoła.
Stara chciała koniecznie, by włożyła na ten dzień swą miejską suknię i kapelusz, ale ona się bała, że więcej zwróci uwagę sąsiadek i ubrała się, jak się ubierają kobiety podmiejskie w jasny perkalik i muślinową chusteczkę na głowie, którą nasunęła głęboko na twarz. Jednakże pomimo tego stroju mężczyźni oglądali się na nią, i od tych spojrzeń czuła w duszy takie oburzenie i upokorzenie swej kobiecej godności, że nie mogła się modlić, skupić duszy, i w pół nabożeństwa wysunęła się z tłumu, uciekła, odetchnęła dopiero w swej pustelni. Odtąd wczesnym tylko rankiem bywała w kościele, wsunięta w ciemny kąt, gdzie jej nikt nie mógł dojrzeć.
Poza nabożeństwem nie bywała nigdzie. W święta lub słoty wynajdywała sobie zajęcia w domu lub czytywała głośno książki, które Czernikowa dostawała u lekarza, stałego odbiorcy warzyw, któremu przynosiła sama stara produkty do domu — najlepsze, najtaniej, za książki i gazety. Czytanie była to także rzecz niebywała w mieszkaniu Czernikowej — oprócz modlitewnika i kalendarza druki tam były nieznane.
Zpoczątku stara usypiała słuchając, a Gracjan co rychlej zmykał; tylko Sabina okazywała zajęcie, potem wszyscy nabrali gustu i oczekiwali niedzielnego popołudnia, a gdy deszcz ulewny przerywał robotę, Czernikowa mówiła: ot i dobrze, dowiemy się końca tej historji, ale trzeba Gracjana zwołać, bo w niedzielę narzekał, że nie słyszał i musiałam mu opowiadać, co tam było.
Raz na miesiąc odbywał się rachunek kasy. Wydobywano z kufra pieniądze, liczono je, rozdzielano na różne potrzeby. Za każdym razem Czernikowa przypominała dług Stankarowej, ale ta wzruszała ramionami.
— Naco mi one? Jeszcze mnie stąd nie rugują. Chowajmy na czarną godzinę, zima długa przed nami.
— Nikt pani nie zaczepi. Już ludzie nawykli, a zresztą póki kwartalny tutaj, wszystko spokojnie. Przecie nas Bóg takiem nieszczęściem nie dotknie. Co my warte bez pani!
I patrzała na nią ze łzami wdzięczności.

∗             ∗

Pewnego dnia jesienią przyszła do Stankara Zarębianka. Malarz miał teraz piękną pracownię, eleganckie mieszkanie, roboty dużo i dobrze płatnej — wypłynął na falę i miał przed sobą zapewnioną karjerę, znane imię!
Gdy mu oznajmiono gościa, uśmiechnął się ironicznie i kazał prosić do gabinetu.
Domyślał się, z czem przychodzi.
Zarębianka też nie bawiła się nigdy w dyplomację, zaczęła bez ogródek, po swojemu, zamaszyście:
— Czy pan długo tę nieszęsną kobietę dręczyć będzie?
— Alboż ja ją dręczę. Zostawiłem zupełną swobodę czynu i woli, nie poszukuję, nie zmuszam do powrotu. Ma, czego chciała.
— Poco te drwiny? Pan wie, że jej potrzeba paszportu? Niech go pan jej wyśle.
— Aha, przecie mąż potrzebny czasami.
— Nie potrzebny — ale głupim prawom trzeba ulegać. Ona się panu nie narzuca, ani prosi o opiekę. Daje sobie sama rady, ma pracę, o łaskę nie żebrze, ale ten paszport — to godzi się jej dać, żeby spokój miała. To pana obowiązek.
— Teraz ja za panią powtórzę: Poco te drwiny? Jakiż ja mam obowiązek ułatwiać jej życie, zaco, dlaczego? Obowiązki ona sama zerwała, gdy uciekła jak awanturnica — nie chce mi być żoną, porzuciła dom, zrobiła skandal, podeptała ludzkie i boskie prawa — niech znosi wszystkie następstwa skandalu.
— Komu to pan opowiada! — wybuchnęła Zarębianka. — Kto porzucił, kto zostawił ją w nędzy i poniewierce? To panu wolno zrywać i deptać prawa, a jej się bronić nie można? Pan sam powiedział, że z nią żyć nie chce, że rodzina i dom pęta panu duszę, że ona głupia i nieznośna, a dziecko gorzej djabła. Nie było tak? Nie?
— Wcale nie. Wyjechałem, bom tu się wybić nie mógł. Przysłałem dla dziecka pieniądze, odesłała z impertynencką kartką. Gdym wrócił zbuntowała się i uciekła. Obraziła się! Mniejsza z tem. Obejdę się bez niej. Ale jeśli ona beze mnie obejść się nie może — niech się upokorzy, przeprosi i poprosi sama! Od tego nie odstąpię!
— Wielką będzie miał pan chwałę! Pastwić się nad słabą istotą, — wstyd panu. Przecie pan jej nie kocha, nie dba o nią — uciekł pan od pożycia, które było kulą u nogi, wrócił pan, jak sam powiada, przez poczucie obowiązku tylko. Ona się panu z drogi sama usunęła, nie dokucza, nie krępuje swobody — poco panu potrzebna ta forma przeprosin i próśb — poco ją drażnić i siebie! Co z tego za korzyść?
— Ostatecznie zawsze pęta mam z jej racji — mruknął — i fałszywą pozycję względem ludzi. A w dodatku nazwisko moje nosi — i licho wie, co porabia po świecie. Zresztą — mniejsza o nią — ale dziecko mi zabrała. Niech mi dziecko odda — to dam jej paszport.
— I poco panu dziecko? Coby pan z niem robił? Po tygodniu do dzieciątka Jezusby pan odniósł. To pan gorzej dziecka, kiedy podobne absurdy opowiada. Chować taki drobiazg bez matki!
— Gdzież ona jest? Co robi? Jeśli wyciera cudze kąty, i służy za pieniądze — na złość mnie, żeby moje imię na ludzkie języki i obmowę dać, to na pierwszą wieść żandarmami ją tu sprowadzę. To jej szczęście, że dotąd o niej nie mówią!
— I nie będą mówić. Niech pan będzie spokojny. I nie godzi się ją dręczyć. Dać jej ten paszport, a potem, jeśli pan chce zupełnej swobody, ona się pierwsza chętnie na rozwód zgodzi.
Stankar drgnął — ta myśl nigdy mu nie przyszła do głowy.
— Aha, rozwodu jej się chce! — mruknął gniewnie. — Zapewne nowych związków.
— Nie! — roześmiała się Zarębianka. — Ona dziesiątemu zakaże! Źle ją pan zna, a raczej wcale nie zna.
— Gdzież ona jest wreszcie? Co robi? Mogę, sądzę, choć to wiedzieć!
— Jest w Grodnie — u biednych ludzi. Razem z nimi pracuje. Dotąd jej nikt nie zaczepił o paszport, ale teraz pytają. Jeśli pan go nie przyśle rychło — będzie stamtąd musiała uciekać i tułać się jak zbieg. Ale pan do tego nie dopuści. Lepszy pan jest, jak się wydaje.
Milczał chwilę — wreszcie rzekł:
— Niech mi pani zostawi jej adres. O nią mi nie chodzi, ale dziecko mi zmarnuje przez swój upór i djabelską złość. Zrobię, co uznam za słuszne.
Zarębianka zastanowiła się sekundę. Co było robić? Kobieta była tak czy owak na jego łasce i niełasce. Trzeba się było zdać na los i jego humor.
Westchnęła i podała adres.
Zapisał w notatniku i rzekł już łagodniejszym tonem:
— Ja w pani mniemaniu jestem potworem — Sinobrodym z bajki. Ale niech pani wyzna, że i ona do reszty kobiet niepodobna. Ładneby było zamieszanie i nieustająca awantura na świecie, żeby wszystkie żony były, jak ona!
— Ha, możebyście się z niemi wtedy delikatniej i względniej obchodzili! — odparła Zarębianka. — Ja w każdym razie, przy każdym pacierzu Bogu dziękuję, że męża nie mam.
Pożegnała go z tem i wyszła. Trochę sobie wyrzucała, że zdradziła jej schronienie, ale wreszcie machnęła ręką.
— Nie mogłam inaczej. Ma ją prześladować policja, to już chyba lepiej, żeby on o tem wiedział. Dla dziecka tego nie dopuści, a przecie jej nie zje. Niech sobie z nim sama radzi.
Stankar nie był złym człowiekiem. Był tylko lekkomyślnym, gwałtownym i fantastykiem. Zły los i bieda rozgoryczyły go i rozdrażniły, teraz, gdy walka i przeciwności minęły, stał się znowu wesołym, łatwym w pożyciu, dobrym kolegą i cenionym dla humoru kompanem. Lubili go bracia malarze, powodzenie miał niesłychane u kobiet. Mówił zupełnie szczerze, że o żonę nie dbał, dogadzała mu kawalerska swoboda; jeśli jaką miał do Toli pretensję, to tylko obrazę próżności, gdy mu powiedziała, że go nie kocha i nazwała go kłamcą i nędznikiem, bez honoru i czci. Tego jej darować nie mógł, za to chciał ją upokorzyć, zmusić do przeprosin.
W głębi duszy wstyd mu było, ale do tego się nie przyznawał nawet przed sobą, różnemi sofizmatami winę pokrywając i tłumacząc. Po wyjściu Zarębianki wrócił do pracowni, wziął się do roboty i rozmyślał, jak miał postąpić. Tak zaraz wysłać jej paszportu nie chciał, byłoby to za tanio. Napisze pierwej, żeby wracała, i dopiero po tym akcie skruchy obieca jej paszport.
W tej chwili ktoś zadzwonił. Lokaj przyniósł kartę, na widok której Stankar paletę cisnął i spiesznie do gabinetu wyszedł. Przed nim stał Michał Brzezicki.
— Witaj! — zawołał Stankar radośnie, zapominając o kwasach, które ich poróżniły ongi przed weselem, a pamiętając tylko o dobrem koleżeństwie.
Brzezicki nie spodziewał się takiego przyjęcia, poczerwieniał, ale dał się pociągnąć. Uściskali się po dawnemu.
— Skądże tu spadłeś? Co porabiasz? Gadajże? Zostaniesz na obiedzie, od tego cię nie zwolnię!
— Przecie sam mieszkasz, w domu nie obiadujesz.
— To nic. Józef nam sprowadzi lepszy obiad, jak go baby w domu swędzą. Siadajże, mój stary, i opowiadaj.
Michał prędko opowiedział swe dzieje. Był rad z losu. Zarobiony, cudzy chleb lepszy był, jak własny w Brzezinach. Miał byt niezależny od urodzaju, żadnych długów i trosk, dobrych zwierzchników i pracę, którą lubił.
— No, a stary puhacz, Łużycki żyje? — zagadnął swobodnie Stankar.
— Żyje. Widziałem go onegdaj.
— Co mi ta bestja krwi napsuła kiedyś — roześmiał się niefrasobliwe malarz.
Tak lekko traktował tę kwestję, że Michał rozchmurzył się zupełnie. Interes, z którym przyszedł, wydał mu się bardzo łatwym.
— Nie obrazi cię moje pytanie?
— Nie, żadne! Zresztą wiem, o co ci chodzi. Chcesz pytać o Tolę. Niema jej, bracie. Jakby nic, poszła sobie w świat, na własny chleb. To jest bardzo nowoczesne! Co?
— Wiem o tem. Zupełnieście się rozstali?
— Zupełnie. Ona wracać nie chce, a ja gonić nie myślę. Wcale braku nie czuję. Skąd wiesz — może jest u stryja?
— Nie. Ale stryj wie, żeście się rozeszli — i polecił mi z tobą się rozmówić o tem!
— Cóż? Chce, żebym ją odszukał i zagnał do domu jak zbłąkaną owcę?
— Nie. On ci proponuje rozwód. Bierze koszty na siebie. Jeśli się zgodzisz, to ją tymczasem zabierze do Ługów.
— Dlaczego tymczasem? A potem?
— No, potem, może — może ona zamąż wyjdzie.
— Aha! — roześmiał się Stankar. — Teraz rozumiem jej bunty, oburzenie, jej wstręt niby do mnie, jej żądzę swobody, i ucieczkę. Mam następcę w jej sercu. Słuchajno, Michaś, wiem kto to jest! To ty!
I śmiał się, patrząc szyderczo na gościa.
Ale Brzezicki się zmarszczył i odparł spokojnie:
— To się mylisz. Jeśliś jej serce stracił, to nikt ci go nie odbierał, ani ona cię oszukiwała. Niema żadnych tajemnic ani fałszów, mówię ci prosto jak rzeczy stoją. Łużyckiemu żal kobiety — to jego krew i ukochanie. Chce ją napowrót dostać, gdy ty już o nią nie dbasz — poco się ma po świecie poniewierać? Że ją kto inny pokochać i pożądać może, też naturalne. Ma dwadzieścia parę lat i tak piękna.
— Jeśli bez fałszów mówisz — to powiedz mi, że jej nie kochasz. Uwierzę ci na słowo.
— Tego nie powiem. Jeśli ją kocham, to, moja rzecz.
— I jej! Już porozumieliście się! Gadaj, strzelać się z tobą o to nie będę.
— Za kogo mię masz i ją? Nigdy między nami o tem mowy nie było, anibym śmiał jej to rzec. Gdy będzie wolna — to nie przeczę, że jej się oświadczę, ale teraz — żadna moc słowa ze mnie nie dobędzie.
Stankar śmiać się przestał i zamyślił się. Pomimo tego, co mówił, wierzył w uczciwość ich obojga — był pewien prawdy słów przyjaciela. Po raz drugi tego dnia wspomniano mu o rozwodzie. Było to ostatnie rozwiązanie kwestji, zakończenie logiczne i odzyskanie zupełne swobody. Oboje się omylili, szał przeszedł, miłość nie ostała, poco mają do śmierci dźwigać kajdany i znosić fikcyjny związek!
— Czy Łużycki pisał do niej o tem? — spytał.
— Nie. Nikt nie wie, gdzie ona jest nawet. Łużycki polecił mi z tobą się rozmówić, a jeśli się zgodzisz, to oddać ci ten list, abyś do niej wysłał, i złożyć ci pieniądze na rozwód — ile zechcesz.
— Oho, bardzo się staremu chce napowrót ją odzyskać. Ciekawym, czy jej równie pilno! A no, zostaw list, a pieniądze schowaj, i powiedz staremu, że ich nie potrzebuję. Jeśli zechcę odzyskać swobodę, to ją sobie sam kupię. — Brzezicki list na stole położył i wstał.
— Kiedy mi dasz wyraźną odpowiedź? — spytał.
— Ha, kiedy mi przyjdzie ochota tem się zająć — odparł. — Dopiekła mi baba i stary, niech trochę koło mnie potańczą.
Na tę odpowiedź Brzezicki poczerwieniał i wyszedł bez pożegnania.
Stankar także był podrażniony. Parę dni chodził nieswój, wreszcie zniknął z Warszawy, nic znajomym nie mówiąc, dokąd jedzie.
Wczesnym rankiem stanął w Grodnie, zajechał do hotelu, około południa wsiadł do dorożki i kazał się wieźć do ogrodu Czernikowej.
— Wiesz drogę? To gdzieś za miastem?
— Kawał drogi, ktoby starej nie znał. Toć codzień ją widuję. Spyszniała teraz, a na wiosnę to ją już licytować mieli.
Tu biczem wskazał na wóz pełen drzew i dodał:
— A ot, to jej parobek od Niemna drzewo ciągnie. Przemyślna baba!
Stankar się rozglądać począł, po krętych uliczkach, starych domach, typach ludzi, i tak jechali, aż domy stały się niższe, przechodnie rzadsi, więcej nieba i przestrzeni, już zalatującej zapachem roli i więdnących liści.
Dzień był słoneczny i ciepły, w powietrzu snuły się nici „babiego lata“, z poza parkanów złote i czerwone wyglądały drzewa.
Wreszcie dorożkarz konia wstrzymał i wskazał furtę.
— To tutaj. Zaczekać pan każe?
— Czekaj. Za chwilę będę zpowrotem.
Wszedł na podwórze i rozejrzał się, czy kto się nie pokaże, by mu dalszą drogę wskazać. Ale wokoło było pusto, jak zwykle w roboczy dzień, tylko dalej w głębi posłyszał śmiech i okrzyki dziecka, i na ten odgłos poszedł wąską ścieżką między zagonami warzyw. Zdaleka poznał Tolę, zajętą obieraniem jabłek z drzewa. Stała na drabinie wysoko wśród konarów i zrywała owoce w wiszący na gałęzi kosz. Gdy był pełny, spuszczała go na dół w ręce Sabinki, która pakowała jabłka w większe skrzynie, sortując starannie.
Na ziemi, obok gromady owoców, bawiła się Janka, układając je w kupki i niby pasąc. Były to „koniki“ i „krówki.“
Wszystkie były tak zajęte, że go nie spostrzegły. Dopiero Sabinka zawołała:
— Ach Boże, jakiś pan przyszedł!
Stankarowa się obejrzała, drgnęła i pobladła nagle. Poczęła prędko schodzić na dół. Zęby jej szczękały jak w febrze.
Ale Stankar przedewszystkiem zbliżył się do małej, pochylił się, chciał ją wziąć na ręce. Dziecko przerażone, podniosło wrzask ogłuszający, poczęło się bronić, odpychając go i krzycząc:
— Mamo, mamo, dziad przyszedł.
Stankar się cofnął, gniewnie się zmarszczył, i spojrzał na żonę, do której schroniła się Janka.
— Możeby było dość tej maskarady! — rzekł po francusku. — Zbieraj się. Zabiorę was ze sobą.
Tola wzięła małą na ręce, ucałowała ją, pogłaskała i rzekła łagodnie:
— Wstydź się, Janko. To nie dziad! To tatuś! Przywitaj tatusia, pocałuj, pokochaj.
Dziecko bezpieczne przy matce, spojrzało trwożnie, nieufnie, ale przestało płakać.
Zbliżył się do nich, gniew opadł; pogłaskał małą po złotych włosach, i rzekł:
— Ależ urosła. No, chodź do ojca.
Wyciągnął rękę, oddała mu Tola dziecko.
— Ładny kanar! — rzekł, całując ją.
Potem postawił ją na ziemi i zwrócił się do żony:
— No, a ty się nie raczysz ze mną przywitać. Kiedy tu jestem, to znak, żem ci już wybaczył ten skandal!
— Nie zrobiłam żadnego skandalu. Powiedziałeś wtedy: „albo zrobisz co każę, albo idź do stu djabłów!“ Więc poszłam!
— Radzę ci nie przypominać przeszłości, żebym w złość nie wpadł, i wtedy źle będzie z tobą, jeśli mą opiekę cofnę! Tymczasem szkoda mi dziecka, i zrobię koniec tej maskaradzie. Do czegoś ty podobna, z kim tu siedzisz! Służysz u tych chłopów! Słowo daję — trzeba być skończoną warjatką, żeby coś podobnego urządzać.
— Nie służę! Pracuję razem z niemi — dobrze mi tutaj. Zostaw mnie. Poco ja ci potrzebnam? Dziecko zdrowe, a mnie tak spokojnie bez ludzi. Daj mi paszport, a nigdy ci w drogę nie wejdę. Nie wytrzymam wśród ludzi w mieście.
Podniosła nań oczy, ale ujrzała, że prosi na próżno.
— Dawno tu u ciebie był Brzezicki? — spytał z błyskiem gniewu w oczach.
— Brzezicki? Jaki? Michał? — zdziwiła się.
— Nie udawaj. Wiem wszystko. Przeszkodziłem wam moim powrotem. Uciekłaś, żeby swobodnie tu z nim romansować. Ten osioł się zdradził. Nie zawracaj mi głowy sielankowemi bajkami. Zaraz mi się spakujesz i pojedziesz ze mną do Warszawy!
Tola nie rzekła słowa. Twarz jej się skurczyła, oczy nabrały odblasku stali.
Wzięła dziecko za rękę i poszła ku domowi. Stankar pożałował swego wybuchu, był pewny że cisnął jej obelgę niewinnie, ale się zaciął w uporze. Ruszył za nią, mówiąc:
— Tylko się żywo zbieraj, bo dorożka czeka, a ja czasu nie mam.
Czernikowa już się dowiedziała od Sabinki o przybyciu męża i przeczuwała katastrofę. Siedziały obie w jadalni i płakały. Gdy Stankarowa weszła, poznały z jej twarzy, że coś złego się stało, i stara ryknęła na głos, zawodząc jak nad umarłym.
Kobieta spojrzała po nich, stanęła chwilę wahająca, zrozpaczona — wreszcie rzekła:
— Niema rady. Muszę iść od was. Mąż mnie zabiera zaraz. Niech wam Bóg zapłaci za opiekę i za to lato dobre.
— Jezus Marja! A jakże my sieroty bez pani żyć potrafimy! I tak zaraz, gwałtem mąż panią zabiera? Mój Boże, co my poczniemy nieszczęsne!
— Sabinka, poprośże pana do domu! Mnie ze zgryzoty całkiem nogi odjęło.
— Nie pójdę! — szepnęła Sabinka. — To taki wielki pan, i tak gniewny wyglądał! Jeszcze się obrazi!
Stankarowa weszła do swej izdebki, zawołała Sabinkę, oddała jej klucz od kuferka, gdzie chowano pieniądze, przebrała się w swe miejskie suknie, ubrała Jankę, obejrzała się po kątach i stała chwilę, dysząc jak po wielkim trudzie.
— Upakuję pani rzeczy? — szlochając rzekła kaleka.
— Nie, nie, nie wezmę. Zdadzą się wam te szmaty, a tam innych mi trzeba. Pamiętajcie o mnie, może wam jeszcze kiedy spadnę. Adres wam przyślę! Piszcie, jak wam się powodzi — i jakby jaka bieda lub potrzeba była. Może ja jeszcze wrócę!
— Niech pani swoją należność weźmie z tych pieniędzy. Może choć część się zbierze.
— Niceście mi niewinne, a ja pieniędzy nie potrzebuję. Toć na chleb cudzy idę! — Uśmiechnęła się gorzko, raz jeszcze obejrzała się po kątach, ucałowała szlochającą dziewczynę i wyszła.
Stankar już się zaczynał niecierpliwić w dorożce, gdy skrzypnęła furtka i ukazała się Tola z Janką.
Dziecko miało w rączkach dwa wielkie czerwone jabłka, a Tola bukiecik astrów, zresztą żadnych pakunków, i kobiety do furtki ją tylko odprowadziły, bojąc się „wielkiego pana.“ I tak ruszyli ku miastu. Janka szczebiotała, że jedzie, Stankar gwizdał, Tola milczała. Tak stanęli w hotelu.
Janka przestała szczebiotać, obejrzała się po pokoju zimnym i ciemnym, przytuliła się do matki i spytała:
— Mamusiu, czy my już w więzieniu?
Gracjan ją zawsze więzieniem straszył, żeby się za furtkę nie wychylała.
— Gdzie wasze rzeczy? — zagadnął Stankar, dzwoniąc o rachunek.
— Nie mam żadnych! — mruknęła.
— Winszuję. Trzeba będzie odziewać od stóp do głowy i ludziom wstyd pokazać. Tom się dopiero kłopotu nabrał.
— Takeś chciał! — odparła przez zęby.
— Cicho! — syknął rozdrażniony. — Com chciał, to i zrobię i na twój upór znajdę lekarstwo! Tymczasem zbierz moje rzeczy — i jazda na kolej.
Jak automat spełniła rozkaz. Przez cały ciąg drogi nie odezwała się do niego ani słowa!
Póki było jasno, wyglądała przez okno i zabawiała dziecko — potem ułożyła je do snu, wtuliła się sama w kąt wagonu, i z oczami utkwionemi w jeden punkt przesiedziała nieruchomo aż do Warszawy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W parę dni potem Zarębianka krzyknęła radośnie na widok wchodzącej Stankarowej.
— Jesteś! A co? Nie dał paszportu?
— Zabrał mnie!
— No, to i dobrze. Biedy już cierpieć nie będziesz — bo okrutnie sławny się zrobił. Kurjerki są pełne jego pochwał. Mieszka jak miljoner. Ostatecznie, co robić — musisz się go trzymać.
Stankarowa milczała.
— Jakże? Pogodziliście się? — badała Zarębianka.
— Wczoraj mnie uderzył! — ponuro odpowiedziała.
— Bił! Zaco?
— Żebym go kochała.
Zarębianka oniemiała na chwalę z wrażenia.
— Jezus Marja! Jakże to być może! — szepnęła.
Stankarowa jakimś drewnianym głosem poczęła mówić:
— Naprzód powiedział, żem tam w Grodnie się ukryła, aby mieć kochanków, potem nas tu przywiózł, i zaraz nazajutrz ulokował dziecko w freblowskiej szkółce — na cały dzień. Mnie kazał się ustroić i bawić jego gości. Zeszło się kilkunastu mężczyzn, podpili, prawili mi głupstwa, i tak się zachowywali, żem wyszła z pokoju. Na to — on do mnie wpadł, kazał wrócić i gości przeprosić. Jeden z panów wyciągnął go i ujął się za mnie. Ten jeden był trzeźwy.
Urwała, pasowała się z sobą, wreszcie ciszej skończyła:
— A potem przyszedł pijany, wściekły, lżył mnie, a wreszcie — bił!
Zarębiance krew uderzyła do twarzy.
— Idź do sądu po ratunek. Przecież na to musi być jakieś prawo, obrona. Niech go do kryminału wsadzą.
Stankarowa potrząsnęła głową.
— Na sakrament jest ucieczką tylko śmierć.
— Gadanie! Ludzie się przecie rozwodzą.
— Za obopólną zgodą, a on się nie zgodzi.
— No, więc co będzie?
— Galery — zanim śmierć nie przyjdzie.
— To nie może być! Napisz do stryja!
— Stryj mnie wyklął i wypędził — słusznie — bom była niewdzięczna i szalona. Zresztą — choćby się i zlitował nade mną i darował — jaki ratunek dać może! On mąż — pan, za nim prawo boskie i ludzkie, za nim opinja, za nim siła. Byłam dziś po radę i pomoc w kościele, u spowiedzi — i nie otrzymałam rozgrzeszenia. Ksiądz mi kazał męża kochać i być mu uległą. Mężatka nie ma człowieczeństwa. Prawda: przysięgłam wiarę, miłość, posłuszeństwo, nie dotrzymuję przysięgi — niema dla mnie przebaczenia. Będę potępioną, bo nienawidzę i żoną być nie chcę! Takie jest prawo!
Zarębianka sumowała. Jej energiczna natura nie znosiła próżnych narzekań — szukała rady i sposobu zwalczenia złej doli. Nie starała się słowami pocieszać, ale już brała za kapelusz i okrycie.
— Pani wychodzi? — spytała Stankarowa.
— A cóż! Mamy lamentować napróżno. Pójdę spytać kogoś rozumniejszego w kwestjach prawa i będę wiedziała, jak rzeczy stoją. Przyjdź jutro, to coś stanowczego zdecydujemy.
I, nie tracąc czasu, poszła do znajomego adwokata. Zastała go szczęściem w domu i zaraz zagaiła sprawę:
— Proszę pana, czy to łatwo dostać rozwód?
— To zależy. Jeśli kto nie żałuje pieniędzy, a są dobre punkty — to w rok może dostać. Kogóż to pani rozwodzi? — dodał, śmiejąc się.
— Jeżeli mąż żonę bije? Katuje? — pytała żywo.
— O tem się nie mówi! A dzieci niema?
— Jest jedno.
— To źle. A na utrzymanie daje?
— Daje.
— Zdrów na ciele i umyśle?
— Zdrów.
— No, to z jakiej racji ma być rozwód?
— Przecie panu mówię, że ją bije?
— Są na to świadkowie? Zaco ją bije?
— Jakto, zaco! Więc zaco bić wolno, a zaco nie?
Adwokat śmiał się z jej zaperzenia.
— A zna pani rusińskie przysłowie, że żonę trzeba „lubić jak duszę, a trząść jak gruszę“. Zresztą to pastwienie i katowanie to figura retoryczna. To jak strachy, wszyscy o tem mówią, ale nikt tego nie widział. Ja rozumiem, o co rzecz chodzi — ta protegowana pani, jakżeby to wyrazić, chciałaby zmienić męża i chciałaby to uczynić lojalnie — aktualny posiadacz temu nierad — no, i ma zapewne rację. Otóż najprostszy, najmniej kosztowny sposób — niech przyjmie protestantyzm i sprawa pójdzie jak po maśle.
Zarębianka porwała się oburzona.
— Ja pana proszę o radę poważną, a pan odpowiada ubliżającemi żartami. Ja nie proteguję jawnogrzesznic i te się bez opieki waszych statutów obchodzą. Żegnam pana!
I wyszła, trzęsąc się z gniewu.
Nie dała jednak tak łatwo za wygraną — poszła do znajomego księdza, sławnego z cnoty i rozumu. Temu opowiedziała fakty szczegółowo.
— Proszę księdza dziekana, przyszłam zasięgnąć światłej rady w delikatnej sprawie. Znajoma moja wyszła zamąż, mając lat ośmnaście. Mąż jej stracił cały fundusz, źle ją traktował, wreszcie porzucił bez chleba z małem dzieckiem i sam w świat poszedł. Kobieta pracowała uczciwie, wyżywiła siebie i dziecko, bez skazy żyła i cienia grzechu, tylko znienawidziła go.
Ksiądz się uśmiechnął.
— Nie możesz tedy powiedzieć, że była bez cienia grzechu, bo nienawiść jest ciężkiem, nie chrześcijańskiem uczuciem.
— Alboż on nie zawinił względem niej, nie zasłużył na to uczucie?
— To kwestja jego sumienia, a nie jej. On za swe winy przed Bogiem odpowie, ona za swoje. Może cierpieć, a powinna wybaczyć i spełniać swe obowiązki — bez względu na to, czy on je spełnia.
— Dlaczegóż jedna strona ma wszystko cierpieć i znosić, a druga nic?
— A dlaczego jedna strona ma być zła dlatego, że druga złą jest? Toćbyśmy tak rezonując, zeszli do stanu zwierząt. Zresztą szczytnem powołaniem kobiety jest cierpienie, cichość i dobroć. W tem jej triumf i zwycięstwo, i przewaga moralna.
Zarębianka poczerwieniała, ale ją mitygowała powaga duchownego.
Po chwili on spytał:
— I ten mąż ją zupełnie opuścił, a ona zapewne chciałaby odzyskać swobodę — może zawrzeć inne związki?
Zawsze ta sama insynuacja. Zarębianka się żachnęła:
— Ależ nie! Ona o niczem podobnem nie myśli. To czysta, prosta dusza. Tylko — mąż wrócił po roku i napowrót ją do domu chciał zabrać.
— Powinna była wrócić. On tym czynem się zrehabilitował, uznał swą winę i naprawił.
— Ona od niego uciekła, nie mogąc go znieść.
— Zgrzeszyła ciężko! — mruknął ksiądz.
— Uciekła i pracowała uczciwie, aż on ją odszukał i gwałtem zabrał do siebie. Teraz ją katuje i pastwi się — zmusza do miłości.
— Sama sobie winna. Nie chwalę go, ale jej winy są ciężkie. Ona go popycha do złego — ona mu psuje charakter, na jej sumieniu będzie, jeśli zrażony jej postępowaniem i buntem, zacznie uprawiać rozpustę. A przykład złego pożycia jak zgubnie wpłynie na dziecko — czy ona się nad tem nie zastanawia? Źle jest, winna jest, grzeszna jest — na pochyłości zatracenia. Ty, moja duszo, zamiast się nad nią litować, do opamiętania ją doprowadź. Zastanów się, co będzie na świecie, gdy Sakrament małżeństwa będzie tak sponiewierany, a szał będzie ludźmi rządzić. Ten mąż ma świętą rację, każdy moralny człowiek jego stronę będzie trzymać.
Zarębianka drżała z hamowanego oburzenia — nareszcie nie wytrzymała i wybuchnęła:
— Po tem, co z tego Sakramentu zrobili mężczyźni, niema co mówić o jego szanowaniu. Kobieta ta jest nieszczęśliwą i życiem to przypłaci z pewnością. Ale ja w Boga wierzę — i wierzę, że tam, na sądzie, nie będzie potępiona.
— Moja duszo, rezonujesz po kobiecemu — upominał spokojnie ksiądz.
— A dziekan dobrodziej po męsku! — odparła żywo. — I dlatego, że prawa wszelkie układają mężczyźni, kobietom niewolnicami tylko być tu na ziemi, albo nie żyć, gdy się która z człowieczą, całą duszą urodzi i w zwykły tor pójdzie. Przepraszam księdza dziekana, żem go utrudziła.
I wyszła jeszcze bardziej rozgoryczona i z cięższym zawodem jak od adwokata.
Wróciwszy do domu, wzięła pióro i napisała zamaszyście:

Szanowny Panie!
„Poznałam bratanicę Pana w ciężkich chwilach, gdy ją przed półtora rokiem mąż tu zostawił z małem dzieckiem, widziałam męki i mozoły i wzorową pracę, i pokochałam jak córkę. Wtedy wystarczyła jej moja opieka i pomoc zacnych ludzi. Teraz udaję
się do Pana o ratunek. Mąż jej wrócił i, odszukawszy ją w ukryciu, gdzie się przed nim schroniła, zabrał do siebie. Pożycie ich jest piekielne i ona nie przeżyje tych udręczeń, które teraz znosi. Ponieważ Pan był jej ojcem, proszę zająć się jej losem — i, jeśli można — poratować.“

Podpisała się i wysłała natychmiast list do Ługów.
Wtedy odetchnęła, widząc, że narazie nic więcej uczynić nie było można. Nazajutrz oczekiwała napróżno Stankarowej — nie pokazała się, ani dała wiedzieć o sobie cały tydzień. Tedy Zarębianka, nie mogąc pokonać niepokoju, poszła sama na Marszałkowską — do mieszkania Stankara.
Ale przystęp nie był tak łatwy, jak się jej zdawało. Otworzył jej lokaj z miną bezczelną i zuchwałą i spytał zgóry, czego potrzebuje.
— Przyszłam do pani — odparła niecierpliwie.
— Do której pani, do tej dawnej, czy do nowej? — zagadnął z cynicznym uśmiechem.
— Znam jedną, żonę pana Stankara.
— Ach, tę dawną! Słaba, nie przyjmuje nikogo.
— Właśnie, że słaba, chce ją odwiedzić. Mnie przyjmą z pewnością.
Ruszył ramionami.
— Znam jeden rozkaz bez wyjątków. Pani nie przyjmuje nikogo.
I drzwi jej przed nosem zatrzasnął.
Posłyszała za sobą grę na fortepianie i wesołe śpiewy. Że jej na tem miejscu szlag nie ubił, było cudem. Zeszła na dół i odszukała stróża.
— Stróżu, powiedźcie mi, co się tam dzieje u państwa Stankarów?
Cerber wyjął fajkę z ust, splunął i odpowiedział wpół sennie:
— Gaz się wczora był zepsował, ale już sporządzili.
— Ale żona jego naprawdę słaba? Widzieliście ją w tych dniach?
— Widzieć tom jej nie widział, bo mnie nie wołali. Żadnych breweryj nie wyprawia. Pono spokojna warjatka, tylko na ulice jej nie trza puszczać.
— Bójcie się Boga, toć ona nie warjatka!
— Ha no, kiedy mąż tak gada, to musi lepiej znać, jak obcy.
— Człowieku, toż to kryminał! Ona zdrowa, ja ją znam. On ją umyślnie więzi i takie kłamstwa rozpuszcza.
— Iii — nie może być. Onaż już raz od niego uciekała, ledwie ją odszukał i przywiózł. Litość ma, że jej do Tworek nie odeśle. Podobno precz uciekać chce. Nawet ci wziął jakąś krewną, coby mu jej pilnować pomagała.
Zarębianka załamała ręce w bezsilnej rozpaczy.
— A nie możnaby jej zobaczyć? Przez kuchnię dostać się nie można?
— Nikogo nie puszczają! Doktór tak kazał.
— Który doktór?
— Nie wiem. Mnie to wszystko opowiadał ich lokaj.
Ja tam nie chodzę.
— Jest kucharka?
— Niema. Lokaj przynosi obiad z restauracji.
— A dziecko?
— Codzień ją posłaniec, co u nas mieszka, prowadzi do freblówek, a potem wieczorem odprowadza. Ma ci ten lokator galanty kłopot i koszt. Mają też i państwa swoje biedy, narówni z biednym narodem.
Zarębianka, znękana, dowiedziała się tylko, gdzie odprowadzają Jankę — i tam wprost poszła. Maleństwo bawiło się niefrasobliwie i ledwie ją poznało.
— Czy twoja mamusia zdrowa?
— Zdrowa.
— Cóż robi w domu?
— Szyje dla Janki sukienki.
— A tatusia kochasz? Dobry?
— Kocham! Bardzo dobry — daje Jance karmelki i obiecał mnie zawieźć do ogrodu, jak będę grzeczna.
— Ucałuj że mamusię ode mnie i oddaj jej ten papier. Ale samej mamusi, nikomu innemu. Zapamiętasz! samej mamusi! — powtórzyła. — O tu, do kieszonki w futerku kładę ci papier. Nie zapomnij go mamusi oddać.
Ale dziecko wróciło do zabawy i wnet zapomniało o poleceniu.
Zarębianka wyszła, słabą mając nadzieję na takiego posła. Ale narazie nic więcej uczynić nie mogła.
Dnie mijały bez żadnej od Łużyckiego wieści.
Nie mogąc żyć w bezczynności i niepokoju, ruszyła pewnego popołudnia Zarębianka w Aleje do starej hrabiny. Znalazła ją obłożnie chorą — nie przyjmowała nikogo.
Gdy tak stała w sieni, zgnębiona tą wieścią, wyszedł hrabia Roman, poznał ją, i przywitał.
— Babka z tego nie wyjdzie! — odparł na jej pytanie. — Żadna właściwie choroba — nie cierpi — gaśnie tylko jak lampa. Zupełnie jest przytomna, przygotowana do śmierci i spokojnie jej oczekuje. Wspominała wczoraj panią — i rada ujrzy. Mówiła, że ma jakieś zlecenia. Proszę panią na górę.
Poszli tedy i po chwili wprowadzono Zarębiankę do sypialni.
Staruszka zmalała, wychudła, była cieniem tylko, oczy jedne żyły jeszcze.
Odprawiła ruchem ręki dozorczynię, która jej głośno czytała modlitwy, i rzekła cicho:
— Dobrze, żeś przyszła. Chciałam po ciebie posyłać. Ty znasz mnóstwo biedy — na twoje ręce zostawię dziesięć tysięcy rubli — rozdaj wedle swego wyboru, po suterenach i strychach. W ten sposób dłużej istnieć będę. A chciałam też od ciebie się dowiedzieć, co się stało z tą biedną Stankarową. W testamencie dla niej legat zamieściłam, ale radabym posłyszeć, że szczęśliwa. Bardzo była dla mnie dobra, i czysta to dusza.
— Mąż ją gwałtem zabrał do siebie, i teraz więzi, ogłosiwszy za warjatkę. Pisałam do jej stryja o ratunek, ale myślę, że to już będzie zapóźno.
— To bardzo smutne. Romku, czy on ma prawo tak czynić? Nie może kto za nią się ująć?
— Nie babciu. Między małżeństwem trudno! Ona powinna skargę podać, zażądać separacji — ale i w takim razie sprawa bardzo rozwlekła i niepewna.
Staruszka umilkła, patrząc w obraz święty, wiszący nad łóżkiem.
— Jeśli Bóg da — ja ją poratuję! — wyszeptała.
Zapadła wyczerpana w półsen, półodrętwienie, uczyniła się cisza. Hrabia Roman pochylił się nad nią, zawołał dozorczyni — Zarębianka się usunęła.
— Pani raczy na mnie chwilę zaczekać — szepnął do niej hrabia.
Zaczekała w salonie, przygnębiona pustką i smutkiem tych magnackich apartamentów. Hrabia wszedł cicho — dywany głuszyły kroki.
— W tej chwili wystawię pani czek na przeznaczoną przez babkę sumę! — rzekł.
— Godnym pan hrabia jest jej spadkobiercą. Potrzebujący nie uczują materjalnie straty tej świętej!
— Tak. Zabezpieczę byt ich i nic się pod tym względem nie zmieni. Co do pani Stankarowej — będzie tu u mnie jutro nadleśny z Orlina — jej znajomy. Przez niego będzie można zawiadomić jej rodzinę.
— Będzie Brzezicki! Ano, to chwała Bogu — ucieszyła się. — Dziękuję panu hrabiemu za czek — w imieniu tych nędzarzy — i żegnam. Jeślibym się zdała do dozoru w nocy — proszę przysłać!
Poszła, pełna otuchy, rada z pieniędzy dla biednych, rozczulona takim końcem pogodnym i świętym staruszki — magnatki.
— Obiecała pomóc! Ona u Boga wyjedna, co zechce! — myślała.
Na drugi dzień zjawił się Brzezicki — zgnębiony, ponury i bezradny.
— Poślijcie jej strychniny, jeśli nie chcecie ratować! — wybuchnęła Zarębianka.
— Chcemy — cóż z tego! — ruszył apatycznie ramionami.
— To ją wykradnijcie od tego kata! Cóż ten stryj? Nie dba o nią?
— Stryj lada dzień będzie!
— Lada dzień, lada dzień! — powtórzyła. — A ona lada dzień naprawdę dostanie pomieszania zmysłów.
Brzezicki ścisnął czoło rękami i głucho stęknął.
— Ja nic uczynić nie mogę! — rzekł. — Jam całą sprawę popsuł swojem wmieszaniem.
— Ona nie pisała do stryja?
Potrząsnął głową.
Umilkli na chwilę.
— Nasza hrabina umarła! — rzekł smutno. — Hrabia mi kazał natychmiast do Orlina wracać — przygotować pogrzeb. Pojutrze ją stąd wywiozą. Chciałem tutaj na Łużyckiego czekać — i tego nie mogę.
Był tak apatyczny i zniechęcony, że Zarębianka popatrzyła na niego pogardliwie, coś zamruczała niezbyt pochlebnego i wyszła, zostawiając go z siostrą i Stasiem.
— Nikt nie powie, żem ją w biedzie opuściła. Co mogę więcej uczynić! Niech ją Bóg ratuje!
I zajęła się wielką sprawą: rozporządzeniem legowanych przez hrabinę pieniędzy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.