Śmierć Felicyana Dulskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Śmierć Felicyana Dulskiego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1911
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
GABRYELA ZAPOLSKA



ŚMIERĆ
FELICYANA DULSKIEGO
OPOWIADANIE
Gebethner i Wolff - logo.jpg
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1911

KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.





Pani Dulska jest od dłuższego czasu chora.
Pani Dulska jest aż żółta — a w ustach ciągle ma ruch, jakby coś żuła. Pani Dulska twierdzi, że jej się »żółć rozlała«.
Tak, po prostu — po całem ciele. Ze zgryzoty pękł pęcherzyk z żółcią i ta rozmazała się po całem ciele pani Dulskiej. Tak twierdzi pani Dulska i napełnia cały dom tem twierdzeniem i swoją żółcią. Od rana do nocy słyszy się to słowo i czuje się w powietrzu smak dziwnej goryczy, a barwę zielonawożółtą. Gdy siadają do stołu, pani Dulska żuje zawzięcie fikcyjną żółć swoją, a Hesia, siedząca naprzeciw matki, mimowoli naśladuje ruch jej ust, ku zgorszeniu i przerażeniu Meli. Ta ostatnia już zupełnie ujawniła krzywą łopatkę prawą, którą zdołała wypracować sobie na pensyi do wyżyn prawie garbu. Mimo to, ma twarzyczkę Madonny zakatarzonej. Jest w niej jednak lęk istoty, bojącej się życia. Natomiast Hesia ma w sobie zdecydowanie kogoś, kto już wziął się za bary z tem, co jej było przeznaczone. Pewien uśmieszek drga u niej w kącikach ust, które pełne, czerwone, trochę spierzchnięte, pracują usilnie, aby pochwycić ruch żucia owej »żółci«, którą matka transportuje ze sobą codziennie z tragizmem skazanej na wieczyste męczarnie istoty, która »życie ze siebie wypluła«, a teraz »taką ma wdzięczność...«

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

O co chodzi pani Dulskiej — poniżej.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Obok niej przy stole Felicyan. On jest bez zmiany. Zawsze zasuszony, pergaminowy. Zmarszczył się tylko trochę, ale suchy jest tak, jak trzaski, trzymane długo przy piecu przez starowną kucharkę. Tylko tam coś, coś pod skórą, za każdym jękiem Dulskiej, jakby się przewija, jakby iskra przeleci, jakby ktoś niteczką pociągnął. Felicyanowi zaświeci się w oczkach, pod powiekami jakieś światełeczko. Nic więcej. Je dalej to, co mu żona nałożyła na talerz, i milczy. Ale to światełko zabłysło, i niteczka jakby radości zadrgała.
Schadenfreude!... to nieokreślone uczucie, specyalnie wypielęgnowane w kołtuńskich ściślejszych związkach, migoce wtedy na twarzy Felicyana. Coś tam w głębi tej pergaminowej, milczącej zagadki cieszy się i skamle, że i »jej« wreszcie coś dopieka. Choćby taka »żółć«.
— Żółciła się, żółciła się... aż ją teraz zalewa... niech!
Tak myśli pergaminowy człowieczek i spożywa »płucka na kwaśno«, które są wydatne zdrowe i zastępują mięso, według słów pani domu.
Obiad kończy się w atmosferze nienawiści, milczenia, żucia i stękań Dulskiej. Jedna Mela trwożny wzrok współczucia podnosi na matkę. Jedna, jedyna. Jest to objaw histerycznej blednicy. Morbus Charcot, czy jak tam. Dziwnie się kochają w tym łańcuchu rodzinnym. Mela zaproponowała nieśmiało doktora.
Na Dulską podziałało to, jakby nasypanie żaru.
— Co? — zawołała, trąc świecące czoło, na które krzywo zwisał modny abażur cokolwiek źle dobranych włosów. — Co?... ja miałabym się radzić lekarza?
— Ależ, proszę mamy...
— Nigdy! nigdy! nigdy!...
Pani Dulska drapuje się przytem w starą rotundę, w której wycięła dwie dziury na ręce i w której chadza »na po domu« zamiast szlafroka.
Mela kurczy się, podciąga nosem.
— Doktór by mamci może pomógł.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I oto rozwarły się upusty wymowy pani Dulskiej i wybuchnęła cała jej nienawiść do doktorów, którą piastuje w swem łonie.
— Co? pomógł? kto? doktór? Rzeźnik, chytrzec, weterynarz, truciciel, blagier, oszust! Cóż to, czy jak byłaś mała, to wtedy, kiedy miałaś zwyczajną pokrzywkę, doktór nie wymyślił szkarlatyny i na szkarlatynę cię leczył dlatego, aby częściej przychodzić i pieniądze zabierać? I naturalnie, jak ci zaczął dawać lekarstwa na szkarlatynę, o ci ściągnął szkarlatynę i dostałaś szkarlatyny, i od tego czasu nos ci się ciągle czerwieni, i masz jednę łopatkę wyższą, niż drugą. To wszystko sprawa tego blagiera, co dla grosza nie waha się w uczciwą rodzinę nawet zarazę ściągnąć, byle naszą krew pić. A mnie powiedział, że ja mam histeryę, kiedy mu słowa prawdy palnęłam. Histeryę! ja, uczciwa kobieta! Nie zawahał się powiedzieć takie słowo mnie, matce dzieci, żonie, której nikt nic zarzucić nie może. Ja wiem, co to są histeryczki. Ja wiem... przez co one chorują, bo nie mają wstydu i bojaźni Boga w sercu. Więc ja stłumiłam w sobie gniew i tylko ukłoniłam się nizko panu doktorowi i powiedziałam: »Daruje pan doktór, ale się pan pomylił w adresie!...« Tak mu powiedziałam. Ale po tonie zrozumiał ten felczer, że nie ma co więcej u mnie do czynienia. I od tej pory przysięgłam sobie nigdy się nie radzić tych wyzyskiwaczów. Nigdy nie pozwolić im przestąpić progu mego domu.
Dulska wyprostowała się, rozwarła poły peleryny.
— Sama się leczę, i was, i ojca. Domowe środki są pewniejsze i... taniej kosztują.
Mela, przybita, stała bezradna naprzeciw matki.
— No... więc... możeby mama...
Lecz Dulska spochmurniała.
— Leczyć się? na mój ból niema lekarstwa. To mnie gryzie i zagryzie. To mnie wpędzi do grobu... czuję, czuję to, że tak będzie... nie inaczej.
Meli łzy się w oczach zaczęły kręcić.
— Proszę mamy...
— Co? czego?
Dulska, widząc wrażenie, spotęgowała siłę teroru, jaki wywierała na Meli.
— Umrę! i to niebawem. A wy wtedy róbcie, co chcecie. Rozdrapcie moją krwawą pracę, wołajcie sobie doktorów, kupcie sobie automobil, chodźcie na balety! A wasz godny braciszek ze swoją żonką...
Tu już Dulskiej łez nie starczyło i głosu. Dobrała się bowiem do istotnej przyczyny swego rozżalenia.
Do Zbyszka i jego żony.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Bo Zbyszko się ożenił.
Naprawdę się ożenił i zdawaćby się mogło, że według wszelkich wymogów i żądań właśnie swojej matki.
Nie ożenił się bowiem ani ze służącą, ani z szansonistką, ani z czemś podobnem takiem, jak można było po nim przypuszczać. Ale ożenił się solidnie, kołtuńsko, niespodziewanie dobrze i przyzwoicie. Zdręczony brakiem pieniędzy, kondyktem na pensyi, długami żydowskimi — przykuty tem samem do łona rodziny, co równało się dla niego »ciężkiemu więzieniu, obostrzonemu postem« — nie znalazł innego sposobu, jak wyszukać sobie pannę, która kupiłaby go sobie na własność za jaką kwotę pewnych pieniędzy. A że był sprytny, obrotny i wygadany, że miał w sobie ten wdzięk, który nabierają na siebie kawiarniane i tinglowe przyjemniaczki, więc znalazła się »córka wdowy«, panna rosła, nie ładna nie brzydka — z dobrym biustem, wyściskana w pasie, która zdała maturę, skończyła szkołę kucharską, grała Szopena, jakby drwa rąbała, i z fortepianu biegała ciągle do okna, przyglądając się, czy nie idzie jaki »zajmujący« osobnik. Czerwona jej matinka i kolorowy Szopen zwróciły uwagę Zbyszka. Początkowo wziął ją za coś z »operetki« — posłał jej oko, ona mu »sypnęła« drugie oko. Wieczorem Zbyszko za dziesięć centów zebrał u stróża informacye. Dowiedział się, że jest to porządna panna, kształcona i bogata. Że jest półsierota, bo ojciec umarł kilka lat temu, że jest familiantka, bo ma jednego stryja takiego, co stawia domy, a drugiego »proboszcza« w najbogatszej parafii całego miasta. Że »żyjom sobie te panie ze swoich dochodów« i tyle...
Za dziesięć centów suterenowa agencya informacyjna w umyśle Zbyszka przemieniła się szybko na agencyę matrymonialną. Zbyszko, który znał kobiety »na wylot«, jak się sam wyrażał, szybko otaksował znaczenie czerwonej matinki, przyskakiwanie gorączkowe do okna i sposób »sypania oka« z wysokości drugiego piętra na ulicę. Wyczuł, iż panna jest fortecą, żądającą zdobywcy, i postanowił wedrzeć się na wały, bronione pro forma. Nagroda w postaci posagu zdawała się być dostatecznie zapewniona. Jak jamnik, tropiący lisa, puścił się Zbyszko »na wywiad« cyfrowy i zdobył wiadomość pewną i autentyczną, że siostrzenica prokuratora i proboszcza posiada »po nieboszczyku ojcu« dwadzieścia pięć tysięcy. Speranda sługi Chrystusowego, który zdawał się nie wstępować w ślady swego Mistrza, chodzącego boso i żywiącego się ziarnem przydrożnem, a raczej zaokrąglał bardzo swe »ubogie« mienie, także była ładną perspektywą. W tej pogoni za pewnikiem Zbyszko Dulski nie zaniedbywał gonić, jak chart, pod oknami czerwonej matinki, ta zaś tryumfalnie miała zawsze coś do czynienia koło firanek, lub igrała z zeschłą pelargonią o tej dnia porze. Wreszcie, gdy Zbyszko zdobył i zgłębił sytuacyę do gruntu, pragnąc nabrać energii duchowej dla powzięcia ostatecznego postanowienia, udał się do Amerykańskiej kawiarni, gdzie na łonie kasyerki Mitzi, wiedenki, nazwanej Ferkel, która miewała stale po północy połamane fiszbiny i brykle gorsetu (z powodu silnego akcentowania zachwytu nad jej wdziękami), zbadał dostatecznie siły i środki, jakiem i mógł rozporządzać przy dokonaniu sprzedaży swego ja za gotówkę panny w czerwonej matince.
Ocenił się nawet ponad cenę, a Mitzi, zwana Ferkel, przyznała mu to w zupełności, za co za bluzkę z bawełnianej gipiury zasunął jej ostatnie dwadzieścia koron, jakie posiadał w kieszeni. Lecz wrócił do domu w doskonałym humorze, pogwizdując nastrojowe: — »ach, te promienie! dziś to cierpienie!« — z »Jesiennych manewrów« — rozgłośnie i tryumfująco. Zaraz na progu oznajmił mamie Dulskiej, która, jak duch Banka, tułała się po nocy, poszukując, na kim jeszcze wyładować resztę temperamentu niezadowolonej a w wieku krytycznym będącej damy. Zgnębiwszy Melę swoją blizką śmiercią, podawszy się na ciche i tajone urągowisko Hesi, zakręcającej papiloty i owiniętej kołdrą, wymówiwszy miejsce obu sługom, płuczącym właśnie zawzięcie »kolory« w świetle niepewnej lampki, narzuciła się na Felicyana, śpiącego już na dziesiąty bok w swej przytulnej flanelowej koszuli. Lecz pergaminowy a blizki spensyonowania człowiek nie otworzył nawet oczów, tylko z rezygnacyą machnął ręką, jakby odganiając się od natrętnie brzęczącej muchy. Dulska, jak wicher, przeleciała salon i znalazła się nagle nos w nos ze Zbyszkiem. Uroczysta jednak mina »panicza« uderzyła ją. Czuła, że nastąpi coś ważnego. Zebrała się cała sama w sobie, jak pantera, gotowa do skoku. Lecz oto Zbyszko, przymrużywszy oko i przechyliwszy głowę, odzianą w szkaradny melonik o wiedeńskim sznicie, wyrzucił ze siebie:
— Pani Dulska, baczność!... syn się żeni!
— Który? — wrzasnęła Dulska.
— No... — odparł Zbyszko — ten, Zbyszko, jedynak. Chyba, że masz jakie dziecię płci męskiej ukryte, tajone, jak druga Lukrecya...
Dulska jęknęła.
— Z kim się żenisz? z kim?
— Z kimś solid, anständig, comilfo... voila...
Dulska otworzyła oczy szeroko.
— Przecież... kto? jak?
— Cyt... cyt...
Zbyszko zawinął się w swe amerykańskie palto żydowskiego importu i w tajemniczość bajeczną.
— Cyt... mamuńciu! Dalszy ciąg w następnym numerze.
I zniknął za portyerą.
Tylko z progu rzucił:
— Niech się pani Dulska nie lęka. Syn jej dobrze się sprzeda.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Gdy Dulska dowiedziała się wreszcie nazwiska swej przyszłej synowej, popadła w zachwyt.

Familia była bardzo stara i znana. Majątek pewny. Panna musiała być wychowana bogobojnie i skromnie. Łatwo ją będzie »ujarzmić« i wziąć w pazury. Bardzo się mama Dulska ucieszyła. Od tej chwili zmiękła dla Zbyszka, otaczała go pieczołowitością, dawała mu jeść lepiej i staranniej, aby »dobrze się prezentował«. Stawiała nawet butelkę piwa przed jego nakryciem, pragnąc, aby »nabrał ciała«, za które miał przecież dostać gotówkę.
Tylko jej przykro było, że Zbyszko nie wtajemnicza jej w przebieg swych konkurów, że nie mówi prawie nic o narzeczonej i że to ona sama, z całą przebiegłością agenta policyjnego, musi dowiadywać się, jak rzeczy właściwie stoją.
Ba, nawet została boleśnie dotknięta, gdy Zbyszko wyraźnie jej za-ka-zał głośnego interesowania się tą całą aferą. Dulska, która dyszała tylko pragnieniem zamanifestowania w całej okazałości swego »macierzyństwa« wraz z jego dostojnością i przyległościami, uczuła się prawie »zgaszoną«, jak mówiła Hesia. Lecz Zbyszko, który potrzebował teraz nieposzlakowanych kołnierzyków, mankietów, cudnie białych i olśniewających, — przytem naciągał Dulską na wiechcie chryzantemów i mieszanych z kawą paloną czekoladek Första, wytłómaczył jej, że w danej chwili, na dany znak, wystąpi ze swą »rodziną«.
Obecnie musi się sam oryentować.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Prawdę mówiąc, nawet tak szczwany Zbyszko uczuł się trochę zdezoryentowany, gdy wreszcie przekroczył próg mieszkania, w którem tkwiła panna w czerwonej matince. Znalazł matkę panny taką, jak sobie wyobrażał, to jest nijaką, przerobioną na »proboszcza«, z rękami na brzuchu i w okularach. Lecz panna zbiła go bardzo z tropu. Okazało się, że jest dwulicowa. Że ma dwie twarze i dwa usposobienia. Jedno, to od czerwonej matinki i »sypanego oka«, rozwichrzone, rozpięte, błyskające dość ładną szyją i zdrowemi zębami, — drugie, to domowe, w sukni szarej, zapiętej pod szyją, z gorsem zakonnie ściśniętym, z oczami cofniętemi w głąb powiek, z zębami ukrytemi poza prawie milczącemi wargami. Zbyszko, przestąpiwszy próg »salonu«, gdzie gnijące w wazonach potworne figusy roznosiły woń zwrotnikową lub piwniczną, »łypnął« wzrokiem po ścianach, starając się zoryentować w sytuacyi. Nad kanapą ujrzał Carlo Dolci »Dolorosę« w szafirowym welonie i »Ecce homo« w czerwonej szacie. Reprodukcye fatalne w owalnych, silnie złoconych ramach. Ta wystawa nabożnych przedmiotów i słodki ton, płynący z pod okularów pani domu, rzucił go na ścieżkę »wzorowego młodego człowieka«. Przyciszył głos, przycisnął kapelusz, zgasił spojrzenie, był cały z cukru i miodu. Zdawało się, iż mógłby śmiało być koronowany różami, jako dziewica, czarująca skromność. Panna, słysząc ten ton, ani drgnęła. Odparła mu tym samym tonem — i tak stali naprzeciw siebie, okłamując się wzajemnie. Pomiędzy nimi »mama« coraz więcej była matroną i coraz bardziej akcentowała swą wiarę w miłosierdzie i istnienie Boskie.
Teozofia planowała w powietrzu. Coś jednak śrubowało się pod tą słodką kadzielniczą atmosferą. Anglez Zbyszka był przepojony fatalnym amalgamatem kawiarnianych wyziewów i szansoneciarskich perfum. U panny w sypialni na kołku wisiała tryumfująca czerwona matinka, a wicher poza spuszczoną religijnie storą bił rozwartem gościnnie oknem. Zbyszko czuł, że nie należy wątpić, tylko trzymać się w »tonie«.
Gdy wyszedł z owej pierwszej wizyty, schodził długo po schodach, medytując i kombinując. O moralną atmosferę domu nie dbał; wrażenie, jakie odniósł, było mu obojętne, gdyż kładł nacisk tylko na zamożność wnętrza, a to usprawiedliwiały zupełnie masywne meble, porządny wiedeński fortepian, lampy z kolumnami alabastrowemi i wcale dostatni kilim na podłodze. Węchem ogara obleciał wszystkie kąty, otaksował i zrozumiał, że tak »umeblować się« mogą tylko osoby, czujące się na siłach przetrwania życia w raz obranej pozycyi.
Z tej więc strony był spokojny. Czuł, że może się sprzedać, będzie solidnie zapłacony, święcie i uczciwie. Lecz chodziło mu o wrażenie, jakie on wywarł.
Nie na »starej«, bo tę kulę całą w podbródku i brzuszku pomieścił na boku, jako quantité negligeable, ale na pannie, która pożegnała go zagadkowo, cofając się do swego pokoju.
— Dyabli ją wiedzą, taką pannę, co to w tym łbie się mieści i czego jej potrzeba — myślał, zafrasowany zupełnie nową a niespodziewaną istotą, jaką ujrzał przed sobą pomiędzy »Dolorosą« a »Ecce homo«, prezentującą mu oczy spuszczone i głos prawie przymarły w piersiach.
Jakże przed »takiem czemś« mógł on, Zbyszko, »kafeehauspflanze« i tani a błyszczący donżuan, nadziany do zgnilizny anegdotkami o dwuznacznym podkładzie, rozwinąć wszystkie swe zalety i przymioty, działające na system nerwowy i sercowy niewieści? Pozostawały mu tylko przymioty zewnętrzne, pewien szyk z Karola-Ludwika i Akademickiej ulicy, duże szafirowe oczy, interesujące i wymowne, ślicznie zaprasowane spodnie i paznokieć małego palca, doprowadzony do długości bajecznej. Było to nie wiele...
Zwłaszcza, że panna trzymała oczy spuszczone uparcie i zdawała się nie chcieć taksować przedstawionego jej towaru, jak należy.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Lecz oto na ulicy Zbyszko odrazu odzyskał fantazyę.
Wychodząc z bramy, melancholijnie podniósł oczy w górę.
I oto na wysokościach drugiego piętra, na obskrobanym od zbyt częstego użycia murze okna, ujrzał przegiętą i uśmiechniętą »pannę« w czerwonej płomiennej matince. Zdołała błyskawicznie przebrać się i wywiesić w oknie swe ciało, wolne od ucisku klasztornego stanika. Zęby błyskały radośnie, a z pod powiek »sypało się« na Zbyszka już nie oko, ale cały fajerwerk zadowolonych i pełnych aprobaty spojrzeń.
Zbyszko od razu, w lot pochwycił ten »ton« i odpowiedział tą samą nutą. Ba! zaryzykował nawet ukłon, który miał wszelkie cechy porozumiewawcze i prawie zuchwałe. Poczem wydobył ze swych głębi i źródeł życia najefektowniejszy chód pełnego siły i obietnic młodzieńca i oddalił się, czując, iż jest ścigany wzrokiem »rozkochiwanej« kobiety.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Odtąd wszystko poszło jak po maśle. Z wprawą wytrawnego zmysłowca Zbyszko zrozumiał, że panna Milcia Brajburzanka jest panną, która ma już »dosyć« — i jest, jak gruszka, dojrzała, czekająca na śmiałą rękę, która po nią sięgnie. Wyciągnął tedy rękę i sięgnął, z początku niby wypadkowo, obserwując Milcię, której powieki spuszczone manierą »salonu« ani drgnęły. Zatrzymał się na fryzurze, dalej okrążył ucho i dotknął lekko szyi. Gdy to nastąpiło za czwartą wizytą, panna Brajburzanka zatroszczyła się nagle, czy drzwi wyjściowe są dobrze za Zbyszkiem zamykane. I tu, w ciemni przedpokoju, pod latarnią z weneckich żelaznych wstążek ujawniła się »panienka z okienka« w płomiennej matince, rozpiętej na piersiach. Zbyszko puścił wodze swej zmysłowości i zrozumiał, że panna jest »wzięta«, a z nią gotówka i sperandy w przyszłości.
Stopniując powoli siłę pieszczot, cofając się i każąc czasem wyczekiwać na ten rodzaj, który najwięcej przypadał do gustu pannie Brajburzance, postępował zwolna, ale teraz już zupełnie pewnie, zdobywając doskonale teren, który zdawał się tylko wyczekiwać na śmiałego podbójcę. Po upływie miesiąca Milcia orzekła przed zdumioną mamą Brajburową, wujem prokuratorem i stryjciem proboszczem, że albo zostanie panią Dulską, albo... no...
— Pożałujecie!...
Nastąpił wielki rwetes. Każdy bowiem z członków rodziny Brajburów żywił w swem łonie projekt innego konkurenta dla »Milusi«. I oto ten Zbyszko, chudy, niewyraźny, z bardzo małą pensyą, obciążoną kondyktami, o fatalnej opinii, mąci idealne życie, jakie mogło stworzyć połączenie panny z jakimś »solidnym« człowiekiem.
Przytem Brajburowie był to ród nielada. Nie od czasów króla Ćwieczka, ale od czasów Sobieskiego mieli kamienicę w rynku i z Rady miejskiej nie wychodzili.
Jakby przyrośli i wzięli monopol na dostarczanie wieczystych ojców wieczyście cuchnącemu i obłoconemu miastu. Co więcej, było już na stolcu prezydenckim dwóch Brajburów, i nigdy miasto nie wyziewało tak »skandalicznych« zapachów, ani nie tonęło w takiej mazi błotnej, jak za czasów panowania onych Brajburów. Lecz także nikt z taką dobroduszną »familiarnością« nie prowadził posiedzeń, jak oni. Z wysokiego swego wiedeńsko-wyplatanego stolca, Brajburowie sypali dowcipy lokalne, zrozumiałe, drgające pulsem miastowego życia, śmieli się szeroko i wesoło, i zdawało się chwilami, że porwą się gościnnie i zawołają:
— Proszę bomby Pilznera z czapeczką dla całej sali!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tak.
Kochano Brajburów, czczono ich i chlubiono się nimi »u Lwowi«. Byli to synowie grodu niezwalczeni i wspaniali. Na Strzelnicy Brajburowie wiedli rej i byli wyrocznią. Królami kurkowemi byli często, i trzeba było widzieć, jak taki Brajbur, wystrzelawszy sobie koronę, kroczył na czele mieszczaństwa ze srebrnym kogutem u łona!
Bardzo, bardzo była znana i ceniona familia Brajburów.
Dulscy — zapewne. Ale sława ich była o wiele mniejsza. Po za dzielnicę Łyczakowską nie wyszła. I wprawdzie pani Dulska przyczyniła się wiele do tego, że ród jej uświetnił się w ostatnich czasach, lecz zawsze do Brajburów było jej daleko.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tak mówił przeważnie stryjcio prokurator, człowiek dość cichy, spokojny z usposobienia, a z fachu pokazujący ciągle zęby w obronie tak zwanych praw społecznych. — To podniecanie się ku owej roli sprawiło, że pan prokurator wychudł, wyłysiał i nabawił się nerwicy sercowej, którą zanudzał siebie i ludzi poza godzinami swej pracy urzędowej.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Z innej strony brał tę sprawę stryjcio proboszcz. Tu wchodziła zapewne w grę duma i ambicya. Lecz, jako u sługi Chrystusowego, musiała być niewidoczna. Natomiast wystąpiła strona moralna Zbyszka, która zostawiała bardzo dużo do życzenia. Wójcio proboszcz zasięgnął informacyi — i ta wypadła w monstrualny sposób. Gdy zdawał z nich relacyę mamie Brajbur — u siebie — w swoim home, który wyglądał na skład »ręcznych robót« damskich, oboje stali naprzeciw siebie, kiwając głowami ze zgrozą i smutkiem.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Byli przytem tak bardzo do siebie podobni, iż zdaleka trudno było rozróżnić, które z nich jest proboszczem, a które kobietą. Mieli jednakie okrągłe twarze, zatarte i bez rysów, ubarwione tylko szkłem okularów, gładko przyczesane od lewej ku prawej stronie włosy, jednakie postacie o wydatnych brzuchach i płaskich piersiach. Toż same nabrzmienie karków i jakby ciekawe pochylenie głów opartych i niby sheblowanych w górnej części czaszki. Oboje nosili suknie czarne, nie dostające do ziemi, ze świecącej wełny, o wązkich, obcisłych rękawach. Z pod fałdów spódnicy wysuwały się płaskie nogi w czarnych kamaszach, sznurowanych trochę zrudziałemi sznurowadłami. Sposób trzymania rąk na brzuchu i cała atmosfera moralna czyniła ich tak podobnymi do siebie, że trudno było rozróżnić płeć i stan, gdy tak stali naprzeciw siebie, zwróceni profilem na tle bardzo białej ściany »bawialnego« pokoju proboszcza.
Lecz, mimo opozycyi, mimo »za nic!« matki, para: Zbyszko-Milunia zwyciężyła. Szczególniej umiejętnie wziął się Zbyszko do proboszcza, przed którym zupełnie niespodzianie zjawił się pewnego jesiennego dnia w zakrystyi. Przylepiwszy sobie pokornie włosy do czaszki, odziawszy się ciemno, nastroiwszy się odpowiednio, »puścił się nabierać klechę« — jak się wyrażał w głębi swej istoty. »Klecha« najeżył się z początku, posłyszawszy, z kim »ma przyjemność«. Lecz oto Zbyszko, zgiąwszy kark, poprosił nie mniej, ni więcej, tylko o... spowiedź.
Proboszcz przez chwilę się zawahał. Podejrzewał podstęp, ale odmówić żądaniu nie mógł. Tem bardziej, że pociągała go myśl naprowadzenia tego »rozpustnika« na jakąś lepszą drogę.
— Kto wie... — myślał, drepcąc w stronę konfesyonału — łaska Boga objawia się w tak dziwny i nieoczekiwany sposób...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Zaczęła się spowiedź.

Wielce ciekawa, skomplikowana i najzupełniej nie nadająca się do powtórzenia. Proboszcz sapał, kręcił się, wzdychał, ale chłonął w siebie ten stek nieprawości, który buchał na niego przez czeluście kratek. — I to, co słyszał, było niepospolicie wybitne, a przecież Zbyszko zaledwie tysiączną część swych »nieprawości« roztoczył przed uchem wujcia panny Brajburzanki. Lecz w ciszy swego przynoszącego ładne dochody ogrodu i parafii ksiądz proboszcz mało miał kontaktu ze sprawami świata, uczęszczającego do kawiarni Amerykańskiej i Teatrałki. Więc i to, co słyszał, przejęło go strachem i grozą. Mimo to, chłonął dalej słowa Zbyszka, podziwiając mimowoli »szczerość«, z jaką on ujawniał swe nieprawości i wszeteczeństwa życiowe. Teraz jednak powoli nastąpił pewien zwrot w tonie słów Zbyszka.
Młody Dulski bowiem, wyłuszczywszy nieprawości, dobrał się do przyczyny onych.
Z całą perfidyą i umiejętnością wykazał, iż wszystkiemu, co się stało, winne było wychowanie. I tak, Felicyan Dulski po drodze przez kratki konfesyonalu stał się niepospolitym viveur’em, którego przykład oddziałał zgubnie na syna. Mama Dulska anielską pobłażliwością swoją przyczyniła się w niemałej dozie do sprowadzenia Zbyszka na drogę krzywą. Wszystko to naturalnie zaprawione zostało wielką dozą czci synowskiej i unosiła się ponad tem woń czwartego przykazania, wiernie zachowana.
Proboszcz Brajbur przestał chrząkać i kręcić się w konfesyonale. Natomiast pewien wyraz współczucia odbił się na jego twarzy.
To, co mu Zbyszko odsłonił ze siebie, zmieniło silnie jego zapatrywania na duszę młodzieńca.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

A tymczasem prawdziwa dusza Zbyszkowa, ta rzeczywista warstwa lepsza, wyjąca rozpaczliwie na własnej mogile, kryła się i kurczyła ze wstydem, nie chcąc brać żadnego udziału w tej rozszeptanej chwili, wśród ciszy kościelnej i pomroku fałszu, jaki pełzał powoli w handlowem bezczelnem tempie.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Rezultatem jednak owego fałszu były oświadczyny Zbyszka i sprowadzenie obu rodzin na matrymonialny grunt. Jak się tam odbywały wizyty — mniejsza. Dość, że stały się przyczyną pierwszego ciernia w piersi pani Dulskiej. Stanowczo Brajburowie starali się wziąść prym nad Dulskimi. Wystarczyła wizyta Brajburowej z córką u Dulskich. Matka, jak matka, zachowała się godnie i biernie, ale panna rozszumiała się swoją maturą i weszła do salonu z ironicznie podniesioną wargą. Szybko, jak błyskawica, obrzuciła brokatelę mebli, lampy w abażurach z satyny, sukienki dziewcząt, mające ślady odpruwanych — w miarę rośnięcia panien — oszczędnych zakładek. Dalej — fortepian o marce drugorzędnej wiedeńskiej nie zyskał jej aprobaty. Zbyszko, sunący za nią, odczuł w sposobie lekceważącym a ukrytym, z jakim Milunia usiadła na tej samej kanapie, na której on kiedyś posadził Hankę obok matki, że dobrze nie jest. Nauczył się już czytać w tej duszy dwulicowej i skrytej.

Również z niepokojem śledził zachowanie się matki. Ta była pełna majestatu, pragnąc być ową reine-mère, przyjmującą synowę. Lecz i tu i tam błyskawice leciały z pod powiek. Taksa odbywała się na wielką skalę.
Dulska była w położeniu przekupki, która na straganie swój towar widzi już stargowany i nawpół kupiony przez nabywcę.
Towarem tym był jej syn.
Lotem ptaka przesuwały się przed nią wszystkie koszta, jakie wyniosło wychowanie i wykształcenie Zbyszka.
I to, co on »brał« — za siebie wydało się jej za mało.
Wydęła usta.
Lecz panna nie dała się zbić z tropu. Uczuła, że jest stawiana na wagę. Natychmiast zagadnęła:
— Czy to krewni państwa ci Dulscy z Rzeszowskiego?
Dulska spłonęła.
Nie należała bowiem do tych prawdziwych Dulskich herbowych i szlachectwem uświęconych. Felicyan był mieszczanin i gałąź Dulskich mieszczańska nie miała nic wspólnego ze szlachtą, dobrą starą szlachtą.
Dławiąc się, odparła coś niewyraźnie:
— Tak... dalekie... familianty...
Zbyszko natychmiast zatarł przykre wrażenie.
— Nawet blizcy.
W głębi duszy aż zalewał się ze śmiechu i odrazy.
Mama Brajbur podjęła rozmowę:
— Do którego kościoła pani dobrodziejka uczęszcza?
— Do naszego, najbliższy... św. Antoni.
— Mego brata proboszcza kazania są bardzo uczęszczane.
— Tak, — przytakiwała pani Dulska — proboszcz Brajbur ma w swoim głosie bardzo wiele frekwencyi.
Powieki maturzystki lekko drgnęły. Pod piecem Hesia dusiła się ze śmiechu.
Zbyszko chciał naprawić.
— Tak jest, elokwencya proboszcza jest ogólnie znana.
Zapadło milczenie.
Do pokoju wsunął się Felicyan cicho i niepostrzeżenie. Przez chwilę przyglądał się wszystkim bacznie z pod brwi zmarszczonych, założywszy ręce w tył. Jakie w nim grały uczucia, trudno było coś odgadnąć — tak jak wogóle trudno było zgadnąć cokolwiek na twarzach tych wszystkich ludzi, którzy się zeszli razem dla dobicia targu, z którego miało się rozpalić nowe ognisko rodzinne.
I siedzieli tak nieruchomo, skrępowani, zażenowani, obcy sobie — jak gabinet figur woskowych, z tą różnicą, że żaden promień słońca ani ciepła roztopić ich istot nie mógł.
Żaden.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Naturalnie, że rzeczy, wyszłe z tego punktu, mogły tylko iść już coraz gorszym trybem. Gdy wreszcie nastąpił ów dzień ślubu — dzień białych rękawiczek, wynajętych karet, tortów, zużytych mnóstwa szpilek, pudru, całusów, kłamstw, ciasnego obuwia, męczeńskich uśmiechów, tajonych żalów i rozpaczy nad własną głupotą, bohaterskiego wysiłku odwagi — mama Dulska czuła rozlewającą się żółć i asystowała ślubowi tak zgorzkniała, jak zwykle bywa tradycyą uświęcony stan duszy belle-mère’y.
W orszaku bowiem ślubnym Dulscy byli mizernie reprezentowani. Zaledwie kilkanaście osób i to bez splendoru. Tymczasem Brajburowie wystąpili z korowodem i przepychem, przypominającym chyba wjazd Ossolińskiego. Szły Brajbury za Brajburami, przeważnie w kontuszach i deliach. Nosili je buńczucznie i dziarsko. Kobiety były strojne świeżo i u dobrych krawcowych. Felicjan ginął pomiędzy Brajburami, tonął w tej powodzi aksamitów, atłasów, guzów koralowych, turkusowych, pasów słuckich i czaplich piór u sobolowych kołpaków. Cała uwaga natężona była na te brajburowskie przepychy — i publiczność, wypełniająca kościół, na nich tylko zwracała swe oczy. Frak Zbyszka, jego niepoczesna »zlumpowana« postać dziwnie kuso i nędznie odbijała przy rosłych, futrzanych, bogatych figurach Brajburów. Przytem Zbyszko stracił jakoś rezon, osowiał i wlókł się do ślubu niechętnie i bez fantazyi. Był nawet tak »nieawantażowny«, jak mówiła Juliasiewiczowa, że w klanie Brajburów dziwiono się po cichu wyborowi »Miluni« — i choć podziw ten był cichy i dyskretny, przecież musiał dojść echem do uszu Dulskiej.
Sytuacyę pogarszała Juliasiewiczowa, bardzo moderne świeżo przefarbowane mająca włosy na kolor młodej marchwi, bardzo naga w swej empire sukni i strzelająca silnie oczami. Hesia jednak sprawiła szczyt skandalu, wyciąwszy w tajemnicy podszewkę swej cienkiej muślinowej sukienki, wyciąwszy na plecach, piersiach, rękawach tak głęboko, iż obfite wdzięki szybko rozwijającej się dziewicy przez blado-różową tkaninę zdawały się wydostawać tryumfująco na wolność, urągając wszelkim przepisom przyzwoitości, ogólnie przez społeczeństwo przyjętym. Hesia dopuściła się tej zbrodni w tak wielkim sekrecie — i tak zręcznie ukryła ją pod narzutką przy wyjściu z domu, iż Dulska nie miała pojęcia, co wiezie ze sobą do świątyni Pańskiej. Gdy przy wejściu do kościoła Hesia, jako jedna z drużek, zrzuciła ze siebie narzutkę — wdzięki jej silne, zdrowe i młode, jak taranem, uderzyły w klan uczciwie pod szyję albo tiulami pozasłanianych kobiet Brajburowych. Rozległ się szmer, który Hesia, biorąc za wyraz uznania, przyjęła z uśmiechem. Natomiast Dulska przez chwilę walczyła z nabraniem oddechu. Lecz już nie czas było okryć nagość dziewiczego ciała jakąś moralnością. Orszak formował się, i oto Hesia wkroczyła do świątyni półnaga, śliczna, różowa, bezczelna i uszczęśliwiona.
Za nią wlokła się, starając przybrać odpowiedni majestat — Dulska, wsparta na ramieniu prokuratora i mając za sobą Felicyana, bardziej pergaminowego, niż kiedykolwiek — prowadzącego mamę Brajburzynę w lśniącej srebrno atłasowej sukni.
A dlatego był ten kolor wybrany, że jest praktyczny — bo niech tam Bóg ją do swej chwały jak najpóźniej powoła — ale wiadomo, że starsze panie w szarych sukniach chowają. A więc będzie już jakby znalazł.
Świątynia była złota od światła i zielona od kwiatów. Purpurowe sukno aż zaścielało stopnie schodów kościelnych. Cała serya księży, odzianych złocisto, asystowała proboszczowi, który z pewnem rozrzewnieniem na poczciwej twarzy przyjmował przysięgę Zbyszka, a surowo spoglądał na twarz Felicyana, nazywając go w głębi duszy emerytowanym rozpustnikiem.
Z mniejszą surowością, ale zawsze bez sympatyi spozierał proboszcz na panią Dulską, którą zawsze winił za to, iż zbytnią pobłażliwością przyczyniła się do upadku Zbyszka. Widoczne ślady irytacyi, jaka nurtowała Dolską i jaka odbiła się wreszcie na jej twarzy, proboszcz przypisywał rozrzewnieniu macierzyńskiemu w chwili uroczystej zmiany w życiu jedynaka.
— Zawsze... matka... — myślał, zabierając się do związania stułą dwóch rąk obcych sobie, odzianych w już zbrudzone na końcach palców śnieżne rękawiczki.
Dopełniał się i uświęcał targ.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

To, co nastąpiło później, usuwa się z pod publicznej wiadomości. Była to cicha podjazdowa wojna starszej Dulskiej z młodą Dulską. Nie była to wojna młodości świeżej, nieopatrznej, rozwalającej tradycye i mury z zaśniedziałemi przesądami starości. Nie. Była to nader ciekawa wojna starych zaśniedziałości Dulskiej z jeszcze wspanialszemi i bardziej starszemi zaśniedziałościami Zbyszkowej. To bowiem, co w rodzinie Dulskich było przykazaniem, zda się, przez jakiegoś mieszczańskiego Mojżesza z góry Zamkowej ongi na tablicach zniesionem — wobec tego, co uprawiali Brajburzy, było liche, krecie, drobne i na małą skalę. Ich kołtuństwo miało wszelkie pozory siły moralnej istotnej i wartość zasad szlachetnych, noszonych śmiało, jak sztandar. Mama Dulska, która przypuszczała, że będzie musiała uczyć i prowadzić »za rękę« w życie synowę, została nagle »odstawioną na bok« — według wyrażenia Hesi — i zrozumiała, że Milunia już wszystko rozumie, wie i zna drogę, po której dom swój powiedzie.
Ponadto, kołtuństwo Miluni było jeszcze zaprawione podkładem silnie religijnym, ograniczającym się przeważnie na praktykach kościelnych, które w domu Dulskiej były trochę zaniedbane. Milunia ani na cal jeden nie odstąpiła od swoich »zasad«, i cały system jej domu miał tę cechę, jaką posiada plebania świeckiego księdza.
Prędko Zbyszko spostrzegł, że ten wpływ, który sądził, iż da mu w domu przewagę, to jest wpływ zmysłów, zawiódł go zupełnie. Milunia w sypialni była inną kobietą, w chwili dojścia do równowagi zmieniała się na Brajburównę w każdym calu. Ujęła w ręce cugle i rządy. Pilnowała Zbyszka na każdym kroku, chodziła do niego do biura i przyprowadzała go do domu. Oddaliła od niego wszystkich jego przyjaciół, wmówiła w niego artretyzm i zwapnienie płuc, ułożyła system pielęgnowania jego zdrowia i o dziewiątej godzinie kładła go do łóżka. Zbyszko w pierwszej chwili próbował oponować, powoli przecież poddał się losowi z całą apatyą zmęczonego życiem i nadużyciem człowieka.
Milunia roztoczyła dokoła niego przyjemną atmosferkę domowego ciepełka.
Wszystko było czyste, względnie ładne, a przedewszystkiem wygodne. Zbyszko zaczął w duszy przyznawać, że kołtuństwo miewa swoje dobre strony. Milunia codziennie przysyłała do biura na tacce bardzo ładnie nakryte drugie śniadanko, smaczne i dobrze podane. Zbyszko raz i drugi pogniewał się; na trzeci dzień, gdy deszcz lał, a on czuł się zdenerwowany i rozklejony, zjadł chętnie i przyznał w duszy, że jest to wygodniejszy system, jak tańcowanie przed bufetem w zaplutej i zasypanej trocinami knajpie. I tak powoli, jak było z drugiem śniadankiem, tak usuwały się z pragnień i pożądań Zbyszka rozmaite naleciałości. Tem bardziej...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tem bardziej, że Milunia w tej najważniejszej sprawie, w której najczęściej młode mężatki przegrywają bitwę, okazała dziwną sprawność i nieledwie mistrzostwo.
Gdy Marysia, pokojówka, ze Stowarzyszenia św. Zyty, pobożnie zapaliła wieczorem błękitną klasyczną amplę, zwieszającą się u sufitu sypialni, i drzwi zamknęły się za parą młodych Dulskich, rozpoczynała się maleńka domowa orgia, uświęcona i dozwolona, w której szybko prym zawiodła Milunia.
Zbyszko, z początku zdumiony chciał oponować i nie dozwalał wydrzeć sobie godności przywódcy, lecz szybko zrezygnował, znajdując rolę drugorzędną, wygodniejszą zwłaszcza dla jego sił bardziej odpowiednią.
I tu, jak z drugiem śniadaniem, ciepełko domowe zwyciężyło.
Zapłacenie skrupulatne wszystkich kawalerskich długów, które uskutecznił z wielką punktualnością prokurator Brajbur z posagu Miluni, zdjęło z pensyi Zbyszka kondykt i tem samem dało mu pozór kogoś, przyczyniającego się do wydatków domowych. Lecz Milunia szybko wyciągnęła swą łapkę po ową pensyę, i ani dostrzegł Zbyszko, jak stanął w roli Felicyana, tylko z tą różnicą, że miał znacznie wyższą kwotę w »kieszonce«, jak jego ojciec.
I tak powoli, spokojnie zanurzał się Zbyszko w dobrobyt kołtuński, asystując z rezygnacyą temu »wynaturzeniu« ze siebie nawet ironii, która dawniej stanowiła podstawę jego poglądów życiowych.
Szarpiąc się w ciągłym braku i niedostatku, mając na karku żydów i matkę, zionął żółcią na system i środowisko, z którego powstał.
Obecnie kosztował spokoju i »wszystkiego w domu«, przyznając w głębi duszy, że to »wszystko w domu« jest wygodne i wcale przyjemne.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Czasem jeszcze ogarniał go jakiś żal, jakiś wstyd. Coś tam drapało go w głębi pazurami. Miał się na mgnienie oka za renegata, odstępcę...
Lecz szybko wzruszał pogardliwie ramionami.
— Niby jak? co? — myślał — któż byłem? artystą, czy choćby zdolnym dyletantem? Rwało się coś we mnie i prysło. Śmieszne i podłe. To jest właściwa ścieżka, po której iść powinienem. Nic więcej.
I szedł.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Lecz nie tak łatwo, jak ze Zbyszkiem, poszło Brajburównie z mamą Dulską. Tu znalazła opór i organizm żywy, gotów do walki, niestrawiony kawiarnianem życiem i rozpustą. Mama Dulska stanęła »okoniem« i usiłowała dowieść Brajburom, że jeżeli mogli rządzić miastem, radą i Strzelnicą — to nią, Dulską, rządzić nie potrafią nigdy.
Zaczęły się więc słodko-cierpkie przymówki, dogryzki, urazy, które Milunia traktowała z pewnej wysokości. Wogóle Brajburówna przybierała w domu starych Dulskich ton kogoś z arystokracyi, będącego na chrzcinach u swego kamerdynera, ożenionego z panną służącą. Najpierw uprzejma — czuć było, iż w zanadrzu ma na zmianę kilka garniturów szponów, które w miarę stępienia zanurzać będzie z całą przyjemnością w tak zwane »serce« pani Dulskiej. Była ona tą, która zapłaciła i której dano towar trochę wybrakowany i zleżały. Musiała się do stanu rzeczy zastosować, bo wiedziała, że Brajburównie nie wolno rozwiązywać tego, co związano w niebie, to jest małżeństwa. Ale mściła się na gnieździe, to jest na handlu, z którego wzięła ów towar, i główną winę przypisywała Dulskiej, jako reprezentantce rodu.
Nikt nie zdoła opisać talentu, z jakim Milunia potrafiła wynaleźć te podłe strony drobiazgów, zlepiając życie »mateczki«, Zbyszka. Znajdowała i z naiwną miną zapytywała: »to się tak powinno robić?« — Nie dla tego, aby miała sama wyższy ideał życiowy. Tylko dla tego, że mogła bryznąć błotkiem w oczy Dulskiej.
A w duszy aprobowała najzupełniej, ale po cichu, skrycie.
Znalazła jeszcze jeden sposób upokorzenia Dulskiej.
Oto z całym impetem rzuciła się ku Felicyanowi i wyniosła go nagle na wyżyny człowieka o nadzwyczajnych, niebywałych warunkach moralnych.
Nazywała go »ojczusiem«, odnosiła się do niego z czcią i weneracyą. Wstawała, gdy wchodził do pokoju, mówiła do niego półgłosem i jakby zalękniona...
Dulską całowała przelotnie w rękaw i to z grymasem i niesmakiem.
— »Buchała w mankiet« — jak mówiła Hesia.
Lecz Felicyan odbierał od niej poprostu hołdy. Unosiła się nad nim, analizowała jego cnoty, rozum, podziwiała takt i milczenie. Często odzywała się.
— Jaka mateczka szczęśliwa, że ma takiego męża!
Dulska w pierwszej chwili zdumiała się.
Prędko jednak spryt jej wykazał, »którędy go wiedli«. Odczuła, że jest to pretekst dla upokarzania jej w nowy i wyrafinowany sposób. Milunia Felicyana stawiała na pierwszem w domu miejscu, które przecież do tej chwili ona — Dulska — niepodzielnie dzierżyła.
To ciągłe: »jak ojczulek zechce«, »jak ojczulek zadecyduje«, »czekajmy na ojczulka« — było czemś nowem w gnieździe Dulskich. Było czemś nowem i nie do zniesienia. Burzyło cały ład i porządek tyloletni.
Zresztą sam Felicyan tego nie chciał. Widoczne było, iż przeraził się objawami weneracyi ze strony synowej, której to weneracyi ani pragnął, ani się domagał. Żachnął się i zrobił minę, jakby skonstatował, że Zbyszkowa cierpi na lekkie pomieszanie zmysłów. Później unikać zaczął tem bardziej, że im więcej Milunia rozpłaszczała się przed nim w czci i atencyach, tem groźniej zapowiadały się klasyczne chwile pogadanek w małżeńskiej łożnicy. Pani Dulska czepiała się jego i winiła go za brak szacunku, jaki okazywała jej »ta Brajburzanka«.
Felicyan tego nie chciał i porając się z jaśkiem, który stale miał zatarg poszewkowo-spinkowy, łypał tylko oczkami w stronę rozgadanej żony.
— Ach!... jakbym ja ją choć tym jaśkiem — myślał, ciężko wzdychając.
Ale nie śmiał.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

A Zbyszko asystował temu wszystkiemu coraz obojętniej. Patrzał, słuchał, a zdawało mu się, że ot...
Siedzi nad jakąś przepaścią i co chwila wali w nią jakiś olbrzymi, czarny głaz.
I co ten głaz zwali, to oddycha, bo zdaje mu się, że już się uwolnił od jakichś ciężarów, tłoczących mu piersi i głowę.
Lecz oto nowy czarny głaz sunie na niego; on czuje moralną potrzebę zrzucenia tego głazu w przepaść.
Tchu bowiem nie chwyta inaczej.
Więc wali głaz.
Tylko, że dna tej przepaści nie widać.
I głazy, gdzieś, w czemś, giną.
A nowe się nasuwają.
Ciągle.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I oto dla jakich właściwie przyczyn pani Dulska czuje, że żółć jej się »ulała«.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Pewnej nocy długo bardzo Felicyanowi nie dane było zasnąć. Zbyszkowie byli przed wieczorem, i Milunia przychwyciła w jadalni wracającego z kawiarni Felicyana. Ucałowała go po rękach, zapędziła do kąta pod piec, tam troszczyła się o jego zdrowie i litowała się nad jego zasuszoną cerą. Wieczorem późnym w sypialni Dulskich pani Dulska odbijała sobie rewanż, poniewierając Felicyanem, zapewne w celu, aby od tej czci nie przewróciło mu się w głowie. Przez godzinę odmawiała mu wszystkiego i dziwiła się, jak mogła zaprzepaścić swą młodość, cnotę i piękność, dla takiego kretyna. Wreszcie, wyczerpana — umilkła.

Zasnęła.
Czerwonawe światełko lampki, płonącej przed Matką Boską, odbijało się w doskonale wyfroterowanej podłodze, nad której »glancem« wyziewała ostatki sił cierpiąca na gruźlicę kości biodrowej Kasia. Ale u pani Dulskiej żartów pod tym względem nie było. Czy świątek, czy piątek — podłoga musiała świecić się i być tak gładka, jak tafla lodu.
Gdzie niegdzie tylko tańcowały po tej posadzce małe dywaniki, które robiły wrażenie jakichś żywych a złośliwych istot.
Wystarczyło bowiem postawić na nich nogę, aby puszczały się w ruch, pełniąc rolę ski pokojowych.
Szczególniej Hesia miała z niemi uciechę. Kilka razy leżała już na ziemi, ale zrywała się prędko i rozpoczynała swą ślizgawkę ku przerażeniu Meli.
Tak tedy dom Dulskich wreszcie ogarnęła cisza i zdawaćby się mogło komuś tam poza oknem, albo gdyby nagle dach zdjęto, że to zasnęły zgodne, dobre duchy, które życie wspólne pojmują tak, jakby przyszło im wić girlandy z kwiecia samych szlachetnych i przyjemnych wrażeń i sentymentów.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Z pościeli, w której tonął, podniósł ostrożnie głowę Felicyan. Spojrzał w stronę drugiego bliźniaczego łoża i przestał oddychać na długą chwilę. Zdawało się, że w tym cieniu jakiś zwierz lękliwy wychyla się z jamy, lub z pod sterty, w którą się zaszył.
Westchnieniem ulgi nieokreślonej powitał Dulski ciszę. Poczem z ostrożnością indyanina począł wysuwać chudą, kosmatą nogę z pod kołdry.
Pragnął wstać i napić się wody.
Karafka stała, według zwyczaju i tradycyi, na komodzie, na tacce zielonej i nadgryzionej czasem — wraz ze szklanką. Felicyanowi pić się chciało bardzo. Jakieś gorączki go trawiły od pewnego czasu. Krył się z niemi w obawie Cascary i plastrów Rigollot, któremi wojowała energicznie Dulska.
Wreszcie Felicyan wydostał się z pod kołdry. Gdy stanął nagle na dywaniku przed łóżkiem — Don Kiszot fatalny i małomiejski — w swej koszuli, zahaftowanej ironicznie u szyi w różowe łabędzie, miał pozór lalki, wykrojonej z papieru wiotkiego, pokrytego zlekka płaskiem malowaniem. Aż wiało od niego zasuszoną nędzą życiową. Wstrząsnął nim dreszcz i kaszel, lecz szybko stłumił go, spoglądając lękliwie w stronę żony. W spojrzeniu tem był nie tylko lęk, ale i nienawiść, gromadząca się latami w zacieśnionej komórce serca, które dawno do jasnych punktów rwać się przestało.
Dulski cicho, jak ćma, posunął się ku komodzie. Światełko lampy wydobywało na jaw jego szkieletowe nogi, wlokące się po lśniącej posadzce. Gdy był już przy komodzie, nalał sobie szklankę wody i delikatnie usiłował postawić karafkę na tacce.
W tej samej chwili — poślizgnął się i upadł cicho, bez łoskotu, upadł fatalnie, składając się, jak pajac, z którego nagle trociny wysypano. Kurczowo ścisnął w ręku karafkę, chroniąc ją od stłuczenia. Zawartość cała zimnej wody oblała jego piersi, osłonięte cienką koszulą. W pierwszym momencie ogarnął go strach — nie o siebie, lecz przed zbudzeniem się Dulskiej.
Ta jednak spała dalej, zanurzona po czoło w fałdach kołdry.
Teraz Felicyan zwrócił się ku sobie. Uczuł zimno, uczuł ból w biodrze, ból dziwny, nieokreślony.
Chciał się dźwignąć, zwlec...
Nie mógł.
Tysiące nożów przeszyło mu nogę, szarpnęły go jakieś sznury palące, jakieś pazury.
I bezwład zupełny...
A potem wzdłuż krzyża aż do mózgu mrowie, nudności straszne — pot kroplisty.
I nagle wielka, spokojna nicość.
Ukojenie bez granic.
Zamknął oczy i leżał tak nieruchomy, zlany wodą, potem blady, siny...
Podobny był bardzo do trupa.
Ale jeszcze to nie był trup.
Tylko spreparowany wybornie materyał na trupa.
I nad nim wstawał powoli świt.
Szary, leniwy świt, znudzony i wstrętu pełen.
Przez szczeliny stor zakradał się i mieszał ze światłem lampki złośliwie, niesympatycznie, beznadziejnie.
— Ot — brudny świt w mieście.
Nic więcej.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Felicyan leży już czwarty tydzień w łóżku.
Koło niego chodzi Dulska, a chodzi z miną szczerze urażoną. Bo wielką ma urazę do męża za to, że upadł »jak ostatni głupiec«.
— Stłukłeś sobie nogę, stary niedołęgo! — zawyrokowała, gdy trzeba było przenieść Felicyana na łóżko po znalezieniu go zemdlonym przy komodzie, z karafką w ręku.
— Całe szczęście, że nie zbił karafki! — dodała, oglądając troskliwie ową ocaloną karafkę, która dla niej przedstawiała w tej chwili o wiele większy przedmiot troski, jak »stłuczenie Felicyanowej nogi«.
Lecz gdy okazało się, że Felicyan iść do biura nie może i jeden dzień i drugi, ogarnęła Dulską złość, jedna z tych lepszych, które Hesia »morowemi furyami« mieniła.
— A zbierz się w kupę, niedołęgo — wołała Dulska, stojąc nad mężem — idź do biura, pracuj. Patrz na mnie: żółć mnie zalewa, a ja się nie pieszczę, nie wylegam, tylko pamiętam, że mam dzieci...
Tak mówiła Dulska w ranek oślimaczony, tłoczący się gwałtem pomiędzy kamienice, jak gość mało pożądany i nieprzyjemny. Dulska »robiła właśnie tualetę« i silnie ręcznikiem nacierała twarz, lśniącą od źle zmytego mydła. Z ramion jej spadała oszyta »hafcikiem« koszula. Pod nią było dużo miękkiego ciała. Dulska od czasu do czasu energicznie doprowadzała ten nadmiar do porządku. Były to »wdzięki«, otoczone nimbem macierzyństwa.
I mówiła.
Felicyan patrzał na nią przygaszonemi oczyma.
Bez szkieł widział wszystko w zwiększonym formacie. Leżał w łóżku bez szkieł, i cała żona i jej poszczególne piękna przedstawiały mu się nadnaturalnie. Wiedział o tem, lecz nigdy jeszcze Dulska nie przedstawiała mu się tak obfita i tak przytłaczająca. Powoli Felicyan otworzył usta i patrzał, patrzał... Wreszcie zaczął naciągać powoli kołdrę. Naciągał ją coraz wyżej, nieznacznemi ruchami. Pogrążał się w pościel, jakby w jakąś twierdzę, ze strachu przed natarciem zbyt ciężkiej armii. Nie czuł nawet bólu w owej nieszczęsnej nodze. Chciał tylko skurczyć się, zmniejszyć, zaginąć w tej pościeli bez wieści.
I udało mu się.
Gdyż było widać tylko czubek włosów i coś tam znaczyło się pod kołdrą, jak owi święci po ławrach, skurczeni, zmniejszeni do możliwych granic.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieczorem stan Dulskiego nie poprawił się zupełnie. Dulska zawyrokowała, że »szkoda nafty«, i niezapalono w sypialni lampy. Felicyan leżał cichy i jakby umarły. Przecież w nim zaczynało coś wrzeć i jakby się kłębić pod czaszką. To znów zdawało mu się, że właściwe jego życie, a zwłaszcza centr myśli, osunął się pomiędzy łopatki, lub przeniósł się pod lewą pachę. Było to nawet jakby figlarne uczucie i on biegł za sobą myślącym, wołając w myśli:
— A tuś mi! a tuś!...
Przed obrazem Matki Boskiej lampeczka roztacza smrodliwe kadzidło, jakby alegorya duchowej potrzeby, która tę »najgorszą oliwę« ze sklepiku zwlokła, »najgorszą, bo to do palenia przed obrazem«. Od czasu do czasu połyskuje w światełku migocącem czerwona szatka Maryi, która ma pobłażliwy uśmiech spokoju i wyrozumiałości.
Dulski, gdy oczy otworzy, spotyka się z tym obrazem, wyłaniającym się z ciemni.
Lecz on nie chce tego codziennego widoku. Zamęcza go. On dziś czuje się nastrojony na ton wyższy. Jakby go coś porywało w całe przestrzenie. W tej przestrzeni majaczy mu się jego młodość, która nie była »górna i chmurna«, ale pełna epizodów dziwnej, miastowej rozpusty. I jeden z tych epizodów powraca doń uparcie. Jakaś dziewczyna, »prywatyzująca« gdzieś w starym, przecudnym zaułku koło kościoła Dominikanów. Są tam (jeszcze i teraz) domy dziwne, jak mury twierdzy z okienkami wązkiemi, z których, zda się, lada chwila jakaś kartaczownica wypluje całą masę kartaczy. Tam mieszkała ta dziewczyna. Dulski usiłuje sobie przypomnieć, jakie miała imię. Nie pamięta. Chce i nie może. W żaden sposób nie może.
Ale to wie, że miała długie, śliczne włosy i chodziła po domu z rozpuszczonemi włosami. Lśniły się i pachniały. Dulski owijał temi włosami swe ręce, czasem okręcał szyję. Śmieli się wtedy oboje.
I płacił jej bardzo mało, ale przychodził często. Później zapomniał o niej. Dlaczego — nie wie. I już kiedy był zaręczony, zaszedł wypadkiem do kamienicy za Dominikanami. On nie wie teraz, poco — czy żeby zobaczyć dziewczynę o długich, lśniących włosach, czy co innego... On teraz nie wie. Tylko to wie, że trafił na stróża, a stróż go poznał i powiedział mu:
— Pan do panny Helusi?...
Dulski krzyknął i odtrącił kołdrę.
O! przypomniał sobie... Helusia jej było...
Ktoś się wsuwa do pokoju, cienki, smukły, trochę zgarbiony. Zbliża się do Dulskiego. Ten jeszcze wpół przytomny.
— Kto? czego?...
Głos Meli, nieśmiały, cichy:
— To ja... Mela...
Dulski stara się otworzyć oczy zupełnie.
— Czego tu? poco ty tu?...
— Przyszłam się dowiedzieć, jak tatkowi...
— Idź stąd!... idź stąd!...
— Ja tylko, ja tylko...
— Idź stąd! tu nie jest miejsce dla panien... tu nie...
Usuwa ją — zdaje mu się bowiem, że oto jego córka Mela idzie z nim po schodach ciemnej i dziwnej kamieniczki za Dominikanami.
— Idź stąd!...
Głos jego urywany i pełen godności. On może grzęznąć w błocie, lecz ojciec w nim się budzi.
— Ja ci mówię... idź stąd...
Mela wysuwa się z pokoju szczerze zmartwiona. Niosła pod fartuszkiem cytrynę, trochę cukru — wyobrażała sobie, że będzie mogła zrobić ojcu limoniadę. Tak bardzo tego pragnęła!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Felicyan popada znów w gorączkowe majaczenia. Raczej całemi siłami dobywa się do nich. Drapie się jakby na jakąś drabinę, której szczeble są bardzo rozpalone, a mimo to miękkie i uginają się pod jego stopami. Na szczycie jakiś płomień, purpura, coś dziwnego. I oto Dulskiemu zdaje się, że oparł się łokciami na krawędzi i zajrzał do środka. Tu jest mały pokój, cały wybity silnie czerwonem suknem. I pośrodku stoi katafalk także purpurowy. A na katafalku trumna już zwyczajna, lśniąca — i w niej trup kobiety, tak zmienionej, że ani lat, ani rysów... Jakaś trocha skóry, coś jakby linia ust, i tylko ciężkie, sine powieki przywarte na oczy. I dokoła kwiaty, a od przeciągu chwieją się płonące świece...
— Tak było, — myśli Dulski — tak było: leżała w czerwonym pokoju na czerwonym katafalku. I stróż mówił do mnie, że tak chciała, ażeby wszystko było nie czarne, ale czerwone... bo bardzo ten kolor lubiła. Tak leżała. Niby że to Helunia, do której właśnie szedł... Tak się złożyło. I że to się czasem tak złoży dziwnie... Felicyan pamięta, jak ścisnął w kieszeni te trochę pieniędzy, które już miał przygotowane... I nie wiedział, co z niemi właściwie zrobić. Bo jeżeli ona już na katafalku... A potem wie, że kazał sobie dać za te pieniądze zieleniaku i wypił go sam w jakiejś knajpie... Ale gdzie?.. gdzie?...
Pot mu wystąpił na czoło. Uczepił się tej myśli. Gdzie on pił to wino? Nie wie.
Wytężył wszystkie siły — nie wie. Krzyknął głośno:
— Gdzie?
Ocknął się. W sąsiednim pokoju łomot grubych talerzy. Nakrywają do kolacyi. Co dziś będzie? Coś z obiadu. Eh! mniejsza. Naciągnął kołdrę. I znów ogarnął go purpurowy kolor. Coś jakby zbrodniczego. Wielkie, niespełnione zbrodnie wyciągnęły ku niemu długie, cienkie ramiona. Przedstawił sobie uczucie człowieka, który znajduje się na środku jakiejś lodowej przestrzeni, a naprzeciw niego słoi zbrodniarz, morderca. I on, Dulski, nie może uciec. Niema nic i nikogo.
Jedna lodowa pustka. Zbrodniarz jest tuż przed nim. Dyszy ciężko. I to straszne spełnić się musi. Dulski pod kołdrą rozłożył ręce i ofiarowuje owemu zbrodniarzowi swoją biedną, chudą grdykę.
— Zaduś... — woła cicho — zaduś!...
Ktoś szarpnął kołdrą.
— Śpisz?
Dulska stoi nad nim. Trzyma talerz ze sznyclem dymiącym.
On zaszył się pod złożoną na twarz rękę.
— Zaduś... — syczy — zaduś!...
Ona stawia sznycel na szafce nocnej i wzrusza ramionami.
— Czyś ty zgłupiał? Co ty wygadujesz?!...
W jadalni ktoś coś stłukł.
— Jezus Marya!
Wyleciała.
Dulski naciąga kołdrę.
— Albo — myśli znów przeciwnie. To ja kogoś chcę zabić, zamordować... I nic nie pomoże... Tak być musi. Mam zabić. Muszę. Chcę...
Zawiesił myśl.
I nagle tryumfalnie obwieścił sobie:
Pragnę zabić!...
Uczuł się lżejszym, swobodniejszym.
Pragnę zamordować!...
Przyznanie to wydarło mu się z najgłębszej tajni, takiej tajni, o której on całe życie nie wiedział, nie przeczuwał nawet jej.
Pragnę!...
Zabrakło mu tchu. Zmagał się o ten oddech ciężko, a przecież po tem przyznaniu się było mu o tyle lżej, jaśniej, zgodniej z nim samym.
Wyciągnął z pod kołdry rękę.
I rzecz dziwna — ręka ta mimowoli poszła w kierunku bliźnianego łoża, na którem tyle nocy spała ona...
Tamten człowiek... żona.
Ręka Dulskiego kosmata i żółta, jak gad o pięciu klekocących ramionach, wykonywała w stronę łóżka Dulskiej całą seryę morderczych, dziwnych, nabrzmiałych żądzą zbrodni ruchów.
A z pod kołdry słychać było tryumfujący głos:
— Pragnę!...
(A więc mordu?...)
Zdaje się, że tak!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nie pomogło nic.
Felicyan leży i leży.
Już kilkakrotnie nie tylko Cascara Sagrada, ale i Morisson był na tapecie. Następnie Rigollot oblepiło całe bolące biodro. Nawet wystąpiły nakadzania z ziół pektoralnych i kilka szklanek uniwersalnej... maliny. Felicyan poddawał się tej kuracyi bez skrzywienia. Był jakby bez woli i pragnień. Cały tylko dyszał i żył majaczeniami gorączkowemi, które zaczynały być dla niego drugiem, pełnem i właściwem życiem. Odkrywał w sobie i przed sobą jeszcze nie wyeksploatowane światy. Tylko, poza sobą cisnęło się na niego i tłoczyło coś fatalnego, coś pełnego zaduchu i błota, coś przypartego do jakiegoś silnego muru, który go odgraniczał od wiosennych, miłych, pełnych powietrza i światła młodości. Odwracał swą istotę wewnętrzną od tych pozostawionych i przebytych zaułków i zwracał się całą siłą ku owym ciekawym bytom które dopiero teraz przeczuwał i wyczuwał w gorączkowem podnieceniu. Ogarniało go to w godzinach przedwieczornych, gdy dom zalegała względna cisza, a sypialnię ciemność.
Dulska nie zdawała sobie najzupełniej sprawy ani z tej przemiany fizycznej, ani duchowej, jaka się tam, pod ową naciągniętą kołdrą, odbywa. Dla niej Felicyan był stłuczony i to jej wystarczało. Bezustannie przytaczała wypadki owych »stłuczeń«, które przeszły bez śladu. Chodziło głównie o to, aby się nie zależeć.
Należało ów ból... rozchodzić.
I Dulska zabrała się do tego nie na żarty.
Pewnym rankiem wraz ze stróżem wywlekli Felicyana z łóżka i postawili go »na nogi«. Szło to jednak opornie. Felicyan właściwie stał na jednej nodze. Druga zwisała mu bezwładnie. Stróż podpierał ten szkielet z należną uniżonością.
— Ino niech się pan gospodarz nie boi. Ta ja rosłego wieprza uniosłem, jakem był przy rzeźni, a nie takiego pana gospodarza...
Powleczono Dulskiego przez sypialnię. Chory jednak wydawał tak nieludzkie jęki, że należało ten spacer przykrócić.
— Na dziś dosyć! — zawyrokowała Dulska — jutro więcej. A co do tych wrzasków, to mógłbyś się opamiętać; zdaje się bowiem, zapominasz, że mamy... córki prawie na wydaniu.
Felicyan z pośpiechem naciągnął kołdrę. Zaczynała ona być dla niego tarczą, rogatką, murem granicznym, czemś zupełnie jego i tylko jego. Gdy porwano mu ją raz, celem zmienienia prześcieradła, śledził unoszenie tej płachty z rozpaczliwym jakimś niepokojem.
Przez cały czas »opinania« kołdry mruczał coś niewyraźnie.
Dulska, która z każdą chwilą przedłużającej się choroby wchodziła w stadyum nieustającego rozdraźnienia, manifestowała teraz coraz hałaśliwiej swoje wewnętrzne usposobienie. Na drugi dzień bowiem po owem wywleczeniu Felicyana z łóżka, celem »rozchodzenia« stłuczonej nogi, gdy ona i stróż przystąpili do chorego, aby rozpocząć na nowo metodę gwałtownej kuracyi, podniósł się z pod kołdry taki wrzask, takie burczenie, taki protest, że mowy nawet o użyciu siły być nie mogło. Felicyan zbuntował się i pokazał zęby. Żądał tylko spokoju i horyzontalnej pozycyi. Dulska nie byłaby ustąpiła, lecz Felicyan znalazł nagle sprzymierzeńca w stróżu, który dość solidarnie odmówił swej pomocy. Dulska wymówiła miejsce stróżowi. Wezwała kucharkę, która także przeląkłszy się krwią nabiegłych oczów Felicyana i jego parskającego »precz! precz!...«, uciekła. Pokojówka była młoda i płocha, więc się nie nadawała do prowadzenia po pokoju dorosłego mężczyzny w bieliźnie. Tak tedy Dulska pozostała ze swą metodą osamotniona, a Felicyan tryumfował w pozycyi leżącej, odgraniczony ciemno-ponsową tarczą kołdry.
Wprawdzie Dulska odbiła sobie porażkę, taszcząc z apteki dużą flaszeczkę kropli waleryanowych. Czterdzieści kropel w kieliszku wody »mogło« wywrzeć skutek, bo w każdym razie to było przecież lekarstwo. Lecz Felicyan, rozzuchwalony powodzeniem, kieliszek z waleryanem cisnął na ziemię, i dziwna, nie uchwytna, a przejmująca woń napełniła całą sypialnię. Dulska porwała się za głowę i umknęła, a spotkawszy Melę, w słowach dosadnych i raniących uczyniła jej zarzut z tego, że jest Felicyanową córką. Mela przerażona nawet nie usiłowała się usprawiedliwiać, a w ten tragiczny epizod matki z córką wkroczyła Zbyszkowa, obnosząca na głowie nowy »toczek«, zupełnie podobny do bermycy czerkieskiej, przystrojonej ogonem wypierzonego koguta. Zbyszkowa, dowiedziawszy się, że »ojczuś« chory, rzuciła się demonstracyjnie ku sypialni i, pokonawszy wstręt swój do zapachu waleryanu i widoku niemytego i niegolonego Felicyana, zajęła miejsce koło łóżka wyrażając głośno swoje współczucie i niepokój. Aż drgały jej dołki na twarzy, nabrane śmiechem na widok rozwścieklonej Dulskiej.
W jednej chwili wyczuła w swej belle-merze tę naturę dyplomowanej histeryczki, która nie znosi cudzego cierpienia i nie chce nic o niem wiedzieć. Lecz i w Zbyszkowej nie grało roli żadne współczucie dla Felicyana. Ten cierpiący i zwalony bezsilnością szkielet był dla niej także, jako człowiek, obojętny. Istniał tylko — jako pretekst udręczenia Dulskiej.
I to wystarczało.
Przez pierwszy tydzień Zbyszkowa zjawiała się u Dulskich codziennie. Przynosiła pomarańcze, cukierki, gazety. Cytowała adresy doktorów, czytywała artykuły wstępne, sprawozdania giełdowe i sporty.
Głos jej donośny i krzykliwy napełniał mieszkanie. Sama przyrządzała kawę dla Felicyana, perfumowała mu kołdrę, przyniosła jasiek gumowy w tureckie desenie, na których Felicyan wyglądał w wysoce komiczny sposób. Akcentowała ciągle długotrwałość choroby i mówiła często o sprawieniu stolika szpitalnego i innych przyrządów, koniecznych w domu, gdzie choroba instaluje się na czas dłuższy. Przyniosła śmieszną, cienką palmę i postawiła ją na szafce nocnej obok Felicyana, mówiąc z współczuciem:
— Ponieważ ojczuś tak prędko nic zielonego nie zobaczy, więc przyniosłam tę palemkę... Zawsze to zielone...
Mówiła zupełnie seryo o sprowadzeniu konsylium, złożonego z trzech profesorów. Już w duszy cieszyła się myślą wyrazu twarzy, jaki przybierze Dulska, gdy te trzy capacitas wejdą w progi sypialni. Zaczęła nawet za tem »latać«, ale jeden z honoratiorów wyjechał do Płoskirowa zbadać krew silnie zartretyzmowanego obywatela — więc należało czekać na jego powrót. Dulska żółkła pod wpływem tych słów i stawiała silną opozycyę przeciw wpuszczeniu do domu owych znakomitości. Lecz Zbyszkowa nawpół figlarnie opiniowała, że »pytać się nie będzie, a swoje zrobi« — i dodając przytem, że »jakkolwiek honorarya będą nie na żarty, ale dla ojczusia i dla spokoju całej rodziny i tysiące chyba nic nie znaczą...«
Nagle — Zbyszkowa przestała przychodzić.
Oto — sama obnosząc swą bermycę i nienawiść do Dulskiej, modnie wygorsowana — dostała anginy. Dulska litościwie spojrzała ku obrazowi Panny Najświętszej i szepnęła: »dzięki Ci, Matko Boska!«
Krzesło przy łóżku Felicyana opustoszało. Palma powędrowała do salonu — udawać oazę, po cukierkach pozostało tylko pudełko. Felicyan — nie przymuszany do śledzenia, czy Koło polskie opuściło linię pośrednią pomiędzy walczącemi stronnictwami, i roztrząsać, czy rząd liberalny angielski wystąpił z programem ograniczeń zbrojeń morskich.
Natomiast Felicyan popadł znów w swe marzenia wieczorne, w swe pół sny, pół jawy. Jakieś niespełnione a przecież należne mu sprawy i czyny zdawały się nachodzić go, i z początku lekko, a potem z coraz większą obiecywaną forsą tłoczyć się i przypominać. Jakie one były, w jakim zakresie — nie wiedział. Tylko pochodziły z tych wielkich, rozległych przestrzeni, na których dopełniały się dzieła dziwne i sięgające szczytów. Tam one te jego niespełnione czyny brały stanowczo zaczątek i były właściwemi wyrzutami za jakby coś zmarnowanego, coś, mimo czego on przebiegł początkowo w pełnym galopie, a potem przewlókł się obojętnie.
I tęczowo to było i barwnie — jakieś nieznane mu blaski, które na niego gościnnie czekały całe serye lat, aby go wchłonąć w siebie, owinąć, udostojnić.
Jakieś lazury tęskne (jakby oczy, łzą przyćmione) i snów purpurowe pióropusze tryskające zuchwale bez przyczyn, a przecież konieczne...
I ponad wszystko ciągle czerwono-różowy katafalk, a na nim martwa, spokojna dziewczyna z zaułka poza dominikańskim kościołem.
I pragnienie stanąć znów przed tym katafalkiem i rozpocząć całą seryę kłamstw, dziwactw, czynów niespełnionych, w których drgają krzyki wielkich namiętności. To pragnienie mijało go, jakby jakiś orszak dziwnie draźniących go karłów pełzających i pełnych pokus. Nawet nie wiedział, czy ich draźnienia odnosiły się właściwie do niego samego. Lecz trwał tak ciągle naprzeciw tego katafalku, w zaułku ciemnym koło Dominikanów...
Trwał i utrwalał się.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I teraz, co więcej, zdawało mu się, że tamto, owo biuro — owa kamienica, której współwłaścicielem był razem z tą kobietą tłustą i świecącą, ten bruk, o który zużywał corocznie pewną oznaczoną ilość bydlęcej skóry w formie podeszew, tłoczonej problematycznym ciężarem jego ciała, a dalej ta klatka trzcinowa pojęć, zasad, przewidywań, szorowana od czasu do czasu twardą szczotką obowiązku i tradycyi — to wszystko moralne i materyalne »jego« — nie było tem »jego«. Lecz raczej — to ciche, niespełnione, nieuchwytne — choćby to wystawanie u stóp czerwonego katafalka z dziwnem czemś w głębi piersi, jakby tam przyczaił się nagle jakiś ptak i chciał tej zmarłej dziewczynie wyświegotać niepojęte i nabrzmiałe oczekiwaniem frazy...
I była mu wtedy bliższa — ta martwa, ta sprzedajna, ta, dla której niósł garstkę pieniędzy — niż ta świecąca i tłusta, której kroki człapały się dokoła niego i przenikały tarczę kołdry, bijąc w mózg bez przebaczenia i ulgi.
Bo tamta zdawała się oczekiwać na coś od niego oprócz pieniędzy i spazmu miłosnego.
Ta nie czekała na nic.
Bo nie chciała, aby jej coś sam dobrowolnie przyniósł.
Tylko mu wszystko wydarła...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W kuchni do czerwoności rozpalają się cegły.
Zostaną wrzucone do kubełka, polane roztworem bożego drzewka, tysiączniku, macierzanki i marchwi — a na to ma usiąść Felicyan, okryty stertą koców.
I wstać ma z owej parni zdrów i prosty.
Tak zawyrokowała Dulska.
W przedpokoju czeka nowy stróż. Wyraźny typ łyczakowskiego rzezimieszka. W Paryżu, ten genre młodzieży zowie się les apaches, po naszemu, jako wyrób krajowy — polski brat, po łyczakowsko-lwowsku — Batiar. Cechy są wspólne: spanie pod gołem niebem i nóż za cholewą. Czasem, dla ukrycia się przed policyą — zajęcie posady kanalarza lub stróża u właścicielek, będących jeszcze w rozterce co do pojmowania równości praw tak zwanych ludzi. Chlebodawczynie tego rodzaju (gdyż celują w tem kobiety) czują wszakże, iż dają mało — żądają więc też mało. Nowy stróż Teodor w kamienicy Dulskiej zadawalnia się jamą koło »ustępów«, dając wzamian jako swą jaźń duchową takąż kałem zionącą jamę. Dulska unika wzroku Teodora, Teodor unika wzroku Dulskiej. Lecz w mig, w powietrzu wyczuwają się i porozumiewają...
Teraz chodzi o ściągnięcie z łóżka pana »gospodarza« i zmuszenie do uplasowania go nad cegłą.
Felicyan czuje, iż rozpoczyna się nowa faza kuracyi »domowej«.
I skurczył się w łóżku i przybrał postawę psa, którego mają kąpać i który wie, że przy tej kąpieli napakują mu masę gryzącego mydła do ślepiów.
Pies myśli, którędy umknąć.
Ale pies ma zdrowe nogi, a Felicyan nie.
Koło kuchni kręci się niespokojnie Mela. Tam i nazad. Ona czuje, wie — i ją już bolą nerwy, bo wie, co się będzie działo.
Podchodzi do Teodora.
I cicho:
— Mój Teodorze, aby ostrożnie... ja już Teodorowi dam trzydzieści halerzy.
Mela dałaby więcej.
Ale Mela nie ma. I tak oszczędziła te piętnaście centów na bawełnie i włóczce, której kupiła mniejszą ilość dwukrotnie. Lecz Dulska »przepędza« Melę, bo właśnie cegła już jest doskonale rozpieczona i z hukiem zostaje wrzucona na samo dno kubła.
I cała procesya pędzi w stronę sypialni.
Już podłoga wyłożona ścierkami i gazetami — Felicyan zaś zniknął cały pod kołdrą.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Lecz nic mu to nie pomogło. Teodor zawinął rękawy, lekko splunął.
— Niech pani gospodyni będzie spokojna!...
Rozległ się nieludzki wrzask.
W kącie pokoju modli się Mela.
— Matko Boska Częstochowska... niech tatkę nie boli, niech tatkę nie boli...
Krzyk przemienia się w jęk.
— Jej!... jej!...
A Mela, zalana łzami, modli się teraz:
— Matko Boska... niech tatko nie krzyczy!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Trzymany pod pachy Felicyan, jak szmat ciała, zawisł nad kłębami pary, dobywającej się z kubła.
— Piecze... pali...
Opadła mu szczęka dolna. Rozwarła się sinawa czeluść ustna. Jest straszny, tragiczny, bezsilny...
— Pali! piecze!...
Dulska gestem rzymskiej matrony, spełniającej bohaterski obowiązek, przytrzymuje na wlokącej się bezwładnie po ziemi nodze ciężki koc.
— Niech piecze! — mówi — wypiecze ci ból i lenistwo.
Felicyan milknie.
Z kącików ust płynie mu cieniuchna struga śliny. Czuje, rozumie, iż nad nim zaciężyła pięść.
Teodor potrząsnął kilkakrotnie chorym. To znów jego metoda. Tak lepiej para pod skórę wejdzie.
Przenikliwy zapach ziół wypełnił sypialnię. Felicyana ułożono na łóżku. Ciągle jest siny, i ślina płynie mu z ust. Nawalono na niego koców.
— Żeby mu pot nie zastygł!
Ciężko, hałaśliwie Teodor sprząta narzędzia tortury. Dulska konstatuje dwie plamy z wody na podłodze. Wreszcie wszyscy wychodzą, i Felicyan zostaje sam.
Wstrząśniętą do głębi nogę, zszarpaną, rozdzierają bole rozszalałych nerwów. Wycieńczenie sił przygasza puls.
Felicyan zapada w półomdlenie.
Cicho, cichutko zbliża się do niego Mela.
— Może taciowi wody?...
Patrzy na nią bielmem zasnutemi oczami.
Jakaś dziewczynka.
Nie zna jej. Nie wpatrzył się nigdy w tę twarzyczkę zwiędłą przed rozkwitem, nie starał się pojąć — kto to jest właściwie...
Jakaś dziewczynka.
Z poza szyb dolatują dzwonki przejeżdżających sanek. Więc to zima... W biurze palą tak, że aż za gorąco... Więc to zima...
Taka biała mgła, opar...
I potem nic.
Felicyan oczy z wysiłkiem przymyka.
Tak będzie lepiej słuchać brzęku dzwonków i głosu dziewczynki...
I Felicyan mdleje.
Z płaczem i krzykiem pędzi Mela do kuchni.
Cienkie jej włoski rozpadły się na zgarbione plecy.
— Mamo!... Taciowi się coś stało!
Dulska odwraca się od stolnicy, na której liczyła sznycle.
— Głupia!... nie trzaskaj drzwiami. Legumina pod blachą opadnie...
— Tacio się nie rusza.
— Wynoś się do książek!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Kilkakrotnie jeszcze powtarzały się owe próby z »parą«, lecz sama Dulska zaniechała ich, jako zabiegów zbyt ambarasownych i plamiących podłogę.
Obecnie spróbowano masażu. Ponieważ jednak do masażu według Dulskiej potrzeba było głównie »siły«, Teodor doskonale mógł pomiędzy wyrąbywaniem lodu z chodnika i »pucowaniem« schodów masować Felicyana.
— To nie jest żadna sztuka! — twierdziła Dulska — i to każden parobek potrafi. A tylko doktorzy łajdaki wymyślają jakichś dyplomowanych masażystów, aby z nimi sztamę trzymać i chorym ich narzucać. Pewnie z tego mają dochody, a co wydrze taki dyplomowiec choremu, to się po połowie podzieli z doktorem. Tylko, że ja nie taka głupia i mnie nikt na kawał nie weźmie!
A do Teodora, dając mu w torebce trochę hreczanej mąki, dodała:
— Tylko silnie Teodorze! Tak jak po podłodze Teodor nogami, tak po panu rękami. Niech Teodor nic nie zważa!
Teodor tylko się uśmiechnął.
— Niech się Pani gospodyni nie boi!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I znów w sypialni rozległy się jęki Felicyana.
I znów Mela się modli:
— Matko Boska! daj, ażeby tacia nie bolało...
A potem drżąc już od zdenerwowania.
— Matko Boska! daj niech Tacio nie krzyczy!
Ale Matka Boska musi być czemś innem zajęta i nie zwraca uwagi na modlitwę panienki anemicznej z krzywą łopatką. Nie zważa na tę biedną modlitwę, bo »tacio« krzyczy, wreszcie walczy z Teodorem, walczy rozpaczliwie, homerycznie odtrącając od siebie pięści apasza łyczakowskiego.
I to z pewnym skutkiem.
Bo w pozycyi leżącej Felicyan czuje się silniejszy, jak stojąc na jednej nodze.
— Poszedł ty, drabie!... — krzyczy pan gospodarz.
I inne tego rodzaju rzeczy delikatne.
Dulska interweniuje.
Lecz Felicyan na to.
— Wynoście się! zostawcie mnie!...
— Musisz pozwolić!... Teodor...
— Idźcie do dyabła!
— Co?..
— Do dyabła... ty i twój Teodor!
Na Dulską uderzają ponsy.
Jej Teodor?
Teraz Felicyan ją bezcześci, a nazywając Teodora »jej«, jakoby wskazuje na jakieś związki blizkie gospodyni ze stróżem.
W umyśle Dulskiej rzeczy takie miewają miejsce, ale... w arystokracyi.
Tak jest. Dulska słyszała i wyrobiła sobie niezłomne przekonanie w tym względzie. Znienawidzona przez mieszczaństwo, a w rzeczy samej podziwiana obleśnie arystokracya uprawia na wielką skalę flirty buduarowo-kredensowe.
Tak sądzi Dulska i widzi w swej zapomadowanej wyobraźni sceny nadzwyczajne, gdzie koronki peniuarów otulają galony »liberyi«.
Lecz to »tam« — wysoko... Ona dzięki Bogu, swych barchanów nie ma zamiaru przytulić do podejrzanych lodenów Teodora.
A więc mruży oczy, topi je w tłuszczu, podrzuca wyniośle zadumane (według ś. p. Sewera) piersi i, skrzyżowawszy ręce na brzuchu, twierdzi:
— Dzięki Bogu! nie jestem hrabiną!
Lecz Felicyan pieni się w dalszym ciągu.
— Wynoście się do dyabła starego!
— Właśnie jesteśmy u niego! — odrzuca z subtelną ironią Dulska.
I zwraca się do Teodora, który z umąconemi po łokcie rękami, z całą nienawiścią klas wyzyskiwanych, gotów jest rzucić się na ciało Felicyana.
— Niech Teodor wraca na dziedziniec! — mówi Dulska. — Pan nie chce się leczyć i woli chorować!
Felicyan zostaje na pobojowisku.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Lecz jeszcze Dulska nie daje za wygranę. Rzuca się obecnie na plastry i fabrykuje je z rozmaitych mało wonnych, lecz tajemniczych ingredyencyi. Wchodzi tam przeważnie maść rozchodnikowa.
— Skoro rozchodnikowa, to powinna rozchodzić ból i rozchodzić nogę! — twierdzi Dulska.
Dalej w tygielku smaży się psie sadło, trochę roztartej gorczycy, cynamonu, chininy i balsamu peruwiańskiego.
Rozmoczy to skórę i przez pory wsiąknie do stłuczonej kości.
Jest tam nawet i guma arabska.
— Bo gdyby coś było zarysowanego, jakaś rysa...
Dulskiej owa kość »stłuczona« przedstawia się, jakby jakiś słup trzaśnięty o ziemię.
— Zalepiłabym wapnem i gipsem...
A więc do plastra tajemniczego dołącza się trochę wapna, zeskrobanego z piwnicznego korytarza i trochę gipsu...
Potem do tarcia tego wszystkiego kolejno zaprzęga się służbę i mobilizuje rodzinę, jako to: Hesię i Melę.
Gdy plaster jest utarty, Dulska rozsmarowuje go na tekturze i idzie do sypialni.
— Oto jest plaster! — mówi głosem takim, jakby anonsowała zbawienie.
Lecz Felicyan mruczy tylko niedbale i zaciska dokoła siebie kołdrę.
Dulską ogarnia rozpacz.
— Jakto?... więc i tego nie chcesz dać sobie przyłożyć?
— Nie.
Dulska zmienia taktykę. Opuszcza się na krzesło...
— Felicyanie! — mówi, jęcząc. — Felicyanie! miejże zastanowienie! Dokąd będziesz się wylegiwał i rujnował mnie i nasze biedne dzieci? Mówisz, że jesteś chory. Dlaczego nie chcesz się dać wyleczyć? Może cię ominąć awans. Czyż zawsze chcesz tkwić w siódmej randze? Ta pomyśl, człowieku!...
I po chwili:
— Daj se przyłożyć plaster...
Felicyan jest jakiś zmęczony, znużony. Chce za wszelką cenę spokoju. Ta masa ciała, jęcząca tuż przy łóżku i zabierająca mu powietrze, męczy go. Wyciąga więc rękę.
— Dawaj! — mówi.
— Ja ci sama przyłożę.
— Obejdzie się...
Dulska podaje plaster, który znika w przepaściach kołdry.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Znika, i błąka się i tuła długo, zanim wreszcie Felicyan suchym, złośliwym gestem nalepia go na chorej nodze. Felicyan bowiem także jest porządnie znudzony i znużony tą całą chorobą. Tęskno mu i niewyraźnie za przestrzenią, szerszą, jak sypialnia małżeńska. Przytem jakieś rozrzewnienie go ogarnia. Chwilami czuje się bardzo sam i prawie, jak dziecko. Napada go to zwykle, gdy słyszy poza oknami brzęczące dzwonki od sanek. Nie jeździł prawie nigdy sankami, lecz teraz na dnie duszy budzi się w nim jakieś pragnienie białych, szerokich przestrzeni. Niepokoi go to nawet... Skąd mu to przyszło? Wydobywa się przemocą, jakby z jakich głębin. Na wsi nie był nigdy, rodził się w małem miasteczku, chował »u Lwowi«. Zawsze więc mury... mury... A tu tak coś z głębi...
A potem ta Mela...
Wsuwa się do sypialni i mówi:
— Dzień dobry taciowi! Taki dziś cudny dzień, słońce, a mróz i śniegu tyle prawdziwego, aż skrzypi...
Odchyla firanki świeżo uprane.
— O!... może tacio spojrzy... proszę.
Felicyan zamyka oczy.
I milczy.
Mela kręci się chwileczkę tu i tam. Wreszcie wychodzi na palcach.
Wówczas Felicyan otwiera oczy, patrzy chwilę w rozchylone firanki. Biel dachu domu, znajdującego się naprzeciwko, iskrzy się od srebrnych tęczowych blasków.
Puchowe to, rozkoszne, świeże.
I widać szmateczek ciemno-szafirowego o intensywnej barwie nieba.
Felicyan patrzy chwilę, nie mrużąc oczów, chłonąc biel, srebro, szafir w swe zmęczone źrenice, pocięte siecią krwawych żyłek.
Patrzy i potem zanurza się z głową pod kołdrę, gdzie pozostaje nieruchomy, jakby chciał nacieszyć się skarbami, które zazdrośnie dla samego siebie z wolnych przestrzeni wzrokiem swym i wolą ściągnąć zdołał.
Plaster okazał się bez znaczenia. Rozpoczęła się era baniek. Przywołany cyrulik postawił bańki według wskazówek Dulskiej, która, rozpytawszy się o cenę każdej bańki, strategicznie porozmieszczała je na nodze Felicyana, wytężając swą chytrość, aby jak najrzadziej a najskuteczniej owe bańki poustawiać.
Felicyan nie oponował.
Wbrew przekonaniu Dulskiej, wierzył mężom nauki i pogardzał »babskimi środkami«. Dla niego i felczer był mężem nauki. Przytem Felicyan dostrzegł, że Dulska cierpiała bardzo, obliczając, ile jej za bańki zapłacić przyjdzie — i z nienawiścią spoglądała na felczera.
Felicyan nawet uprzejmie pozwolił na ową operacyę. Odbyło się bez wrzasków — i Mela, przygotowująca się w drugiej komnacie do inwokacyi Matki Bożej, nie miała powodu do wygłaszania swej chronicznej antyfony. Lecz gdy przyszło do rezultatów owych baniek, okazały się znów żadne. — Wprawdzie Dulska chciała sama drugi raz postawić bańki, używając do tego kieliszków i twierdząc, że ona za darmo zrobi to samo lepiej i skuteczniej, lecz Felicyan podniósł swój zwykły wojenny wrzask i zaprotestował przeciw podobnym eksperymentom.
— To trudno, mój drogi! — odparła Dulska, z szerokim gestem zagarniając do halki kieliszki, watę, korek na druciku i inne akcesorya, które przygotowała pracowicie, używając swe zdolności domowo-przemysłowe — to trudno; ja ci wiecznie felczerów płacić nie będę. Nie mogę się rujnować, ani dzieci naszych krzywdzić. Chodzi mi o to, ażebym na starość nie szła na żebry pod katedrę...
Przez tydzień nastąpiła cisza i spokój względny. Były wprawdzie lekkie wzmianki o możliwości postawienia pijawek, to znów o wtarciu w nogę całej świecy łojowej, ale wobec wojowniczej postawy Felicyana zaniechano tych projektów.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Osłabienie chorego wszakże wzrastało z coraz większą siłą. Żywiony zwykłą strawą, tracił powoli chęć do jadła i wkraczał w ten sposób w okres »niedostatecznego odżywiania«. Twarz jego przybrała barwę ziemistą, a oczy zapadły. Ciało pod kołdrą znaczyło się ledwo, ledwo. Dulska gryzła wargi i potrząsała biustem. Postanowiła chwycić się energicznych środków. Pewnego poranku rozkazała stróżowi:
— Zawołajcie mi tu Nakoneczną!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W suterenach kamienicy Dulskiej mieścił się osobny świat.
Świat ten nigdy nie pozbywał się woni kapusty, machorki i mydlin. To było stałe. Poza tem był to świat milczący i tajemniczy. Kto go stanowił, wiedziała sama Dulska. Cicho tam było dziwnie i spokojnie. Szumowiny, które wypełniały te jamy, jakby przypadły do samego dna, i tam szemrały cichutko swoje przekleństwa. Czasem coś się poderwało, wyleciało na świat »tylnemi schodami« i znów wróciło, zginęło w ciemnicy i stęchliźnie. Czuło się tam puls czynów, przetrawionych doskonale, i żywych, ale podanych światu zwężoną arteryą tajemnicy stolerowanej i akceptowanej doskonale.
Z tej ciemnicy, na pierwsze piętro »do pani gospodyni« poskoczyła szparko niewielka figurka kobieca z bielmem na oku i odziana w starą jedwabną bluzkę. Rysy ginęły w fałdach skóry twarzy, która zwisała, świadcząc, że Nakoneczna dawniej była »tęgą« — pięknością. Tylko nos krogulczy wystawał, węsząc czujnie i przebiegle. Ten nos i ręce, wiecznie złożone na wystającym śpiczasto brzuchu, stanowiły charakter tej postaci. Było w nich coś lisiego, zakonnego i zarazem staro-chłopskiego. Pachniało to refektarzem i sionką, w której gnije kapusta.
Nakoneczna trudniła się czemś na dnie tych jam suterenowych. Czem? — Było to coś graniczącego z ginekologią, bo klientela jej przeważnie składała się z kobiet bladych, niepewnych, wsuwających się do sionki trwożliwie, czasem jakby tłumiąc łkania. Ciemne chustki, wtłoczone na głowy, zakrywały twarze. Kobiety te zostawały czasem dłużej, czasem odchodziły szybko. Mówiono o Nakonecznej że... umie poradzić...
W ciszy, ciemni i zgniliźnie.
W suterenach kamienicy pani Dulskiej.
Nakoneczna radziła.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdy Nakoneczna znalazła się w kuchni Dulskiej, nos jej migiem zrobił inwentarz »naczynia« pani gospodyni. Wpadła w ekstazę — bo rzeczywiście »naczynie« Dulskiej przedstawiało zbiór nie byle jaki. Na półkach, przystrojonych wystrzyganym papierem, stały rzędy rondli, rynek, garnuszków, wisiały tarki, durszlaki, kołotuszki, łaszki, sitka i inne cuda. Lata pracowitego starania żony Felicyana. To wszystko pielęgnowane, czyszczone, doglądane i odnawiane kosztem sług. Dulska bowiem przyjęła doskonały system. Ponieważ każde naczynie zużyć się musi — zużycie owo składała na karb służącej i z jej pensyi kupowała nowy sprzęt, dochodząc w ten sposób do odświeżania swego martwego inwentarza, bez wydania centa ze swej strony.
Chlubą i dumą była »kuchnia« pani Dulskiej. Nikt naokoło nie posiadał tyle blachy i miedzi, co ona właśnie. Lokatorów swoich Dulska ceniła także według ilości posiadanych rondli. Jeśli to były rądle miedziane — to był już ktoś bardzo »fajny«. Dalej ludzie porządni mieli jeszcze asortyment rondli emaliowanych. Co było już w następnym rzędzie — o tych uczciwości, porządku i wogóle »moralności« pani Dulska mówiła, krzywiąc się lekko.
Ta epopeja rądlowa miała pierwszy szereg w duchowych, społecznych kwalifikacyach Dulskiej.
Naturalnie, że ona musiała być »najfajniejsza« — z najfajniejszych.
I dlatego Nakoneczna wpadła w ekstazę, wszedłszy do kuchni pani gospodyni.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Delikatnie, półszeptem wyłożyła pani Dulska Nakonecznej, że chodzi tu o przyniesienie pomocy komuś choremu.
Nakoneczna zacisnęła usta i pokręciła nosem. Skrzywiła dziwnie głowę.
Przysunęła się do Dulskiej.
— Czy to pani gospodyni sama, czy która z córeczek?... — zapytała tak cicho, jakby tchnienie wichru, który od bagien zgniłych zaleciał.
Dulska zaprzeczyła:
— Nie... to sam pan gospodarz.
Nakoneczna otworzyła szeroko jedyne oko.
— Jakże to... mężczyzna? Pani gospodyni żartuje sobie ze mnie...
— Jakże żartuję! Leży już tyle tygodni. Stanąć nie może. Stłukł nogę i ani w prawo, ani w lewo. To prosto rozpacz!
Nakoneczna wyprostowała się.
Zbrodnicza tajemniczość, która dokoła niej się rozsnuła, w jednej chwili gdzieś przepadła. Obojętnie patrzyła na błyszczące w zachodzącem słońcu rondle.
— A... tak...
— Może Nakoneczna co poradzi...
— Ha, no!... ha, no!... zobaczę.
— Już ja...
Zatrzymała się Dulska. Nie chciała się zapędzać.
Weszły do sypialni. Felicyan leżał wyczerpany. Sam już widocznie miał »dosyć« tej choroby, bo nadspodziewanie zgodził się na obejrzenie nogi przez Nakoneczną.
Suche kościste ręce przesunęły się po suchej kościstej nodze Dulskiego.
— Proszę niech pan wielmożny gospodarz się nie boi, ja się znam... ja wiem, co boli... ja nóżkę delikatnie zbadam... zobaczę...
Dulska stała niespokojna.
— Może Nakoneczna naciągnie.
Ale baba pokręciła głową.
— Nie, nie.
Znów przesunęła ręką.
Wreszcie odeszła od łóżka.
— I co? — pytała Dulska — cóż poradzicie?
Ale Nakoneczna zrobiła tajemniczą minę.
— Chodźmy do kuchni.
Wyszły.
I znów stanęły naprzeciw łuny, bijącej od rondli.
— Z wielmożnym panem gospodarzem jest źle — zaczęła Nakoneczna.
Dulska się obruszyła.
— Jakby było dobrze, nie byłabym was wezwała.
— Wielmożnemu panu gospodarzowi noga spróchniała.
— ?...
— No... jak noga u szafy albo u krzesła.. A może i nie cała noga, a tylko jakie tryby albo oś... nie wiedzieć...
Dulska uprzejmie zaproponowała.
— Więc może Nakoneczna coś poradzi...
Ale Nakoneczna odmówiła.
Dulska powróciła do domu, niosąc jakby na twarzy swej własnej maskę z opadającej i rozciągniętej skóry.
Miała minę kogoś, kto dowiedział się nagle, że czeka go jakaś katastrofa, równająca się śmierci.
Niby nie śmierć sama, ale takiego coś tuż obok.
Weszła do sypialni i zaczęła się powoli rozbierać. Z pod kołdry śledził ją jednem okiem Felicyan. Drugiego nie chciało mu się otwierać, a może uznawał, że nie warto. Dość, że Dulska ściągnęła ze siebie suknię, tę »pół porządną«, stanik innej znów sukni, przystrojony dwiema pomarańczowej barwy plamami pod pachami, i pozostała w »staniczku« flanelowym, kończącym się pod łopatkami, i w »haleczce«, stale rozwartej z tyłu na kilkanaście centymetrów.
Na głowie jednak Dulska zachowała kapelusz, w którym przyszła. A ponieważ był tyrolski, niewielki i ozdobiony figlarnem piórkiem — Dulska w tej koafiurze, spódniczce krótkiej i staniczku miała pozór »eine fesche tiroler Sängerinn«, gotującej się do jodlerowania na brzegu jakiejś estrady w trzeciorzędnej knajpie śpiewającej.
Tyroleczka ta lwowska jednak przysiadła koło komody i z czeluści, reprezentującej kieszeń, wszytą w halkę, wygarnęła tłustą i pękatą portmonetkę. Z tejże portmonetki Dulska wyjęła zaszmelcowany karteluszek i z melancholią czytać sobie w myśli zaczęła.
»Urzędnik 8 rangi ma pensyi 2.700 koron, siódmej rangi, 3.100, a jako radca w niższej randze 4.300 koron«...
Dulska łypnęła w stronę Felicyana. Tam spotkała się z jednem okiem, ciemniejącem z pod kołdry na tle białej poduszki. Spojrzenia ich potknęły się o siebie i natychmiast rozbiegły.
Dulska cała zebrała się w kłębek i pożerała oczami karteluszek.
— »Dla żony po śmierci podkomisarza ósma ranga — więc osiemdziesiąt procent pensyi męża...«
— Cóż... Ale dalej...
»Pensya wdowia nie może przekraczać dwóch tysięcy guldenów«.
Dulskiej zrobiło się gorąco.
— Zawsze jednak dwa tysiące guldenów, cztery tysiące koron. To nie w kij dmuchać... Tylko co na to trzeba, żeby taki umarł w szóstej randze, a Felicyan jest w ósmej nadkomisarz.
Dulska ciężko westchnęła.
— I tu jeszcze na karteluszku dopisano:
— »Dzieci w ósmej randze
dwadzieścia.
»w siódmej randze
dwadzieścia pięć.
»w szóstej randze
trzydzieści.
Ale czego! czego na Boga!... Czy reńskich, czy koron?...
Tak się Dulska zacietrzewiła w spisywaniu dokładnem, co ją czeka w razie śmierci Felicyana, że zapomniała przy »dzieciach« dopisać, ile mają dostać odszkodowania za trupa ojca, który je spłodził, i potem za ten czyn lekkomyślny wlókł jarzmo całego życia obowiązków żywienia tylu i tylu »gąb«.
Dulska zatem starała się dokładnie poinformować, jak i co. Nie chodzi zaraz o śmierć ale gdyby Felicyan teraz się »spensyonował«, a potem umarł, — to w jakiej randze i czego ona za wierność swą i ustępstwa małżeńskie ma się spodziewać.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Bo oto...
Dama ta ofiarowała swe wdzięki temu to Felicyanowi wcale nie za darmo. Ona w uczciwości swej i cnocie sprzedała się bardzo solidnie i bezpiecznie. Prawo, rząd, policyę wszystko przyzwała do pomocy i wszystkie te straże stanęły poza nią, jak jeden mąż. W wieńcu, przekręconym na bakier, i z nosem, zapuchłym i świecącym od nadużycia gliceryny i tradycyonalnego płaczu, »dziewczę« to przyniosło swe dziewictwo i zażądało nawzajem, jako rzeczy zupełnie naturalnej... płacy mężowskiej.
A więc...
Ponieważ słodkie słówko jest wymówione — dziewczę to, na biało spreparowane, tak dalece na biało, że aż nawet białemi tasiemkami miało pod kolanami podwiązane białe pończoszki — przy dźwiękach pieśni szło właściwie... na sprzedaż.
Tak! tak!
Niema co się oburzać i mówić »to już nadto«.
I to...
— »A iż cię... aż do śmierci...«
Taka panna lekkiego życia sprzedaje się, przeważnie bez zapewnień prawnych »a iż cię... aż do śmierci...«
Dopiero później, jeżeli tam coś zdoła sobie zabezpieczyć na starość — to się na nią pluje.
Mówi się: mądra, ale podła...
A tu — szósta ranga zapewnia tyle, siódma ranga zapewnia tyle...
I dzieciom.
I po śmierci.
Za ten wianuszek na bakier i tę biel gołębią.
Tak już do śmierci i po śmierci nawet.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdyby kto pani Dulskiej powiedział, że taka dziewczyna jest więcej od niej warta, pani Dulska zdziwiłaby się bardzo i nic nie pojęła.
Ale pani Dulska często się dziwi i wielu nie pojmuje rzeczy z tych lepszych, które właściwie są, jak echo doskonałości Najwyższych.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pani Dulska spojrzała w stronę męża. Ogarnął ją żal, złość, i zaczęło się w niej gotować.
Nie dość, że tak późno wśróbował się do tego Wydziału krajowego i tyle lat spędził niepotrzebnie w magistracie — teraz jeszcze dopełnia miary, chorując bez sensu i ładu.
Jeżeli tak dłużej potrwa — będzie źle.
A kto jej zapłaci za to, że była tyle lat jego żoną?
To musi być zapłacone i to suto.
W oczach Dulskiej migotało tyle złości, że Felicyan naciągnął na siebie kołdrę, nie chcąc, aby te ukośne, złe promienie dostawały się do niego bezpośrednio.
— Szlagby cię trafił! szlagby cię trafił niedojdo!... — zakłębiło się w głębi psyche pani Dulskiej.
Lecz zaraz poprawiła się.
— Nie teraz... nie teraz... niech dojdzie do szóstej rangi! choćby do siódmej...
Łypnęła w stronę Matki Boskiej.
— Panno Najświętsza.... uzdrowienie chorych, domie z kości słoniowej, arko przymierza... dźwignij ty go... i ta szósta ranga...
Porwała się (tyrolskie dziewczę) i nagle postanowiła:
— Trzeba coś przecież przedsięwziąć.
Wypadła z sypialni. Natknęła się na Melę, zalaną łzami.
— A to znów co?
— Mamo!... Mamo!... Nakoneczna mówiła...
— Co?..
— Nakoneczna mówiła do maglarki, a maglarka do grajzlerki, a glajzlerka do naszej kucharki, że... że...
Mela szlocha gwałtownie. Dulska potrząsa nią jak torebką orzechów pozostałych ze świąt.
— Gadaj... co...
— Że tatuś ma nogę złamaną...
— ?...
— Tak! i że tatuś nigdy nie będzie chodził.
Dulska poczerwieniała na ciemną vieux rose.
— Nakoneczna jest głupia! — wykrztusiła.
— Ale...
— Cicho! ty także jesteś idyotka! To przecie takie gadanie niech dojdzie do biura, to tatę spensyonują i co?... Przecie tata w ósmej randze dopiero. Wiesz ty, co to jest. Ta jakby szósta ranga to cztery tysiące dla mnie, a dla was po trzydzieści...
Zachłysnęła się. Przyparła Melę do muru.
— Ty... pamiętaj sobie. Jak mi puścisz parę z ust przed kim, to nie jesteś moja córka więcej. Rozumiesz?
— Ja... to Nakoneczna...
— A tę wiedźmę wyrzucę na piętnastego... a jak nie zechce, sądownie. Już ja mam na nią przyczyny... Ja z wami porządek zrobię...
Sapała głośno. Ale Mela uchwyciła ją za rękaw.
— Proszę mamci!
— Czego?
— A... może... doktora...
— Jeszcze czego! Chcesz odrazu, aby tato umarł?
— Ja?
— Ty! Taki rzeźnik oberznie mu nogę, ażeby sobie potem się na niej uczyć. Tacie się przyrzuci gangrena, umrze, a ja za to wszystko będę musiała jeszcze płacić.
— Przecież, proszę mamci doktorzy tylu ludzi leczą.
— Aha, właśnie, oni leczą. To nie oni, ale Pan Jezus taki miłosierny, że pomimo nich pozwala ludziom wyzdrowieć... Zresztą ja nie mam pieniędzy.
Mela skurczyła się i zacisnęła głowinę w ramiona.
— To, proszę mamci... może... może z mego... posagu — wykrztusiła.
Dulska aż odskoczyła.
— Twój posag? jaki? jaki? — krzyknęła. — A panienka już liczy na to, co będzie miała po mojej śmierci. Patrzcie ją!... Niby trusia, a ona już sobie posażki oblicza... Nic, nic nie będziesz miała, ani ty, ani Hesia, ani Zbyszko... Wszystko rozdam na klasztory, wystawię kościół, ufunduję kaplicę na rogatce łyczakowskiej z wiecznem światłem i tablicą. To zrobię, a wam, krukom, nic!...
Zadławiła się własną złością.
Po twarzyczce Meli płynęły gorące łzy.
— A zresztą nic nie mam! — zaczęła znów Dulska.
Lecz tu nastała zmiana w scenach jej widzenia. Bo na czubku głowy zachwiał się melancholijnie kapelusik tyrolski i spadł na ziemię.
Dulska pochwyciła kapelusz i skierowała się ku sypialni.
Lecz od ściany oderwała się Mela blada i zdeterminowana.
— Proszę mamci! — powiedziała — tu naprzeciwko... na parterze... ten młody medyk — to on teraz już jest doktorem. Onby przyszedł.
Przy tych słowach z bladej Mela stała się purpurową.
I z brzydkiej — śliczną.
Jakby ktoś zaświecił lampką delikatną w jej głębi.
I rozsłonecznił ją całą.
Lecz Dulska tego nie widzi. Zwraca się natomiast ku Meli groźna i marzycielsko-obowiązkowa:
— Skąd ty o tem wiesz?...
— Ja... tak... myślę. Bo na to doktór przecież, żeby do chorych chodził. I jemu można będzie bardzo mało zapłacić! — dorzuca chytrze — bardzo mało...
I konającym głosem dodaje...
— Może — nic!
Dulska chwileczkę milczy. Jakby coś przeżuwała, trawiła. Wreszcie porywa się.
— Zakazuję ci zajmować się medykami, doktorami i innymi dyabłami! Słyszysz?
Ale Mela widocznie jest na wszystko zdecydowana.
— Onby pewnie nic nie wziął... powtarza...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Dulska chodzi resztę dnia cicha, złamana. Od czasu do czasu podchodzi do okna i patrzy na ulicę.
Mela obserwuje ją zdaleka.
Wreszcie przybliża się.
— Proszę Mamci... to są te dwa okna pierwsze od bramy. To pierwsze — to poczekalnia, a to drugie — to pokój do przyjęć...
Dulska brwi zmarszczyła.
— Rzeźnia! wyrzuciła groźnie.
Lecz nagle cofnęła się i szarpnęła Melę od okna.
Oto w oknie owej »rzeźni« pojawił się świeży, sympatyczny człowiek. Ubrany był w długi czarny kitel formy klinicznej, tylko czarnej barwy. Było w tem trochę pretensyi, jakiś szyk miluchny. Świeżo upieczony doktorek spojrzał zaraz w okna mieszkania Dulskiej. Dostrzegłszy obok córki mamę, przybrał minę obojętną i zaczął spoglądać na ulicę.
Dulska przyglądała mu się z za firanki.
— Jak pająk, czycha na ofiary... — szydziła.
Ale patrzyła pilnie i z pod brwi ściągniętych.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdy noc zapadła Dulska długo w noc nie spała.
Zmagała się z sobą i walczyła. Słychać było jakieś szepty modlitewne, jakby świst i potem ciężkie westchnienia. Lata całe strawiła, wznosząc dokoła siebie szańce, przez które nie miał nigdy wkroczyć żaden z »lekarzy« — aż tu kto wie...
Bo już było i — kto wie!
Rano Dulska, skoro wstała, poszła zaraz do salonu i stanęła przy oknie.
Właśnie z bramy wychodzi młody doktorek, już nie tak szykowny w swem palcie zimowem i czapeczce, jak w długim czarnym hałaciku. Dulska bystro patrzy na niego.
— On idzie do kliniki! — mówi cichutko tuż pod jej łokciem Mela, ubrana także do wyjścia w zbyt krótkiem paletku i kapeluszu dziwacznym z błękitną pluszową kokardą.
Idzie bowiem na pensyę.
— Skąd wiesz? — pyta Dulska, odsuwając siebie i córkę od okna.
— Słyszałam!
— Radzę ci: nie słysz! — rzuca jej Dulska groźnie.
Resztę poranku Dulska spędza w milczeniu. W domu zaczyna panować konsternacya. Kucharka napróżno czeka, aby pani przeważyła mięso, a pokojówka — aby została zwymyślana. Dulska snuje się koło łóżka Felicyana, wreszcie staje i namyśla się dłuższą chwilę.
— Słuchaj! — mówi wreszcie zmienionym głosem — ile się płaci za wizytę... doktorowi.
Felicyan wysuwa głowę z pod kołdry i patrzy na nią przygasłym wzrokiem.
Milczy.
— Tylko takiemu podłemu doktorowi, takiemu, co to zaczyna... źle?
Milczenie.
Nagle Dulska podnosi wrzask.
— Gadaj! Tu chodzi nie o mnie, bo ja mogę skonać bez pomocy, ale tu chodzi o ciebie. Skoro nie chcesz wstać, to może cię ci panowie podniosą.
Nic nie zdoła opisać ironii i nienawiści, z jaką Dulska mówi o »tych panach«.
— Ja nie potrzebuję! — mruczy wreszcie Felicyan.
Lecz furya Dulskiej wybucha z całą gwałtownością.
— Ja się ciebie pytać nie będę... ja zrobię, co uznam za stosowne. Ja ci sprowadzę całą bandę tych rzeźników w fartuchach i z nożami. Kiedy nie chcesz słuchać żony, będziesz słuchał tych panów!... Jak ci odrąbią obie nogi, to może wreszcie wstaniesz i pójdziesz do pracy.
— Ja nie potrzebuję!... — powtarza Felicyan.
— A ja ci powiadam, że będzie tak! — wrzeszczy Dulska.
I otworzywszy drzwi do kuchni z całym impetem, wydaje rozkaz pokojówce.
— Leć do tego doktora naprzeciwko, co mieszka na parterze... wiesz?
Pokojówka pokazuje wszystkie zęby całe, ale nie myte.
— I powiedz mu, albo kto tam będzie w domu, żeby tu do nas przyszedł i to jak najprędzej.
Pokojówka nawet bez chustki leci spełnić rozkaz. Pilno jej i przyjemnie.
Dulska przygniata Felicyana jednem ze swych najenergiczniejszych spojrzeń.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Zobaczymy, co ci panowie mędrszego ode mnie wymyślą! — mówi — chyba nóż!...
Zaledwie Dulska wydała ów rozkaz sprowadzenia doktora, a już ogarnął ją żal, że to uczyniła. Lecz — szukaj wiatru w polu! Dziewczyna służebna, jak duch »na jednej nodze«, powiała na drugą stronę ulicy. I — o cudo — gdy wracała z bramy, Dulska dostrzegła, że ku bramie po ulicy nadciąga właśnie doktór. Dziewczyna pędzi ku niemu. Rada i roześmiana wskazuje na kamienicę Dulskiej i zaprasza. Młody doktorek się najeża, nastawia, napusza po profesorsku. — Dobrze, dobrze, — przyjdzie!... Dulska ukryta za firanką, śledzi tę pantominę i klnie po swojemu we wnętrzu. Wreszcie doktór idzie do siebie, do domu. Już ma tę charakterystyczną cechę kogoś, kto się zawsze śpieszy — którą to cechę przybierają wszyscy doktorzy, nawet tacy, którzy się nigdzie nie śpieszą, bo nie mają do czego. Dulska życzy mu pobożnie: »złam nogi!«
Lecz wpada pokojówka i tryumfalnie obwieszcza:
— Zara przyńdzie!...
— Idź!... — mówi Dulska — idź i powiedz, że już nie potrza, bo panu dobrze.
Pokojówka, która czuła swe serce rozradowane na myśl, że ten dorodny i uzębiony ślicznie osobnik będzie »bywał« — oponuje:
— Ta gdzie panu dobrze? ...ta pan — już już...
— Powiadam ci: idź!...
— Ta proszę wielmożnej pani...
— Co to jest? Rób, co ci każę...
Dziewczyna powoli kieruje się ku wejściu.
Lecz oto — o! radości! — dzwonek — otwarcie drzwi i oto w przedpokoju rozlega się głos młody, świeży, ale dyskretnie stanowczy:
— Proszę oznajmić, że przyszedł doktór!
Dulska najeża się cała w swym zatłuszczonym szlafroku. Nie ma czasu jeszcze spreparować odpowiedniej miny, gdy przed nią, w blasku światła, idącego od okien, opłyniętych koronką firanek, staje... doktór.
W tej chwili Dulska ma dużo wspólnego z Janem III Sobieskim. Ten, któremu zawdzięczamy całość Wiednia, nazywał stale lekarzy lwowskich »wisielcami« — tedy i Dulska zaczęła z głębi duszy dobywać najsłodsze w tym rodzaju przezwiska. I nagle... stało się z nią coś dziwnego. W chwili, gdy tak z lubością złorzeczyła w duchu fachowi, który miał uzdrowić i ocalić jej męża — spojrzała w oczy stojącego przed nią doktorka.
Oczy te były niewielkie, błękitne, trochę czerwone i zmęczone od mikroskopu i czytania po nocy. Lecz oczy te miały już władzę i tę jakąś wyższość, którą poskramiają doktorzy tę bestyę »chorobliwą«, jaką są wrogo im usposobione natury, zmuszone poddawać się ich władzy.
Po Dulskiej przeszedł jakiś dreszczyk.
Chwileczkę zdawało się jej, że smagnął ją ktoś szpicrutą i przygiął ku ziemi. Ten młodzieńczyk wydał się jej, jakby ktoś, kto się zjawił raczej, jak sędzia jej postępków, i w tej tylko roli wszedł do jej domu.
— Kto tu jest chory? — zapytuje lekarz.
— Mój mąż.
— Zechce mnie pani zaprowadzić do chorego.
Milczenie.
Po Dulskiej biegnie wielka, niezmożona chęć porwać się i wygnać z domu tego intruza.
Lecz oczy lekarza znów zwarły się z jej wzrokiem.
— Zapewne mąż pani leży...
Dulska czyni bezsilny gest ręką.
— Tam... w tamtym pokoju.
I wchodzi za lekarzem, który umie swemu ciału efeba nadać jakąś powagę, skopiowaną dobrze na ruchach profesorów.
Doktorek idzie powoli, dostojnie — macając charakterystycznym ruchem rąk swą klatkę piersiową.
A za nim sunie Dulska i myśli:
— Ach! żebym cię mogła w kark...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Felicyan przyjmuje doktora chętnie i pozwala na dokładne zbadanie.
Dulska staje w nogach łóżka groźna i surowa. Czuje, że Felicyan może opowiedzieć za dużo o praktykach »domowego lecznictwa«.
Więc czuwa.
Lecz doktorek sucho nakazuje.
— Pani będzie łaskawa nas zostawić...
Lecz Dulska protestuje:
— Przepraszam. Jestem żoną i przedemną niema tajemnic.
Nieokreślony uśmiech przewija się po ślicznych ustach doktora.
— Może... właśnie...
— Co?
Lecz oto jakaś sucha dłoń, wyciągnięta w kierunku drzwi, przecina dyskusyę. Oto Felicyan buntuje się — czuje się w obecności tej młodej, energicznej »nauki«.
Dulska rejteruje sama, lękając się przedstawić niekorzystnie. Czuje bowiem, że w obecnej chwili panuje tutaj niepodzielnie duch przedstawienia się korzystnego. Ogarnia ją. I wychodzi, przeżuwając w duchu.
— Och!... gdybym mogła cię po karku!
Podedrzwiami znajduje myszkującą pokojówkę.
— Czego tu?
— Może coś panu doktorowi... wody, albo ręcznik...
— Wynoś się!
Dulską ogarnia teraz troska co do honoraryum.
— Więc jakie?... ile?...
Idzie do kąta, koło pieca. Z przepaści i tajemnic swej spódnicy dobywa portmonetkę. Myśli, przebiera, liczy. Decyduje się na sześć koron. Wydaje się jej dostateczne dla kogoś, kto przyszedł piechotą. Gdyby przyjechał — ale przyszedł. Idzie do przedpokoju i bacznie ogląda palto i kapelusz doktora. Zauważa, iż jest czyściutkie, ale nie nowe i firma drugorzędna.

— Phi!... biedota! — opiniuje, krzywiąc się fatalnie.
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Rezultatem tych oględzin jest pomniejszenie honoraryum do pięciu koron.
Bo gdyby miał nowe i pierwszorzędne palto... I kapelusz Habiga...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Wreszcie doktorek wychodzi z saloniku. Ma minkę poważną i zafrasowaną. Dulska idzie ku niemu, ściskając w ręku swoją pięciokoronówkę.
— Proszę pani... — zaczyna młody człowiek.
— ?...
— Dlaczego państwo tak późno wezwali pomocy lekarskiej.
Dulska ani drgnie.
— Mąż nie chciał.
— To źle. Należało to uczynić wbrew woli chorego.
— Pan konsyliarz pozwoli — ale...
— Proszę pani, ja tu nie mam co pozwalać lub nie pozwalać. Rezultat jest taki, że ja poradzić nic mężowi pani nie mogę.
Szczery tryumf rozjaśnia twarz Dulskiej.
— A co! — woła — wiedziałam, że tak będzie!
— Co?
— Że i panowie doktorowie nic nie poradzą.
Doktorek wzrusza ramionami.
— Rzecz naturalna! — mówi powoli — jeżeli ktoś nogę złamie, a woła się do niego doktora dopiero w sześć tygodni po wypadku.
— Mój mąż... nogę złamał?
— Tak jest. W szyjce kości udowej.
— Przecież to można zestawić.
— Tak... ale gdybyśmy byli wezwani odrazu. Teraz mowy o tem niema.
— Co?...
— Powtarzam: Mowy o tem niema.
Dulska jest purpurowa. Machinalnie odpina kołnierzyk od szlafroka. Ma wrażenie, że się dusi.
— Czego się panowie w takim razie uczycie? — wybucha z całą furyą.
Doktorek przypatruje się jej uważnie. Zaczyna go bawić i dopomaga mu do miłego uczucia znajdowania siebie samego światlejszym, wykwintniejszym, doskonalszym przez porównanie. Odczuwa, odgaduje dulskość tej figury. Pogodnie patrzy na nią i wwierca się jej wzrokiem w głąb mózgu.
Tymczasem mówi:
— Niech się pani zbytnio nie martwi. Mąż pani może żyć bardzo długo. Może nastąpić połączenie wiotkie...
— Jakie?
— Wiotkie.
— Ale będzie chodził?
— O!... co to...
Pauza.
— Więc...
— Nie będzie chodził.
— No... ale do biura...
— Ani do biura.
— Jezus Marya!
Dulska siada na krześle, jakby ją kto posadził. Obraca w ręku pięciokoronówkę.
— To szkandał... — szepce wreszcie.
Co ma być tym »skandałem« — nie wie, ale to mniejsza.
Doktór coraz więcej obojętnieje.
— No... — pociesza delikatnie — konieczności chyba niema. Spensyonowanie...
Lecz Dulska podnosi hardo głowę.
— Za wcześnie, mój panie! za wcześnie!
Doktór oponuje:
— Mąż pani nie jest zupełnie zdrów. Płuca nie są w porządku. Serce takie zmęczone...
Dulska przybiera wyraz piekielnie ironiczny.
— I jeszcze co? Narazie jednak dziękujemy panu doktorowi za jego poradę.
— Właśnie radzę uważać na stan płuc przy leżeniu. Czuwać bardzo...
— W łóżku jeszcze się nikt nie przeziębił!
— Tu nie chodzi o przeziębienie. Leżąc ciągle w jednej pozycyi chory może dostać zapalenia płuc. A teraz żegnam panią.
— Żegnam.
Dulskiej podbródek aż się trzęsie z irytacyi i żalu. Wsuwa doktorowi w rękę ową pięciokoronówkę i czemprędzej rejteruje do sypialni, lękając się jakiegoś protestu. Lecz doktorek jest z tego kontent.
Zawsze to »honoraryum«.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Do sypialni wchodzi Dulska groźna i cała roztrzęsiona.
— Czy wiesz, coś narobił? — pyta, stając nad Felicyanem.
Ten — wyczerpany badaniem dyszy z ciężkością i patrzy na nią przygasłemi oczyma.
— Nogę sobie złamałeś, niedołęgo! nogę!... I co? i co teraz?...
Dulski ani drgnął.
Zdawało się, że to mówiono o kimś obcym. O jakimś obojętnym człowieku. Złamał nogę.
— I będziesz tak leżał całe lata, zawsze — pastwi się w dalszym ciągu Dulska — całe lata! bo nawet do biura chodzić nie będziesz... rozumiesz?
Dulski jest ciągle milczący. Tylko powoli tonie, zasuwa się w stos swych kołder.
I jakby zabrał ze sobą wyrok śmierci, i powoli ginął w beznadziejnej przepaści. I naokoło niego robi się ciemno, i myśli mu jakby umarły, stuliły skrzydła...
Już teraz nie słyszy, co mówi ta ona. Tamto jedno zdanie — »będziesz tak leżał zawsze« — przysłoniło mu wszystko.
Przeszedł taką chwilę. Ot tę, którą ma człowiek nieuleczalny, gdy zrozumie nagle, że jest nieuleczalny. Ktoś szarpnął przed nim zasłonę. Rozdarła się. Jeden błysk oślepiający, przeszywający serce, jakby pchnięcie nożem. I w oddali ktoś krzyknął. Kto? Nie wiadomo. Ale krzyknął strasznie, niezapomnianie...
I bez szmeru, bez szelestu, jakby potworne skrzydła nietoperza — na ten błysk, na ten krzyk zasuwa się dziwna, żałobna zasłona. Jest tak blizko twarzy, ręki, całej istoty chorego, że tylko zrobić jeden gest, a usunąć można ten całun, od którego idzie woń świec, topiących się dokoła katafalku. Lecz chory tego gestu nie uczyni. Leży spokojny i cichy. Wpatrzył się w czerń, poza którą jest blask świadomości. Ujrzał go raz — i to mu wystarcza.
Och! może pani Dulska mówić dużo, mówić coraz więcej, coraz silniej, coraz okrutniej. Szklisty wzrok Felicyana posłany jest przed siebie, w dal — i w tych szklanych oczach odbijają się całe światy, całe potworne przeznaczenia. Gdakanie rozjuszonej rechocze u podnóża — nie sięga wysokości. Felicyan w jednej chwili dosięgnął szczytu najwyższej boleści, i wydobył ze siebie wspaniałą, nie odczutą, nie zrozumiałą nigdy moc rezygnacyi. — Powiedziano mu: »umarłeś za życia« — a on bez słowa buntu — wyrok ten przyjął. Dał ten dowód cnoty abnegacyi i całej potęgi filozoficznej, sięgającej w morze wyschnięte heroizmów życiowych.
Felicyan w tej chwili na błysk, na minutę był prawdziwym tragicznym herosem.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Opisać dnie, opisać miesiące, w których wlecze się taka przygasła egzystencya? I poco? — Kto jej nie widział, kto jej nie miał obok siebie — nie zrozumie. Kto ją przetrawił w chwilach tragicznej melancholii — ten powie: za nikłe, za blade... Rósł bowiem wtedy sam przed sobą do rozmiarów gigantycznych bohatera i był nim rzeczywiście. Taka drobna postać, taki marny wór ciała i kości, rzucony w bezmiar wszechświata i nagle predestynowany na duszę, wyniesioną na najwyższy szczyt bólu i rezygnacyi.
Ile chwil nocy bezsennej, tyle wyroków śmierci, podpisanych na siebie samego.
I przeczytanych, wyłkanych w posmaku chwil ostatnich.
A jeszcze i to.
Jako towarzysz nieodpędzony — ból, który już nawet nie uszlachetnia, bo po nim nie przyjdą chwile jasnej błogości, wśród których, wyczerpawszy esencyę z poprzedniego smutku, dusza zakwita doskonalszym oddechem radości.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Powoli zapada całun, nawet nie poznaczony monogramami trupich czaszek i piszczeli.
Jednostajny, marny całun dni przedpogrzebowych.
Zapada i zatrzymał się tuż nad głową skazańca. Tyle pozostało wolnej przestrzeni, ile trzeba do oddechu.
Nic więcej.
Troszkę jeszcze powietrza z tego, z którego czerpią ludzie wolni, pędzący w życie bojko i chętnie, jak dzieci na łąkę, rozkwieconą wiosennie.
Ale tylko taki podmuch powietrza, wspomnienie. Nic ono samo, całą pełnią — ot... wypełniające egzystencyę szczodrze i łaskawie. I ten podmuch to jeszcze cięższy sprawia ból w tej ciemni beznadziejnej i bezwzględnej.
Niby jeszcze ktoś się troszczy, ktoś rzuca łaskę jakąś...
A właściwie przechodzi mimo.
Jak około budy sparszałego psa, który dogryza kość sczerniałą i na wichrach wyschniętą.
Psa się nie dobija, nie truje.
Z dobrego serca.
Niech sam ginie.
I los nie dobija.
Niech sam ginie...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Niech się wszystko wypełni.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tam — z Felicyanem także się wszystko ma wypełnić.
Legł w budzie i dogryza kość życia, wyschłą od wichrów, i bez śladów wspomnienia, że ratowała kiedyś jego egzystencyę.
I może Felicyan myśli, iż życie jego nie było tak piękne, jak jego sny.
Bo w tej budzie nadchodzą takie dziwne obrachunki, pretensye — wspomnienia.
Ludzie nawet tacy wyschli, jak Felicyan, i urzędnicy rangowi mają halucynacye przeżytych snów.
I widzą dokoła siebie pustkę. Zwłaszcza co do tej wielkiej Miłości, która ma wypełniać ostatnie dnie życia.
I choćby to była miłość nieodczuta, nieprzyznana, pełna krwawych bólów i zawodów, lecz niech nadejdzie i rozpali to światło, przy którem konać przychodzi!...
I stanie u wezgłowia, zasłaniając się welonem srebrnych łez.
Jakakolwiek miłość — nawet śmieszna, nawet głupia, nawet zbrodnicza, nawet anielska — Demonem niech będzie lub Serafem. — Byle skrzydła rozpięła, jak harfę, i na tej harfie niech duch uchodzący ostatni wygra swój Cud.
Niech taka Miłość...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Raz jeden zapytał Felicyan snującej się po pokoju Meli:
— Czy był już Nowy Rok?
— Tak, proszę ojca!
Chciał jeszcze o coś pytać — o to, czy ten Nowy Rok nie przyniósł coś ze sobą — ale zamarły mu pytania na ustach, jak zamierały zawsze. I jego myśli wydały mu się zbyt drobne wobec wieści, którą chciał otrzymać.
Zapytał tylko:
— A... któren to rok?.,.
Mela, ścierająca właśnie kurz z komody, z powagą zakrystyana, ubierającego Boży Grób, pozostała chwilę niema, z półotwartemi usty.
— Jakto, proszę ojca, który rok?... — wykrztusiła wreszcie.
Felicyan odczuł ciężki dreszcz kogoś, kto zatoczył się, idąc po ścieżce, którą dotąd prosto chodził.
— Idź sobie!... — zamruczał.
Mela wyszła senna i przygnieciona.
Cały wieczór chodziła »niewyraźna«, jakby nosząc na piersiach drogocenną relikwię, nagle znalezioną. Był to projekt, który nagle wykwitł cicho na grzędzie jej tajemnego ogródka. Lękała się, aby matka, aby Hesia — aby cała atmosfera Dulszczyzny nie rzuciła się z kłami na ten drobny, mały projekt.
I przeprowadziła go.
Następnego dnia po południu wyprosiła u matki pokojówkę pod pozorem kupienia cyrkla i znikła gdzieś na dwie godziny. Gdy powróciła, była cała rozjaśniona, jakby się napiła u samego źródła — wiosny. I biła od niej łuna radości i zapach hyacyntów.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

A gdy powoli rozesłał się cień wieczoru, do pokoju nieuleczalnego, w którym jak najpóźniej zapalono lampę (bo przecież nie warto), wsunęła się, jak cień, tajemniczo, bajkowo — Mela. Ręce trzymała cofnięte w tył i kryła w nich jakiś przedmiot. Jakby nie dotykając ziemi, szła ku ojcu, który, unieruchomiony, wpatrzony był w sufit. Kroków dziewczyny słychać nawet nie było, ani oddechu chorego. I gdy Mela stawała u łóżka, zdawało się, że wszystko dzieje się jakby we śnie, jakby za mgłą.
I jak z poza mgły odezwał się młody, trochę schrypnięty głosik.
— Proszę ojca...
Milczenie.
— Proszę ojca... ojciec chciał wiedzieć, któren to rok nastał... więc ja...
Milczenie.
Z poza pleców krzywych Mela wyciąga rękę. W niej, trzyma na drucikach nanizaną z hiacyntów różowych i liliowych cyfrę:

1908.

I nieśmiało, jakby spełniała jakiś czyn zakazany, składa tę kwiatową cyferkę, na ciemno-czerwonej kołdrze, opiętej »prawdziwem« płóciennem prześcieradłem.
Milczenie.
I Mela wychodzi.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Suche, długie pałce Felicyana w ciemni szarzejącej brzydkiego, deszczowego dnia delikatnie, nieumiejętnie przesuwają się po liniach kwiatów. Drżące, nieśmiało wyczuwają ilość lat, które ludzkość sobie »wyznaczyła« — ale zarazem i coś jakby cienkiemi strumyczkami i sączy się w duszę chorego i budzi ją z martwych. Ta garsteczka kwiatków, która mu kona w palcach, mówi mu o rzeczach dziwnych, o »Szczęśliwości«, do której on, Felicyan, miał prawo. Mówi mu o słodyczy i cichem użyciu radości życia, o uśmiechach jakichś nieznanych bez nienawiści i cieni przyćmionych. To wszystko, co on nauczył się pogardzać i odsuwać, jako śmieszne głupstwa, niegodne wsuwać się pod jego skorupę duchową, te wszystkie wizye młodości rozpachnionej i ukwieconej dziś garsteczką kwiatów, spadły na stygnący trup jego ciała, niosąc mu przekonanie, iż życie jego było wielką pomyłką materyalną, wielką pomyłką jego egzystencyi.
W duszy Felicyana, w tej najtajniejszej, tej, która nie domyśliła się nawet, że miała prawo do brania udziału w największej tragedyi ludzkiej, to jest do walki z fatum, z przeznaczeniem — wpłynęło razem z delikatną wonią konających kwiatów poczucie obecności fatalizmu wewnętrznego. Jakiemś łkaniem beznadziejnem układało się w nim do trumny, nie uderzywszy nigdy w hymn bojowy — zdławione morderczą pięścią fizycznej nędzy.
I ta, która zeszła z kwieciem, cicha i nieśmiała, — ta, która zdawała się w tej szarej mgle przedwiecznej być wysłanniczką górnych regionów wieczystej harmonii — cisnęła raczej ostatni kamień na wieko trumny tą okruszyną hiacyntów, z których splotła się cyfra... nowego roku!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Po kątach domu Dulskich czaiła się Katastrofa. Czaiła się, pełzała i wyciągała swe długie śmiertelne macki. A najstraszniejsze było to, iż nie przyszła ona sama i nie była niewezwana.
Tak. Każdy z nas ma magazyn pragnień i dążeń, a w tym magazynie są drzwi silnie zatarasowane i ciężkie, zawarte, zda się, na wieczność, do których nawet my sami pukać się nie ośmielamy.
Bo my wiemy dobrze, iż tam właśnie w ciemnicy zupełnej jesteśmy — my prawdziwi, — ci, których my nie znamy, ci wielce straszni, potwory o instynktach tak groźnych, że my ich wyczuciem nawet objąć nie jesteśmy zdolni. Przypadło to tam i gnije samo, niewydobyte, niedopuszczone na światło na wolność, — oddawszy nam jedynie jakiś słabiuchny, chorobliwy atom, który może w konwencyonalnej egzystencyi być szlachetnością lub zbrodnią. Lecz cała Prawda o nas jest tam, w tej ciemnicy, zaryglowana i do ziemi przypadła. My sami nie chcemy, aby zjawiła się w całej grozie, piękności i występku. Lękamy się zarówno jej piękna, jak i jej podłości. Rezygnujemy z tych czarujących a nieznanych nam rozkoszy, jakie Dobroć nasza daćby nam mogła, aby tylko nie uczuć się wstrząśniętymi przeogromem Podłości i Nikczemności, z których także się składamy. I tak całe życie — siedzimy wygodnie na krzesełku koło tych drzwi zamkniętych. I to nam wystarcza. A nawet czasem jest za wiele...
Tylko bywają takie chwile, takie dziwne chwile, że z poza drzwi zaryglowanych i zamkniętych dobywa się jakiś głos, jakiś powiew. Różny on bywa. Czasem do dobrego pędzi i targa duszą uśpioną, jak harf, zapomnianą i do składu rupieci złożoną. Czasem — i to częściej — jakby na zemstę, jakby na urągowisko, wali w moralność naszą, w uczciwość, w te wielkie, pompatyczne cuda, w tę przybudówkę, ulepioną z formułek, które już gotowe ludzkość sobie z warstwy do warstwy podaje, — taką potworną chęcią zbrodniczą, taką myślą jakąś straszną i dreszcz budzącą, że człowiek mrze od trwogi na samo to poczucie, iż przeżył taką chwilę...
Lecz przeżył ją.
I pragnął, i chciał i życzył...
To, co pragnął — chciał i życzył głos z poza zamkniętych drzwi.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Dlatego po domu Dulskich pełza wezwana Katastrofa.
Czai się.
I gotowa jest do skoku, jak pantera, przypada wśród opuszczonych grobowców.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Dulski oddycha jakoś ciężko.
Na twarzy ma dwie, śmieszne plamy. Różowe i młode. A w dodatku ma oczy, świecące dziwnie i niepokojąco. Czuje jakieś wniebowzięcie, jakieś dreszcze, które prawie graniczą z rozkoszą. Przytem od czasu do czasu coś go tam pod »łopatką« zaboli. Mówi się zwykle »zakłuje«. Ale to mniejsza. Głównem to jest, że go nudzi i dziwnie w sposób dotąd mu nieznany.
Chciałby spać — nie może. Przepłynie po nim dreszcz i już po śnie. A zarazem błogo mu i dobrze. I kontent jest z tego stanu. Gdyby tylko mógł lżej oddychać. O to mu się głównie rozchodzi. I czyni usiłowania w tym kierunku. Czasem mu się zdaje, że mu właściwie nic nie jest i uczuwa żal, że to tak minęło. Ale oto powraca dreszcz. I Felicyan tuli się w fałdy kołdry, jak małe dziecko.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Felicyan ma zapalenie płuc.
Śliczne, formalne — bez żadnych braków zapaleńko płuc.
Bo się... odleżał.
Należało »uważać«, jak mówił młody doktorek, aby chory zmieniał pozycyę i nie leżał całymi tygodniami nawznak w jednej pozycyi.
Ale ponieważ Felicyan był nieuleczalny, więc pocóż było krzątać się koło niego i czynić jakiekolwiek zachody.
I Felicyan odleżał sobie śliczne i nieuleczalne, śmiertelne zapaleńko płuc.
A zdradzieckie, ciche, z gorączką po 39 — ale nie objawiające się nawet porządnym kaszlem, ani niczem takiem. Ot! kto się tem troszczyć może? Felicyan się nie skarży. Zrozumiał wybornie swą rolę i jakim jest sprzętem w domu. Przyjął do programu, iż musi być i tak chory. Dziwi się, że to tak mało, i nigdy nie przypuszcza, ażeby to było właśnie zapalenie płuc.
Dzieje się to we środę. Właśnie pojawiła się Zbyszkowa, która przypomniała sobie, iż nie była u »rodziców« trzy miesiące, i przyszła dowiedzieć się o zdrowie »ojczusia«. Przyniosła paczkę morskich ryb, których woń zapowietrzyła całą kamienicę. Ponieważ ojczuś pewnie, mimo choroby, pości, więc na piątek »będzie, jak znalazł...«
Usiadła znów koło łóżka i ciągle czyni paradę z wielkiego złotego łańcucha, na którym powiesiła lornetkę i lusterko w formie szarotki.
Dulskiej aż oczy wychodzą na wierzch na widok łańcucha, i humor jej graniczy z wściekłością spętanej lwicy. Na szczebiotanie synowej odpowiada monosylabami, nie krępując się już zupełnie. Zato Zbyszkowa rośnie z radości i rozkosznie opowiada, jako że już czwarty raz byli ze Zbyszkiem na »Wesołej wdówce« — tak nie mogą dosyć się nasłuchać i nacieszyć tą »cudowną« operetką.
— I powiadam ojczusiowi, coś nadzwyczajnego... wszyscy chodzą po kilka razy... Więc i my, choć to właściwie post... Ale stryjcio kanonik pozwolił. I nawet musiałam mu opowiedzieć i grałam mu wyjątki i walca...
Dulska najeża się cała.
— Dziwi mnie! — mówi — dziwi mnie bardzo, że ksiądz kanonik...
Ale Zbyszkowa przerywa, trzepiąc rękami:
— Ach! nie, nie... Stryjcio ma tylko zarzuty przeciw kabaretom. Tego nie toleruje. Operetka — to co innego.
Dulska coraz więcej się jeży.
— Moja droga! — mówi, wskazując na drzwi — daruj, ale zwrócę ci uwagę, że tam jest Hesia i Mela...
— Więc?
— Więc proszę cię, nie mów nawet tego słowa: kabaret. To sobie wypraszam. Dziewczęta moje nie powinny nawet wiedzieć, że takie coś jest w mieście i że tam kobiety chodzą...
Zbyszkowa wzrusza ramionami.
— No, znów tak dalece...
Lecz Dulska porywa się z krzesła i roztacza cały swój majestat nieskalanej matki i żony w wyrazie, z jakim krzyczeć zaczyna:
— Tak, tak dalece... Na takim kabarecie to kobiety... Boże odpuść!... bez ubrań się pokazują i takie bezeceństwa się dzieją, że strumieniami po podłodze wino szampańskie płynie, a one śpiewają... Boże odpuść — co... i nogi w winie moczą. I jeszcze inne rzeczy wiem... tylko siebie zanadto szanuję, ażebym miała co dalej mówić. A ty kabaretów bronisz?
Zbyszkowa oponuje.
— Ależ wcale nie bronię. Najlepszy dowód, żeśmy ze Zbyszkiem tam nie poszli. Ale znów tak dalece, jak mama mówi...
— Tak dalece i jeszcze dalej. I zobaczysz, do czego dojdziecie, idąc tą drogą. Tylko mnie i moich córek tam nie zaciągniecie! Słyszysz? Napróżno zastawiacie sidła. Ani ja, ani moje córki waszego szampana nie potrzebujemy, i nogi nasze progów przeklętych kabaretu nie przestąpią. Ty zaś postępuj, jak chcesz. Bo ty od siebie zależysz... a Zbyszko zje sam hańbę, na którą pozwolił!
To rzekłszy, Dulska wyszła, trzasnąwszy srodze drzwiami.
Na pobojowisku pozostała Zbyszkowa, uszczęśliwiona nad wyraz wszelki. Zdołała doprowadzić »mamusię« do paroksyzmu wściekłości, i radość jej nie miała granic. Teraz już nie miała nic do roboty w domu »rodziców«. Należało pędzić dalej. Przejrzała się w lusterku, zwilżyła śliną rzęsy, do których się przylepił puder i, oglądnąwszy raz jeszcze łańcuch, poprawiwszy »turban« na głowie i starannie wciągnąwszy brzuch a uwydatniwszy z gracyą hotentotki odwrotną stronę... medalu, skierowała się ku wyjściu, zapomniawszy nawet powiedzieć »ojczusiowi« do widzenia.
Pocóż wreszcie, skoro nikogo prócz nich dwojga w pokoju nie było.
Felicyan odetchnął, pozostawszy sam. Słyszał głosy tych dwóch kobiet, ale w tem, co mówiły, udziału nie brał. Teraz mu jakoś mieszało się w głowie — i dreszcze, które poprzednio tylko zjawiały się co czas jakiś, zaczęły napadać go silniej i z pewną ciągłością. Przytem duszność zwiększała się.
Rozpełzły się w nim zabójcze jady i przędły swoją nić w cichości.
W oddali, w kuchni czyniono przygotowania do obiadu i Dulska obojętnie odlewała trochę »smaku« z wygotowanych kości na kleik dla »pana« — a czyniła to z wielką furyą, urazą i akompaniamentem bezwiednym myśli — takiej z poza drzwi, z tych zamkniętych szczelnie i kryjących właściwą wartość i całą istotną Nagą Duszę (nie tę pajacowatą), ale tę rzeczywistą duszę ludzką.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

We czwartek nad wieczorem — oddech Felicyana stał się chrapliwy i taki, jakim oddychają ludzie, gotujący się do przestania tych obrzydliwych funkcyi, jakiemi są oddychania i ciągły, ciągły mus myślenia.
»Gdyby tak niepotrzebować oddychać i myśleć, choć na chwilkę« — myśli Felicyan.
Ale maszyna puszczona w ruch jeszcze funkcyonuje.
Więc — oddycha i myśli.
Zmaga się jednak ciężko — dobywa już tego zapasu sił, przeznaczonego na tę ostatnią godzinę.
Odczuwa to nagle — ten ostatek, — przeraża się.
— Trzeba się oszczędzać... nie dojdę... Właściwie chce iść — do jakiejś mety. Coś, jakby cel, jest w oddali. Punkt, ale nie błyszczący, niewyraźny. Określićby go nie mógł. Tylko wie, że tam musi przydźwignąć swoją złamaną nogę, bagaż swego całego istnienia, i cisnąć pod ten punkt, a sam wreszcie rozprostować ręce, odetchnąć raz jeden, i pomyśleć raz jeden — ale bez wysiłku... Odetchnąć, pomyśleć, jak nigdy nie myślał, nie oddychał.
Bez przymusu, bez ciężaru — jasno, głęboko, zdrowo.
Raz jeden.
A potem — nic.
Wielki, bezbrzeżny spokój!...
Płucom i temu warsztacikowi, w głowie łysej i zmęczonej.
Lecz na to trzeba zasłużyć.
Na to trzeba dotrzeć do celu koniecznie. I dlatego pod noc, tak Felicyan charcze, tak »idzie«... aż zaczyna być w sypialni jakoś przedśmiertnie, niewyraźnie...
Pierwsza Mela biegnie do matki.
— Mamo! — ojciec tak piersiami robi.
Dulska czyści szpilką podwójną uszy, opierając się niedbale o stół jadalny — odparła:
— To i co? — robi piersiami, bo mu się tak podoba.
— Ale tato nie odpowiada. Ja mówię, ale tato nie odpowiada...
Dulska wzruszyła ramionami.
— To co? Czy on kiedy odpowiadał? Słyszałaś go?
— No... tak... ale...
I po chwili Mela dodaje cichutko:
— Może — doktora?
Dulska porywa się w całej okazałości.
— Co? czego? doktora? A był tu przecież jeden i co mądrego poradził? Oto — że twój tacio ma nogę złamaną! Filozof. Na to po szpitalach ludzi trzeba krajać! Niechby poradził — a nie powiedział to, co my dawno wiedzieli bez niego...
— Przecież proszę mamci...
Lecz Dulska ma już dosyć.
— Milczeć! — krzyczy z pasyą, nie wtrącać się nie do swoich rzeczy. — Lekcyi się uczyć...
Mela idzie do saloniku, i tam w ciemni, przylepiona do drzwi sypialni, słucha chrapliwego dechu Felicyana. Powtarza także do siebie, ale bardzo cichutko:
— Matko Boska! Matko Boska... niech... niech...
Ale dalej nie umie już nic sformułować, nie wie, co odwrócić, co usunąć, tylko czuje coś strasznego, coś, co razem z nią przypadło do drzwi sypialni i czeka, czai się, po coś wyciąga długie, oślizgłe ramiona.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W nocy przecież Dulska zasnąć nie mogła z powodu rzężącego oddechu Felicyana.
Napróżno kilkakrotnie siadała na łóżku, powtarzając:
— Nie chrap...
Raz nawet cisnęła jaśkiem na bliźniacze łoże — ale wszystko napróżno.
Rzężenie nie ustawało.
Dulska odwróciła się cała frontem, zdenerwowana, i zamierzała obsypać Felicyana odpowiednią ilością skutecznych wymówek — gdy dojrzała jakiś ruch — coś jakby Felicyan całą siłą dobywał się z łóżka, chciał gdzieś uciekać, chwytał rękami powietrze.
Zerwała się, spieniona i wściekła.
— Co ty wyrabiasz — stary waryacie!...
Lecz »stary waryat« odparł, bełkocąc.
— Puśćcie mnie! niech ja sobie pójdę.
Dulska parsknęła śmiechem.
— A któż cię trzyma?
Zwrócił na nią jakieś dziwne, świecące oczy.
— Ty... wy... puścicie...
— Idź... idź... na jednej nodze.
I śmiała się z jego usiłowań, śmiała chwilę — wreszcie ocknęła się zła, że »ją ze snu wybił«.
— Dosyć tych błazeństw... daj mi spać. Ja pracuję cały dzień, nie wyleguję się, jak ty — muszę mieć spokój!...
Felicyan bełkotał jeszcze.
— Ty! wy!
Lecz Dulska krzyknęła:
— Cicho!
Przyległ na chwilę — lecz szybko wyciągnął rękę w kierunku drzwi.
— Tędy wejdzie!... tędy!...
Gest jego był zdecydowany, głos ochrypły dziwny, jakby szedł z innych sfer.
Po Dulskiej przeszedł jakiś dreszcz. Nie zrozumiała go. Usiadła na łóżku. Mimo woli ściszyła głos.
— Kto ma wejść?
Lecz starzec powtarzał swoje.
— Tędy wejdzie!... tędy!...
Coś się stało w nastroju, jakaś zmiana. Coś, co pochwyciło Dulską w szpony i targnęło nią całą. Przycichła, skurczyła się. Osunęła się na brzeg łóżka i siedziała tak, jak jakaś masa gałganów i tłuszczu, wpatrzona niepewnemi oczkami w wyciągniętą suchą, starczą rękę — nawet nie drżącą — lecz pewną i stanowczą — i wsłuchana w szepleniące, z oddali bijące ku niej.
— Tędy wejdzie!... tędy!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdy rozwidniało — Dulska nabrała rezonu. Tembardziej, że Felicyan przestał mówić, ręka mu opadła — dyszał tylko wciąż jednakowo. Lecz do tego można się przyzwyczaić.
Więc i Dulska się przyzwyczaiła.
I cały dom poszedł swoim trybem.
Dziś był piątek — dzień targowy.
Dziś pani Dulska szła z kucharką na targ po zakupy.
Wiadomo — śmietana, ser, masło — zielone wszystko w większych ilościach.
Aby miało co kisnąć, jełczeć, rozkładać się swobodnie.
I dlatego, żeby jutro to jest w sobotę — był swobodny czas na robienie porządków.
Wszystko bowiem musi w domu, dobrze prowadzonym, mieć swój czas i być postanowione.
Gdyby nawet miało się stać to najcudowniejsze i najstraszniejsze.
Gdyby nawet miało wejść to widzialne tylko dla oczów, które bielmo zaciąga. Gdyby nawet miał zabrzmieć radosny hymn wyzwolenia ludzkiego ducha od tragicznej męki, koniecznej, widocznie, skoro istniejącej.
Gdyby nawet...
Pani Dulska iść musi do miasta, jako że piątek, a jutro sobota, dzień wielkich porządków i czystości, politurowanych mebli.
A przedtem musi odbyć się wielka narada. Co i jak. Ponieważ zostało się wczorajsze mięso — więc dziś przełamie się piątkowy post — i odpości się jutro.
Zatem — dziś sznycle, a jutro obiad postny. A co? — jeszcze się zobaczy.
Wcześnie, z godnością — idzie Dulska do miasta, a za nią kucharka z torbą. Pelerynę ma pani Dulska na ten cel specyalną. Pod peleryną bowiem łatwo ukryć także jakiś pakunek. A to — nie wypada przecież, ażeby taka właścicielka i pani niosła coś w ręku...
Więc wyszły, a w domu została Mela.
Mela, która znów jakoś się czuła nie dobrze i nie poszła na pensyę.
Mela i pokojówka, która po odprowadzeniu Hesi »do konwiktu«, wróciła do domu rozpocząć walkę z kurzem i z własną rozwichrzoną czupryną.
Szybko jednak porzuciła łopatki i miotełki, wezwana przez Melę. Zastała panienkę zapłakaną i stojącą bezradnie na środku kuchni. Mela trzymała tackę ze śniadaniem, które nosiła ojcu. Dulski nie poznał córki i dyszał tak ciężko, że nawet Mela nie mogła uwierzyć, iż »to katar ojcu spadł na piersi« — jak zapewniała ją w chwili odejścia z domu Dulska.
— Co panience? — pyta pokojówka.
— Z tacią jakoś źle...
— Et!... ma katar.
— Ale...
— Chodźmy...
Weszły obie i stanęły opodal łóżka. W jasnem świetle dziennem twarz Felicyana przybrała jakieś straszne, nieokreślone tony. Oczy miał zamknięte. I od czasu do czasu coś, jakby uśmiech, przesuwał mu się przez spieczone usta.
I gasł.
To było najstraszniejsze — ten uśmiech, który dobywał się z jakichś niewyczuwalnych głębin.
I gasł.
Dziewczyny stały nieruchome, strwożone, niepewne.
I nagle pokojówka szepnęła:
— Panienko, to wielmożny pan gospodarz umiera.
Mela pochwyciła ją za ręce.
— Kasiu! Kasiu!...
— To tak. Mój ojciec też tak zipał...
— Kasiu! Kasiu!...
Rozpętało się w niej i przybrało postać to, co w niej nurtowało od wieczora.
— Śmierć!... śmierć!...
I zaraz odruch naturalny.
Ratunku!
A więc — doktora.
Tylko, że mama, że...
Lecz o to mniejsza.
— Kasiu! zlituj się, leć po doktora!...
Pokojówka rada, i sama strwożona, biegnie. Przy drzwiach zatrzymuje się jednak.
— Panienko! a pani gospodyni...
Lecz w Meli pojawia się siła, bunt.
— Słuchaj mnie!... biegnij, sprowadź!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

U łóżka Felicyana pochyla się znowu młody doktorek. Szedł właśnie na klinikę, gdy go sprowadzono.
— Ależ... co to?... — zwraca się ku Meli, to żartów niema, to sprawa bardzo seryo...
Dziewczynka milczy — oczy załzawione utkwiła w młodej, poważnej twarzyczce lekarza.
Pokojówka głos zabiera.
— Wielmożna pani mówiła, że to katar spadł na piersi...
Lekarzyk wzrusza ramionami — zgorszony, wściekły. Widzi zaniedbanie i przez to sprowadzoną katastrofę.
Czuje nawet swą bezsilność. Serce, motor ludzkiej maszyny, nie zdolne nadążyć. Lada chwila ustanie. Pod ręką on to czuje. Nie chce brać jednak całej odpowiedzialności: jako młody — tchórzy.
— Gdzie mama pani? — pyta Meli.
— Poszła na kupno.
— Kiedy wróci?
— Za godzinę.
— To na nic. Niech pani mamę zaraz odnajdzie — proszę dać mi znać na klinikę chorób wewnętrznych. Ja tam będę do południa. Niech mama zaraz po mnie przyśle i napisze, czy decyduje się na konsylium. Ja uproszę i przywiozę profesora. Według mnie — należy zastrzyknąć kamfory dla podtrzymania akcyi serca, tlen, zresztą my to zarządzimy. Tylko proszę się spieszyć z zawiadomieniem.
Proszę iść szybko odnaleźć mamę...
I doktorek opuszcza sypialnię Dulskiego, a przechodząc przez salon, pociera czoło i powtarza:
— To niesłychane!...
Za nim biegnie Mela.
— Proszę pana doktora.
— Co? słucham panią.
— Czy... ojcu coś... grozi...
Odwrócił się. Patrzy na to biedne, spłakane, smutne dziecko. Ogarnęła go litość.
— Niech pani pośle po eter, koniak należy podawać, czarną kawę — odwilżać usta — i po nas, po nas — jak najprędzej.
Wychodzi.
Mela biegnie do pokojówki.
— Kasiu!... Kasiu!... zlituj się!... ratuj!... eteru... koniaku... kawy...
Pokojówka łamie ręce.
— Tak... kiedy pani wielmożna wszystko zamknęła i klucze zabrała...
— Prawda! co robić!
Bezsilne stoją u drzwi naładowanej spiżarni.
— Przyniosę kawy ze sklepiku i rumu ze szynku za swoje.
— I eteru!
— Za dwie szóstki — starczy?
— Czy ja wiem?
— Przynieś tylko — przynieś!...
Po kwadransie dziewczęta usiłują wlać w zaciśnięte usta Felicyana łyżeczkę kawy z rumem. Zachłysnął się. Nie jest w stanie przełknąć. Z ust płynie cienka czarna struga cuchnącej kawy i plami koszulę.
Słodka woń eteru napełnia powietrze.
— Ja nie wiem — szepce Mela — czy to dać na cukrze, czy to do nacierania, nic nie wiem...
— Niech panienka da tak i tak! — doradza Kasia!
Lecz usiłowania ich rozbijają się o zwarte silnie szczęki Felicyana, przez które z trudnością dobywa się oddech, ryk raczej wichru przypominający.
— Matko Boska! ratuj tacia!... — powtarza Mela, krzątając się bezradnie.
Wreszcie zatrzymuje się i wybucha spazmatycznie.
— Żeby już ta mama przyszła...
Dzwonek.
Krzyk, kłótnia, potrącania drzwi — cały ten alarm rzeczy trywialnych, z taką lubością uprawianych przez natury nizkie, napełnia mieszkanie.
Już w salonie słychać wrzask Dulskiej.
— Kasia! czemu nie froterujesz jadalni? Mela, czemu nie ścierasz kurzy? Co to jest. Jedenasta...
Milczenie chwileczkę — a potem znów.
— Co tu tak śmierdzi?
Węsząca, groźna — pomimo wyładowania swej energii na rynku, na głowy strażników i bab, fałszujących śmietanę — staje na progu i wpada nagle w atmosferę eteru, razem rzężenia, łez, agonii... śmierci.
— Co to? co to?
Mela przypada bezprzytomna, szybko wyrzuca ze siebie:
— Mamciu... tato ma umrzeć... był doktór, tato już nic nie wie... nie chce kawy... był doktór... zęby ściśnięte... Matko Boska!...
— Co śmierdzi?
— Mamusiu, eter, rum...
— Co?
— Doktór kazał.
— Jaki znów doktór?
— Był ten z przeciwka.
Dulska posiniała.
— O! jak to przyciągnął. Węszy... co?
— Mamciu, ja go zawołałam.
— Ty? Jak?
Mela chce ocalić Kasię. Jest heroiczną.
Przez okno.
Dulska się przeraża.
— Ty? przez okno? Jak śmiałaś? Taże to publika! Dzie ty widziała, żeby porządna panna wołała na doktora przez okno. Czy ty nie masz wstydu?
— Mamciu! tacio ma umrzeć!
— Zwaryowałaś! Tak się nie umiera: mir nichs — dir nichs. — Wynoś się — kurze ścierać.
— Mamciu! taciowi źle — pan doktór powiedział, żeby natychmiast posłać po niego na klinikę chorób wewnętrznych i żeby mamcia powiedziała, czy się godzi na konsylium.
— Na co?!
— Na konsylium! i czy ma przywieźć ze sobą profesora, to go uprosi...
Lecz tu przerwała się tama wyrozumiałości pani Dulskiej.
— Co? — wrzasnęła — profesora? jakiego? na co? może cały wydział, profesora i wszystkich trupikrajów razem! Może Neussera z Wiednia albo Porańskiego z Krakowa!... Tak ci pilno ojca na tamten świat wysłać.
— !!!
— Wynoś się — żebyś mi się nie ważyła nudzić ojca więcej! — Kasia do froterowania — i żebym więcej o was nie słyszała...
Kasia postawiła rum i eter.
— Proszę wielmożnej pani, to dla pana...
— Co? czego?... zresztą zostaw!
— Ja dałam pieniądze.
— Ja ci nie kazałam. Zostaw! A kto zawołał doktora, ten zapłaci — proszę o tem pamiętać.
Mela złożyła ręce.
— Mamusiu, to może z mego posagu...
Wrzask Dulskiej rozległ się znowu.
— »Z posagu«, szakalu, co dyszysz na moją śmierć! »z posagu?!« Ale mieć nie będziesz... nic, ani centusia...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
I wszystko to się dzieje na tle chrapliwego rzężenia, które przyzywa — uwolnienia, spełnienia się rzeczy najcudowniejszej...

Śmierci!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W kuchni, kucharka zawzięcie sieka sznycle na stolnicy... Głuchy łoskot rozlega się po pokojach. Dulska przebiega, jak wicher, przez salon.
— Ma być dziesięć sznycli! — słyszy kucharka — dziesięć!...
Z pokoju dziewcząt wysuwa się Mela.
— Mamusiu! Doktór powiedział, że tlen, kamfora...
— Co?
— Powiedział kamfora...
— Wynoś się. Ojcu nic nie jest. Katar...
— Mamusiu, to gorzej...
— Milczeć!
— Ma — mu — siu!...
Pięść silna zdenerwowanej histeryczki spada na krzywe plecy dziewczyny. Ta milknie, zanosi się cicho — spazmatycznie płaczem i stoi oparta o ścianę pokoju.
Dulska wraca do sypialni. Zatrzymuje się przy komodzie i zaczyna obserwować Felicyana.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Długo i pilnie patrzy.
Rzeczywiście — żółty — wosk — światło gromnic.
Oczy zamknięte.
Trup.
To znowu fala po nim przepłynęła. Jakieś barwy biją — całe tęcze. Lekkie drżenie podskórne, a potem nieruchomo. I szczęki zaciśnięte, a usta rozchylone, opadłe jak liście zupełnie uwiędłego kwiatu.
Przez Dulską przechodzi dreszcz.
— Kto wie? co to takiego?
Chce się krzepić. Doktorzy zawsze coś wymyślą. Felicyan jest taki, jak zawsze, a że tak ciężko oddycha, to przecież zwykle tak przy katarze. Ona sama niedawno...
Przypomina sobie słowa Meli.
— Powiedział ten... doktór kamforę. Ha, no... zobaczymy, co będzie mądrego.
Z głębin komody dobywa owinięty w watę flakonik. Mam kamforę. — Ona może być tak mądra, jak doktór. Zbliża się do umierającego.
— Na, masz... powąchaj ten cudowny doktorski środek.
Lecz Felicyan nie reaguje na nic — jest głuchy i niemy. — Dulska coraz więcej naciera:
— Wciągaj dobrze, to ci się w nosie odetka?
I to pozostaje bez skutku.
— Może mentolu... to mądrzejsze, jak ich kamfora.
Wynajduje stary i starty migrensztyft i usiłuje natrzeć nim nozdrze Felicyana. — Na chwilkę Dulski jakby przytomniał.
Dulska tryumfuje.
— A co! a co! widzisz — zaraz ci ulżyło. Teraz se pośpij i wszystko będzie dobrze.
Szybko wychodzi z pokoju.
Sama nie wie dlaczego, ale jest jej straszno tam przy tem łóżku — wobec tej mieniącej się twarzy starczej, upiornej i tragicznej. Coś ją chwyta jakby za bary, coś jej w kark się wkręca. I lód dokoła — lód, zimno...
Wybłąkała się na przestrzeń mieszkania. Pani Dulska.
Za nią coś się wlecze, wlecze...
Spojrzała.
Przed nią, do ściany przytulona, łka ciągle Mela. Dulska uczuwa jakąś potrzebę wypowiedzenia głośno uspokajających zapewnień.
— Nie becz — dałam ojcu mentolu i już mu lepiej. — Teraz śpi. Nie włócz się tam. I nie budź go.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Kucharka wciąż sieka mięso na dziesiąty sznycel.
Słychać tylko, że wzięła za mało bułki... Więc — dyskusya ożywiona i trochę uparta. W sypialni zato grobowa cisza.
I drzwi zawarte powoli przybierają jakiś pozór drzwi zatrzaśniętych starych domostw, przeznaczonych na rozbiórkę i na zniknięcie.
Podczas, gdy jeszcze wśród napoczętych ruin istnieje szczątek upartego życia...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdy Hesia wróciła z pensyi, oznajmiła głosem przepitego kaprala, że jest głodna, jak ten pies.
Kucharka zadecydowała:
— Trza sznycle smarzyć.
Lecz Dulska, która od długiej chwili, ująwszy się pod boki, stała przy oknie kuchennem milcząca dziwnie i »niewyraźna« — odparła:
— Trza zobaczyć, czy się pan zbudził...
Jakieś niepojęte milczenie, zaambarasowanie zapanowało nagle.
Jakby nikt nie śmiał pójść się dowiedzieć, jak stały rzeczy ze snem Dulskiego.
Zwłaszcza Dulska sama.
Jakby ją coś przykuło do miejsca.
I czuje poza sobą ten nastrój, który zaczyna ją dławić.
Wykrztusza wreszcie:
— Niechże tam kto idzie...
I znów cisza...
Tylko wątpliwy tłuszcz na patelni skwierczy.
Dulska nie jest w stanie przedłużyć dalej tej sytuacyi.
— Niech idzie Kasia.
Dziewczyna wyrusza. Jest w niej lęk nieokreślony i ciekawość jakaś. Panuje naprężone oczekiwanie. Dulska patrzy ciągle w okno — ale ona właściwie patrzy w te drzwi, poza któremi dziewczyna znikła. I wszyscy wbili swe oczy w ten punkt, kucharka, Hesia, stróż, czapkujący u drzwi wchodowych — wszystkich myśli skoncentrowały się z całą siłą, jakby wywołując to nieuniknione, co na nich szło wielkim wałem, nieznającym oporu, nieuznającym siły.
I — oto z głębi mieszkania wrzask.
— A powiadałam... a powiadałam...
I potem — cisza.
Wreszcie otwartych z łomotem kilka drzwi — i na progu staje Kasia.
Nikt się jej o nic nie pyta.
Ona powtarza — ale już szeptem.
— A powiadałam.
I po długiej chwili.
— Wielmożny pan już...
Dulska porywa się jakby ostatkiem sił.
— Durna!
Czuje, że musi pędzić tam, gdzie spełnia się to »już«. — I wie, biegnąc chwiejnie przez kuchnię, że ta dziewczyna mówi prawdę, że tam jest śmierć, i że nic przeciw temu poradzić już nie można. Ale przecież — mocą nałogu, półświadomie — wyrzuca ze siebie.
— Durna!...
I tak samo lecąc koło komina — rzuca w stronę kucharki.
Niech kucharka odsunie patelnię i nie rzuca jeszcze sznycli.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tak.
Oto dziwnie — promiennie — łagodnie, rzec można, utula się Felicyan do snu.
Tak zapadł, zasunął się w tę kołdrę ciemną i znikł w bieli poduszek. Nie oddycha już prawie, coś tam jeszcze się błąka — jakiś tik-tak delikatny, niewyczuwalny. I szczęki rozwarte — a na ustach wykwita uśmiech ulgi bezmiernej.
I uśmiech ten nie znika nawet, gdy nad łóżkiem pochyla się masa cielska Dulskiej — on już jest poza nią — ten Felicyan, on już przenikł ciężkie zasłony bytu — i nawet nie ma dla niej wzroku nienawiści, jakim z porządku rzeczy powinien był »pożegnać« ją — odchodząc. On nie może nawet skrystalizować się w szpetocie i złości, bo tam, gdzie on odchodzi, jednoczy się wszystko w jedno słowo i piękno — w jedno wrażenie i uczucie.
Bezbrzeżnej miłości.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Dulska potrząsa ręką konającego.
— Felicyan! oszalałeś? co robisz? ta jak to...
I nic — tylko już teraz w smudze słońca, co się przez firanki po posadzce ściele — pada na ziemię Mela — i wyje.
Nie płacze — wyje.
Jak szczenię na drodze zgubione.
A ktoś, niewiadomo — stróż, kucharka szepce.
— Przez księdza!
— Tak! prawda!...
Na Dulską biją ognie.
Bez spowiedzi, bez sakramentów... Jakiż będzie pogrzeb! Skandal!...
Chwyta eter, kamforę, rum.
Trzeźwi trupa, naciera.
— Felicyan! Felicyan!...
Lecz oto drzwiami ktoś trzasnął. Pokojówka gdzieś leci.
— Co to? gdzie?
— Kasia, po księdza!...
Dulska aż zczerniała.
Lokatorzy się powynoszą! Żeby choć do wieczora i cichcem po nocy. A tu tak. Ale — obejrzała się. Surową naganę czyta w oku kucharki i stróża. W jednej chwili czuje się silną i panią sytuacyi.
— Pan tylko omdlał... — mówi tonem pewnym siebie.
Nie może zapobiedz nadejściu księdza, lecz ocali pozory. Oto — wie, iż jest teraz kościelna ustawa, dozwalająca księdzu dawać absolucyę i sakramenta jeszcze w kilkanaście minut po śmierci, jeżeli chory tego zażąda.
Imperatywnym gestem odsyła kucharkę do sznycli.
— Proszę chwilę zaczekać z obiadem! Jan niech idzie do magistratu, jak miał iść...
I gdy ci dwoje cofają się ku drzwiom, ona, już doskonała komedyantka, wytresowana i subtelna, pochyla się nad milczącym trupem.
— Co? księdza chcesz? ależ dobrze, dobrze, skoro taka twoja wola — będzie spełniona. Hesia, przygotuj stolik — świece, a żywo. Ojciec chce się spowiadać. Sprzeciwiać się nie będziemy.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W pięć minut później tragiczny dzwoneczek słychać wzdłuż murów. Po schodach pnie się ku górze. I oto — w ciemni przedpokoju — latarenka i biel komży.
I Dulska u progu.
— Chory stracił przytomność w tej chwili... bełkoce na klęczkach.
Ksiądz zatrzymuje się, chroniąc sakrament u piersi.
— Czy żądał mnie? czy dopominał się o sakramenta?...
Dulska patrzy po ziemi. Przytłacza ją ten ksiądz o białej szacie, wyniosły poseł najwspanialszego aktu, jaki wyznaczony jest w chwilach ludzkiej egzystencyi.
— Czy żądał? — zapytuje raz jeszcze ksiądz.
Zmora skandalicznego pogrzebu bez księży, dalej brak na kartach: »opatrzony Sakramentami« — przeważa.
— Tak... żądał! — odpowiada Dulska zuchwale. I zaraz popiera.
— Wszyscy słyszeli.
Ksiądz wchodzi do sypialni i każe usunąć zemdloną Melę, która wciąż leży na podłodze — teraz już bez szlochu i bez jęku.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdy ksiądz wyszedł — Dulska krzepi się i odrazu wchodzi w rolę »wdowy« — która teraz tylko na siebie liczyć powinna.
Krótkim urywanym głosem wydaje rozporządzenia.
— Hesia — sprzątnąć stolik po księdzu, stróż niech idzie do pana Zbyszka... Kasia niech wyjmie panowe ubranie czarne z szafy.
Sięgła ręką po eter...
— To schować, może się przydać...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Silna jest pani Dulska.
Nie poddaje się.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Z drzwi kuchennych wychyla się głowa kucharki.
— Proszę wielmożnej pani — co z obiadem?
Dulska się namyśla.
— Jeszcze trza poczekać ze sznyclami. Pana się pierwej ubierze, bo później zastygnie. Potem będzie się jadło.
Kucharka wzdycha.
— Tak! tak!...
I Dulska także wzdycha.
— Niech kucharka tu przyjdzie i przyniesie ciepłej wody...

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.