Król naftowy/Część czwarta/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część czwarta
Rozdział Nad jeziorem nafty
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: Pobierz Cała część czwarta jako ePub Pobierz Cała część czwarta jako PDF Pobierz Cała część czwarta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
NAD JEZIOREM NAFTY

Jeszcze przed upływem oznaczonego czasu pięciu jeźdźców znalazło się między wyżynami śród ciemnych lasów iglastych. Jedynie gdzie niegdzie jasne listowie nieco urozmaicało posępny widok.
— Dojedźmy tylko do Gloomy-water! — rzekł król naftowy. — Tam jest ciemniej, niż tutaj.
— Czy daleko jeszcze?
— Nie. Najbliższy wąwóz zaprowadzi nas do celu.
Niebawem wjechano do wąwozu. Z obu stron wznosiły się posępne skały, obwieszone czarnemi drzewami. Na dole wił się wężykowato cienki, wąski strumyk, na powierzchni którego płynęły tłuste oka. Grinley, dostrzegłszy je, z zadowoleniem spojrzał na Buttlera i Pollera. Nie mógł się z nimi dotychczas porozumieć i nie był pewny, czy skrupulatnie wykonali jego zlecenia. Teraz jednak, upewniony plamami na strumyku, wskazał je bankierowi i rzekł:
— Spójrz pan, Mr. Rollins! Jest to odpływ Gloomy-water. Jak pan myśli, co na nim pływa?
— Nafta? — odpowiedział zapytany, uważnie się przyjrzawszy.
— Tak, nafta.
— Istotnie, istotnie! Szkoda wielka, że wypływa bez pożytku!
— Niech tam, niewiele upłynie. Bodajże najlepszą okolicznością jest to, że jezioro ma tylko ten jeden — tak nieznaczny i niegodny wspomnienia odpływ. Później będzie się pan mógł postarać, aby nawet ta nieznaczna ilość nie wyciekała.
— Słusznie! Ale, Mr. Grinley, czy nie czuje pan zapachu? Jest coraz silniejszy, im bardziej się zbliżamy do celu.
— Naturalnie! Poczekaj pan, aż dojedziemy do jeziora. Dopiero się pan zdziwi!
Zapach nafty w rzeczy samej coraz bardziej się wzmagał. Naraz ściany wąwozu rozstąpiły się i zdumionym oczom bankiera i buchaltera ukazał się wydłużony owalny basen jeziora. Na wąskim obrębie ziemi między obwodem jeziora a stromemi skałami rosły olbrzymie czarne jodły. Takie same drzewa wznosiły się dokoła na skałach, aż do lasu,, który na górze stał niczem strażnik, nie przepuszczając najdrobniejszego promienia słonecznego.
Na dole, mimo jasnego dnia, zalegał zmierzch. Żaden wiaterek nie poruszy gałęzi; żaden ptak nie zakłóci spokoju; żaden motyl nie sfrunie nad kwiatami. Wydawało się, że tu życie zamarło. Wydawało się? O nie, nietylko wydawało się, ale naprawdę zamarło. Na jeziorze pływały niezliczone zdechłe ryby, których matowe łuski odbijały w sposób szczególny od ciemnej, oleistej połyskującej powierzchni. Dodajmy do tego niebywale silny zapach nafty. Ten nieoświetlony staw, który leżał przed widzami jak znieruchomiałe w śmierci oko, słusznie nosił nazwę Gloomy-water — Ciemna woda. Wywierał tak przygnębiające wrażenie, że Rollins i Baumgarten przez dłuższy czas stali na brzegu, nie mówiąc słowa.
— No, oto jest Gloomy-water, — przerwał milczenie król naftowy. — Co pan o tem myśli, Mr. Rollins? Jak się tu panu podoba?
Budząc się ze zdumienia, jak ze snu, bankier odetchnął głęboko i odpowiedział:
— Jak mi się podoba? Co za pytanie! Zdaje się, że starożytni Grecy wierzyli w wodę, przez którą umarli przeprawiają się do zaświatów. Ta woda musiała wyglądać tak, jak nasze jezioro, nieinaczej.
Nic nie wiem o tej wodzie greckiej, ale mogę się założyć, że niepodobna jej porównać z naszem jeziorem, ponieważ nie posiadała nafty. Zejdźcie z konia, sir, i zbadajcie naftę. Obejdziemy jezioro wokoło!
Jeźdźcy zeskoczyli z koni, które następnie przywiązali, ponieważ zwierzęta parskały i wierzgały, pragnąc uciec. Niepokoił ich i wstrętem przejmował zapach nafty. Grinley podszedł do wody, zaczerpnął ręką, powąchał, obejrzał i rzekł triumfująco do bankiera:
— Tu oto dolary płyną miljonami, sir. Przekonaj się pan osobiście!
Roilins również zaczerpnął, poszedł dalej i znów nabrał wody; badał jezioro w rozmaitych miejscach. Nie mówił nic, tylko wciąż kiwał głową. Zdawało się, że stracił mowę; oczy świeciły nienaturalnym blaskiem, wyraz twarzy uzmysławiał podniecenie, które go ogarnęło. Ruchy były szybkie i przytem niepewne, stłumione. Ręce drżały i zdawało się, że musi zebrać siły, aby wreszcie drżącym głosem zawołać:
— Któżby to pomyślał! Ktoby mógł pomyśleć! Mr. Grinley, uważam, że wszystko, co pan mówił, było niedostateczne.
— Istotnie? Cieszy mnie to, niezmiernie cieszy, sir! — roześmiał się król naftowy. — Czy przekonał się pan wreszcie, że jestem uczciwym człowiekiem?
Rollins wyciągnął obie ręce i odpowiedział:
— Podaj mi pan ręce; muszę je uścisnąć. Jest pan człowiekiem honoru. Wybacz pan, że kilkakrotnie nasuwały się nam wątpliwości. Nie nasza to wina!
— Wiem, wiem, sir, — skinął Grinley poczciwie. Tamci obcy zbałamucili pana. Nie powinien pan był ich słuchać; ale teraz wszystko jest w porządku, wszystko! Zbadaj pan naftę, sir!
— Już zbadałem.
— No, i...
— Jest to najpiękniejsza, najczystsza nafta na świecie! Skąd się bierze? Czy jezioro ma dopływ?
— Nie. Musi tutaj być jakieś źródło podziemne, a może nawet dwa: jedno źródło wody, drugie — nafty. Widzi pan, że należy tylko czerpać i wlewać do beczek.
Rollins był nieprzytomny z zachwytu, atoli Baumgarten, trzeźwiejszy, podjął ostatnie słowa Grinleya:
— Tak, trzeba tylko czerpać. Ale skoro już wszystko będzie wyczerpane? Kiedy i jak nastąpi wówczas przypływ nafty?
— Oczywiście szybko, tak szybko, że nie będzie przerwy w pracy!
— Nie twierdziłbym tego bez uprzedniego zbadania. Wszak tylko tyle może dopłynąć, ile odpływa. A teraz obejrzyjno pan ten znikomy odpływ, który był naszym drogowskazem. Przypuszczam, że woda nie unosi stąd więcej nafty, niż litr na godzinę. To jest plon, cały plon, jakiego możemy oczekiwać.
— Tak pan myśli? Nie więcej? Nie więcej, niż litr na godzinę? — zapytał bankier rozpaczliwie.
Z niedomkniętemi ustami, z twarzą śmiertelnie pobladłą oczekiwał odpowiedzi.
— Tak, Mr. Rollins, tak jest, — odpowiedział buchalter. — Musi pan przyznać, że dopływ nie może być większy, niż odpływ. A nawet, jeśli jest dziesięciokrotnie, stokrotnie obfitszy! Co znaczy sto litrów nafty na godzinę? Nic, absolutnie nic. Weź pan na rozwagę wielkość kapitału, oddalenie tej miejscowości, niebezpieczeństwa, trudność sprzedaży — i sto litrów na godzinę!
— Czy nie może być więcej? Czy się pan nie myli?
— Nie, stanowczo nie. Jak dawno istnieje to jezioro? Niezliczone mnóstwo lat. Od czasu powstania upłynęły setki, lub tysiące lat, — a tak mało przypłynęło oleju skalnego. Gdyby nafty było więcej, jakże wysoko musiałaby leżeć na wodzie! Nie, nic tu się nie da eksploatować!
— Nic, nic! — powtarzał bankier, rękoma chwytając się za głowę. — A zatem nadzieja, cała radość daremna! Napróżno, napróżno odbyliśmy tak daleką, tak bardzo daleką podróż! Kto może to wytrzymać, kto może wytrzymać! Równie przerażony był król naftowy. Z jakiemi trudami, śród ilu niebezpieczeństw znosił tu pieszo i ukrywał naftę? Ile go to kosztowało! A teraz, kiedy stał u celu, wszystko to miało zniszczeć! Widział płomienie przed oczami; czuł się bezradnym — nie mógł dobyć głosu, i skierował spojrzenie, szukające pomocy, ku swemu przyrodniemu bratu, Buttlerowi.
Ten już nieraz dowcipnie ratował go z opałów, a i teraz okazało się, że były herszt finderów niełatwo daje się zbić z pantałyku. Roześmiał się krótko, wzgardliwie, i rzekł do bankiera:
— Czemu pan biada, Mr. Rollins? Nie mogę pana zrozumieć! Gdyby tak było, jak ten pan mówi, to Grinleyowi na myślby nie przyszło pokładać tak wielkich nadziei w Gloomy-water.
— Tak pan sądzi? — zapytał szybko Rollins, odzyskując nadzieję.
— Tak, tak sądzę! I gdyby naftę można było czerpać w taki sposób pojedyńczemi beczkami, to zachowałby placer dla siebie, a nie proponowałby panu. Otóż wydobycie nafty wymaga bardzo kosztownych przygotowań, na które nie ma środków.
— Przygotowania? Jakie?
— Hm! Dziwi mnie bardzo, że sam pan nie pojmuje. Czy studjował pan kiedyś fizykę?
— Nie.
— Hm. Szkoda! Nie mogę zatem dać panu szczegółowych wyjaśnień. Ale spróbuję wyklarować tę rzecz poglądowo. Przypuśćmy, że koń pana leży w trawie, a pan siedzi na siodle. Czy koń będzie mógł się z panem podnieść?
— Tak.
— Nie sądzi pan zatem, że jesteś dlań zbyt wielkim ciężarem?
— Nie. Podniesie się.
Well. Załóżmy jednak, że leży nie koń, lecz pies domowy. Czy podniesie pana?
— Nie.
— Czemu nie?
— Ponieważ jestem dlań zbyt ciężki.
— No, więc zastosuj to pan do nafty!
— Jakto? — zapytał Rollins, który nie zrozumiał przykładu.
— Mój przykład mówi, że ciężkie ciało powstrzymuje lżejsze, na którem leży. Rozumie pan?
— Teraz tak.
— A także pan, Mr. Baumgarten?
— Tak — skinął zapytany, który z uwagą śledził bieg myśli Buttlera.
— A czy wie pan, co jest cięższe, woda czy nafta?
— Woda — odpowiedział buchalter.
Very well! No, a teraz pomyśl pan, jak ciężka jest woda, która wypełnia to całe jezioro!
— Tysiące centnarów.
— A na dnie jeziora znajduje się źródło nafty, to znaczy mały otwór, przez który nafta chce się wydostać. Atoli na tym otworze spoczywają tysiące centnarów wody. Czy nafta może się więc wydostać?
— Nie...
Baumgarten wpadł w pułapkę. Był kupcem; nie znał się na prawach fizyki i nie wiedział, że nafta właśnie jako lżejsza idzie wgórę. Grinley odetchnął swobodnie. Na twarzy Buttlera pojawił się uśmiech zwycięski. Ciągnął dalej:
— A zatem nafta, która płynie z ziemi, nie może iść wgórę. Widzimy tu tylko nieznaczną ilość, która wydobywa się z jakiejś małej rysy. Lecz dajcie pompę i wypompujcie wodę z jeziora, albo postarajcie się usunąć ją w inny sposób! Wówczas zobaczycie, jakim potężnym, jakim stustopowym strumieniem przeszyje powietrze i ile setek beczek wypełni w ciągu jednego dnia! Gdyby Grinley miał pieniądze, nie zwracałby się do pana!
Poskutkowało. Bankier cieszył się odnowa, a Baumgarten stracił skrupuły. Że nafta była — to widoczne. Trzeba było tylko utorować jej jakiś odpływ. Długo jeszcze żonglowali oszuści prawami fizyki. Rollins wreszcie zdecydował się ubić interes, chciał jednak uprzednio obejrzeć cały obwód jeziora.
— Proszę bardzo, Mr. Rollins, — rzeki Grinley. — Poller pana odprowadzi!
Wymieniony oddalił się z Rollinsem i Baumgartenem. Skoro odeszli, król nafty odetchnął swobodnie:
— Do stu tysięcy kartaczy, co za fatalna sytuacja! Niemal że w ostatniej chwili nie odstąpili od geszeftu. Twój wykręt był wspaniały!
— Tak — roześmiał się Buttler. — Gdyby nie ja, mógłbyś jezioro zachować dla siebie. Ale teraz jestem przeświadczony; że pójdą na lep.
— Trudno uwierzyć, aby tak naiwne wyjaśnienie zdołało ich uspokoić!
Pshaw! Rollins jest głupi, a Baumgarten za uczciwy.
— Przejdą koło jaskini. Czy jej nie zobaczą? — Nie. Wiele potu spłynęło z nas przy pracy. Postaraj się zatem, aby interes dzisiaj został zakończony. Nie możemy marudzić ani godziny, bo nie należy ufać czerwonoskórym. Możemy tu zostać najwyżej do świtu. Jakże się następnie załatwimy z tymi głupcami — nożem czy kulą?
— Hm, wolałbym tego uniknąć.
— Pozostawić ich przy życiu? Co ci do głowy strzeliło!
— Nie chciej zrozumieć mnie fałszywie! Wspomnienie trupów będzie mi mąciło spokój. Jak myślisz, może ich umieścimy w jaskini?
— Niezła myśli Weźmiemy łotrów w łyka i zamkniemy w jaskini. Zginą i tak, nie zmuszając nas do przyglądania się ich śmierci. Przystaję. Ale kiedy?
— Skoro tylko dostaniemy pieniądze. Uraczymy ich w głowy uderzeniem kolb.
— A Poller?
— Jego nie. Prawdopodobnie przyda nam się jeszcze. Póki się nie wydostaniemy z tej niebezpiecznej miejscowości, lepiej jechać w trójkę, niż we dwójkę. Następnie będziemy łatwo mogli się go pozbyć. — — —
Tak, miejscowość owa była dla nich stanowczo niebezpieczna. Nie przeczuwali, że są inwigilowani. Nieopodal, u wylotu wąwozu, za krzewami leżał Indjanin i notował sobie w pamięci wszystko, co się rozgrywało przed jego oczami. Był to Nawaj, świadek morderstwa, popełnionego na obu wywiadowcach a jego towarzyszach. Grinley i Buttler ułożyli się w trawie. Zauważywszy to, Indjanin rzekł do siebie:
— Zostają nad jeziorem, tak prędko nie opuszczą tej miejscowości. Mam dosyć czasu, aby wrócić do swoich i sprowadzić ich tutaj.
Wydostał się z krzewów i znikł w wąwozie, nie pozostawiając za sobą śladu nóg. — — —
Po pewnym czasie trzej biali wrócili z przeglądu i podeszli do Buttlera i Grinleya.
— No, messurs, — zapytał król naftowy. — Widzieliście wszystko. Co postanowiliście?
— Kupić — odpowiedział bankier.
— Jesteście zatem przekonani, że robicie dobry interes?
— Tak, aczkolwiek nie tak dobry, jak pan sobie wyobraża.
— Porzućmy targi, sir! Nie spuszczę ani dolara z żądanej ceny, i wogóle nie chcę tracić czasu. Uważam za rzecz możliwą, że Indjanie są za nami, i pragnę zachować swój skalp na głowie.
— A więc czem prędzej jedźmy! — rzekł z lękiem Rollins.
— Tak, ale przedtem musimy zakończyć sprawę. Postanowiliśmy zawrzeć kontrakt nad jeziorem. Skoro tylko podpiszemy i wymienimy papiery, będziemy mogli wyruszyć zpowrotem.
— Dobrze. Mr. Baumgarten, czy ma pan jeszcze jakieś wątpliwości?
Zanim jednak buchalter zdążył odpowiedzieć, Grinley wtrącił gniewnie:
— Jeżeli pan jeszcze teraz mówi o wątpliwościach, Mr. Rollins, muszę to naprawdę uważać aa obrazę! Powiedz pan krótko, chce pan, czy nie?
Zahukany bankier odpowiedział:
— Chcę. To się rozumie samo przez się.
— No dobrze! A więc dobijamy do przystani. Dokumenty są już dawno sporządzone i wymagają tylko podpisu. Weź pan atrament i pióro!
Rollins wyjął przybory piśmienne z torby u siodła. Po położeniu podpisów otrzymał akt kupna, wzamian podpisał przekaz na San Francisco. Grinley obejrzał czek chciwem spojrzeniem i, roześmiawszy się w sposób nader szczególny, rzekł:
— Tak, Mr. Rollins, teraz jesteś pan właścicielem tych niezwykłych terenów naftowych. Życzę panu wiele szczęścia! A ponieważ wszystko, co się tutaj znajduje, jest teraz własnością pana, do której nie mam już żadnych praw, przeto odkryję tajemnicę, która może się panu bardzo przydać.
— Co za tajemnica?
— Ukryta jaskinia.
— Nic więcej?
— Oho! Mówi pan tak, jakgdyby nie miało to żadnego znaczenia! A przecież ta jaskinia może wam z początku przydać się jako komora lub jako kryjówka przed napaścią Indjan. Być może nawet, pozostaje ona w związku z podziemnemi zbiornikami nafty, które tutaj bezwzględnie istnieją.
— Ach, zbiorniki nafty? Czy to możliwe?
— Nawet bardzo. Nie zbadałem jeszcze.
— A więc powiedz pan szybko, gdzie ona! Muszę zobaczyć; później każę ją wysondować.
— Chodźcie! Zaprowadzę was.
Poszli wzdłuż brzegu do miejsca, gdzie blok skalny zbliżał się do wody. U stóp bloku w znosił się kopiec kamieni. Buttler i Poller zaczęli usuwać jego wierzchołek. Niebawem ukazał się otwór, prowadzący do skały.
— Jaskinia! — zawołał bankier. — Rozszerzmy wejście. Szybko! Pomóż mi pan, Mr. Baumgarten!
Obaj nachylili się, aby pomóc w pracy. Buttler odwrócił się i spojrzał pytająco na Grinleya. Ten skinął. Uchwycili strzelby. Każdy z nich zamierzył się kolbą — — bankier i Baumgarten runęli, uderzeni w głowy. Oszuści spętali im ręce i nogi, i umieścili ich głęboko w jaskini. Gdyby więźniowie nie stracili przytomności, ujrzeliby mnóstwo beczek, któremi kryjówka była niemal przepełniona.
Następnie usypano zpowrotem kamienie, całkowicie zakrywające otwór. Nie trzeba chyba dodawać, że trzej bandyci obrabowali swoje ofiary ze wszystkiego, co mogło im się przydać. Poczem wrócili do koni.
— Nareszcie! — rzekł król naftowy. — Jeszcze żaden interes nie nastręczył mi tyle trudów i kłopotów, co ten. A jednak nie koniec na tem! Trzeba teraz zawieźć przekaz do San Francisco. Mam nadzieję, że przybędziemy tam szczęśliwie. Naturalnie, ruszamy natychmiast?
— Tak — odpowiedział Poller. — A le przedtem musimy się podzielić.
— Czem? — Przedmiotami, któreśmy zabrali.
— Czy koniecznie już teraz?
— Zawsze lepiej, jeśli każdy wie, co do niego należy.
Grinley pragnął go właściwie natychmiast zmiażdżyć; lecz, pomyślawszy sobie, że to, co mu teraz wręczy, odbierze następnie z łatwością, oświadczył dobrodusznie:
— Koni, oczywiście, nie będziemy krajać. Nie pójdziemy też do wójta. Jesteśmy przyjaciółmi i nie posprzeczamy się o drobnostki.
Usiedli i rozłożyli przed sobą zrabowane strzelby, zegarki, pierścienie, sakiewki i inne rzeczy, aby je oszacować i odpowiednio pomiędzy siebie podzielić. — — —
Tymczasem ośmiu Indjan skradało się wąwozem, prowadzącym nad jezioro. Byli to Nawajowie. Na ich czele sunął wywiadowca. U wylotu wąwozu zatrzymali się i skroś zagajnik śledzili trzech białych przy podziale łupu.
Uff! — szepnął najstarszy Indjanin, zwracając się do wywiadowcy. — Jest tak, jak mój brat oznajmił: jezioro jest pełne nafty. Skąd się to wzięło?
— Białe twarze wiedzą chyba — odpowiedział zagadnięty.
— Czy mój brat nie zliczył pierwej pięciu białych? Widzę tylko trzech.
— Poprzednio było pięciu; brak dwóch.
— Który zamordował naszego brata Khastitine?
— Ten, który trzyma w ręku dwie strzelby.
— Umrze okrutną śmiercią; ale także i dwaj pozostali zginą na palu męczarni. Uff! Dzielą pomiędzy siebie rzeczy, które leżą przed nimi. Każdy dostaje co innego. Czwarty i piąty zniknęli. Te rzeczy były ich własnością! Czyżby ich zamordowano?
— Dowiemy się. Kiedy mamy ich schwytać?
— Natychmiast. Widzą przed sobą tylko łup, i będą tak oszołomieni raptownym napadem, że pokonamy ich bez oporu. Niechaj bracia moi spieszą za mną!
Skoczył, a za nim siedmiu towarzyszów. Trzej oszuści zostali napadnięci tak znienacka, że tkwili już w pętach, zanim zdążyli się poruszyć.
Czerwoni uwinęli się w milczeniu. Pięciu przysiadło się do jeńców; trzech przeszukało kotlinę. Wróciwszy, zameldowali:
— Obaj biali znikli bez śladu. Nie znaleźliśmy nikogo, mimo skrzętnego poszukiwania.
— Czy nie wdrapali się na skałę? — zapytał przywódca.
— Nie. Nie odkryliśmy śladów.
— Zaraz się dowiemy, gdzie ich szukać!
Wyciągnął nóż, przystawił do piersi króla naftowego i zagroził:
— Ty jesteś tym łotrem, który zamordował brata naszego, młodego Khasti-tine. Jeśli mi natychmiast nie powiesz, gdzie znikli obaj biali, którzy wam poprzednio towarzyszyli, wbiję ci to żelazo w serce!
Rozkaz wprawił Grinleya w nieopisane przerażenie. Jeśliby usłuchał, Indjanie na pewnoby wydobyli bankiera i buchaltera z jaskini, do czego nie mógł dopuścić. Gdyby jednak nie usłuchał, przywódca naprawdę mógłby wykonać pogróżkę i dźgnąć go nożem. Co czynić? I znowu chytrzejszy Buttler wyratował go z kłopotu, mówiąc do Indjanina:
— Jesteś w błędzie! Człowiek, którego chcesz dźgnąć, nie jest mordercą Khasti-tine. Myśmy niewinni jego śmierci!
Indjanin odstąpił od Grinleya i zwrócił się do Buttlera:
— Milcz! — zgromił go. — Wiemy, kto jest mordercą.
— Nie, nie wiecie!
— Ten nasz brat był świadkiem!
Wskazał na wywiadowcę.
— Myli się! Widział nas dopiero przy wodzu Nijorów. Ale kiedy padły strzały, staliśmy tak, że nie mógł nas widzieć.
— A więc wypierasz się obecności przy zamordowaniu obu naszych braci?
— Nie. Nigdy jeszcze nie skłamałem i przez myśl mi nie przeszło zadawać kłam prawdzie. Zbrodnię popełnili obaj biali, o których pytałeś.
— Uff! — krzyknął Indjanin. — Nie widzimy ich, a więc odjechali. Chcesz się ratować, na nich zwalając winę!
— Odjechali, powiadasz? Dokąd mogli odjechać? Jesteście wywiadowcami, a więc wojownikami, posiadającymi dobre oczy. Czy widzieliście ślady, które na pewnoby były widoczne, gdyby istotnie odjechali?
— Nie. Chcesz przez to powiedzieć, że są tu jeszcze?
— Tak.
— Gdzie?
— Tu! — wskazał na wodę.
Uff! W tem jeziorze?
— Tak.
— Utopili się zatem?
— Tak.
— Nie kłam! Niktby nie wszedł do tej wody.
— To prawda. Nie chcieli wejść, lecz musieli.
— Kto ich zmusił?
— My. Utopiliśmy ich.
— U—to—pi—liście ich —? — zapytał Indjanin. Był dzikim, a jednak czyn ten przejął go taką zgrozą, że mógł jedynie wybełkotać zapytanie. — Utopiliście? Czemu?
— Za karę. Byli naszymi śmiertelnymi wrogami.
— A jednak jechali z wami! Nikt nie jeździ w towarzystwie swoich śmiertelnych wrogów!
— Poznaliśmy ich intencje dopiero po przybyciu do kotliny. Chcieli wziąć w posiadanie jezioro nafty i w tym celu nas zamordować. Przejrzeliśmy ich i unieszkodliwili, wtrącając do wody.
— Czy nie stawiali oporu?
— Nie. Powaliliśmy ich znienacka kolbami.
— Dlaczego nie widać trupów? — Ponieważ przywiązaliśmy im kamienie do nóg; poszły na dno.
— Czerwonoskóry milczał przez chwilę. Następnie rzekł:
— Chcę wierzyć, że mówisz prawdę. Brzydzę się wami! Utopiliście synów własnej rasy, niczem psy parszywe. Zabiliście ich z ukrycia, nie mocując się z nimi. Jesteście złym i ludźmi!
— Czy mogliśmy postąpić inaczej? Czy mieliśmy czekać, aż wykonają swój plan i zastrzelą nas z zasadzki? Tak bowiem planowali; podsłuchaliśmy ich rozmowę.
— Co sobie o tem myślicie, mnie nie obchodzi. Żaden czerwonoskóry nie topi Indjanina, nawet najzawziętszego wroga. Czy byliście już kiedyś nad tą wodą?
— Tak, ja, — odpowiedział król naftowy.
— Kiedy?
— Przed wielu miesiącami.
— Czy była tu już wówczas nafta?
— Tak. Dlatego właśnie sprowadziłem jeszcze kilku białych, aby pokazać im naftę. Chciałem wraz z nimi założyć towarzystwo eksploatowania oleju skalnego. Ci obaj wszakże zamierzali pozbyć się nas skrytobójczo.
Uff! Poprzednio nie było tu nigdzie nafty. Dopiero niedawno musiała się wydobyć z ziemi. Ale jakże mogliście się uważać za właścicieli jeziora! Należy do czerwonych. Białe twarze są bandytami — przyszli do nas, aby wydrzeć naszą własność. Tomahawk został wykopany. Bodajbyście zostali w domu, zamiast iść w objęcia śmierci!
— Śmierci? Czy jesteście uczciwymi wojownikami, czy mordercami? Wszak nic wam złego nie wyrządziliśmy!
— Milcz! Czy Khasti-tine nie został zamordowany wraz z towarzyszem?
— Niestety... Ale nie myśmy go zabili!
— Byliście obecni; mogliście zapobiec zbrodni.
— Obaj hultaje wystrzelili tak szybko, że nie mieliśmy czasu ich powstrzymać.
— To was nie ocali! Znajdowaliście się w towarzystwie morderców. Umrzecie niechybnie. Zaprowadzimy was do naszego wodza. Starsi plemienia zawyrokują, jaką śmiercią macie umrzeć.
— Przecież ukaraliśmy obu morderców! Winniście nam za to wdzięczność.
— Wdzięczność? — syknął czerwonoskóry — „Sądzisz, żeś nam oddał przysługę? Wolelibyśmy, aby żyli jeszcze; moglibyśmy zedrzeć z nich skalpy i spalić ich przy palach męczarni. Pozbawiliście nas tej przyjemności. Wasz los przesądzony — śmierć was czeka. Rzekłem!
Odwrócił się na znak, że uważa rozmowę za skończoną. Wypróżniono kieszenie jeńców; Indjanie zabrali całą ich zawartość. Skoro jednak przywódca zobaczył przekaz pieniężny, ujął go ostrożnie koniuszkami palców, włożył zpowrotem do kieszeni Grinleya i rzekł:
— Zaczarowany papier mówiący... Żaden czerwony wojownik nie bierze tego do ręki, gdyż później może zdradzić wszystkie jego myśli, słowa i czyny.
Tymczasem dzień upłynął i nad jeziorem zaczęło się zupełnie ściemniać. Indjanie zostaliby tu przez noc, gdyby nie ostry zapach nafty. Jeńców wsadzili na konie i ruszyli zpowrotem przez wąwóz do miejsca w lesie, gdzie była woda. Tu Indjanie zeskoczyli z koni, przywiązali jeńców do trzech drzew i poczynili przygotowania do noclegu. Czuli się bezpiecznie; gdyby wszakże wiedzieli, co się za nimi czai, pomknęliby, co koń wyskoczy. — — —
Otóż Mokaszi, wódz Nijorów, po odjeździe białych zbadał po raz drugi dokładniej ślady wywiadowców Nawajów. Już poprzednio stwierdził obecność trzeciego wywiadowcy. Teraz chciał go odszukać.
Po długiem poszukiwaniu znalazł ślad, który wkrótce, drogą okrężną, zetknął się i połączył ze śladem białych.
Ten Nawaj chce się zemścić na mordercach; skrada się za nimi. Z tego można wnosić, że droga do jego oddziału prowadzi w tym samym kierunku. Pojedziemy za nimi i schwytamy w niewolę.
Tak mówił wódz i pojechał z początku w przeciwnym kierunku — do kryjówki w lesie, gdzie obozowało przeszło trzydziestu Nijorów, awangarda, która wyprzedzała wojsko. Teraz, na czele tych ludzi, wrócił do tropu Nawajów i jechał za nimi ostrożnie. Po drodze zauważył, że do trzech białych przyłączyli się jeszcze dwaj, mianowicie Buttler i Poller.
Indjanie zbliżyli się do wąwozu, który prowadził nad jezioro nafty. Tam, z ukrycia, po krótkim czasie zobaczyli wywiadowcę Nawajów, wychodzącego z wąwozu. Jeden z Nijorów chwycił za strzelbę, jakgdyby pragnąc strzelić; wódz powstrzymał go przeczącym gestem i szepnął:
— Niech ucieka! Niebawem powróci i przyprowadzi innych Nawajów. Wówczas schwytamy ich wszystkich.
Już po krótkim czasie okazało się, że słusznie przypuszczał, gdyż wywiadowca wrócił z siedmiu innymi. Wszyscy wkroczyli do wąwozu. U wylotu zsiedli z koni, aby napaść na białych.
Nijorowie czekali. Mokaszi niemało się zdziwił, kiedy następnie zobaczył Nawajów tylko z trzema białymi jeńcami. Chciał napaść na nich w momencie, kiedy wychodzili z wąwozu, po namyśle jednak napomniał swoich ludzi, aby pozostali w ukryciu. Przedewszystkiem chciał wybadać, czemu brak dwóch białych. Dlatego przepuścił wrogów i z kilkoma ludźmi zakradł się nad Mroczną Wodę. Przeszukali szybko, ale ostrożnie, całą kotlinę, nie znajdując nigdzie śladu obu białych.
— Nie mogli odejść! — rzekł Mokaszi. Nie żyją, a że nie widać ich ciał, więc zostali strąceni w wodę.
Opuścił wraz z towarzyszami jezioro i wrócił do kryjówki pozostałych. Tam zostawili konie pod nadzorem dwóch strażników; z pozostałymi dwudziestu ośmioma Mokaszi pieszo poszedł śladem Nawajów. Wrogowie nie mogli się bardzo oddalić, gdyż zapadł wieczór.
Dogasające światło dnia pozwalało jeszcze poznać ich ślady; gubiły się w lesie. Mokaszi nie był zbity z tropu. Aby znaleźć Nawajów, należało tylko trzymać się dotychczasowego kierunku.
Niewiele czasu upłynęło, gdy poczuł zapach spalenizny i zobaczył mdły blask małego indjańskiego ogniska. Zatrzymał się i szepnął do swoich ludzi:
— Ci Nawajowie nie są wojownikami, lecz młodymi chłopcami bez rozwagi. Jaki wywiadowca rozpala w nocy ognisko! Moi bracia mogą okrążyć i, skoro tylko wydam okrzyk wojenny, rzucić się na nich. Musimy ich schwytać żywcem, aby przywiązać do pala męczarni.
Nijorowie skradali się, jak ciche cienie, pośród drzew. Mokaszi przysunął się jak najbliżej do ogniska i upatrzył sobie jednego Nawaja. Kiedy po kilku minutach osądził, że jego ludzie są gotowi, wydał znany, przeraźliwie brzmiący okrzyk i skoczył między Nawajów, aby schwytać upatrzonego. W tej samej chwili jego wojownicy powtórzyli okrzyk i rzucili się zewszechstron na wrogów, nie spodziewających się ataku i wskutek tego niezdolnych do oporu. Powalili ich, nie pozostawiając im czasu do sięgnięcia po broń.
— Bogu dzięki! — szepnął król naftowy. — Jesteśmy uratowani.
— Albo nie! — odrzekł Poller.
— O, na pewno! Mokaszi raz już nas puścił. Z jakiego powodu miałby teraz zatrzymywać?
— Cóż z tego? Ci czerwoni szubrawcy nie pytają o powód.
— Poczekajmy! Przekonacie się, że mam słuszność.
Nikt nie zwrócił uwagi na te szepty. Nawajowie leżeli spętani na ziemi. Nijorowie dzielili między siebie ich broń. Mokaszi stał koło ogniska.
— Synowie Nawajów niechaj mi powiedzą, który z nich jest przywódcą! — rozkazał.
— Ja — odpowiedział najstarszy.
— Jakże się nazywasz? — Nazywają mnie Rączym Rumakiem.
— To imię jest trafne. W ucieczce przed wrogiem bywasz bardziej rączy od mustangów prerji.
— Mokaszi, wódz Nijorów, kłamie. Żaden jeszcze wróg nie oglądał moich pleców!
— Wymieniłeś moje imię; a zatem znasz mnie?
— Tak, widziałem ciebie. Jesteś mężnym i odważnym wojownikiem. Chciałbym z tobą walczyć. Twój skalp zawisłby u mego pasa.
— Mego skalpu nie posiędzie żaden wojownik, a cóż dopiero taki, jakim ty jesteś. Czyż Wielki Duch stworzył was bez mózgu? Czyż nie wiecie, że Nijorowie również wysłali wywiadowców? Jakiż to wywiadowca przechodzi przez las i po trawie, nie oglądając się za śladami wrogów? Każdy szpieg przedewszystkiem stara się ukryć; wy zaś rozpaliliście ognisko, jakgdybyście chcieli nas zwabić. Nigdy już nie znajdziecie okazji do popełnienia takich pomyłek, umrzecie bowiem przy palu, doznawszy uprzednio takich męczarni, że głosy wasze będą się rozlegały ponad wszystkiemi górami.
Rączy Rumak odpowiedział:
— Męczcie nas! Umrzemy jak wojownicy; nie wydamy żadnego dźwięku i nie mrugniemy powieką. Wojownicy Nawajów uczyli się przezwyciężać ból. — Co zrobicie z tymi białymi?
Król naftowy odezwał się:
— Mokaszi, szlachetny i znakomity wódz, puści nas na wolność.
Lecz szlachetny i znakomity wódz zgromił śmiałka:
— Psie! Kogo pytano, mnie, czy też ciebie? Jak śmiesz odzywać się, zanim ja zdążyłem usta otworzyć?
— Ponieważ wiem, że uczynisz to, co mówiłem.
— Co ja uczynię, dowiesz się niebawem. Raz jeden was puściłem, aby pokazać, w jakiej mam was pogardzie. Ale po raz drugi nie puszczę. Było was pięciu. Gdzie są dwaj pozostali?
— Nie żyją — odpowiedział Grinley ciszej, niż poprzednio.
— Nie żyją? Kto ich zabił?
— My.
— Dlaczego?
— Ponieważ dowiedzieliśmy się, że czyhają na nasze życie. Chcieli nas zamordować.
Mokaszi, zdumiony, podniósł brwi i zawołał:
Uff! Was skrycie zamordować? Dokładnie obejrzałem oczy i twarze tych mężów. Byli to zacni i uczciwi ludzie: wy natomiast jesteście mordercami i złodziejami, których należy tępić jak dzikie i jadowite zwierzęta. Gdzie są trupy? Nie widziałem ich.
— W jeziorze.
— Nie widziałem śladu krwi. A zatem nie zabiliście ich przed wrzuceniem do wody?
— Nie.
— Utopiliście ich?
— Tak.
Król naftowy z trudem wypowiedział to potwierdzenie. Skutek nastąpił zmiejsca; wódz kopnął go nogą, splunął mu w twarz i zawołał:
— Potworze, szkaradny potworze! Nie jesteś człowiekiem, lecz gadem, — umrzesz zatem śmiercią, na jaką zasłużyłeś. Nietylko zabić towarzyszów, którzy ci nic nie zawinili, ale, co więcej, utopić! Napadłeś na nich zdradziecko, podobnie jak zdradziecko zamordowałeś Khasti-tine!
Usłyszawszy ostatnie słowa wodza, Rączy Rumak podniósł się, na ile mu więzy pozwalały i rzekł:
— Co powiedział Mokaszi? Kto zamordował Khasti-tine?
— Ten biały, który w zaślepieniu wierzy, że go puścimy.
Uff! Twierdził, że mordercami byli obaj utopieni!
— Kłamstwo! On sam chlubił się przede mną, że zabił obu wywiadowców Nawajów. Ten tchórzliwy łotr drży teraz ze strachu i zwala winę na dwóch uczciwych ludzi, których również zamordował. Obaj zastrzeleni wywiadowcy i obaj zamordowani biali będą straszliwie pomszczeni, aczkolwiek nie należą do mego plemienia. Spójrzcie na tych trzech białych! Będą doznawali takich katuszy, że zapragną śmierci, a wkońcu zostaną utopieni, jak utopili swoje ofiary! Powiedziałem!
Znów plunął Grinleyowi w twarz, kopnął mocno Buttlera i Poliera i odwrócił się od nich.
Wysłał jednego wojownika po konie. Skoro nadjechały, wyjęto z juków suszone mięso i zabrano się do jedzenia. Nawajom wydzielono posiłek, natomiast trzej biali nie otrzymali ani kęska.
— Piekielna historja! — szepnął Buttler do Grinleya. — To potopienie całkiem nas gubi. Może byłoby lepiej wyznać prawdę?
— Nie — odpowiedział król naftowy. — Czerwoni łotrzy oswobodziliby bankiera i buchaltera, lecz nasza sytuacja nie polepszyłaby się bynajmniej. Ponadto, stracilibyśmy przekaz.
Pshaw! Co nam po nim, skoro mamy się smażyć przy palu męczarni!
— Nie dojdzie jeszcze do tego!
— A więc nie straciłeś nadziei?
— Naturalnie! Nie po raz pierwszy wpadam w opały; jednakże, jak widzisz, zawsze wychodziłem z nich cało. A jeśli nawet przywiążą mnie do pala, nie wyrzeknę się nadziei, póki mi jej nie pozbawią ciosem śmiertelnym. Jak ci wiadomo, niejeden już wisiał przywiązany do pala, a jednak ocalał.
— Miał przyjaciół, którzy go uratowali, ale; kogo my mamy?
Hm!
— Nikogo, ktoby dla nas chciał zadzierać z czerwonymi. Jeśli sami się nie uwolnimy, jesteśmy straceni.
Miał aż zbyt wiele słuszności. Gdyby zasłużyli na przyjaciół, pomoc byłaby o wiele bliżej, niż mogli marzyć. Blisko bowiem byli Old Shatterhand i Winnetou. — — —
Obaj ci mężowie, od chwili, kiedy podsłuchali króla nafty i jego towarzyszów, byli zdecydowani jechać za nimi do Gloomy-water. Ale że musieli przedtem uwolnić uwięzionych w pueblu, więc Grinley ubiegł ich o dwa dni drogi. Wysławszy jednak do jeziora Buttlera i Pollera, zmarnował jeden dzień na oczekiwaniu. Drugi — zyskali Winnetou i Old Shatterhand, a to dlatego, że ich towarzysze dosiadali najlepszych koni Pueblosów i mogli za nimi nadążyć. A przytem, nie jechali śladem króla naftowego; Apacz znał drogę, która, dzięki ominięciu rozmaitych trudności terenu, szybciej prowadziła do celu. To też oddział jeźdźców niedługo przed zachodem znalazł się w odległości dwóch godzin drogi od jeziora — sprawność godna podziwu, jeśli się zważy, że oddział składał się z kobiet i dzieci.
Od puebla aż do tego miejsca nie natrafili na żadne ślady. Teraz droga Winnetou zeszła się Z drogą króla naftowego w miejscu otwartem, które raczej należałoby nazwać polaną leśną, niż prerją. Ślad ściganych ciągnął się szeroką i prostą krechą. Oddział się zatrzymał. Winnetou i Old Shatterhand zeskoczyli z koni, aby się przyjrzeć śladom. Pozostali byli przyzwyczajeni zdawać się na tych równie znakomitych jak domyślnych ludzi. Nawet Sam Hawkens, tak przemyślny i doświadczony westman, zabierał głos jedynie na zaproszenie obu wielkich myśliwych.
Ślad wydawał się dosyć trudnym do odczytania, gdyż Old Shatterhand szedł wciąż naprzód, Winnetou zaś wstecz. Upłynął kwadrans, zanim się znów spotkali w miejscu, gdzie zatrzymał się cały oddział. Wszyscy słyszeli ich rozmowę.
— Cóż mój brat powie? — zapytał Old Shatterhand. — Rzadko natrafiałem na ślady tak trudne do odczytania.
Winnetou spoglądał wprost przed siebie, jakgdyby szukając wdali wyjaśnienia, i odpowiedział z właściwą mu stanowczością:
— Jutro zobaczymy trzy grupy ludzi: białych oraz wojowników dwóch wrogich plemion.
— Tak, tak i ja myślę. Czerwoni — to Nawajowie i Nijorowie. Te trzy partje tropią się wzajemnie nad Gloomy-water.
— Mój biały brat ma słuszność. Z początku przejeżdżało tędy pięć koni — to biali, których ścigamy. Następnie nadjechał pojedynczy jeździec, a za nim oddział liczący trzydziestu ludzi.
Rzekłszy to, spojrzał na zachód, na położenie słońca, i dodał:
— Byłoby dobrze dzisiaj jeszcze dotrzeć do Gloomy-water; ale za mało jest czasu i zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Co o tem myśli Old Shatterhand?
— Przyznaję ci słuszność. Zanim dotrzemy do jeziora, zapadnie noc, a zatem za późno będzie, aby coś przedsięwziąć. Nie zobaczymy nic, a tymczasem wrogowie mogą nas odkryć. Trzeba zważyć, że nasz oddział nie składa się z samych mężczyzn.
— Słusznie! Dopiero jutro nad ranem pojedziemy do jeziora, a zatem zaraz rozbijemy obóz.
— Gdzie?
— Winnetou zna miejsce oddalone o godzinę od Gloomy-water. Tam można nawet wzniecić ognisko, którego nikt nie dojrzy i nie wywącha. Niech moi bracia jadą za mną!
Pojechał, nie obejrzawszy się, czy towarzysze za nim jadą. Old Shatterhand zatrzymał się jednak, gdyż zobaczył, że pozostali westmani zsiedli z koni i zkolei zaczęli badać ślady.
Badali, dzielili się zdaniem i nie mogli dojść do porozumienia. Wreszcie Old Shatterhand ich napomniał:
— Pośpieszcie się, messurs! Winnetou jest już daleko i za chwilę zniknie w lesie.
— Tak, sir, — odpowiedział Droll, drapiąc się za uchem. — Obaj macie słuszność. Nasze bractwo jednakże nie tak prędko radzi sobie z takim fantem, jeśli to konieczne.
— Cóż znajdujecie niejasnego?
— To, coście mówili o dwóch czerwonych partjach. Z początku jechało pięciu; naturalnie był to król naftowy z towarzyszami. W końcu nadjechało mniej więcej trzydziestu Indjan i to jest jedna partja. Nie?
— Tak.
— A druga partja?
— Samotny Jeździec, który jechał za białymi.
— Czy nie mógł należeć do trzydziestki?
— Nie.
— Mogli go przecież wysłać naprzód.
— Nie. W tym wypadku wróciłby, aby ich zawiadomić o białych, co jednak nie nastąpiło. Wiemy, że tomahawk został wykopany, i jeśli tutaj wybuchnie wojna, to tylko między Nawajami a Nijorami. Te oba plemiona przedewszystkiem wysłały wywiadowców. Trzydziestu wspomnianych jeźdźców stanowi awangardę. Natrafili na ślad samotnego jeźdźca i jadą za nim, aby napaść na jego towarzyszów.
— Towarzyszów? Czy ma jakichś towarzyszów?
— Rozumie się! Żadne plemię podczas wojny nie wysyła jednego tylko wojownika na zwiady. Wywiadowcy wyruszają oddziałami; jakiś powód skłonił widać czerwonego do oddalenia się od swych towarzyszów. Obecnie do nich wraca. Tropi go trzydziestu jeźdźców.
— I to właśnie śladem białych?
— Może to przypadek, a może i nie. Żaden wywiadowca nie lekceważy natpokanego śladu. Musi iść za nim, dopóki się nie dowie, kto go wyciągnął. Mogę nawet śmiało określić, do jakich plemion należeli ci wywiadowcy.
— Ja też mogę — wtrącił Hobble-Frank.
— Istotnie? — zapytał Old Shatterhand. — Proszę więc powiedzieć!
— No, trzydziestu było Nijorów; tamten jeden był Nawaj. To prawda, jakem znakomity Hobble-Frank.
— A ma pan podstawy do wydania takiego sądu?
— Tak oczywiste, jak kresa mego kapelusza. Wszak to fakt dowiedziony, że Nawajowie to odważne plemię. Nie?
— Tak.
— Odważniejsze od Nijorów?
— Być może.
— Więc co dowodzi większej odwagi? Kiedy trzydziestu, czy też kiedy jeden waży się jechać w tak niebezpiecznej miejscowości?
— To drugie.
— A więc! Okazał więcej odwagi, niż trzydziestu prześladowców, przeto jest Nawajem, a oni Nijorami. Czy to prawda, czy nie?
— Ja również doszedłem do wniosku, że pojedynczy czerwony jest Nawajem, a reszta Nijorami, choć z innych przestanek. Ale nie czas na wyjaśnienie! Nie widać już Winnetou. Dogońmy go czem prędzej!
Westmani dosiedli rumaków i popędzili w gapie za Apaczem. Zanim jeszcze słońce się ukryło Winnetou zjechał z tropu na lewo w las, gdzie wkrótce dotarł do zagłębienia, wyglądającego jak zapadnięta sztolnia. Może była to jaskinia podziemna której pokrywa ongi się złamała. Apacz wskazał nadół i rzekł:
— Rozbijemy obóz na dole. Jeśli postawimy na górze wartownika, na dole będziemy mogli rozpalić ognisko, niewidzialne dla wrogów.
Ziemia opadała niezbyt stromo, więc łatwo było sprowadzić konie. Na gałęziach zagajników znalazło się dosyć paszy dla zwierząt. Na brzegu zostawiono strażnika, a w głębi rozpalono ogień i gotowano na nim wieczerzę.
Dzień następny był tematem rozmów, które nie przeciągnęły się jednak długo, gdyż, zmęczęni długą jazdą, wszyscy rychło się pokładli do snu. Przed spoczynkiem Old Shatterhand odbył krotką naradę z Winnetou.
— Być może, jutro dojdzie do rozprawy, — rzekł — przed którą trzeba będzie usunąć kobiety i dzieci, a nawet mężczyzn wychodźców. Jako niedoświadczeni będą nam tylko zawadą. Czy nie lepiej zostawić ich tutaj, w miejscu bezpiecznem i doskonale nadającem się na kryjówkę?
— Jeśli walka jest pewna, brat mój ma zupełną słuszność. Ale co, jeśli będziemy musieli prędko opuścić Gloomy-water? Może nie będziemy mieli czasu wracać tutaj.
— Hm, tak! Należy się spodziewać, że będziemy musieli się śpieszyć. Obawiam się, że Indjanie wezmą w niewolę pięciu białych.
— Winnetou sądzi, że to już się stało.
— W takim razie powinniśmy się śpieszyć, aby ich uwolnić. Gdybyśmy byli zmuszeni uprzednio wrócić tutaj, stracilibyśmy sporo cennego czasu. A jednak, nie jest bezpiecznie jechać bez wytchnienia do jeziora z kobietami i dziećmi.
— Można uniknąć tego niebezpieczeństwa, a przecież nie tracić czasu.
— Wiem. Jeden z nas musiałby wyjechać bardzo wcześnie, aby wybadać okolice Mrocznej Wody.
— Tak — potwierdził Apacz. — Będzie nim Winnetou. Mój brat Old Shatterhand musi tutaj zostać, ponieważ lepiej się umie porozumiewać z tymi ludźmi, niż ja. Winnetou obroni te białe squaws i babies, ponieważ przyrzekł, — ale nie umie zabawiać ich rozmową. Wyruszę, nim zaświta. Mój brat z towarzyszami będzie jechał powoli po moim śladzie. O ile spostrzegę jakieś niebezpieczeństwo, zostawię po drodze znaki ostrzegawcze, albo wrócę do was.
Tak uchwalono. Skoro Old Shatterhand obudził się nazajutrz rano, Winnetou już nie było. Wyruszono po godzinie. Westmani, oczywiście, nie uprzedzili wychodźców, że jazda dzisiejsza jest niebezpieczna; polecono im jednak zachować ciszę.
Winnetou postarał się, aby ślad jego był łatwo czytelny. Jechano za nim powoli, stosując się do niezbędnego na zwiadach tempa, i dlatego przybyto do okolic jeziora dopiero po dwóch godzinach. Naraz jeźdźcy ujrzeli Winnetou, cwałującego na ich spotkanie.
— Do piorunów, zły znaki — rzekł Dick Stone.
A ja myślę, że jest wręcz przeciwnie, — oświadczył Hobble-Frank. — Powie nam, jak się rzeczy mają. Gdyby nie nadjechał, nie moglibyśmy głów wywikłać z niejasnych przypuszczeń.
— Nie. Gdyby wynik zwiadów był pomyślny, Winnetou czekałby na nas nad jeziorem.
— Nie kłóć się, stary szopie! Zaraz się dowiemy, kto ma rację!
Apacz nadjechał. Oddział zatrzymał się i Winnetou oznajmił:
Wracam nie dlatego, żeby groziło wam niebezpieczeństwo. Minęło już. Wracam, ponieważ mnie nic nie zatrzymało. Moi bracia mogą za mną jechać!
Na szczegółowe zapytania niektórych towarzyszów natarczywych odpowiedział:
— Winnetou opowie na miejscu, nie wcześniej.
Oddział ruszył. Ślad tych, co poprzedniego dnia jechali tędy, był tylko miejscami wyraźny; na gruncie kamienistym mogło go odkryć tylko oko tak przenikliwe, jak Apacza. Wreszcie ujrzano wąwóz, prowadzący do jeziora. Winnetou zatrzymał się i rzekł:
— Tym wąskim wąwozem trzeba jechać, aby dotrzeć do Gloomy-water. Winnetou dowiedział się, co się tu wczoraj rozegrało. — I, wskazując na wierzchołek góry, dodał: — Tam na górze obozowało siedmiu wywiadowców Nawajów. Ósmy był ten samotny jeździec, którego ślad wczoraj odkryliśmy. Jechał za białymi i, skoro znaleźli się nad jeziorem, sprowadził swoich siedmiu towarzyszów, aby białych schwytać w niewolę.
— Czy im się powiodło? — zapytał Hawkens.
— Tak, zaskoczyli białych. Ale tymczasem nadeszło trzydziestu Nijorów i zaczaiło się za drzewami. Moi bracia mogą jeszcze wyraźnie rozpoznać ich ślady. Czekali na powrót Nawajów i jeńców znad jeziora, poczem pojechali za nimi, aby na nich napaść.
— Czemu zwlekali? Teren jest jakby stworzony do napadu.
— Winnetou zastanawiał się nad tem, ale nie znalazł odpowiedzi. Może później dowiemy się, czemu Nijorowie czekali. Nawajowie wraz z jeńcami udali się do miejsca w lesie, gdzie płynie woda. Tam rozbili obóz i tam ich naszli Nijorowie.
— A zatem odbyła się krwawa walka?
— Moje oko nie mogło odkryć kropli krwi, a więc do walki we właściwem tego słowa znaczeniu nie doszło. Nawajowie byli tak zaskoczeni, że znaleźli się w pętach, zanim mogli pomyśleć o oporze. Nijorowie zostali na noc wraz z białymi i czerwonymi jeńcami na tem samem miejscu, O świcie odjechali.
— Dokąd? — zapytał Sam Hawkens.
— Nie wiem. Nie mogłem śledzić ich tropu, ponieważ miałem na was czekać.
— Musimy więc jechać za nimi! Nie dbam o króla naftowego ani o obu łotrów, którzy mu towarzyszą. Tych mogą sobie oskalpować. Ale bankiera i buchaltera trzeba bezwzględnie uwolnić. Jedno jest niejasne. Nad jeziorem przecież dosyć paszy i wody dla koni. Czemu czerwonoskórzy nie zostali tam? Dlaczego obozowali w lesie, jeśli się nie mylę?
Old Shatterhand dotychczas nie odzywał się wcale. Słuchając Apacza, przypatrywał się równocześnie płytkiemu odpływowi jeziora, przeciekającemu przez wąwóz. Teraz, po zapytaniu Sama, wskazał na ową wodę i odpowiedział:
— Zdaje się, że stąd spływa wyjaśnienie.
— Jakto?
— Czy nie czujecie? Obejrzyjcie wodę. Patrzcie, jakie tłuste plamy!
Wszyscy spojrzeli na wodę, wdychając powietrze, poczem oświadczyli, że pachnie naftą.
— Czy mój brat widział naftę na jeziorze? zapytał Old Shatterhand wodza Apaczów.
— Tak — skinął Winnetou.
— W takim razie król naftowy dobrze przeprowadził swój plan. Jedźmy! Muszę obejrzeć jezioro.
— Ale stracimy przez to wiele czasu — wtrącił Sam Hawkens. — Wszak zamierzamy ścigać Nijorów!
— Nie uciekną. Z jeńcami nie mogą szybko jechać.
Skierował konia ku wąwozowi. Oddział pojechał za nim. Zapach nafty wzmagał się z każdą chwilą. Wreszcie ujrzeli przed sobą jezioro. Ciemna, ponura powierzchnia przykuła do siebie wszystkie spojrzenia. Tylko jedna osoba odniosła odrębne wrażenie, mianowicie pani Rozalja Ebersbach. Ujrzawszy jezioro, wydała okrzyk przestrachu, ześlizgnęła się z konia, pośpieszyła ku wybrzeżu, zanurzyła palec w wodzie, obejrzała go, powąchała, poczem zawołała:
— Pioruny, wspaniałe odkrycie! Panie Hobble-Frank, powąchaj-no pan mój palec! Czy pan czuje, co to jest?
Podsunęła palec pod jego nos. Cofnął głowę i odpowiedział:
— Gdybym chciał powąchać, wsadziłbym nos w jezioro. Miałbym zapach nafty z pierwszej ręki.
— A więc przyznaje pan, że to nafta?
— Naturalnie! A może pani myśli, że uważam to za sok jagodowy? W takim razie nie zna pani mego nosa, który jest bardziej szlachetny, niż ja sam.
— Ale taka ilość, taka ilość! — zawołała prawie nieprzytomna. — Wiedziałam wprawdzie, że nafta w Ameryce tryska z ziemi, lecz nie chciało mi się wierzyć. Ale teraz płynie oto przed mojemi własnemi najżywszemi oczami! Zostaję tutaj i nikt mnie nie usunie! Nawet dziesięć wołów nie odciągnie mnie stąd, nawet jeśli pan im pomoże, panie Hobble-Frank!
— Tak? Czego pani tutaj sobie życzy?
— Założę handel naftą. Interes, jak się patrzy! Ta nafta nie kosztuje nawet szeląga, a tam u nas, w ojczyźnie, litr kosztuje dwa grosze. Tak, zostanę; osiądę tutaj i będę handlowała naftą!
Klasnęła w dłonie na znak, że nic nie zdoła zachwiać jej postanowienia. Frank odezwał się ze śmiechem:
— Niechże pani osiądzie w tej pięknej miejscowości! Ale zaraz pierwszego dnia przybędą Indjanie, wyrwą pani włosy — i to pojedyńczo. Pani sądzi, że można tu osiąść, jak w domu w fotelu ojcowskim, lub na ławce? Chce pani handlować? Kto tu przyjdzie po kupno? Z czego pani będzie żyła? I czem będziesz oddychała? Jeśli pani tu zostanie przez trzy dni, nasiąknie pani takim zapachem, że nie zmyje go cały ocean transatlantycki.
Ostrzeżenie podziałało na panią Rozalję, która z zamyśloną miną zwróciła się do męża po radę. Tymczasem reszta towarzystwa otrząsnęła się ze zdziwienia. Klęcząc na brzegu, badano naftę i głośno dzielono się spostrzeżeniami. Winnetou i Old Shatterhand wycofali się, aby obejść dokoła jezioro i przeszukać brzeg dokładniej, niż poprzednio Apacz.
Największe wrażenie wywarła nafta na kantorze. Pozostali dawno już ocknęli się, a on stał wciąż jeszcze na miejscu. Wraził rozszerzone oczy i otwarte usta w powierzchnię wody. Wreszcie Hobble-Frank zwrócił nań uwagę, podszedł i, dając mu klapsa w plecy, rzekł:
— Cała pana imaginacja zdrętwiała? Naprawdę, wydaje mi się, że pan stracił mowę ojczystą! Jeśli pan nie potrafi mówić, to spróbuj przynajmniej wyśpiewać kilka tonów, panie kantorze!
Kantor odzyskał mowę. Odetchnął głęboko, bardzo głęboko, i odpowiedział:
— Kantor emeritus, jeśli mogę prosić, panie Frank! Czuję się w szczególny sposób zemocjonowany. To nadzwyczajny widok! Opanowała mnie myśl, myśl równie dzika i nieopisana, jak to jezioro, powiadam panu.
— Jaka myśl, panie kantorze emeritus? Czy mogę wiedzieć?
— Tak. Panu to opowiem, sub conditione, że zachowa pan tajemnicę.
— O, może pan być pewny mojej dyskrecji! Czy ta myśl jest tajemnicą?
— Jeśli się dowie o niej inny kompozytor, natychmiast mnie ubiegnie. Wszak wiadomo panu o mojej operze heroicznej?
— Tak — — dwanaście aktów.
— Tak jest. A czy wie pan również, co wprowadzę do tej opery?
— Naturalnie, że wiem.
— No cóż?
— Muzykę.
— Oczywiście. To się samo przez się rozumie! Chodzi mi jednak o treść tej muzyki, o treść, odnoszącą się do inscenizacji.
— Wobec tego muszę oświadczyć, że zajmowałem się wprawdzie wszystkiemi naukami, ale co się tyczy muzycznej inscenizacji, to dopiero zaczynam ją studjować. A zatem dalej! Co pan chce wprowadzić?
Kantor zbliżył usta do ucha Franka, przystawił obie dłonie i szepnął:
— Wprowadzę takie —  — jezioro nafty!
Frank cofnął się o krok i zapytał:
— Czy na scenie?
— Tak! Nieprawdaż, jest pan zdumiony? — zapytał triumfujący emeritus. — To nawet podważy Ben Akibę!
— Ben Akibę? Dlaczego?
— Twierdził, że wszystko już było. A przecież jeziora nafty na scenie jeszcze nigdy, nunquam nie było!
— Być może. Ale, co się tyczy Ben Akiby, to się pan bezwarunkowo myli. Czy wie pan, kto powiedział, że wszystko było?
— Właśnie Ben Akiba.
— Nie. Mówi pan ni w pięć, ni w dziewięć. To Benjamim Franklin oświadczył, że wszystko już było, kiedy, po wynalezieniu piorunochronu, przechodził koło gumna, na którem już dawno sterczał piorunochron. A Ben Akiba, o ile panu wiadomo, był perskim wodzem, który pokonał greckiego cesarza Granikusa w bitwie morskiej przy Gideonie i Ajalonie.
— Drogi panie Frank, Gideon i Ajalon — to z Biblji, z księgi sędziów, gdzie Jozue — — —
— Milcz pan z łaski swojej! — zgromił go urażony Frank. — Skąd Gideon i Ajalon — to rzecz moja, a nie pana. Nie wtrącaj się pan do mojej wiedzy, jak ja się nie wtrącam do pańskiej! Wszak zostawiam panu wolną wolę. Czy pan wprowadza do opery jezioro nafty, czy operę do jeziora nafty, to mnie nic a nic nie obchodzi!
Odwrócił się i przyłączył do Drolla, Sama, Dicka Stone i Willa Parkera, którzy, podobnie jak Old Shatterhand i Winnnetou, zaczęli badać teren. Old Shatterhand zauważył ich, pośpieszył szybko i poprosił.
— Miejcie się na baczności, messurs; nie zacierajcie śladów! Co właściwie chcecie tutaj wypatrzeć?
— Chcemy odszukać miejsce, gdzie napadnięto na pięciu białych, — odpowiedział Hawkens.
— Nie odszukacie. Nasze konie zatarły wszelkie ślady nieopodal wąwozu. My szukamy czego innego, znacznie ważniejszego
— Czego, sir?
— Jaskini, gdzie ukrywano beczki z naftą. Hultaje dobrze zatarli ślady.
— Nie do wiary! Jaskinia, która może pomieścić tyle beczek, musi być obszerna, a zatem mieć szersze wejście. Wytoczono beczki nad wodę i po odszpuntowaniu i wypróżnieniu ukryto zpowrotem. Musiały przecież pozostać ślady!
— Naturalnie. Ale właśnie te ślady znakomicie zatarto.
— Pozwólcie szukać, sir! Na pewno wykryjemy.
— Dobrze, ale starajcie się nam nie przeszkadzać.
Zazwyczaj tak domyślni westmani przeszukali całą kotlinę; upłynęła godzina, a nie osiągnęli celu. Winnetou, niedościgniony mistrz w szukaniu śladów, stracił wszelkie nadzieje i rzekł do Old Shatterhanda:
— Mój biały brat nie powinien się trudzić. Tylko przypadek może nam odkryć jaskinię.
Aliści Old Shatterhand był bardziej uporczywy. On nie miałby znaleźć miejsca, którego istnienie zostało absolutnie stwierdzone? Uważał za punkt honoru osiągnięcie celu, i odpowiedział:
— Co potrafi przypadek, do tego i my jesteśmy zdolni. Poco uczono nas myśleć? Zamknął oczy, aby nic mu nie przeszkadzało, i stał przez chwilę cicho i nieruchomo. Winnetou obserwował go, zobaczył szczególny wyraz twarzy i zapytał:
— Mój brat znalazł drogę?
— Tak, — rzekł Old Shatterhand, otwierając ponownie oczy, — co najmniej mam nadzieję. Nietrudno będzie znaleźć jaskinię. Było z czterdzieści ciężkich pełnych beczek. Takie baryłki musiały trawę tak ugnieść, że niepodobna jej podnieść rękoma. Będzie leżała przez szereg jeszcze dni. Lecz ta praca została dokonana dopiero w wczoraj, najwyżej przedwczoraj. Trawa zatem musi jeszcze być zgnieciona. Czy mój czerwony brat podziela moje zdanie?
— Old Shatterhand ma słuszność — potwierdził Apacz.
— Ślad zatem ciągnie się tamtędy, gdzie niema trawy. Droga od brzegu do skały z jaskinią jest niezarośnięta.
Uff, uff! — krzyknął Winnetou. Bronzowa jego twarz spłonęła rumieńcem radości, czy też wstydu, że sam nie wpadł na tę myśl.
— Zresztą, — dodał Old Shatterhand — należy sądzić, że przy przenoszeniu barył została rozlana nafta i że brzeg został uszkodzony. Byłoby to widoczne, gdyby brzeg pokrywała darnina. Natomiast na gołej ziemi, czy kamieniu można było uszkodzenie naprawić. A teraz niech mój czerwony brat przeszuka całe wybrzeże; wszędzie ujrzy trawę i darninę, za wyjątkiem dwóch miejsc, które wnet przeszukamy.
Jedno z owych miejsc znajdowało się blisko wylotu kotliny. Tam poszli obaj w towarzystwie westmanów, ciekawych wyniku.
Szeroki, może na trzy łokcie, pozbawiony roślinności pas piasku szlamistego i żwiru ciągnął się od skał do jeziora. Myśliwy ukląkł wpobliżu jeziora i obwąchał ziemię.
— Znalazłem! — zawołał. — Tu pachnie naftą. Rozlano tu zapewne nieco płynu.
Rękoma odgarnął ziemię. Grunt był zwilżony naftą. Zasypano go warstwą piachu.
— A więc tu wypróżniono beczki — rzekł. — Jeśli nawet brzeg został uszkodzony, łatwo było to zamaskować żwirem. Jaskini należy szukać tam, gdzie ten pas dochodzi do skał. Zobaczymy!
Szedł owym pasem, który kończył się u skały wysokim nasypem; pozostali poszli za nim. Zatrzymał się przed nasypem, obejrzał go i oświadczył:
— Tak. Jesteśmy u celu. Za tym kopcem znajduje się jaskinia.
Hobble-Frank chciał się pochlubić swojem znawstwem i zapytał:
— To stwierdził pan jednem spojrzeniem, panie Shatterhand?
— Tak — odparł zapytany.
— W takim razie i ja musiałbym poznać. Czy mogę spojrzeć?
— Proszę bardzo!
Frank oglądał nasyp ze wszystkich stron, ale zdawał się nic nie znajdować.
— No? — zapytał Old Shatterhand. — Co pan widzi, miły Franku?
— Kupę podobną do każdej innej; ta się nazywa kupą kamieni, gdyż jest kupą, składającą się z kamieni.
— Czy widzi pan tylko kamienie?
— Tak. Nic poza tem.
— Niech pan rozważy, że w takich okolicznościach nawet najmniejsza drobnostka nabiera ogromnej wagi!
— Tak, a zatem mam szukać drobnostki najmniejszej. Ale nic nie znajduję!
To samo mogli orzec pozostali. Tylko Apacz wydał cicho radosny okrzyk — Uff! — Jego spojrzenie padło na martwego chrabąszcza, do połowy wysuniętego z pod kamienia.
— Dziwne! — roześmiał się Old Shatterhand. — Tylko Winnetou zmiarkował, co mam na myśli. Frank, czy nie widzi pan tego czarnego chrabąszcza, który do połowy wychylił się z pod kamienia?
— Tak, chrabąszcz. Zauważyłem od początku.
— No, i — — —?
— No — — i — —? Co no, co i? Chrabąszcz i nic więcej!
— Nic więcej? Nawet bardzo wiele, gdyż stwierdza, że stoimy przed jaskinią.
— Jakto? Ten? Co on może twierdzić? Gdyby nawet rozmawiał po ludzku, to przecież tylko za życia.
— Tak. Co go jednak pozbawiło życia?
— Czy ja wiem? Może zwężenie kiszek, może zapalenie stawów.
— Weź go pan i obejrzyj!
Frank musiał podnieść kamień, aby wziąć chrabąszcza.
— Kamień go przycisnął — oświadczył po zbadaniu.
— Słusznie! Ale jakże się to mogło zdarzyć? Czy ten owad sam się wtłoczył pod kamień z samobójczą intencją?
— Nie. Nato był chrabąszcz za słaby. Kamień opadł nań i — — —
Urwał, namyślał się przez chwilę, uderzył ręką w czoło i zawołał:
— Nareszcie złapałem byka za rogi! Teraz pojmuję! Czy można było pomyśleć, że taki roztropny człek, jak ja, okaże się tak bajecznie głupi! Kamienie przyprawiły biednego chrabąszcza o śmierć. Więc kopiec z początku usunięto, a potem znowu usypano. Poco i dlaczego? Ponieważ zamyka wejście do jaskini i — —
Hobble-Frank znowu umilkł i nadstawił ucha.
— Co takiego? Zapytał Old Shatterhand.
— Słyszałem coś — odparł Frank.
— Gdzie? W jaskini?
— Tak. Głuchy szmer jakgdyby podziemnego głosu. Boże miłosierny! Chyba to nie niedźwiedź!
— Wątpię!
— Ale jakież to brzmienie! Posłuchaj pan! Znowu słyszę!
Old Shatterhand ukląkł i nasłuchiwał. Naraz skoczył na równe nogi i zawołał:
Panie Boże, tam są ludzie! Wołają o pomoc! Usuńcie kamienie, natychmiast, natychmiast!
Dziesięć rąk zabrało się bezzwłocznie do wykonania rozkazu. Po kilku chwilach ukazał się otwór jaskini.
— Czy jest tam kto? — zapytał Old Shatterhand po angielsku.
Yes — odpowiedziały dwa głosy równocześnie.
— Któż taki?
— Nazywam się Rollins — a ja Baumgarten — odpowiedzieli obaj.
— Rollins i Baumgarten! — rozległo się dookoła.
To była wielka niespodzianka. Wszyscy sądzili, że obaj ci ludzie dostali się do rąk Nijorów, po uprzedniem schwytaniu przez Nawajów. Uwięzieni byli uszczęśliwieni głosem ludzkim i światłem dziennem, które przenikało przez coraz większy otwór. Pomyśleli, że to może jednak być król naftowy z Buttlerem i Pollerem. Dlatego bankier zapytał o nazwiska.
— To my, — odezwał się Hobble-Frank, zawsze skory do usług, — zbawcy w potrzebie: Winnetou, Old Shatterhand, Droll, Sam, Dick i Will. Przekonacie się naocznie. Wchodzę do was!
Wlazł do otworu, z którego rozległ się okrzyk radosny. Wkrótce cały nasyp został usunięty. Otwór był średniej wysokości ludzkiej i tak szeroki, że łatwo było przenieść baryłkę. Frank zatrzymał innych i rzekł:
— Zostańcie! Zaraz przyjdziemy. Muszę przedewszystkiem przeciąć im pęta.
Nadeszli śmiertelnie bladzi z przebytego strachu, osłabieni pod wpływem więzów i odurzeni zapachem nafty, panującym w jaskini. Uścisnęli ręce znajomym z rancha Fornera, poczem pełnemi czci spojrzeniami zmierzyli Old Shatterhanda i Winnetou.
— Mogliście łatwo przeprawić się na tamten świat — oświadczył Old Shatterhand. — Długośmy napróżno szukali tej jaskini i już zamierzaliśmy opuścić jezioro. Gdybyśmy ten zamiar wykonali, zginęlibyście powolną śmiercią. Naturalnie, jesteście spragnieni i głodni?
— Ani jedno, ani drugie, — odpowiedział Baumgarten. — Dziękuję panu, sir! Nie myśleliśmy o jedzeniu, ani o piciu, lecz o straszliwej śmierci, któraby nas dotknęła, gdyby nie wasza pomoc.
— Czyście się nie spodziewali, że przyjaciele pojadą za wami?
— Jakże mogliśmy? Sądziliśmy, że jęczą uwięzieni w pueblu. Mogę pana zapewnić że wdzięczność, którą — —
— Nie mówcie o tem! — przerwa! Old Shatterhand. — Odłóżcie podzięki na później! Teraz naewszystko chcę się dowiedzieć o czemś ważniejszem. Prawdopodobnie, mimo osłabienia, możecie odpowiadać.
— O, na świeżem powietrzu czujemy sie znacznie lepiej!
— Pięknie! Zresztą, nie jest pan nam obcy. Winnetou i ja widzieliśmy już pana.
— Ach! Kiedy i gdzie? — zapytał bankier.
— O dzień jazdy do puebla, gdyście wieczorem siedzieli nad strumykiem. Podpełzliśmy do was między gałęźmi tak blisko, żeśmy słyszeli waszą rozmowę.
Good luck! A więc dowiedzieliście się o placerze nafty.
— Tak.
— I żeśmy dążyli do Gloomy-water?
— Gdzie niema nafty... Tak, słyszeliśmy.
— Sądziliście, że niema tam nafty? Dlaczegoście się nie pokazali? Dlaczegoście nas nie ostrzegli?
— Dlaczego? Ponieważ zachodzi pytanie, czybyście mi uwierzyli. Wszak was ostrzegano bez skutku. Zresztą, nie mieliśmy czasu zajmować się królem nafty. Musieliśmy jechać do puebla, aby uwolnić jeńców.
— I samowtór podołaliście?
— Jak widzicie, tak.
— Ależ to być nie może! — zawołał Rollins, szeroko wytrzeszczając oczy. Dwóch ludzi! I nikt więcej! Jakże pan tego dokonał, sir?
— Później panu opowiemy, Mr. Rollins. Teraz chcielibyśmy się dowiedzieć cd pana, w jaki sposób uciekliście z puebla i co się później przytrafiło. Siądźcie i opowiadajcie!
Całe towarzystwo usiadło na trawie, i bankier zdał sprawę z przygód ostatnich dni kilku. Można sobie wyobrazić, w jaki sposób odzywał się teraz o trójce oszustów. Atoli Old Shatterhand przerwał:
— Gniewaj się nietylko na nich, ale także na siebie, sir! Zaufanie, którem obdarzałeś tych szubrawców, jest niepojęte. Podobnie ta beztroska, z którą pan wystawiał się na niebezpieczeństwa, jest dla mnie, naprawdę, niezrozumiała.
— Uważałem Grinleya za uczciwego człowieka — bronił się Rollins cichym głosem.
Pshaw! Temu łotr patrzy z oczu. A również kiedy chodzi o tak wielkie sumy i takie przedsiębiorstwo, inaczej się do rzeczy należało zabrać.
— Wywierał na mnie presję. Wszystko miało się odbyć w tajemnicy.
— Aha! Czy Mr. Baumgarten jest ekspertem w kwestjach nafty?
— Nie.
— Co z was zs ludzie! Powinniście byli przynajmniej zabrać ze sobą fachowca!
— Grinley sądził, że chwilowo to zbyteczne. Ponieważ nafta pływa na powierzchni wody, więc trzeba tylko rzucić na nią okiem, aby się przekonać, że interes jest naprawdę świetny.
— A kiedyście tu przybyli i zobaczyli, jak nafta pływa na powierzchni wody, byliście bardzo zachwyceni?
— Naturalnie! Przyznaje pan chyba, sir, że to pierwszorzędny placer nafty?
Old Shatterhand zmierzył go zdumionym spojrzeniem, zanim odpowiedział:
— Widzi mi się, że jeszcze teraz nie zdaje pan sobie sprawy z sytuacji. Uważacie to jezioro za naturalny basen nafty?
— Stanowczo! Grinley mówił prawdę; ale, po otrzymaniu naszego przekazu, szubrawcy powalili nas i zamknęli w jaskini. Prawdopodobnie zamierzają teraz sprzedać jezioro komu innemu.
— Czyście nie obejrzeli jaskini?
— Jakże mogliśmy? Kiedyśmy się ocknęli, w jaskini było ciemno. Silny zapach nafty świadczył, że tam jest właściwe jej źródło.
— To słusznie. Ale nie jedno źródło, lecz wiele źródeł, skleconych z drewnianych klepek.
— Klepek? Nie rozumiem!
— A więc zejdźcie tam i rozejrzyjcie się, messurs! Wprawdzie nie byłem jeszcze w jaskini, ale, sądzę, że znam jej zawartość. Przedtem chciałbym zapytać, czy dobrze obejrzeliście naftę?
— Naturalnie.
— I jakie pan wyniósł przekonanie?
— Oględziny wypadły jak najpomyślniej.
— Moje również — roześmiał się Old Shatterhand. — Nie jest to ropa naftowa, z której dopiero wyrabia się olej lampowy, smarowy i naftę. Jest to już nafta rafinowana. Czy to nie wydało się wam podejrzanem?
— Nie. Chce pan powiedzieć, że to nie jest ropa naftowa?
— Tak. To mam na myśli.
— A cóżto takiego?
— Sam pan odpowie na to pytanie, skoro obejrzysz jaskinię. Jak pan sądzi, od jakiego czasu jezioro obfituje w naftę?
— Kto może wiedzieć! Od stuleci może, albo i dłużej.
— Kto może wiedzieć? Ja wam powiem: od onegdaj.
— Od — — oneg — daj? — powtarzał bankier. — Znowu pana nie rozumiem, sir!
— Nie? W takim razie muszę wyrażać się jaśniej. Przecież Bóg pana obdarzył wzrokiem — czy nie widzisz ogromnych ławic zdechłych ryb?
— Naturalnie.
— Co mogło przyprawić je o śmierć?
— Oczywiście, nafta. Ryba nie może żyć w nafcie.
— Doskonale! Od jak dawna mogą być te ryby nieżywe?
— Może od dwóch dni, niedłużej, gdyż inaczej dawnoby zgniły.
— A gdzie się znajdowały za życia? Czy spacerowały pod drzewami? Ryby nie żyją od dwóch dni, a zatem do onegdaj żyły w jeziorze. Nafta je zatruła. A więc, od jak dawna nafta znajduje się w jeziorze?
Teraz dopiero bankierowi rozjaśniło się w głowie. Zerwał się na równe nogi, wraził oczy w Old Shatterhanda, powiódł wzrokiem po jego towarzyszach, poruszył wargami, — lecz nie mógł dobyć głosu.
— No, jakże, sir, nie chce mi pan dać odpowiedzi? Jeśli od onegdaj znajduje się tutaj pewien gatunek nafty, wyrabiany w rafinerjach, więc chyba można się pytać, jak należy wyjaśnić tak wielce interesujący i niepojęty fakt. Odpowiedź znajdzie pan w jaskini. Wejdź pan, Mr. Rollins!
— Wejdę, wejdę! — zawołał bankier. — Wpada mi coś na myśl, coś tak niezwykłego, że nie mogę tego wypowiedzieć. Chodź pan, Mr. Baumgarten!
Pociągnął za sobą buchaltera i znikł w jaskini. Towarzystwo usłyszało stamtąd parę okrzyków; potem rozbrzmiało toczenie się kilku beczek; wkońcu bankier wyskoczył i zawołał w podnieceniu:
— Co za szwindel! Co za oszustwo! Sprowadzono naftę, aby wyłudzić ode mnie pieniądze!
— Tak jest, sir, — potwierdził Old Shatterhand. — Kiedy tylko usłyszałem o nafcie, byłem przeświadczony, że to szwindel. Król naftowy wysłał naprzód Buttlera i Pollera nie na zwiady, lecz w celu wypróżnienia beczek i ukrycia ich następnie w jaskini. To oszustwo zostało przygotowane oddawna, starannie, z wielkim nakładem pracy. Przecież niełatwo sprowadzić tutaj czterdzieści baryłek nafty.
— Ale też dobrze im zapłacono, hihihihi! — roześmiał się Sam Hawkens. — Chcecie wyczerpać naftę i napełnić ponownie beczki, czy też zabierze pan ze sobą puste baryłki, Mr. Rollins?
— Nie drwij pan ze mnie! — zawołał bankier. — Moje pieniądze, moje pieniądze, piękne pieniądze! Muszę je odzyskać za wszelką cenę. Musi mi pan pomóc, Mr. Shatterhand!
— Tymczasem nie chodzi o pieniądze, lecz o przekaz, — odpowiedział myśliwy. — Uważa pan, że na ten przekaz wypłacą im pieniądze w San Francisco?
— Pewnie, jeśli łotrom uda się zbiec z niewoli i dotrzeć do Frisco. Wszak mówił pan poprzednio, że schwytali ich Nijorowie.
— Tak jest. Z początku napadli na nich Nawajowie, a potem wszyscy razem dostali się w ręce Nijorów.
— Prawdopodobnie Indjanie ograbili jeńców. Jak pan sądzi, sir?
— Na pewno.
— A więc odebrali królowi nafty przekaz? W takim razie czek nie dojdzie do San Francisco!
— Ja też tak sądzę, aczkolwiek nie twierdziłbym, że odebrali Grinleyowi kwit. Niektóre plemiona są tak ucywilizowane, że znają sztukę czytania a nawet pisania, ale do takich nie zaliczają się tutejsze szczepy. Dziki Indjanin uważa każde pismo za czary, których nie powinien dotykać. Dlatego mogło się zdarzyć, że Nijorowie zostawili Grinleyowi przekaz. Jeśli mu się uda zbiec, pojedzie do Frisco i odbierze pieniądze.
— A więc najlepiej go wyprzedzić! Jak się pan zapatruje na podróż moją i Baumgartena do Frisco w celu uprzedzenia tamtejszego banku? Skoro szubrawiec przyjdzie z czekiem, zostanie bezzwłocznie aresztowany.
— Wobec obecnie panujących tutaj stosunków trzeba tej myśli zaniechać. Nie zajedzie pan daleko. Zresztą, zbyteczna jest podróż do San Francisco, gdyż wystarczy jechać do Prescott, aby zawiadomić tamtejszą władzę i ostrzec bank przez pocztę.
— Słusznie, bardzo słusznie! A więc ruszamy do Prescott! — Nie tak prędko, Mr. Rollins! Stąd do Prescott jest co najmniej dziesięć dni jazdy, ponieważ długość linji powietrznej wynosi prawie pięćdziesiąt mil geograficznych. A co najważniejsze, czy zna pan drogę?
— Nie. Może kto z waszych znajomych zechciałby towarzyszyć nam za dobrą zapłatę.
— Żaden z nas nie najmuje się na przewodnika. Należy także rozważyć, że droga do Prescott wypada przez miejscowości, te raz bardzo niebezpieczne. Trzy osoby — wy obaj i przewodnik? Nawet jeśli te będzie dzielny zuch, należy sądzić, że nie dotrzecie do celu.
A więc mam z założenemi rękami czekać, aż stracę majątek?
Szi-So, młody Nawaj, podszedł do Shatterhanda i rzekł:
— Sir, czy pozwoli mi pan odpowiedzieć na pytanie, zadane przez Mr. Rollinsa?
— Proszę — skinął myśliwy.
Szi-Szo zwrócił się do bankiera i rzekł pewnym siebie tonem:
— Niech się pan nie smuci, sir! Otrzyma pan przekaz zpowrotem.
— Istotnie? — zapytał ucieszony Rollins. — W jaki sposób?
— Ode mnie. Jestem Nawaj. Nijorowie są teraz naszymi wrogami. Schwytali w niewolę ośmiu Nawajów, moich braci. Mam obowiązek pokusić się o uwolnienie tych jeńców. A wówczas także król naftowy wpadnie w moje ręce. Odbiorę mu przekaz i zwrócę panu.
Bankier ze zdumieniem obejrzał młodzieńca, który mówił z taką pewnością siebie.
— Chce pan uwolnić swoich braci, mój mały sir? Czy wie pan, ilu Nijorów ich napadło?
— Tylko trzydziestu.
— Tylko?! I pan sam zamierza z nimi stanąć do walki?
— Nie lękam się ich. Zresztą, nie będę sam. Odszukam wojowników mego plemienia.
— Czy wie pan, gdzie obozują?
— Było ośmiu wywiadowców; z tego należy sądzić, że wojownicy obozują niedaleko.
— Ale, Szi-So, nim ich znajdziecie, upłynie sporo czasu i Nijorowie tymczasem uciekną.
— Nie uciekną! — wtrącił Old Shatterhand. — Co powie o mojem postanowieniu Winnetou?
Nie wyraził jeszcze tego postanowienia, a jednak Apacz zrozumiał go i natychmiast odparł:
— Pochwalam. Udamy się w pościg za Nijorami, odbijemy Nawajów i odbierzemy czek od króla naftowego.
— Dziękuję wam, dziękuję! — zawołał ucieszony Rollins. — Wobec tego nie ulega wątpliwości, że odzyskam pieniądze! Ale kiedy wyruszymy? Naturalnie, że natychmiast, moi panowie?
— Jak najprędzej — odpowiedział Old Shatterhand. — Przedtem jednak obejrzę jaskinię, a następnie Winnetou zaprowadzi mnie do miejsca w lesie, gdzie obozowali Nijorowie.
Dopiero teraz zbadano wnętrze jaskini. Była to naturalna grota, wydrążona przez spływające z lasu zacieki. Stąd to wąskie pasmo piasku i gruzu, które prowadziło do Mrocznej Wody. Stało tutaj czterdzieści baryłek od nafty, parę haków i topór nic więcej. Dwie beczki były rozbite; zabrano szczapy, gdyż stanowiły świetny materjał palny, który mógł się przydać w miejscach pozbawionych drzewa.
Następnie Winnetou i Old Shatterhand poszli zbadać miejsce, gdzie obozowali Nijorowie. Towarzystwo, oczekując ich powrotu, rozłożyło się na trawie. Utworzyły się liczne grupy. Ale wszystkich zajmował jeden i ten sam temat: przeżycia ostatnich kilku dni, czyny Old Shatterhanda i Winnetou.
Zwłaszcza Hobble-Frank prawił o nich wiele. Siedział wraz z niemieckimi wychodźcami i opowiadał właściwą sobie drastyczną gwarą kilka zdarzeń ze współżycia z Old Shatterhandem i Winnetou. Kantor przysłuchiwał się z wielką uwagą i wykorzystał pauzę w opowiadaniu Franka, aby zauważyć:
— Oto właśnie, czego mi trzeba! Takie czyny chcę pokazać na scenie! Ale natrafiam na trudność, do której przezwyciężenia może się pan przyczynić, panie Hobble-Frank.
— Jaka trudność? Ja właśnie lubię trudności. Zadanie łatwe — ani mnie grzeje, ani ziębi. Ale trudne, żądające wysiłku, — oto, co zawsze było moją namiętnością. A więc zwracaj się pan do mnie, panie kantorze emeriticus! Jaką trudność ma pan na myśli?
— Hm! Czy słyszał pan, aby Old Shatterhand, lub Winnetou śpiewali?
— Śpiewali? Nie!
— Ale wszak umieją śpiewać? A może pan myśli, że nie?
— Czy umieją śpiewać? Co za pytanie! Wstydziłby się pan o tem wątpić! Powiadam panu, że ci dwaj panowie umieją wszystko bez wyjątku, a zatem także śpiewać.
— Nie przemawiaj tak surowo, panie Hobble-Frank! Nie chciałem ich urażać. Jak pan sądzi, czy Old Shatterhand zaśpiewa, jeśli go o to poproszę?
Hm! — mruknął Hobble-Frank z uśmiechem powątpiewania.
— A Winnetou?
— Ten na pewno nie! Jest mistrzem we wszelkich sztukach, sądzę przeto, że i pierwszorzędnym śpiewakiem; ale, jeśli mam być szczery, nie mogę sobie nawet wyobrazić Winnetou śpiewającego.
— Naprawdę nie?
— Nie. Wyobraź pan sobie tego znakomitego wodza z rozkroczonemi nogami i rozwaloną gębą na sali koncertowej, śpiewającego śliczną pieśń: Jasne słoneczko późno dziś wstało.
— Słowa pana nie są pozbawione pewnej racji. Ale przecież Indjanie także śpiewają!
— Naturalnie! Słyszałem już niejednego śpiewaka w mokasynach.
— Jakżeto brzmiało? Co śpiewali? Czy na jeden głos, czy też na wiele? To bardzo dla mnie ważna sprawa.
— Znowu pan zadaje dziwaczne pytanie! Kiedy jeden śpiewa, mamy śpiew na jeden głos. A może pan sądzi, że jeden człowiek może śpiewać na osiem głosów? Kiedy dwunastu śpiewa — jest śpiew na dwanaście głosów. Każdy dudek na tem się pozna. Chce pan wiedzieć, jak to brzmi? No, nie tak, jak u wielkich kompozytorów Mozarta, Galvaniego, Correggio. Niełatwo jest opisywać głos. Wyobraź pan sobie jednak wielkie miechy kowalskie, w których siedzą: biały niedźwiedź, kogut i troje prosiąt; zacznij pan wyciągać i ściskać te miechy, a będzie to brzmiało jak prawdziwa indjańska operetka. Czy zrozumiał pan?
— Tak. Exemplum pana jest dosyć jasne.
— No, więc co pan chce od Old Shatterhanda i Winnetou? Dlaczego mają śpiewać?
— Ponieważ chciałbym wiedzieć, jakie mają głosy.
— Piękne głosy, oczywiście, bardzo nawet piękne głosy! Obraziłby pan ich, gdybyś nie dowierzał mojemu zapewnieniu.
— Że piękne, nie wątpię; chciałbym jednak wiedzieć, czy to tenory, barytony, czy basy?
— Czy zależy panu na tej wiadomości?
— Tak. Wszak będą głównymi bohaterami mojej opery. A zatem muszę znać tonację ich głosów.
— Banialuka! Tonacja głosów! Poco panu wiedzieć o tem zgóry? Old Shatterhand i Winnetou wystąpią i zaśpiewają. Dobrze — więc czekaj pan, a dowiesz się, czy mają tenory, basy, czy barytony! Niema przecież potrzeby frasować się o to zgóry.
— Mylisz się pan! Wszak muszę przedtem skomponować opus, które będą śpiewać!
— Naturalnie! To obowiązek pana jako kompozytora.
— A więc muszę wiedzieć, czy ułożyć śpiew na bas, czy na tenor!
— Kładź go pan w partyturę — tam jego miejsce! Później znajdzie go kapelmistrz, jeśli zna się na muzyce, o czem nie chcę wątpić.
— Ależ — gorączkował się kantor — zanim opracuję partyturę, muszę wiedzieć, jaki głos — —
— Zostaw mnie pan ze swoim głosem w spokoju! — rozzłościł się Frank. — Powiedziałem już panu, co o tem myślę. Przecież posiada pan coś na podobieństwo ludzkiego rozumu, a więc chyba wystarczy panu raz powiedzieć. Zmiarkuj pan to sobie, że prawdziwa mądrość nigdy nie wymaga powtórzenia!
Kantor otworzył usta do odpowiedzi; dlatego Hobble-Frank dodał:
— Milcz pan! Pozwól mi się pan wypowiedzieć! Rada, której panu udzielam, jest wyśmienita i oszczędzi panu wiele czasu, troski i roboty. Niech pan skomponuje swoją heroiczną operę, ale niech pan sobie głowy nie zaprząta basem, czy tenorem: kiedy podniosą kurtynę i artyści zaczną śpiewać, wówczas samo się okaże, czy się nadają na tenorów, czy też urodzili do kontrabasów. Chyba to rzecz śpiewaka, czy brać ton wysoki, czy niski. Ja, naprzykfad, nie pozwoliłbym sobie narzucać tenora, skorobym miał kontrabas w gardle. Zechciej mi pan wierzyć! Mogę o tem wyrokować, gdyż za owych czasów, kiedy byłem pomocnikiem leśniczego w Moritzburgu, należałem do miejscowego kółka śpiewaczego, i nawet piastowałem poufną godność klucznika; mianowicie, po ćwiczeniach, zamykałem na klucz nuty i pałeczki, co, zdaje się, ma jakieś znaczenia!
Hobble-Frank nie poprzestałby na tem; ale oto wrócili Winnetou i Old Shatterhand i zalecili przygotować się do wymarszu.
— Szliśmy — oznajmił Old Shatterhand — jakiś czas po śladzie Nijorów. Zdaje się, że zdążają ku Chelly, z czego powinniśmy być zadowoleni, tamtędy bowiem prowadzi również nasza droga. — — —




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.