Złota dola

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Złota dola
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ZŁOTA DOLA

Piaszczystym traktem pocztowym w zapadłej okolicy szedł pieszo samotny wędrowiec.
Przed godziną pociąg kolei żelaznej wyrzucił go na nędznej stacji, zagwizdał i popędził dalej.
Pozostały przez chwilę z żalem patrzył na biały obłoczek dymu na horyzoncie, potem westchnął, zapalił fajkę i ruszył przed siebie, nie pytając nikogo o drogę.
Żydek woźnica zaczepił go:
— Wy może do Jezierców, do miasteczka?
— A może.
— Nu, ja was zawiozę! Macie tam kogo?
— Mam w kieszeni dwa kułaki na ciebie. Nie wchodź mi w drogę!
Żyd zaciął szkapę i uciekł. Wędrowiec nie wyglądał na bezpiecznego towarzysza. Szedł, kiwając się z nogi na nogę, wsunąwszy ręce po łokcie w kieszenie łatanych, wypłowiałych spodni. Na głowie miał czapkę starą z połową daszka, na nogach resztki butów, na sobie bluzę siną, pełną dziur i plam, przepasaną kawałkiem poszarpanego rzemienia, na plecach mizerny worek płócienny.
Młody był jeszcze, wybujały wzrostem i pewno niegdyś przystojny. Młodość i urodę osnuła nędza jak pajęczyna, zakryła wiek i krasę. Twarz smagła, oczy żywe i roztropne patrzyły na świat z za tej pajęczyny jakieś zmęczone, posępne a zuchwałe. Przyrósł do tych rysów kurz drożny, dym karczemny i bezczelny uśmiech głodu.
Zmierzch zapadał jesienny, mglisty, pełny wilgoci i chłodu. Drobny deszczyk mżył z wiatrem, przejmując do kości nędzarza, naigrawając się z jego płótnianki dziurawej. Stacja została daleko, brzozy gościńca szumiały resztkami liści, gdzieś woddali grały trąby pastusze.
Wędrowiec przystanął chwilę i słuchał.
— Tak śpiewa, jak surma trębacza. Ladaco dął, jak miech w kuźni... — zamruczał, wstrząsając się z zimna.
Potem splunął i szedł dalej, przyśpieszając kroku.
W dali przez mgłę i zmierzch szary zapalały się czerwone światełka nisko nad ziemią, niby sesja gromadna świętojańskich robaczków. Do światełek tych dążył podróżny. Było to miasteczko, synonim kilkuset Żydów, kilkudziesięciu karczem i błota. Nigdy piękne nie było, jesień uczyniła je obrzydliwem. Ogołociła mieszczańskie ogródki z zieleni, powlokła ściany, ulice, dachy brudną wilgocią. Nogi tonęły w śmietniskach i błocie.
Wędrowiec zwolnił kroku, rozglądał się wkoło.
Przez okienka świecił ogień kominów, snuły się cienie, zalatywała czasem na pustą ulicę śpiewka samouka, śmiech, kwilenie niemowląt, urywki rozmowy; deszcz trzymał każdego w domu, zresztą takie miasteczko umiera ze zmrokiem.
Parę razy podróżny się zatrzymał, zajrzał w okno, chciał może wstąpić, zapytać o kogo, ogrzać się, spocząć, ale po chwili namysłu szedł dalej. Twarz jego powlokła się chmurną zadumą; dawne wspomnienia widocznie rwały się ku niemu od tych chat i ognisk.
— Jakbym wczoraj odszedł — zauważył. — Jezioro szumi! jak dawniej, a dym pachnie chlebem matuli. A w chacie pod świętym obrazkiem wisi pewnie harap ojcowski. Na mnie czeka. A ja idę! Ha, ha!
Z ulicy wszedł na plac obszerny. Wprost niego czerniał budynek, lipami otoczony; w prawo huczało jezioro, wzburzone wichrem jesiennym; na lewo buchał ogień z otwartej kuźni; środek zajmowały nędzne żydowskie sklepiki.
— Kuźnia Żmińskiego — szepnął wędrowiec, podchodząc w tę stronę.
Nagle drzwi parkanu, otaczającego domostwo kowala, otwarły się zcicha; na ulicę wysunęły się dwa czarne cienie: mężczyzna i kobieta. Mrok pokrywał obie postacie. Chwilę stali u furtki, rozmawiając półgłosem, potem on ją wziął wpół i pocałował, ona się szarpnęła, otuliła szczelniej chustką i pobiegła szybko przez plac w stronę jeziora. Mężczyzna, pogwizdując, poszedł do kuźni. Wędrowiec zdaleka stał i patrzył. Potrząsnął głową.
— Święta Helenka Żmińska pogodziła się z ludźmi — rzekł do siebie, uśmiechając się mimowoli.
Zawrócił, kilku skokami dopędził kobietę i zaszedł jej drogę.
— Dobry wieczór! — przemówił do niej.
Spojrzała nań przerażona, potem rozgniewana. Nie była to jednak znana mu jasnowłosa córka kowala. Z za chustki mignęły ku niemu czarne jak węgiel źrenice i obcy głos zawołał niecierpliwie:
— Czego chcecie?
— Wy tutejsza pewnie. Czy znacie Adama Żużla?
— Mularza? Znałam, póki żył.
— To umarł? Dawno? — spytał zmienionym głosem.
— Będzie dwa lata. Spadł z rusztowania i zabił się na miejscu.
— Zabił się — powtórzył obcy powoli i dodał: — To teraz Józik rządzi w chacie? Ożenił się?
Spojrzała po nim zdziwiona.
— A wy skąd idziecie, że o samych umarłych pytacie? Józef Żużel ani rządzi, ani się ożenił. Wzięła go ziemia i tyfus, już pięć lat temu.
— To z nich nikt nie został? Może i chaty niema?
— Została matka, Agnieszka, mularzowa. Pilnuje pustki, koszule szyje kawalerom, bieliznę pierze... na mogiłki w świątki chodzi. Nikogo więcej.
Wędrowiec głowę zwiesił i umilkł. Kobieta obrzuciła okiem jego łachmany i spytała:
— Znaliście ich, że się pytacie?
— Znam, jak wy swoją chatę i rodziców — odparł głucho.
— Toście im swojak?
— A swojak. Zostańcie z Bogiem, dziewczyno czy kobieto.
Zawrócił i ruszył w lewo, w wąską uliczkę, biegnącą między zagrodami mieszczan, aż do szkoły, cmentarzyska i dalej w pola i głuszę. Domy tu były niższe, okienka mniejsze, błoto głębsze, a przed idącym z każdego kąta występowały pamiątki dzieciństwa, zrosłe z tą nędzą, z temi lepiankami i tem ubogiem otoczeniem. Tu się urodził i wzrósł, bawiąc się piaskiem i kamieniami, prześladując psy i koty, psocąc po ogrodach sąsiadów. Stąd odszedł przed laty w świat.
I oto wracał. Oczy jego nawykłe były do wielkich miejskich gmachów, do fabryk, rodzinna osada wyglądała teraz podwójnie nędzna i mała.
Zatrzymał się wreszcie. Nawpół rozwalony płot otaczał sadek malutki i w ziemię wrosła chatynę; obok pochyła furtka zapraszała wędrowca do wejścia. On stał długo, zwiesiwszy głowę i ręce. Z pod brwi patrzył na światło w okienku i nie śmiał przestąpić tego progu, deptanego stopami ojca nieboszczyka i matki wdowy. Syn marnotrawny niewart był takiej zagrody.
Pchnął furtkę nieśmiałym ruchem. Pies nań wypadł, witając zajadłem szczekaniem. Dał mu szarpać swą odzież, pies przy swojem stał prawie. Stróż to był wierny, posłuszny i uczciwy — a on?...
Skrzypnęły drzwi sieni. Kobieta zgarbiona i siwa wyjrzała z chaty, nawołując psa. Wędrowiec zbliżył się do niej.
— Kto tam? — spytała, cofając się na widok czarnej postaci.
— Ja, matko... — odparł stłumionym głosem.
Kobieta zatrzęsła się całem ciałem. Przez dwanaście lat nie zapomniała dźwięków tej mowy.
— Kto? — powtórzyła, uszom nie wierząc.
— Ja matko, Paweł! — powtórzył.
Zapanowała chwila milczenia. Łojówka na stole i parę głowni w kominie oświetlało chatę i ich dwoje. On stał w progu, pochylony, mnąc czapkę w ręku; ona naprzeciw niego, blada, drżąca, bez głosu.
Nagle poczerwieniała od gniewu i wstrętu, odstąpiła jeszcze dalej i spytała surowo:
— Skądże ty przychodzisz? Z więzienia, czy z szynku?
Po jego twarzy przeszedł żar rumieńca.
— Ja, matko, po więzieniach się nie walałem — wyjąkał. — Pracowałem.
— Pracowałeś?... Kłamiesz! Kto pracuje, nie wygląda tak, jak ty! Tyś rabował chyba!
Wskazała pogardliwie na jego łachmany.
— I czegoś wrócił? — zawołała znowu. — Dość ja wstydu miałam przez ciebie i dość łez! Daj mi umrzeć w spokoju!
— Ja nie wiem, czego ja przyszedł — zaczął posępnie, przygnębiony surowym wzrokiem. — Byłem stąd niedaleko... Coś mnie wzięło, przyszedłem... Biedny ja, matko, ale wy nie wiecie, co we mnie żyje, jaki ja nieszczęśliwy! Nie ze szczęściam ja hulał i pił dawniej, nie ze szczęścia uciekł, jak złodziej, w świat... Oj niedola to moja, niedola!
Zamilkł, coś go w gardle ścisnęło; staruszka patrzyła surowo na niego, ale też milczała.
— Karzecie mnie słusznie, matko! Niewart jestem niczego dobrego i nie spodziewałem się łaski, tu idąc. Nie zrobię wam więcej wstydu, pójdę sobie dalej; tylko wam oddam te trzydzieści rubli, com ojcu wziął, jakem uciekał z domu.
Przystąpił do stołu, zdjął worek z pleców, sięgnął w zanadrze bluzy, dobył skórzany woreczek i wysypał z niego wszystko, co do grosza, srebrniki, miedź i asygnaty. Pusty woreczek wsunął napowrót za bluzę i westchnął.
— Przeliczcie, matko i darujcie. Nie bójcie się tych pieniędzy... Zarobiłem uczciwie rękoma, w fabryce. I oto je wam odnoszę za tamte skradzione... Ojca w chacie niema... Za niego mi odpuśćcie, nim pójdę.
— Ojciec umarł i Józika niema. Pochowałam wszystkich — szepnęła kobieta.
On się cofnął od progu, wziął znowu worek na ramię, zamglonemi oczyma obejrzał ściany chaty, nieśmiało spuścił wzrok na matkę.
— Jam winien waszych łez... ja winien — szepnął. — Za mną leży krzywda brata i jego narzeczonej, za mną swawola i kradzież... i ojcowskie przekleństwo. Och, matko! Jam grzeszył, ale i dobra nie zaznał, ni radości, ni spokoju! Boże mój, jaką ja mękę w sobie noszę, jaką mękę! Żebyście wiedzieli, matko! Coś tam we mnie pokutuje, szarpie, dręczy, jak w dzień, tak w noc głuchą. Coś woła i pcha naprzód... jakaś nuda i tęsknica do szerokiego świata... Od dziecka mi tak! Chciałem zapić tę chorobę i nie mogłem; chciałem zakochać się, oszaleć... nic nie pomogło. Nie wstrzymała mnie chata, ani wy, ani dziewczyna, ani żadna moc. Taka chęć, matko, gorsza od śmierci... Gnała mnie ona po świecie przez te dwanaście lat, jak wilkołaka; nigdziem się nie ostał, nic nie przykuło. Chwytałem się i roboty i szukałem śmierci. A męka nie wyszła ze mnie i nie wyjdzie, aż z życiem chyba.
Czoło jego nabiegło krwią. Słowa płynęły to cicho, to namiętnie, z żalem, to z rozpaczą. Ręce założył na piersi w pięść i cisnął tę moc straszliwą, co w niej huczała, jakby sam siebie chciał zadławić, zabić, poszarpać ten głód zmiany wrażeń, tego ducha niespokojnego a burzliwego.
Zmęczony urwał i ciężko dyszał, wodząc oczyma po ścianach lepianki. Ratunku, zda się, w nich szukał i politowania.
Mularzowa słuchała, nie przerywając. Kobieta to była uczciwa, surowa dla siebie i innych. Cnotę uważała za obowiązek, obowiązek za jedyne dobro i zadanie. Więc człowiek ten, który żadnego obowiązku nie uszanował, żadnej cnoty nie posiadał, wstrętnym jej był.
Ale to chłopak jej był, najmłodszy, jedyny teraz.
Stal przed nią wychudły, obdarty, głodny pewnie. Deszcz go przejął i chłód. Wypędzi go, więc pójdzie sobie dalej szukać kąta i łyżki strawy u obcych, jak żebrak. Ktoś mu z łaski rzuci chleba kawałek i złoży gdzieś na nocleg, na cudzej ławie, swą głowę ciemną i kędzierzawą, która niegdyś usypiała na jej kolanach.
Matczyne wnętrzności wstrząsnął żal i smutek. Spojrzała ukradkiem na niego.
— To iść się zabierasz? — wymówiła cicho.
— Pójdę — odparł głucho. — Noc i deszcz, nikt mnie nie widział, jakem przyszedł, nikt odchodzącego nie zobaczy. Nie zakłócę wam, matko, spokoju, nie wspomną wam ludzie złego syna. Pójdę już.
Zawahał się, wreszcie zbliżył się do niej i padł do nóg.
— Oj, matko! Nie patrzcie tak źle! Jabym życie dał, żeby naturę odmienić, a nie mogę, nie mogę!... Nie proszę ja was o darowanie, bom niewart; ale jak odejdę, poproście Pana Boga za mną, żeby ta moc ze mnie wyszła, żeby mnie to odstąpiło!... Oj, matko, darujcie!
Ręce mularzowej opadły na jego głowę, oczy zaczęły mrugać, błyszczeć od łez.
— A coś ty robił przez te lata? Czyś hańbą szedł i wstydem, czyś swą duszę uszanował? Powiedz!
— Oj, matko, wy mnie nie znacie! Jak do roboty się porwę, to nikt mi nie sprosta, do krwi się zapracuję; ale mnie wnet ta nuda opada i ręce mdleją i w głowie się miesza. Rzucam wszystko. Alem się nie zhańbił. Na ojcowską krew się klnę... Nie wróciłbym wtedy do was.
— A coś ty myślał, idąc tutaj?
— Po ratunek szedłem do was — wyjąkał. — Czy ja wiem? Coś mi mówiło: «Idź do chaty!», to i przyszedłem.
— A zostałbyś ty na zawsze ze mną? — szepnęła.
— Oj, matulu! Zabijcie tę moc we mnie, dajcie mi lek jaki, a zostanę... na wieki zostanę!
— To wstań! Chata twoja, a ja cię nie wypędzę. Zostań. Na złe moce jest Bóg i praca. Zostań! A jak zrobisz kiedy co dobrego, czem mi duszę rozradujesz, to ci serce oddam, zapomnę wszystkiego. Synem mi będziesz i dzieckiem ukochanem. Pamiętaj!
— Pamiętam, matko! Służyć wam będę, ile mocy, i nie odejdę; a pierwej, nim wam słowo złamię, na marach mnie ujrzycie. Chory ja i słaby i biedny, ale wy mi siłę dajcie, nauczcie dobrego! Zostanę z wami i wstyd dawny zmażę. Przysięgam! — mówił Paweł.
Ciemne jego oczy wzniosły się ku niej oszklone łzami i widać w nich było duszę całą, zmęczoną, smutną, a pomimo tego błyskającą złowieszczo niespokojnym ogniem. Przysięga padała na ten ogień jak ołów, druzgotała nawyknienia i żądze. Zakuwała w niewolę.
Biedna dusza rogata!

∗             ∗

Nazajutrz rano na cmentarzu odmówili pacierz za zmarłych i wstali z wilgotnej ziemi.
Mularzowa poprawiła krzak nasturcji, który kwitł jeszcze na grobie męża, z mogiły syna zerwała chwast dziki i spojrzała na Pawła.
— Proś Boga, żeby ci dał po śmierci taką cichą mogiłę i kogoś, co na niej we łzach uklęknie. Gdzieindziej dół znajdziesz, ale mogiły nigdy. A teraz idź między ludzi i roboty poszukaj! Do szynku nie zachodź i złej kompanji unikaj, a po pracy do domu wracaj.
— Dobrze, matko — rzekł, całując jej rękę.
Odszedł kilka kroków. Zawołała go:
— Paweł, a dziewcząt nie zaczepiaj!
— Nie, matko — odparł zdaleka.
Ludzi snuło się wiele po rynku, ale go nikt nie poznawał. Wśród tych obcych twarzy przechodził posępny, rozmyślając, gdzie i kto da mu chleba kawałek, skoro powie, kim jest? Wstyd mu było.
Przystanął u drzwi kuźni Żmińskiego i zajrzał do wnętrza.
Wysoki, barczysty, młody rzemieślnik stał u ogniska z papierosem w zębach, wziąwszy się pod bok jedną ręką, a drugą wybijając takt młotkiem po kowadle. Rudy, piegowaty wyrostek dął miechem i coś opowiadał majstrowi. Kowal miał pierze w czarnej czuprynie, zapuchłą twarz, wzrok szklany. Był doskonałym typem miejskiego donżuana i pijaka. Co chwila wyjmował nędzny papieros z ust, spluwał i ziewał. Mgliło go po nocnej hulance i niewywczasie.
Paweł Żużel popatrzył nań. Radość przemknęła mu po twarzy, wszedł śmiało do kuźni.
— Majster, może mnie podkujecie? — zawołał.
— U mnie osłów nie kują — odburknął kowal, nie oglądając się.
— A prawda, bo i wy nie kuci — zaśmiał się Paweł.
Rzemieślnik spojrzał zagniewany.
— Guza szukacie? — krzyknął gromko.
— Ja guzów nie biorę, ale daję!
— No popróbujcie!
Kowal młot rzucił, zwrócił się frontem do obcego, zmierzył go wzrokiem i aż skoczył, nagle otrzeźwiony.
— Paweł! — wrzasnął — Nasz Paweł! Skądeś, kolego, bracie? Z grobu? Gwałtu! On sam!
Porwał Żużla w ramiona i ściskał tańcząc po kuźni na podziw piegowatego pomocnika.
— A ja!... Poznałeś? Bóg dał choć jedną starą twarz!
— Skądeś? — powtarzał kowal radośnie. — A wiesz ty, żem trzy msze fundował za twą duszę? Mówili, żeś zmarł...
— Taki, jak ja, nie ginie. Wczoraj wróciłem. A ty co tu robisz w tej kuźnicy? Kupiłeś?
— Djabła tam kupiłem! Dostałem darmo z żoną w dodatku.
— Co? Oczepiłeś świętą Helenkę?
— Albo co? Myślisz, że ja byle co? Jestem całą gębą majster Hipolit Alchan, mąż żonie, ojciec dzieciom.
— Jakto? I dzieci masz?
— Jeszcze nie mam, ale święta Helenka i tę łaskę u Boga wymodli. Kobieta, bracie, jak chodzący ołtarz!
— Toż wiem! Zwali my ją Kantyczką. Wybrała sobie męża... no, no! Zdeptał czart siedem par butów, nim taką parę dobrał. Skończenie świata! A coś z gospodarką zrobił?
— Żydy na mej gospodarce kugle pieką, bachory pejsy hodują... A ty skąd, bracie?
— Ze świata. Nie opowiedzieć, gdziem był... Cóż z waszymi słychać? Gdzie kompanja?
— Licha warte! Jakeś odszedł, popsuły się rządy. Narobiłeś ty chryi we młynie, że aż strach! Młynarz wściekał się, dziewczyna szlochała. Sądny dzień. Obejrzeli się starzy poniewczasie, matki wzięły się do pilnowania dziewcząt, ojcowie przebrali naszą kompanję. Nastała nuda i pustka. Tyle lat! Jedni do wojska poszli, inni się pożenili, reszta ścichła, lub wymarła... Tfu! Djabła warte wszystko bez ciebie! No, aleś wrócił, to grunt! Staniemy znów na nogi. Chodźmy do Aberbucha! Wiewiórka — dodał — gaś ogień, zamykaj kuźnię i wynoś się, gdzie pieprz rośnie!
Tu kowal zaczął naciągać surdut. Nagle się zatrzymał.
— U matkiś był? — zagadnął.
— Byłem. Kazała statkować i pracy szukać.
— At! Oni wszyscy powarjowali na punkcie statku i pracy. Głupstwo! Co zrobisz, to komuś; co wypijesz, to sobie. Chodźmy, Pawle, do Aberbucha, przypomnieć dawne czasy!
Żużel potrząsnął głową.
— Nie kuś, szatanie! Roboty mi trzeba dzisiaj. Nie pójdę pić, aż się zmorduję. Daj pracę jaką.
— Bodajeś się w wołu przemienił! Czy ty do pracy stworzony? Innemu to gadaj, a nie mnie! Chodź, ja funduję!
— Jeszcze mi na poczęstunek nigdy nie brakło, ale znasz moje słowo. Jak mówię nie, to nie.
— A kat ją tam wie, tę robotę — zamruczał kowal niechętnie.
Potem myślał chwilę, szukał w pamięci, wreszcie gwizdnął przeciągle i śmiejąc się, spojrzał na Żużla.
— Co mi dasz faktornego za nastręczenie służby? — spytał.
— Spoję cię czystym arakiem palonym.
— Nie chcę, arak mi zbrzydł. Tfu! Ot lepiej pomożesz mi w potrzebie. Słowo?
— Słowo. Ja ci zawsze pomagałem.
— No, to dobrze. Mam ci robotę, ale jaką! Radbym ja tam być na twojem miejscu!
— A gdzie?
— Na jeziorze, u Szymona.
— To stary żyje jeszcze?
— Oho! I nas przeżyje! A jaką ma córkę!
Oczy kowala zabłysnęły jak kocie. Mlasnął językiem.
— Z tego patyka, czarnego jak sadza, wyrosła dziewczyna? — dziwił się Żużel.
— Cud, mówię ci, skończone ladaco! Gwałtu! W moim kominie niema takiego żaru jak w jej oczach!
— Aha — rzekł Paweł przeciągle — tom ją widział wczoraj u furtki. Aha!...
Kowal skrzywił się udając dyskrecję.
— Bardzo się lubią z Helenką — rzekł niby naiwnie.
— To się wie — parsknął śmiechem Żużel. — Nawet widziałem, jak się żegnała pod furtką... z Helenką.
— Frant z ciebie! — śmiał się Alchan cynicznie. — A wszystko dopatrzysz! Kupiłbyś ją na wagę złota.
— Dziewczynę? Ja? Toś chyba zapomniał, co ja jestem. U Szymona roboty poszukam, a córkę tobie zostawiam...
— I pomożesz czasem, bo stary jej pilnuje jak skarbu.
— Dobrze wczoraj upilnował Adrychter! Jak ryby swojej niegdyś przede mną. Pamiętasz?
— Oj, oj! To pójdziesz na jezioro?
— Pójdę, choć nie wiem, czy mnie zechce. Do zobaczyska, Hipek.
— Do zobaczyska! A wstąp wieczorem!
— Dobrze! Pozdrów tam Kantyczkę swoją ode mnie! My z nią trochę swojaki. Dobre z niej kobiecisko, tylko trochę zwarjowana.
— Bodajby trochę! Żywcem mnie chce zanieść do nieba!
— Próżna fatyga — zaśmiał się Paweł wychodząc.
Kowal wrócił opieszale do kowadła, nawołując rudego wyrostka. Żużel ruszył w stronę jeziora.
Jezioro szerokie obejmowało miasteczko, dało mu nazwę, stanowiło sławę, wzniosło je i wzbogaciło. Wiankiem obejmywały je łozy, sitowia i oczerety, gdzieniegdzie chyliła się w nurt wierzba stara, lub przyglądała się swej urodzie czarna olszyna.
Z obawy przed wiosennym wylewem domy miejskie stały opodal i tylko jedna zagroda, umocowana wałem i palami, znajdowała się tuż nad wodą, samotna, jak strażnica. W głębi, gdzie strumyk wąskiem gardłem wpadał w jezioro, czerniał młyn stary, wokoło, jak okiem spojrzeć, łąki i wypasy, jak morze zieleni.
W zagrodzie od stu lat żył jeden ród i dzierżawił rybne tonie. Weszło to w prawo, w obyczaj, w tradycję. Mówili ludzie, że kto chciał odebrać od rybaczej rodziny jej jezioro, ten źle kończył i wreszcie nie stało ochotników. Syn po ojcu następował, jak pan dziedziczny, od dziecka zrastał się z jeziorem. Usypiało ono ich w kołysce szumem fal, towarzyszyło przez całe życie, śpiewało posępnie do śmierci. Zapomniano ich nazwiska. Okolica zwała każdego Rybakiem tylko. Był Piotr, Józef, Stefan, ale tych pamiętali starcy tylko. Od czterdziestu lat w zagrodzie nad jeziorem królował Szymon Rybak, dawniej z żoną, potem sam z córką jedynaczką. Synów nie miał. Żył w swej zagrodzie, jak borsuk, zapracowany, gderliwy, sknera. Nikt z nim długo nie wytrzymał, oprócz starej baby gospodyni i chłopca znajdy, nawpół idjoty, porzuconego niegdyś pod progiem.
Paweł Żużel znał dobrze starego. Wyrostkiem będąc, szedł nocą nad jezioro, wytrząsał kosze na psotę, albo w dzień z wędką drażnił rybaka, siadając na połów tuż pod chatą. A młodzieńcem? Wtedy najmocniej wraziła mu się w pamięć sina toń jeziora. O zmroku wykradał się z domu, porywał Szymonowi łódkę i wiosło i płynął w głąb, aż do młyna, gdzie narzeczona jego brata, jasnowłosa młynarzówka Joasia, śpiewała smętne pieśni, wyglądając narzeczonego.
Ale Józik był nieśmiały i cichy, a pracował ciężko. Więc wieczorem sen go zmorzył u komina i nie śmiał iść na schadzkę, czekał cierpliwie ślubu.
Dla pustaka Pawia nie było zmęczenia, nocy i strachu. Zakazany owoc, wzbroniona zabawa, były mu najmilsze. Zdawało mu się, że kocha dziewczynę.
I tak co ranek znajdował Szymon swe czółno tam, gdzie je prąd zaniósł, często przewrócone, wiosła wyławiał i klął w suche kamienie nicponia mularczyka.
Nie ziściły się jego klątwy. Po latach dwunastu nicpoń mularczyk wracał pod rodzinne niebo i szedł do niego, nad to jezioro znajome, ale go nikt już nie poznał.
Obdarty włóczęga stanął na wybrzeżu koło chaty i patrzył. Ruch tam panował gorączkowy. Ołowiane chmury wróżyły rychły śnieg i zimę, więc z jeziora ściągali większe łodzie na ląd, na zimowe leże, pod szopy, otaczające chatę. Ciężka to była praca. Drzewo namokłe, ciężkie jak ołów, grzęzło w piasku; parobcy przeziębli, w wodzie po kolana, ruszali się opieszale, obojętni na gderanie starego, które słyszeli zawsze nad uszami przez rok cały. Nie robiło to na nich wielkiego wrażenia. Rybak w kożuszku, zaczerwieniony od wiatru i gniewu, krzyczał i krzyczał bezustanku.
— Hultaje, obieżyświaty, śmiecie miasteczkowe, szubieniczniki! A nie ruszycie się to inaczej! Pieniądze brać, to galopem! A robić, to jak żółw! Ryba śnięta lepiej się rusza! Justyn! Małpo afrykańska! Co stoisz, jak kołek? Żywo!
— Aha, żywo! — powtórzył idjotycznie znajda, istota nieokreślonego wieku, straszna, kołtunowata, śmiejąca się głupowato.
— Hej, hej! Razem, razem! — zachęcali się parobcy.
— Gospodarzu — ozwał się Paweł z za plota. — Każcie podważyć krypę i podłożyć pod nią kołki. Będzie jechała, jak na łyżwach.
Rybak się obejrzał na ten obcy głos i wnet się zaperzył.
— A ty tam, próżniaku, czego się gawronisz i rady dajesz? Kiedyś taki rozumny, to chodź i pokaż, jak robić!
— I owszem — odparł wesoło, przyskakując do czółna.
Porwał drąg z ziemi i zaważył za pięciu.
— Kołki pod krypę! — huknął donośnie. — Prędzej!
Skoczyli gromadą. Głos miał w sobie energję i siłę równą ramionom, rozbudził ich do czynu.
Szymon mógł milczeć. Robota poszła piorunem.
Przybysz pracował jak olbrzym i odrazu objął komendę. Parę razy pięścią przynaglił opieszałego, ale sam dawał przykład, w wodzie po pas, wpółnagi na tym wietrze jesiennym i zawsze wesoły.
— Chodź, ciotuchna, chodź! — interpelował łódź. — Dostaniesz kataru na jesieni. Dosyć ci kąpieli! Aleś uparta, starucho! No, popróbujemy się!
I przeziębły, siny, mocował się z nią, aż chwilami na twarz występowały strugi potu i stygły zaraz od zimna, a członki naprężały się jak struny i wnet kostniały od wody i wiatru. A łódź ruszała się, jak żywa. Rybak założył ręce i uśmiechał się rozpromieniony.
— Ot, widzicie, jak się to robi! Ot, widzicie, kto chce uczciwie grosz zarobić! — fukał na parobków.
— Ot, widzicie — powtarzał za nim, jak echo, idjota Justyn, udając, że także pracuje.
Ostatnią łódź wepchnięto pod szopę; ale i dzień się już kończył. Biała jak mleko mgła wstawała z jeziora, zakryła miasteczko, młyn, rybacką zagrodę nawet. O krok nic widać nie było; chłód się wzmagał. Parobcy, uwolnieni nareszcie przez noc, pobiegli kłusem do zagrody; za nimi pokulał Justyn, śpiewając fałszywym głosem jakieś urywki pastuszych pieśni bez sensu.
Żużel otarł rękawem twarz i oczy, zatulił szczelniej płótniankę na piersi, zabierał się do odwrotu.
— Ostańcie z Bogiem, gospodarzu! — rzekł, mijając Szymona.
— No, no! A zapłaty nie chcesz?
— Niema za co! Pół dnia robiłem. Ot tak, z ochoty! Nie było czem się ogrzać, to choć potem!
— No, pewnie... pół dnia to niema rachunku! — zamruczał stary, uszczęśliwiony, że grosza nie wyda. — Ale za usługę wypij choć wódki kieliszek! Zajdź do chaty!
— Dziękuję, gospodarzu.
Weszli w sień ogromną, dzielącą zagrodę na dwie połowy. W lewo, w izbie czeladnej, rozlegał się gwar parobków i pisk Justyna. Szymon otworzył, drzwi prawe i wprowadził Żużla do własnej stancji. Był to pokój obszerny i niski, służący za sypialnię, warsztat, jadalnię i salon zarazem. Piec kaflowy z kominem zajmował ćwierć przestrzeni; dalej stały ławki i stół, w głębi posłanie gospodarza, wkoło ścian i pułapu wisiały siecie, więcierze, ościenie, haki, kosze na rybę, przeróżne sprzęty rybackie. Po szafach błyszczały jaskrawe talerze, dzbanki i misy. Kute skrzynie zawierały zapewne odzież i płótna oraz srebrne pieniądze.
Wieczerza dymiła na stole, rozkoszną won niosąc do nozdrzy i podniebienia zgłodniałego Żużla; przyjemne ciepło ogarniało jego skostniałe członki, a blask smolnych drzazg oświetlał tę izbę, tchnącą zamożnością i wygodą. W blasku tym czerwonym i fantastycznym stała dziewczyna, ku której na wstępie z pod brwi nieufnie poszły oczy włóczęgi. Skrzyżowawszy ręce na piersi, patrzyła w ogień i nie raczyła się obejrzeć na wchodzących.
Wysoka, smukła, toczonych kształtów, miała na sobie barwny strój mieszczanki, krasną spódnicę, jak śnieg białą koszulę, wzorzysty fartuch, na ramionach siną, krótką świteczkę, rozwartą z przodu. Pęki korali i wstążek zdobiły szyję, spływały aż na piersi; głowę otaczały, jak diadem, czarne warkocze, spięte srebrnym grzebieniem. Widać było od pierwszego spojrzenia, że urody jej nie tknęła praca, że istotnie skarbem była starego i królową zagrody, której każdy służył, pieścił i dogadzał.
Blask komina zaglądał w jej twarz i pokazał Żużlowi smagłą, cygańską cerę, nieregularne rysy, orli nos dziewczyny. Nieładna była, nawet brzydka, a jednak wzrok wracał raz po raz na tę twarz i patrzącemu nabiegały mimowoli żarem policzki. Coś w niej było, co nęciło, pociągało, zmuszało do uwagi. Było to coś nieokreślonego. Jakaś łuna, która snuła się ze śniadością policzków i czoła i nadawała im gorący koloryt, jakaś przepaść wrażeń i skier lotnych w głębiach oczu, jak piekło czarnych, jak piekło palących, jakiś dziwny uśmiech wilgotnych, purpurowych warg, wpół grymaśny, wpół namiętny. Dziewczyna ta miała coś więcej niż piękność, coś więcej niż rozum, niż skarby całego świata — miała urok nieprzeparty, tajemniczy, wszechpotężny. Pierwszem wrażeniem Żużla był strach, nieznany dotąd. Miał ochotę zawrócić i uciec. Spuścił oczy i milczał, gryząc usta.
Nie spojrzała na niego i nie powitała. Stała nieporuszona, z brwią ściągniętą, rozdrażniona i kapryśna, wpatrując się uparcie w ogień. Szymon zdjął zmokły kożuch i czapkę i zwrócił mowę do starej baby w chłopskiem ubraniu na głowie, która na skrzyp drzwi ukazała z za pieca pomarszczoną twarz i kądziel lnu u prząśnicy.
— Daj wódki, Praksedo!
Stanął naprzeciw córki i grzał dłonie, ważąc w głowie myśl kłopotliwą i zezem spoglądając na stojącego w progu Pawła.
— Jutro trzeba łodzie połatać — rzekł wreszcie. — Może przyjdziesz do tej roboty? Dzień krótki dam ci dwadzieścia kopiejek.
— Jeżeli służby nie znajdę, to przyjdę — odparł parobczak.
— Aha, to służby szukasz! Hm, hm! A drogo ty siebie cenisz?
— A naco wam wiedzieć?
— Hm, hm! Możebym cię wziął na próbę.
— Ej, nie weźmiecie, ojcze Szymonie, bo mnie znacie i źle znacie z dawnych czasów.
— Ciebie? Pierwszy raz widzę... nie znam! — odparł stary, przypatrując się uważnie rysom stojącego.
— Był czas zapomnieć. Zestarzałem. Alem ten sam Paweł mularczyk, coście go klęli niegdyś codziennie.
Rybak aż podskoczył i podszedł bliżej.
— Mularczyk? — zawołał, wytrzeszczając oczy. — Słyszana rzecz! Toś wrócił! Awantura! Ho, pamiętam hultaja, jak dziś! A że to chwast nigdy nie zginie! Uczciwyby zmarniał sto razy, a temu nic. Jak dąb wyrósł i znowu jest! No proszę! No, proszę! Aleś się zmizerował! Skóra i kości! Aha! Włóczęga nie tuczy. Widzisz: jednakowoż bieda cię przygnała!
— Chwast się biedy nie boi, gospodarzu. My z nią koledzy i nie do rozkoszy ja wróciłem. Może i lepiej było tam, skąd idę.
— Broiłeś ty tam po świecie, broiłeś! Jakbym wiedział! Ale żeś przyszedł, to dobrze. Matczysko twoje od łez wyschło. Czas, byś ją chlebem nakarmił za tę zgryzotę, coś jej sprawił.
— Poto przyszedłem — zamruczał Paweł.
— No, no! — dziwił się rybak, biorąc z rąk Praksedy, pękatą flaszę z okowitą. — Wypijże, chłopcze! Nie musi ci być ciepło w tej bluzie. Ha, ha! Ktoby cię poznał!
Młody wychylił kieliszek i skłonił się z podziękowaniem. Stara podała mu kromkę świeżego chleba, poniósł ją chciwie do ust i pożerał, jak wilk. Szymon wrócił do komina i medytował, grzejąc palce i plecy.
— Co ci, Marynka? — zagadnął córkę. — Coś taka markotna?
— Jakby tatuś nie wiedział — odburknęła niechętnie. — U Feliksów zaręczyny, muzyka, a ja tu siedzę, jak grzyb. Tatuś to nade mną nie ma nijakiej litości. Więzienie ta chata!
— Więzienie? Doprawdy? Jakbyś ty kiedy tu siedziała! Wiecznie gdzieś latasz po miasteczku. Zachciało ci się iść w taką szarugę, co i piesby nie wylazł. Jeszcze się rozchorujesz.
— Ostańcie z Bogiem, ojcze Szymonie — rzekł Paweł, biorąc za klamkę.
— Poczekaj-no, poczekaj. Na hulankę już ci się śpieszy? Tfu! Zatracony chłopiec! A szkoda — dodał ciszej.
— Matka czeka...
— Biedna ona! Toć jej nie przyniesiesz ani grosza, ani strawy, jeszcze odjesz kęs ostatni. Słuchaj-no! Nicpoń był z ciebie i łotr na pokaz, pamiętam, ale mi matki Agnieszki żal. Możebym cię i wziął na służbę, gdybyś się poprawił.
— Jak wasza wola, gospodarzu. Chleba darmo jeść nie będę. Usłużę wam z miłą chęcią.
— No, no, byleś robił jak dzisiaj, to ci dam rocznie pięćdziesiąt rubli i strawę.
— Zgoda, gospodarzu.
Stary się przestraszył, że ofiarował zawiele. Zaczął się cofać.
— Hm, hm! A umiesz ty sieci wiązać?
— Choć nie umiem, to się nauczę.
— Ehe! Toś fryc! za naukę trzeba zapłacić dziesięć rubli.
— Niech będzie czterdzieści! — rzekł Paweł.
— I to za wiele, boś ty pewnie śpioch, w niedzielę toś przepadł. Znam ja twoje sztuki! No, co robić? Dam czterdzieści, choć nie warto; za to mi i w święta dopatrzysz dobytku, drew urąbiesz i bez pozwolenia za próg nie ruszysz.
Paweł pomyślał chwilę. Była to niewola pod ciężką ręką zrzędy i sknery, który z niego wyzyska każdą minutę, każdą odrobinę sił. Służba to była mozolna, utrapiona. Ale kto da lepszą, posłyszawszy jego imię, przypomniawszy wspomnienia młodości?... Zresztą, zawsze i wszędzie czeka go tutaj niewola.
Pochylił głowę. Matka się ucieszy.
— Niech będzie wasza wola, gospodarzu — szepnął.
— No, to dobrze! Dam ci rubla zadatku, ale mi jutro o świcie przychodź na robotę. Rozumiesz?
— Przyjdę, gospodarzu — odparł, otwierając drzwi.
— Tatusiu! — zawołała dziewczyna z umizgiem. — Ja pójdę do Feliksa na godzinkę, na minutkę!
— Znam ja twoje minutki. Siadaj do wieczerzy i cicho!
— Nie będę jeść, nic nie chcę! — rzekła kapryśnie.
— Skaranie boskie z tą błaźnicą! — mruczał, ustępując widocznie. — Jeszcze cię kto napadnie po nocy!
— Nie, tatusiu mój złoty, mój śliczny! Ja na chwileczkę tylko! Mnie ten parobczak przeprowadzi. Jemu po drodze.
— Akurat, właśnie! Dobry opiekun! No, no, nie płacz, Marynka! Idź się zabaw uczciwie! Idź, idź!
Dziewczyna podskoczyła radośnie, jak ptaszek na swobodę; pochwyciwszy z ławki wełnianą chustkę, poczęła zapinać świteczkę. Śmiała jej się twarz cała.
Stary odwołał Pawła z sieni.
— Chłopcze, idźcie już razem lepiej. Zostawisz ją u Feliksów.
Młody nic nie odparł, ale czekał.
Wybiegła do sieni, nucąc, przeistoczona radością; wyprzedziła go i ruszyła odważnie w stronę miasteczka. Nie odzywali się wcale. Ze strachu uczucia jego przeszły w niechęć i lekceważenie; wiedział, kogo ona szuka u Feliksów.
— Może po drodze wstąpicie do kuźni? — zagadnął wreszcie.
— Do kuźni? A czego? — odparła, ruszając ramionami.
— Ano, do Alchana — wtrącił szyderczy — jak wczoraj wieczorem. Nie będzie on dziś na zaręczynach, bo na mnie czeka. Próżna fatyga biegać do Feliksów!
Rzuciła mu piorunujące spojrzenie.
— A wam co do tego, gdzie idę? Odczepcie się ode mnie! Trafię sama. Nie wścibiajcie nosa tam, gdzie was nie wołają!
— Oho! Wymowy wam nie brak! Jeszczem ja o takie, jak wy, się nie zaczepiał! Mnie jedno, gdzie chodzicie!
Zaczął gwizdać jakąś śpiewkę i nie uważał więcej na nią. Rubla rybackiego miął w garści i wahał się, co z nim robić. Czekała na niego matka, czekał Alchan. Cisza i hulanka! Pieniądz drżał mu w dłoni.
Doprowadził dziewczynę do rynku i stanął przed żydowskim sklepikiem. Ona poszła dalej.
W pół godziny potem mularzowa na skrzyp drzwi podniosła głowę od szycia i spytała z widoczną radością:
— To ty, Pawle?
— Ja, matko.
— Robotę masz?
— Mam. Rybak mnie zgodził na parobka.
— To i chwała Bogu! Ciężka to będzie służba, ale właśnie tobie dobra. Szanuj ten chleb i starego Szymona. Człek jak złoto, choć jak krzemień wygląda. Co ty niesiesz?
— Kupiłem dla was mąki i kaszy — rzekł nieśmiało.
Nic nie odrzekła, ale spojrzała łagodniej.
— W kominie twoja wieczerza się grzeje. Spocznij. Zmokłeś. Zmień odzież. Twój worek w alkierzyku.
— Pusty; ale mi nic nie trzeba. Ciepło przy was...
Usiadł na ławce obok niej, założył zmęczone ramiona i pochylony patrzył na jej ręce pracowite, migające igłą. Pierwszy to był wieczór, który spędzał uczciwie, i pierwsza noc pod rodzinnym dachem. Gdy światło zgasło i legł na tapczanie u pieca, długo zasnąć nie mógł. Zdawało mu się, że wstępował w wąski korytarz, ciasny, duszny i bez końca. Słońce gasło, świat się zamykał we cztery kamienne ściany, ginął wszelki swobodny dźwięk i ruch. Zimny pot zgrozy i rozpaczy pokrył mu skronie. Czy on wytrzyma? Czy zniesie?

∗             ∗

Salka Aberbucha była to klitka na poddaszu jednej z karczem miasteczka. Na dole, w wielkiej a brudnej stancji, gospodarzył rudy żyd, faktor, kontrabandzista, złodziej koński, pojący łaskawych gości podejrzaną gorzałką. Tu się schodzili furmani, kupcy i ludzie, szukający zarobku. Był to kantor stręczeń, biuro wypłat, klub wszelkich handlów, interesów, kupna, sprzedaży i pokątnych intryg.
Z sieni prosta drabina prowadziła na salkę. Tam był klub mieszczańskiej młodzieży, ogniska wszelkiej swawoli. Dawniej, przed laty, gdy Paweł Żużel przewodził gromadzie rówieśników, na salce panowały śmiechy, śpiewy, najdziksze zakłady, próby siły i zręczności, plany na psoty i figle, opowiadania bohaterskich wybryków, spory o dziewczęta. Rogatą duszę miał wódz i coś z rogatej natury, bujnej, śmiałej i wesołej przeszło w ducha kompanji. Potem zmieniły się rządy. Alchan objął ster i zebrał sobie podobne towarzystwo.
Teraz na salce odbywały się ohydne orgje: pito na umór, lżono kobiety, zabijano się między sobą, tłuczono sprzęty i szkło. W nocy napadano na przechodniów, obdzierano ich, tarzano w błocie. Salka Aberbucha stała się jaskinią zbrodni.
Ale Paweł Żużel pamiętał ją, jak zostawił; szaloną, hulaszczą, pełną dzikiej poezji i z dnia na dzień rosła w nim chęć odwiedzenia starych kątów, przypomnienia starych czasów. Trzy tygodnie mijały, jak pracował u Szymona tak, jak on umiał — za trzech, nie ustając na minutę. Stary zacierał ręce, mrugał oczyma, zapomniał nawet gderać. Takiego parobka nigdy jeszcze nie posiadał.
Przez ten czas do matki tylko na chwilę zaglądał Paweł i wracał kłusem obchodząc zdaleka kuźnię i Alchana. Może go już pokusa męczyła, ale jeszcze cierpiał i znosił. Niewesołe to było życie w rybackiej zagrodzie. Po ciężkiej pracy wieczór zgromadzał w izbie czworo ludzi, którzy między sobą nie mieli żadnej nici pokrewnej, nie umieli mówić o niczem poza codziennemi sprawami.
Szymon, gdy nie gderał, czytywał półgłosem powoli «Żywoty Świętych» z zatłuszczonej książki; stara Prakseda przędła; Marynka ziewała, gdy się nie zdołała wymknąć na wieczorynkę. Paweł skręcał konopne nici na sieci, lub wyplatał kosze. Za ścianą chrapali parobcy.
Z córką gospodarza nigdy nie rozmawiał Żużel, unikali się wzajemnie. On czuł do niej dziwną niechęć, ona nie patrzyła na niego, rozgniewana może za tę obojętność i chłód. Pierwszy to był, co się do niej nie umizgał, nie służył.
Pewnego wieczora długo siedzieli w milczeniu. Na twarzy Pawła malowało się zmęczenie i nuda. Chwilami opuszczał ręce i błądził zamglonemi oczyma po ścianach, to znowu gorączkowo brał się do roboty. Zaczynał borykać się z sobą. Nareszcie odsunął skończony kosz i wstał z ławy.
— Niema na dziś więcej roboty — ozwał się do Szymona. — Może mi dacie urlop na parę godzin, gospodarzu?
— Urlop? Naco? Idź spać! — zamruczał stary. — Już cię korci przehulać te trzy złote, coś zarobił?
— Do roboty na czas wstanę, a teraz pozwólcie odejść. Moja hulanka i minuty waszej kosztować nie będzie. Pójdę, tytuniu kupię.
— Bodajeś tak zawsze prawdę mówił! Obraza boska ci w głowie. Ale kiedy idziesz, to wstąp do Ignacego furmana i powiedz, że mam do niego interes.
— Wstąpię, gospodarzu!
Zapalił fajkę, nacisnął czapkę na oczy i wybiegł.
Na dworze odetchnął, jak wyzwolony, i, gwiżdżąc, ruszył do Aberbucha. Serce mu biło radośnie. Gorączka owa straszna już się budziła w głębi duszy. Szedł ulżyć jej, zagłuszyć na chwilę. Był w swoim żywiole. Bez przewodnika trafił do karczmy i prosto jął się wdrapywać na stromą drabinę.
— Ta sama, jak Boga kocham! — rzekł do siebie z uśmiechem.
Na salce pełno już było. Dym fajek i upał zwrotnikowy napełniał brudną ciasną izdebkę. Goście obsiedli stoły, zydle. Panował tam dziki wrzask, brzęk szkła i zamieszanie; mało kto był trzeźwy.
Hipolit Alchan, w rozpiętym surducie, rozczochrany, leżąc prawie na stole wśród butelek, brudnych kart i resztek zakąski, dostrzegł wchodzącego i powitał radosnem wyciem, reszta naśladowała wodza. W braku miejsca Paweł usiadł na rogu stołu i zapoznawał się z kompanją.
— Tęgie chłopcy! Spiją się jak kłody na twą cześć! — rekomendował Alchan. — Hej, bracia, ufetujemy starego kolegę, nikt żyw nie wyjdzie! A huknąć tam, niech ryży winduje szkła więcej i drabinę wciągnąć! Nie trza, żeby nam kto przeszkadzał. Spoimy cię, Pawle, jak kufę!
— Mnie? Cały browar nie wystarczy! Pilnuj siebie!
— Oho, ja się wprawiłem przez dwanaście lat!
— I ja nie zapomniałem!
Coby rzekła matka Agnieszka na widok syna wśród tej zgrai? Nie poznałby Szymon pracowitego jak mrówka, a cichego pomocnika. Burzliwa dusza wydarła się z ukrycia, zdjęła maskę, zahuczała po dawnemu.
Pili. Alkohol pędził ogień do oczu, krew do skroni, szał na usta. Chciał się odurzyć Paweł. Szalał, śmiał się, dokazywał, i niktby nie powiedział, że się nie bawił jak reszta. A jednak po godzinie hulanki, gdy tamci dosięgli szczytu upojenia i wesołości, on się nie upił i nie odurzył. Za śmiechem jego była nuda, za szumem wódki ból nieznośny i tęsknica. Ku czemu? On sam nie wiedział. Nie zgłuszyła jej ani zadowoliła pijatyka; owszem podnieciła tylko. I siedział obcy wśród tej rzeszy i słuchał żartów, nieobecny, roztargniony. Zła moc poczynała go dręczyć, jak przez całe życie. Oczy jego rozpalone utkwiły uparcie w jednej twarzy; tę jedną zapamiętał wśród wszystkich.
Chłopak to był blady i wątły, niedawno wrócił z wojska, miał jeszcze na głowie czapkę żołnierską i opowiadał, trochę już pijany, wspomnienia służby.
Paweł jego tylko słuchał. Reszta napełniała salkę wrzawą różnorodną, śpiewami i śmiechem.
— Daleko ty był? — pytał Żużel ciekawie.
— Oj, daleko! Na Kaukazie.
— A ładnie tam?
— Oj, ładnie! Sady kwitną, kiedy u nas jeszcze śnieg leży. Góry takie, że i nieba czasem nie widzisz; a po górach winnice, jaskinie, zwaliska.
— Widziałem ja góry, ale nie tam! Żeby tam pójść!
— Daleko, strasznie daleko!
— To i co? Jak niebo nad głową, a ziemia pod stopami, to wszędzie dojdziesz. Hej, hej! Nie tyle ja schodził! I czego już nie widziałem! Na świecie dobrze iść i iść! Coraz coś nowego zobaczysz.
— Widział ja i na Kaukazie cuda. Raz stali w miasteczku, a opodal skała, okrutna, czarna, a na skale jakieś ruiny. Kto tam co budował, ani jak, nie wiadomo, bo skała jak ściana stroma i chyba kot a sokółby tam się mógł dostać. Mówili nam ludzie, że na tej górze w ruinach mieszka czarownica Murfa, z obłoków płótno tcze, a gwiazdami świeci w komorze. Pewno łgali...
— A żaden z was nie poszedł zobaczyć, co w ruinach?
— Lękali się. Ktoby się dostał zresztą po takiej skale?
— Jabym się wdrapał! Płótnabym tego wziął, bo to musi być cudne, a i gwiazd ze dwie czarownicy zabrałbym z komina. Oj, nie było tam mnie!
— Oho, akurat! Dostałbyś od wiedźmy prząśnicą po łbie i koniec.
— Jakbym dostał, to i oddał jej we dwoje. Nie takie dziwy drogę mi zachodziły. Żeby się ino dostać pod tę górę. Boga mi! Poszedłbym!
Tu Alchan podniósł ochrypły głos i zaśpiewał

— Nim kur zapieje,
Trzykroć się spiję,
Do czarta!

Paweł się obejrzał, wstrząsnął się jakby przerażony myślą, która mu zaświtała w głowie i przerzucając się do ogólnego tonu, odśpiewał na tę samą nutę:

— A kogut pieje,
Z ciebie się śmieje,
Głowa nic warta!

— Pawle, a widziałeś Joasię z młyna? — zainterpelował kowal, rad, że zwrócił ku sobie uwagę przyjaciela.
Ciemny rumieniec przykrości wybiegł na twarz Żużla.
— Nie! — odparł krótko.
— To i dobrze. Oczyby ci słupem stanęły. Wiedźma się zrobiła z dziewuchy! Istne gniazdo szerszeni ten młyn zatracony. Wczoraj ten ich rudy Franek, co w kryminale siedział za rozbój, zaszedł do kuźni i prawił na ciebie straszne dziwy. Złość mnie porwała. Napaliłem kawałek starego żelaza i wyciąłem po nim młotem. Dostał w nos iskier, jak tabaki, i uciekł, klnąc!
— Niech przyjdzie i mnie co powie, — zawarczał Paweł zuchwale, podnosząc pięść muskularną — dam ja mu iskier, że i tchu nie złapie!
Rogata dusza awanturnika, draśnięta słowem dawnego kolegi, ozwała się po dawnemu dziką groźbą. Biedna matka Agnieszka!
Alchan zatarł ręce.
— Potańcujemy jeszcze z młynarzami. Nieprawda, chłopcy?
Obejrzał się na swą komendę, ale nikt mu nie odpowiedział. Salka wyglądała jak pobojowisko. Pokotem leżeli biesiadnicy; tylko żołnierzyna urlopnik siedział jeszcze, odwróciwszy głowę do ściany, i szklanemi oczyma patrzył na kurze sufitu. Reszta chrapała na ławach, na stołach, na ziemi.
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się rubasznie Alchan. — I dziwią się ludzie, czemu my nad tą hołotą starsi! Ot, trupy, zdechlaki, a ja gotów drugie tyle pić! A ty, Paweł, nie pijany?
— Oho, daleko mnie jeszcze! A chodźmy stąd... Duszno!
— Czego duszno? Poczekaj chwileczkę!
Tu kowal z cierpliwością, godną lepszej sprawy, poukładał śpiących rzędem na podłodze, ustawił wokoło nich butelki i zaśpiewał na zakończenie tonem pogrzebowym:

— Nie trzeba było pić wódki z anyżem!
Nie leżelibyście do ziemi krzyżem!

— Chodź, Hipolit! — naglił Żużel, którego wstręt ogarniał.
Wyszli. Karczma już spała; łojówka dogorywała w latarni, oświetlając niby sień. Ustawili drabinę. Alchan zaczął się pierwszy spuszczać na dół.
— Zlecisz na łeb — ostrzegał Paweł, widząc, że nogi mu się plączą i drżą ręce.
— Oho, zaraz, doprawdy? Albo mi to pierwszy raz! My z tą drabinką...
Tu urwał, zsunął się, stracił równowagę i zwalił się, ciężko dudniąc obcasami po szczeblach. Na dole chwilę jęczał, szamotał się, klął, nareszcie do uszu Pawła doleciała chrypliwa improwizacja

— Drabinko miła,
Cóżeś zrobiła
Z mych kości?
Aberbuch zwierzę
W pudełko zbierze
Swych gości!

Nareszcie wydostali się na ulicę. Chłód ich orzeźwił; zaczęli rozmawiać, podtrzymując się wzajemnie.

— Paweł! Czy ty jeszcze się nie zakochał w Marynce? — spytał Alchan wesoło.
— Ja? Jeszczem się jej nawet nie przypatrzył.
— A w miasteczku plotą, że cię sobie Szymon hoduje na zięcia.
— Czemu to w miasteczku nie plotą o tej ich przyjaźni... z Helenką? — odparł szyderczo Żużel.
— At, stare dzieje! Żebyś ty chciał, tobym ci ją wyswatał.
— Ty? Mnie? Szymonową Marynkę? Ja swoich pieniędzy nie wydaję na zapowiedzi z cudzemi kochankami. Tobie się zdaje, że mi dziewczyna jaka w głowie postała. Nigdy! Jak tych kamieni pod nogami tyle spotykałem na świecie, a żadnej teraz nie pamiętam. A piękniejsze były od twojej Marynki. Bo i co wy w niej widzicie? Czarna, jak Afrykany, com widział za górami w Italji.
— At, co ty wiesz. Marynce się kłaniaj ode mnie i powiedz, że jutro u organistostwa będę wieczorem.
— Do domu wracasz?
— A trzeba! Skaranie boskie! Kantyczka czeka pewnie i po zgubionym mężu trzepie pacierze do świętego Antoniego.
Stanęli u furtki. Istotnie, wierna żona wyszła sama na spotkanie. Kowal powitał ją wybuchem czułości:
— Jak się masz, serduszko, duszko! Niech cię uściskam!
— Gdzieś ty tak długo bawił, Hipek? O Jezu! Takem się bała!
— Pracowałem, żono, pracowałem! Robotę odnosiłem, chodziłem po obstalunki. Bardzo się zmordowałem!
— A kto tam z tobą? — zagadnęła na widok Żużla, który stał dyskretnie opodal i słuchał tej małżeńskiej rozmowy.
— A to poprosiłem kuma Jakóba, rymarza, dla ochoty. Dobranoc, kumie, dobranoc!
— Dobranoc! — zamruczał Paweł, odchodząc.
Słyszał jeszcze powolny, łagodny głos Helenki:
— Co cię tak wódką czuć, Hipek?
— To tak z wiatru, niebożę, z wiatru — uspakajał dowcipny małżonek, wchodząc do wnętrza domostwa.
Żużel zaśmiał się ubawiony i ruszył też zpowrotem. Wicher wył przeraźliwy, mroźny i do wtóru z nim wyło jezioro, borykając się z siłą zimy, która nadchodziła, niosąc pęta i okowy z lodu. Czuć było w tym fantastycznym żywiole wstręt do niewoli, bunt i walkę; czasem jęk wydobywał się z dna toni i ogarniał drżeniem powierzchnię. Pomimo mrozu Paweł stanął nad brzegiem i długo przyglądał się w milczeniu wzburzonym falom.
— Oj, darmo się miotasz, darmo! — zamruczał wreszcie, głową kiwając. — Spęta cię ta moc i okuje i w niewolę cię podadzą! Będą cię ludzie deptali, ty sina wodo, i milczeć i cierpieć będziesz. Jako i mnie okuli... Oto milczę... Ale wiem, dlaczego jęczysz i jako cię boli. A z wiosną zaszumisz znowu. A ja czy się wyzwolę? Mnie już koniec!...
W rybackiej chacie spali wszyscy; więc, by nie trwożyć nikogo, wsunął się na nocleg do stajenki, gdzie chrupały siano konie i krowy Szymona. Zmęczony, znękany, wsunął się pod żłób sędziwego kasztanka i starał się zasnąć.
Ale za ścianą huczało jezioro i budziło go co chwila, a potem zdało mu się, że jest na Kaukazie pod ową skałą, jak ściana stromą, i drapać się na nią zamierza. Wdzierał się mozolnie, krwawiąc ręce i kolana, zwieszony nad przepaścią, żądny owego płótna z obłoków i gwiazd. Nareszcie uchwycił się palcami, jak szponami, krawędzi skały i chciał się właśnie dźwignąć na nią i spocząć, gdy wtem coś mu zaczerniało nad głową. Podniósł oczy. Na skale przed nim stała... nie czarownica Murfa, ale swawolna, czarnooka Marynka. Białe jej zęby błyskały jak perły w triumfującym uśmiechu; sięgnęła do fartucha, dobyła z niego garść gwiazd i rzuciła mu je na piersi i w twarz.
Straszne gwiazdy! Paliły mu oczy, wżerały się w ciało. Poczuł ból przejmujący... Roztworzył ręce i spadał, spadał w bezdenną przepaść, osmalony, spalony, napół martwy, aż się uderzył głową o zrąb skały i obudził się...
Leżał pod żłobem w stajni, zziębły, a kasztanek gorącym oddechem muskał mu twarz. Gdy oprzytomniał, zakopał się w siano i słychać było, jak mruczał:
— Przeklęta! Bodajem się był na świat nie rodził!...
Potem w stajence było już zupełnie cicho.

∗             ∗

Nazajutrz jezioro już nie borykało się z wichrem. Stanęło ciche i upokorzone, ścięte cieniutką lodu tafelką. Dzień był mroźny, jasny. Stwardniała ziemia, ubieliły się dachy, a na drzewach szron się wdzięczył do bladego słońca. Ludzie przywdziali kożuchy, tupali nogami, markotnie spoglądając na złowieszcze siwe chmury, wyzierające na krańcach widnokręgu. Każdy chował nos w szalik, chuchał w dłonie i rad co chwila zabiegał do izby.
Tylko Żużel w swej płótniance od świtu siedział pod szopą konną na przewróconej łodzi, zatykał szpary konopiami, przybijał młotkiem, zalewał smołą i gwizdał. Nie zatrzymywał się ani na chwilę; obdarty, wpółnagi, siny od zimna, śpiewał sobie, wybijając takt młotkiem, niedbały na wszystko, jakby go grzał nikły promyk słońca, który przez szparę zaglądał do niego i litował się tej nędzy tak wesołej.
— Setny chłopiec! — mruczał Szymon w przechodzie. — Daj mi, Boże, więcej takich nicponiów. Wykopałem sobie perłę.
A parobcy, snujący się koło obory, ruszali ramionami.
— Głupi! — mówili do siebie. — Dobrego słowa gospodarz mu nie da. Naco się zarzynać taką pracą?
A stara Prakseda widziała go przez okienko kuchni i wzdychała. Lubiła Pawła, który jej chętnie drwa rąbał, wodę nosił, a na strawę nigdy nie narzekał.
— Biedaczysko, nieboże! Gorzej sieroty, robaka! A takie to cierpliwe i dobre! Mróz mu duszę wyjmie, a on jeszcze śpiewać nie przestanie...
Idjota Justyn siedział za stołem nad miską, zapuchły od płaczu, topiąc łzy w kaszy, lub rozmazując je po twarzy brudnemi pięściami. Dziś rano za ospalstwo i nieposłuszeństwo Szymon go zbił okrutnie. Parobcy się śmiali, patrząc na to; a chłopak wył i jęczał w silnej dłoni rybaka. Szczęściem dla niego nadbiegł Paweł z podwórza i wyprosił biedaka od starego. Obiecał, że za niego zrobi, co trzeba. Prakseda dała mu na pociechę jagły i siedział, lamentując.
Na głos kucharki podniósł zapłakane oczy i wyjrzał oknem. Chwilę coś medytował, żując łzy i jedzenie; jakaś myśl świtała w pudle, okrytem kołtunami, bo nagle przestał obracać szczękami, odsunął miskę, wypełznął z za stołu i pokulał w kąt, do starego kuferka, gdzie złożone były wszystkie jego ruchomości. Przykucnął nad nim i począł przewracać graty, coś mrucząc. Nikt na niego nie patrzył. Nareszcie wstał i ruszył ku drzwiom. Łzy mu oschły; głupowato uśmiechnięty cisnął pod pachą obdarty kożuszek, który mu Szymon darował za rok służby.
Na brzęk klamki Prakseda się obejrzała.
— Gdzie ty idziesz, Justek, z kożuchem? — spytała.
Jakby się bal, że go zatrzymają, wybiegł bez odpowiedzi. Czarny cień stanął między Pawłem i promykiem słońca. Podniósł oczy. Był to idjota, zakłopotany, nieśmiały, z kożuchem w objęciu. Chwilę stał, szukając daremnie wyrazów. Nareszcie wskazał swe uszy czerwone od ręki Szymona, uśmiechnął się błagalnie, pocałował Pawła w kolano, kożuch mu wetknął w garść i uciekł, nie słuchając protestu.
Od tego dnia biada temu, kto śmiał tknąć sierotę. Między prześladowaniem, poniewierką, pogardą a tą upośledzoną istotą stanęła barczysta pierś Pawła i jego pięść żelazna. I Justyn doczekał się w życiu lepszej doli, serdecznej opieki, dobrego przyjaciela. Odtąd ten lew i ten ślimak byli nierozłączni przy robocie. Wieczorem siadywali blisko siebie, a w nocy zajmowali razem twarde legowisko u pieca, lub w stajni przy koniach ogrzewali się wspólnym oddechem.
Tak minęło znów parę tygodni bez zmian pozornych, gdy raz o zmroku Paweł zjawił się w kuźni Alchana z końmi do kucia. Wyglądał posępny, sczerniały, jakby po chorobie, ledwie się odzywał. Coś złego wyglądało mu z oczu wpadłych, z kątów zaciętych ust.
— Ej, kolego, bracie — zaśmiał się Alchan, traktując go papierosem. — Coś cię służba nie utuczyła.
— Obroża tuczy psa, nie wilka — odparł mrukliwie.
Przy robocie kowal prawił trzy po trzy, dowcipkował, przedrzeźniał każdego; nie zdołał jednak rozchmurzyć towarzysza. Gdy skończyli kucie, parobek Szymona poprowadził konie. Alchan trącił go łokciem.
— Chodźmy na salkę — rzekł, kusząc Pawła.
Paweł zatrzymał się, zawrócił, podszedł do komina kuźni i, grzejąc ręce, myślał chwilę posępny.
— Był ja już tam — rzekł wreszcie zniechęcony. — Próbowałem się zapić, nie mogłem. Co ty robisz, żeś rad z siebie?
— Piję i kocham — pouczył uprzejmie kowal.
Żużel nie usłyszał odpowiedzi; szedł za swą myślą.
— Próbowałem ja do krwi się zapracować... Nic nie pomogło... Próbowałem i głodem mrzeć, próbowałem i mrozem zamierać... i nic i nic! Zawsze jedno! Coś tam we środku pali i bełkoce, jak ukrop w garnku, i wciąż słyszę: «Chodź, chodź, chodź, chodź!» I gdzież ja pójdę nieszczęsny, gdym tu zostać poprzysiągł?
— Bo ja ci powiadam: rób, jak ja. Pij i kochaj — powtórzył swoje Alchan. — Jak mnie co woła: «Chodź!» to nie inaczej z dwojga: albo Aberbuch, albo Marynka. Chodźmy na salkę!
— Nie chcę! Pójdę do matki...
Mularzowa ucieszyła się z syna, choć mu tego nie okazała. Przyniósł jej zarobiony grosz, narąbał drew, ucałował pokornie ręce i usiadł na zydlu, opowiadając, co robił u rybaka. Wiedziała od ludzi, że się dobrze sprawiał i niekiedy, gdy nie uważał, obejmowała wzrokiem serdecznym jego pochyloną, kędzierzawą głowę. Zaczynała wierzyć w poprawę.
Zamyślił się wreszcie i umilkł. Nagle podniósł oczy.
— Matuniu — ozwał się — jabym was spytał o coś...
— O co, Pawle?
— Żebym ja poszedł do młyna i prosił Jana o Joasię za żonę, czy toby dobrze było? Czybym ja zmazał krzywdę?
— Dobrze? pytasz. To twój obowiązek. Za grzechbyś miał słuszną pokutę. Nie zmazałbyś krzywdy, ale zapłacił. Krzywdę zmazać, chłopcze, trudno... oj trudno!
— A jak, matusiu?
— Bóg ci to może kiedyś pokaże i własna dusza... Pójść powinieneś i prosić, choć ci jej Jan pewnie nie da i wypędzi. Wstyd za wstyd wziąć powinieneś. To sprawiedliwie.
Parobczak nisko zwiesił głowę, nic więcej nie rzekł. Co matka nazwie dobrym czynem i czy on jej potrafi dogodzić, wypłacić za tamto, odsłużyć, jak obiecał? Potem legł na ławie i jęczał we śnie. Może się skarżył ptakom wędrownym, że on tu został sam z ludźmi i zimą; może wichrów prosił, by go stąd porwały, dały z sobą pohulać na szerokiej równinie...
Nadchodziła, zbliżała się ta moc straszliwa — żądza swobody. Głuszył ją słowem, danem matce; wydzierała się nad nie; między tę moc a swoją zmęczoną wolę rzucał pracę, obowiązki, pijatykę, zmęczenie. Nic jej zmóc nie było w stanie.
Jak głodny zwierz wyła, jak nienasycony smok szarpał wnętrzności; jak zmora szło z nim wołanie: «Chodź, chodź, chodź!» — coraz potężniejsze.
Co mogło jeszcze stanąć z tą mocą do walki i uratować udręczonego?...

∗             ∗

Szymon wybierał się w podróż na całe dni dziesięć. Sanki stały przed chatą, a w progu stłoczona służba odbierała ostatnią dozę rozkazów i gderania.
— Paweł zostaje na mojem miejscu. Rozumiecie? Słuchać go i jak on pracować! Kogo on pochwali, ten może co dostanie ode mnie; a kogo zgani, temu... to! — Tu podniósł w górę kij sękaty. — A teraz fora! Do roboty!
Paweł, jako czujny wódz gromady, rejterował ze swą komendą, gdy go stary zatrzymał.
— Czekaj-no! Oto masz klucz od kuferka. Tam są grosze; ale lepiej dołóż, niż ujmij.
— Słucham, gospodarzu.
— Przerębli pilnuj, żeby nie zamarzły.
— Nie zamarzną, gospodarzu.
— Złodziei nie dopuszczaj.
— Słucham, gospodarzu.
— I wielką sieć wieczorami pilnie wiąż, bo rychło będzie potrzebna.
— Bądźcie spokojni, gospodarzu.
— Az domu się krokiem nie wydalaj!
— Nie odejdę na minutę nawet.
— No i dziewczyny mi pilnuj!
— Co tego, to nie, gospodarzu. Ognia nałóżcie w stodole, a ustrzegę; ale córkę swoją komu innemu polećcie w opiekę. Ja się jej boję.
— At, głupiś! Prakseda!
Stara ukazała się w progu.
— Sluchaj-no! Marynki mi doglądaj! Nie daj dokazywać!
— Dobrodzieju, niedowidzę, nogi nie służą. Już mi wybaczcie, ale nie na moje to siły! Nie zdążę. Innemu komu zostawcie tę robotę.
— Tfu! Do stu piorunów! Stado niedołęgów, mazgajów, osłów! Jednej dziewczyny niema na kogo zdać. Niech jej tedy Pan Bóg pilnuje.
Po tej konkluzji ucałował śmiejącą się córkę, pożegnał Pawła i pojechał, zdając swą dziedziczkę na łaskę Opatrzności.
Po godzinie nie było już dziewczyny w zagrodzie. Nikt jej nie bronił i nie pytał, gdzie idzie. Strojna, wesoła, ze śpiewką na koralowych ustach, zbiegła na lód i ślizgając się po gładkiej tafli, jak zjawisko lekkie, pomknęła w stronę miasteczka. Paweł przeręble czyścił, popatrzył na nią. Coś go tknęło.
— Ostrożnie koło przeduchów! — zawołał.
Obejrzała się; rzuciła mu szatańskie spojrzenie i uśmiech.
— Jak wpadnę, uratujecie! — zawołała swawolnie.
Musiała być bardzo czemuś rada, gdy nawet dla niego zdobyła się na zalotny wzrok i wesołe słówko. Zniósł jedno i drugie z niezachwianą obojętnością.
— I to mi gospodarz chciał oddać pod straż — zamruczał, ruszając ramionami. — To jakby kto ustrzegł wody w koszu.
O zmroku wracała, ale nie sama. Alchan ją prowadził, objąwszy ramieniem; coś szeptali z pochylonemi ku sobie głowami. Otarli się prawie o Żużla, ale go nie spostrzegli i weszli do zagrody.
Pod wieczór i on się przywlókł do izby. Siedzieli u komina, gwarząc i pieszcząc się naprzemiany, zajęci tylko sobą. Stara Prakseda przędła, obojętna na wszystko, co nie było lnianą nicią i jedzeniem. Nikt im nie przeszkadzał.
Żużel odmówił wieczerzy i usiadł opodal wiązać sieć. W milczeniu u nóg jego przykucnął Justyn i strugał jakieś patyki. Komin udzielał światła i ciepła obficie. Wieczór adwentowy długi, jak wieczność; zaczęto rozmawiać. Na dworze z ołowianych chmur wypadła śnieżna zadymka i poczęła kołatać do okien, jakby mówiła: «Nie czujecie mnie, to choć posłuchajcie».
Paweł spojrzał z pod brwi i mimowoli się uśmiechnął:
— Boże, Boże! — pomyślał. — Coby rzekł Szymon, gdyby go duch jaki wniósł tutaj dymnikiem w tej chwili. Oj, byłby w robocie sękaty kij, byłby!
Raptem Marynka obejrzała się wokoło, zerknęła na Żużla i rzekła z umizgiem dziecka, które chce sobie zaskarbić łaski i uprosić dyskrecję surowego świadka:
— Pawle, co tak milczycie? Powiedzcie, co macie na myśli? Może co zabawnego?
— Nic zabawnego. Myślałem, że w taką noc tylko upiorom się włóczyć, bo z żywych to i głodny wilk się nie ośmieli.
— A widzieliście kiedy upiora?
— Widziałem dwa razy — odparł spokojnie.
— Nie może być! — zawołał Alchan. — Gadaj, jakże to było? Bardzoś się zląkł? Biały był, czy czarny?
— Powiedzcie! Powiedzcie! — wołała Marynka, a wzrok jej błyszczał bojaźliwą ciekawością.
Nawet stara Prakseda odwróciła na chwilę oczy od kądzieli i pokiwała głową z wyrazem prośby.
— W niemieckich górach to było — zaczął Paweł powoli. — Pracowałem tam w kopalniach, głęboko pod ziemią. Straszny to kraj i dziki. Pełen przepaści, skał i czarnych świerków po rozpadlinach. Wracało nas pewnej nocy trzech z bliskiego miasteczka na robotę do kopalni i zbłądziliśmy w drodze. Szukając śladu, zaszliśmy w taki kąt, że i wyjścia już nie było. Nie pomogły wołania, nawet strzelanie z rewolwerów, potrzeba było czekać rana. Pokładliśmy się tedy pod zwaloną jodłą i twardo posnęli.
— Pewnie byliście pijani po hulance — zauważył Alchan.
— Pewnie — odparł Żużel, myśląc o czem innem. — Nie wiem, jak długo spałem, aż zbudziło mię targanie za rękę. Zerwałem się. Kolega stał nade mną, blady jak trup i szczękając zębami, coś pokazywał palcem.
— Widzisz? — szepcze.
— Widzę — odpowiadam.
Na skałach, jeszcze daleko przed nami, podniosła się taka jasność, jak od owych ogników, co jesienią goreją na trzęsawiskach a wśród tej jasności coś się ruszało ogromnego, jak żywa skała.
— Ktoś idzie — rzekę — i światło pali, pewnie węglarze. Huknę.
Niemiec za gardło mnie chwycił.
— Milcz! — powiada. — Nie waż się ruszać! Zaszliśmy w okolicę, której duchy strzegą, bo tu król gór mieszka. To on chodzi. Gdy nas ujrzy, pozabija! Milcz!
Mrowie mnie przeszło i zamilkłem, patrząc w tę stronę.
— Widzisz? — pyta znowu towarzysz. — Widzisz go?
Widziałem. Z jasności wystąpiło straszydło niby w mniszym kapturze, za laskę miał całą jodłę, z korzeniem wyrwaną, na głowie taką latarnię, niby koronę, co świeciła okropnie we wszelkie szczeliny, aż do nas. Król szedł ze skały na skałę, przez urwiska, po najdzikszych szczytach, gdzieby nikt nie utrzymał głowy i wciąż w naszą stronę. Dygotaliśmy pod jodłą. Co krok nachylał się, brał w garść śniegu, a gdy na niego dmuchnął, to śnieg się palii ogniem, skwiercząc jak zamokła łojówka. A on się ciągle odzywał, to piszczał, jak orlęta po gniazdach, to śmiał się, jak grzmot, to śpiewał nieludzką pieśń, a wtórowały mu hukiem strumienie, szumem świerki i wicher, który się zerwał nagle i trząsł niebem i ziemią.
Wreszcie zamarła nam dusza. Duch stanął naprzeciwko nas, za przepaścią, zaczerniał jak góra i zachichotał jak puszczyk, a latarnia jego padła na nasze twarze. Kolega strasznym głosem zaczął krzyczeć łaski, ja milczałem... Niech się dzieje, co chce! — myślę.
Wtem straszydło urwało, jak chleba kęs, od skały głaz centnarowy i dmuchnęło nań. Kamień się palił jak śnieg, a on go podniósł i cisnął. Potem już nie wiem, co było. Kolega który spał, znalazł mnie rano bez czucia, ze straszną raną w głowie, a tamtego drugiego nikt nie odnalazł, zginął, — jakby go ziemia pożarła — bez śladu...
Umilkł Paweł i spuścił oczy nad siecią.
Wszyscy milczeli chwilę, przerażeni. Marynka wzdrygnęła się i obejrzała trwożnie po kątach.
— Jak tu ciemno — szepnęła. — Dołóżcie drew na komin. Tak straszno!
— Niema drew — odparł Alchan, przeciągając się leniwie.
— Zaraz urąbię — rzeki Paweł, wstając.
— Nie idźcie, nie idźcie! — zaczęła wołać.
Ale on ramionami ruszył, wziął siekierę i wyszedł.
Porwała się z miejsca i poskoczyła za nim do sieni.
— Nie odchodźcie!... Tam w izbie bez was straszno! — rzekła, drżąc i chwytając go za ramię.
Obejrzał się zdziwiony.
— Toć Alchan został!
— Ach, co mi Alchan! — rzuciła obojętnie.
— Wszystko — zamruczał.
— Wy jak kret ślepi, że mi wciąż Alchanem dopiekacie! Wracajcie do izby, bo mi bez was straszno okropnie! — dodała, patrząc dziwnie na niego.
Pomimo zmroku oczy te urokliwe gorzały jak węgle, aż bolały od nich źrenice patrzącego. Znowu go raz drugi strach zdjął niepojęty, jak wtedy, gdy ją raz pierwszy ujrzał w blaskach ogniska. Usunął się i głowę spuścił.
— Zaraz wrócę — odparł niewyraźnie. — Idźcie do izby, tu zimno.
Justyn ukazał się w progu, szukając Pawła. We dwóch narąbali brzemię smolnych drzazeg i wrócili do chaty. Ogień rozjaśnił mroczne kąty, ale dziewczyna się nie ucieszyła. Siedziała chmurna, nasępiona, usunąwszy się od Alchana i nie raczyła spojrzeć na Pawła. Nie zważał na to, siadł do roboty i coś pokazywał idjocie w struganiu patyków.
— A drugi upiór jaki był? — spytał kowal. — Może ci skarby pokazał?
— Nie. Po skarby ja nie chodził — odparł parobczak. — Drugi raz na granicy to było, zeszłego roku, latem. Służyłem w straży i wracałem pewnego wieczora z posterunku do kwatery sam jeden, z psem i strzelbą tylko. Dzień cały nie jadłem, więc się wlokłem ciężko po piaskach okrutnych, krajem sosnowego boru. Gdym się zbliżał do cmentarzyska wioskowego podle drożyny, księżyc wszedł właśnie i oświecił świat wokoło. Nie strachy mi były w głowie, bom sobie śpiewał zcicha, rozglądając się na wsze strony. Nagle między mogiłami coś się zaruszało, zaskrzypiała furtka, zadudniał mostek i na drogę przede mną wyszła dziewczyna.
— To ci odważna i śmiała dziewka — myślę, patrząc na nią. Smukła, wysoka, w śnieżnej bieliźnie, miała na głowie wianek z barwinku i wstążek tysiące, jak do ślubu, albo... Coś mnie tknęło, alem się roześmiał i wnet pustota przystąpiła do głowy, dalej dopędzać.
— Dziewczyno! — wołam. — Skąd ty? Może z zagranicy? A paszport masz? Niech ci się przyjrzę!
Ona idzie dalej, jakby ją wiatr niósł. Furkoczą wstążki u wianka. Biegnę za nią, a dognać niesposób, nogi toną w piasku, pot aż przez oczy się ciśnie, a ona idzie, idzie. Złość mnie opadła. Poszczułem ją psem. On mi często łotrów za gardło brał. Skoczył, zwęszył, poskomlił i wrócił jakby zalękły.
A tu i kwatera nasza zaczerniała opodal. Począłem gwizdać na alarm, wypadli ludzie. Dziewczyna zwróciła się w inną stronę, zajęczała żałośnie i zginęła w krzakach. Wtedym się dopiero opamiętał.
— Aha — myślę — i z zagranicy ona i bez paszportu, tylko nie dla niej stróżujemy graniczniki i żołnierze!
— Czegóż ona szła? — szepnęła Marynka, gdy Paweł umilkł i do sieci się wziął.
— Czego? — odrzekł powoli i smutno. — Może do kogo na tę stronę, co jej miłym był! Może mu śmierć niosła w zanadrzu... kochana!
— Niech ją bies porwie ze śmiercią razem! — zaklął kowal.
Stara Prakseda zwinęła nitkę na palcu i motając ją, uśmiechnęła się, lekko kiwając głową.
— Co wy myślicie, Praksedo? — zagadnęła Marynka.
— Moja zuzulko, ja sobie myślę: Chłopak nasz prawi baśnie z cudzych gór, z dalekich stron, a tu, ot za ścianą, leży nasze jezioro... z bajką na dnie. Czy wy, Pawle, co lubicie dziwów szukać, nie patrzyli nigdy w tę wodę?
— Patrzyłem, Praksedo, i nieraz.
— A coś ty myślał, patrzając?
— Co ja myślał? — powtórzył Żużel ponuro. — Ja myślał, że tam na dnie leży złota dola...
Dokończył szeptem i głowę zwiesił zniechęcony.
— Co można o wodzie pomyśleć? — ziewnął Alchan. — Chyba, że ryba się w niej chowa i raki, a topić się mokro i zimno.
— Tak, tak, panie kowalu, nic wy więcej nie zobaczycie, jak i nie ujrzycie ducha nigdy. Wam dziwy różne nie chodzą po głowie, jak ot naszemu Pawłowi. Nie pokaże wam swego dna i sekretu nasze jezioro i upiór w oczy nie zajrzy. Wy inny człowiek. A Paweł zgadł bajkę z toni: gadało do niego jezioro.
— Jaką bajkę? — spytał Żużel.
— Ot bajkę, szarę, długą jak ta nić lniana. Ktoś ją wyprządł przed laty z prawdy czy dumki i poszła sobie z pokolenia w pokolenie, aż dotąd. Bajki nie bierze ni ogień, ni woda, ni lata. Z ludźmi ona stworzona i z ludźmi zginie na ostatniej wieczornicy.
— Powiedzcie nam bajkę — zaczęła prosić Marynka.
— Powiedzcie — dodał Paweł.
Stara Prakseda puściła w wir wrzeciono snując długą, długą nitkę, zaczęła snuć ze starej pamięci odwieczną gadkę. Wicher jej wtórował ze dworu i szelest czółenka Pawła.
— Był przed laty młody królewicz, syn możnego króla, co miał kraje wielkie i wojska orężne i zamki z kamienia, a w nich złociste komnaty. Ale rozgniewał się na króla czarodziej stary i zabił go, sługi rozproszył, zamki poburzył, wojska pognębił. I został królewicz sam na świecie, ubożuchny jak chłopskie pacholę, bez dachu i chleba i nie wiedział, gdzie głowę położyć i gdzie iść i co z sobą począć w tej niedoli.
Na mchach kładł się w borze i rosę pił a jagody jadł i płakał często i wroga przeklinał.
Ulitowała się nad nim stara wróżka, przyszła pewnego razu do niego i rzecze:
— Wstań, pacholę, i nie płacz! Idź na ową jasność, którą rzuca po sobie słonko o zachodzie i szukaj doli. A pamiętaj, że gdy zrobisz co dobrego, to ci dola złota padnie w ramiona, ukołysze, jak matka drobinę. A największe dobro, chłopcze, to gdy wrogowi usłużysz, bo ci to wstręt sprawia, a ów wstręt to cnota!
Szelest czółenka Pawła ucichł. Założył młode ręce na warsztacie, oczy gorejące wlepił w Praksedę słuchał chciwie.
— Poszedł tedy królewicz na złote słońce, przez grody i bory i rzeki i wciąż doli złotej szukał po świecie, ale jej nigdzie znaleźć nie mógł.
Po członkach parobczaka przeszło drżenie nerwowe, tamował oddech, nawskróś przejęty.
— Aż raz w borze noc go zaszła i ujrzał łunę wśród sosen i posłyszał głos: Ratunku! Porwał się biec, gdy mu drogę zastąpił tur z ludzką głową i rzecze:
— Stój! Tam w chacie czarodziej się pali ów srogi, co ojce twe zgubił! Stój! Niech ginie!
Zatrzymał się chłopiec, ale wnet sobie przypomniał słowa wróżki i podskoczył wrogowi na pomoc. Dziwy różne zabiegały mu drogę, ale je zmógł i na ogień wpadł i drzwi wywalił i z chaty wyniósł starca czarodzieja.
Oj, stary był, jak księżyc na niebie, jak próchno dębów, co patrzyły na pierwsze słońce, jak złość ludzka i krzywda...
I rzecze do pacholęcia:
— Żeś mnie uratował, uczynię ci, co zechcesz! Trzykroć mnie proś, a stanie się tobie!
A podumawszy, odpowie chłopak:
— Daj mi brata, bym nie był sam wśród ludzi!
I dał mu czarodziej szpon orli i jelenie oko i nauczył, jak druha ma poznać, i odprawił. I nie było chłopca rok, dwa i trzeciego połowę, aż znowu przyszedł do starca i mówi:
— Weźcie sobie wasz szpon orli i jelenie oko! Bratum duszę odkrył, a on ją ludziom poniósł na ciekawość i śmiech. Dajcie mi, starcze, kochanie jedno dla serca i duszy, bym w niem zapomniał tego, co boli, i szczęście znalazł na świecie!
I dał mu czarodziej dudkę wierzbową, prostą fujarkę i kwiatek paproci, rzecze:
— Idź, nieboże i graj po siołach, a gdy na twą piosnkę wyjdzie dziewczyna, w warkocz jej wpleć ten kwiatek a serce ci odda i raj otworzy!
Poszedł chłopiec z czarami i nie było go rok, dwa, trzeciego kwartał, i znowu się zjawił do czarodzieja. Kwiat pod nogi mu rzucił, fujarkę w sztuki potrzaskał, a sam na ziemię upadł i gorzko zapłakał.
— Gdzie moja dola złota, starcze? Gdzie moje szczęście i spokój? Czy wy już nie macie ziela dla mnie?
— Mam! — zawołał czarodziej i zaprowadził go na łąkę zieloną i przyniósł mu czarę złocistą napoju chłodnego i rzekł: Pij!
Wypił chłopak i usnął uśmiechnięty, a starzec czarę mu z rąk wyjął i szepcząc zaklęcia, ostatnie krople rozprysnął po murawie.
I stały się dziwy: Gdzie padła kropla, wytrysnęła krynica, z krynicy rozlał się potok, z potoku zaszumiała rzeka i rosła woda, rosła nad śpiącym chłopcem, nad borem, nad ziemią. Objęła najwyższe drzewca i zamki, potopiła ludzi, tylko czarodziej rósł razem i z falą i szeptał zaklęcia. Aż gdy nad zaklętym królewiczem stanęło bezdenne jezioro, starzec zatrzymał wodę w miejscu i w środek toni cisnął puhar i zniknął. A pacholę dotąd śpi na dnie jeziora i snu mu nikt nie przerywa, ani doli złotej nie odbierze...
Umilkła Prakseda, ciężko westchnęła i przędła dalej. Kochankowie siedzieli zadumani, Alchan drzemał zapewne, Justyn wodził bezmyślnem okiem za wrzecionem starej. W głębi w zmroku odcinała się ostro sylwetka zasłuchanego Pawła. Była cisza, ale on ciągle jeszcze coś słyszał i pod tem wrażeniem mieniła się jego mizerna, wiatrami spalona twarz, a oczy utkwiły w jednym punkcie ściany i widziały coś sobie tylko dostrzeżonego, co je napełniało dziwnemi smugami to światła, to cieni. Śnił coś na jawie. Kowal pierwszy się ocknął i wstał opieszale.
— Koniec bajki! — rzekł. — Chwała Bogu, bo tęgo głupia! Lepiej ty przędziesz, stara, niż gadasz. Ani słowa nie zrozumiałem z tej całej awantury...
— Boście spali — mruknęła przez zęby Marynka.
— A może, bo już i późno. Trzeba do domu ruszać. Dobranoc, moja miła!
Chciał jął objąć i pocałować, ale się usunęła z gniewnym błyskiem oczu. Zaśmiał się.
— Drapiesz dzisiaj, kotko? No, nic... Wycałuję jutro i za ten raz! Dobranoc!... Chodźmy razem, Pawle.
— Gospodarz polecił nie odchodzić. Dobranoc, Hipolicie.
— Bodaj was roztrzęsło! Siedźcie sobie i gnijcie!
Nacisnął czapkę na tył głowy, ręce schował w kieszenie, kolanem otworzył drzwi i wyszedł, pogwizdując.
Kury już piały, więc i stara Prakseda zatknęła wrzeciono w kądziel, usunęła ją na bok i odeszła na spoczynek do czeladnej. W izbie zostało dwoje młodych i Justyn, drzemiący na ziemi. Niezmordowany Paweł wziął się znowu do sieci, a od komina nieufnie, badająco patrzyły na niego czarne jak piekło źrenice. Po chwili poczuł ten wzrok od niepokoju, który go ogarnął i podniósł oczy. Spotkali się spojrzeniem.
— Pawle! — szepnęła więcej ruchem ust niż dźwiękiem.
— Czego chcecie? — odparł zcicha.
— Czybyście radzi byli, gdyby po was szła ta narzeczona z mogiłek?
— Nie mam narzeczonej ani w grobie, ani na świecie. Nie przyniesie mi śmierci w podarku — odparł z żalem.
— A gdyby żywa przyniosła paproć i chciała kochania? — pytała dalej równie cicho i niewyraźnie, tylko oczy dopowiadały wiele, wszystko. — Chodźcie bliżej! — szepnęła głosem, który upajał i durzył.
Jak nieprzytomny postąpił krok naprzód. Sam nie wiedział w tej chwili, co czyni, gdy na szczęście ruch zbudził Justyna. Porwał się też na nogi, widząc Pawła stojącego i skubiąc go za rękaw, wybełkotał:
— Paweł, czy pójdziesz z siekierą na płonki?
To otrzeźwiło Żużla z wrażenia bajek, duchów i oczu Marynki. Pochwycił siekierę i czapkę gwałtownie, z gorączkowym pośpiechem i już nie patrzył w stronę komina.
— Chodźmy, nieboże! — zawołał żywo. — Skoczno, zbudź do kompanji Łukasza parobka. Noc złodziejska, czarna. Zda się zapaśna para oczu. Dobranoc wam!
Skłonił się Marynce i za chwilę było zupełnie pusto w izbie. Marynka dla zabawki, czy rozdrażnienia, zaczęła szarpać białemi ząbkami haftowane brzegi fartucha. Migotały jej, jak siarka, czarne oczy. Była zła okropnie, dotknięta głęboko. Postanowiła go sobie zdobyć.

∗             ∗

Szymon znalazł Żużla na stanowisku, gospodarkę w porządku, Marynkę w domu, choć umyślnie przyjechał o dzień pierwej, niż obiecał. Z radości powrotu i ładu w zagrodzie dostał paroksyzmu szczodrobliwości. Córce ofiarował jedwabną chusteczkę, służbie po całym szóstaku na wódkę, Pawła po ojcowsku ucałował w głowę i uwolnił na cały dzień do matki.
Mularzowa przyjęła syna pierwszy raz uśmiechem radości. W chatynie było ciepło i zacisznie, stół czysto zasłany, a na nim jedzenie, które lubi i dzbanek piwa.
— Co to za gody, matko? — spytał.
— Oj, gody, wesołe gody! Szymon wstąpił do mnie i mówił, że jak rodzonego cię polubił, żeś dobry i posłuszny. A wiesz, jaki gościniec przywiózł? Ażem olśnęła, ujrzawszy! Chodź, uciesz się, nieboże!
Otworzyła drzwi od alkierzyka i oczy Pawła spoczęły zdumiałe na nowiuteńkim stroju mieszczanina. Nic nie brakło. Były wysokie palone buty z podkówkami, granatowa sukienna świta, podszyta futrem, szeroki czerwony pas z cienkiej włóczki i wysoka barania czapka. Obok matka Agnieszka ułożyła śnieżną bieliznę.
— Chryste! — wyjąkał parobczak. — Toż więcej warte, niż moja roczna pensja! Kiedyż ja za to odsłużę?
— Życie długie, będzie czas — pocieszała go matka, nie wiedząc, że na to słowo zawrzała w nim zgroza. — Umyj się, chłopcze, ochędóż. Rzuć do pieca te twoje obrzydliwe łachmany a tymczasem obiad podam.
«Obrzydliwe łachmany!» Żebyć ona wiedziała, jak on je zdejmował powoli, z żalem, jak każdej szmatce przypatrywał się długo, nim ją odłożył na stracenie, żołnierskie spodnie, sinej bluzy strzępy, nawet rzemyk u pasa... Odbierano mu ostatnie pamiątki tamtego życia, ostatnich kolegów dalekich wędrówek i szału. Tak, szmaty to były, którychby się żebrak powstydził; ale on się zżył z niemi, pokochał prawie. Były lekkie, jak on lekceważące wszystko i zuchwałe w nędzy. Teraz nakładano mu ostatni łańcuch, jakby mundur porządnego żywota i cichego mieszczańskiego stanu. Miał ochotę nogami zdeptać wspaniały dar Szymona i kląć.
— Co tak marudzisz, Pawle? — upominała matka za ścianą.
— Zaraz.
Ubierał się gorączkowo, ze wstrętem oblekając nowe szaty. Były długie, uroczyste jakieś, ciężkie, duszące. Nie można już było zagłębić rąk w kieszenie nałogowym ruchem włóczęgi, potrzeba było stąpać z powagą, chylić głowę pod ciężarem baraniej czapki, ręce za pas zakładać jak burmistrz. Nie dbał o to, że wypiękniał w tym stroju, urósł, wyszlachetniał. Spojrzał żałośnie na garść swych dawnych szmat i niezdolny pożegnać się z myślą, że je przywdzieje jeszcze kiedykolwiek, zgarnął ten brudny zwitek i schował do kuferka na sam spód.
Wówczas dopiero westchnął i wrócił do izby.
Zasiedli do skromnej uczty. Wzrok staruszki pieścił się z rozkoszą jego wzrostem, młodością i krasą; potem nagle zachmurzyła się i zagadnęła żywo:
— Byłeś u Jana?
Poczerwieniał zawstydzony.
— Nie miałem czasu — odpowiedział wymijająco.
— Jakto nie miałeś? — zawołała surowo. — Powiedz, że ochoty brakło! Udawałeś pokorę, by mnie otumanić. Niema w tobie sprawiedliwej duszy! Kłamiesz!
— Pójdę, matko, pójdę, — rzekł żałośnie — choć wiem, że mnie Jan i syn jego zelżą jak psa. Pójdę! Tylko wam drew urąbię i wody przyniosę. Nie gniewajcie się! Nie miałem złej myśli, alem zapomniał. Tyle pracy u Szymona!
I poszedł hardą swą duszę łamać u wroga. Wyprawiła go z chałupy bez pożegnania, rozgniewana zwłoką. Ruszył przez plac za jezioro, jak człowiek idący na śmierć. Dziewczęta zerkały zalotnie na pięknego parobka w świątecznej odzieży, znajomi pozdrawiali po drodze; on szedł ponury i opryskliwy, kopcąc fajkę. Dopiero głos Alchana ocucił go z zadumy.
Szanowny ten mąż, zamiast pracować, drażnił się przed kuźnią z gromadą żydziąt, którym rzucał naprzemian to suszone ziarna dyni, to błoto i kamienie.
Na widok wystrojonego Żużla osłupiał.
— Gwałtu! Co to? Obrali cię na burmistrza, ławnika, sędziego? Czy to wy? Awantura! W swaty idziesz?
— Aha, w swaty, do młyna — odburknął Paweł.
— Zwarjowałeś! Czekajże! Niech cię Kantyczka okadzi świętym wianeczkiem, bo cię te czarty pożrą z sukmaną i butami.

I bez octu i bez wina
Djabeł zje chrześcijanina
W sam piątek!

Coś tam było jeszcze o tej uczcie djabelskiej i o pogwałceniu postu, ale Paweł nie dosłuchał i odszedł.
Młyn mało co się zmienił przez lat dwanaście. Zawsze był stary, garbaty, pochyło zaglądający w rzeczułkę. Też same koła i łotoki, to samo w głębi obszerne domowstwo. Spał snem zimowego zastoju, ale przy kamieniach słychać było stuk siekiery, więc Żużel tam wstąpił, szukając oczyma gospodarzy. Dawniej żyli tam jego przyjaciele, a teraz wrogów zastawał.
— A czego? — odezwał się porywczy głos młynarza, zaledwie Żużel próg przestępił.
Poznano go zatem.
— Dobry wieczór! — pozdrowił uchylając czapki.
— Czego? — powtórzył Jan, wychodząc naprzeciw ponury, zaczerwieniony od gniewu, z drągiem w ręku. Za nim wyjrzała druga głowa, ruda i rozczochrana.
Był to Franek, syn starego, słynny łotr, próżniak i awanturnik.
— Przychodzę do was z prośbą, panie młynarzu — odezwał się Żużel, hamując obrazę i gniew, który w nim wrzał coraz żywiej. — Za młodu skrzywdziłem waszą dziewczynę. Darujcie mi winę i jeśli wasza wola, chcę się teraz z nią ożenić...
— Hi, hi, hi! — zachichotał Franek. — Zląkłeś się, że spotkawszy cię, kości połamię? Przyszedłeś wykupić się od śmierci?
— Ja się takich jak ty nawet pięciu nie lękam! — rzucił pogardliwie parobczak, prostując atletyczne członki.
— To czegóż chcesz? Powtórz, wisielcze! — ryknął Jan.
— Słyszeliście już, powtarzać nie będę. Dosyć rzekłem.
— No, to idź won, pókiś cały!
Krew buchnęła do twarzy Pawła. Zadygotał wściekłością.
— Choć i nie pójdę, będę cały! Uczciwe wam przyniosłem słowo. Pytam raz jeszcze: dacie mi Joasię za żonę?
— Śmierć ci dam! Oto moja odpowiedź. Za dwanaście lat hańby i wstydu raczysz mi się ofiarować na zięcia? Cha, cha, cha! Co za honor! Złodziej, gałgan, śmiecie miasteczkowe! Chcesz płacić za krzywdę, no to i zapłacisz, ale monetą, jaką ja zechcę! Poczekaj! Porachujemy się! Ja pamiętam, nie potrzebujesz przypominać. A wiesz ty, jakiej ja chcę zapłaty? Twojej hańby, albo krwi. Idź won! Słyszałeś? Dosyć na dzisiaj!
— Dosyć! Tylko że zhańbić się nie dam a i krwi swojej nie mam dla was! Tedy pamiętajcie też, iż na mnie potrzeba bandy podobnych wam zbójów! Ostrożnie, byście sami nie wisieli przede mną!
Nacisnął czapkę na uszy i odszedł, nie słuchając przekleństw i dalszych obelg. Jednak słyszał wszystkie, spadały na niego, jak tyleż bolesnych razów i odbijały się w duszy bezbrzeżną rozpaczą. «Złodziej, gałgan, śmiecie!» Oto, czem był dla ludzi, oto co sobie przez życie zarobił, oto poco wrócił w rodzinne strony i został!
Tam na szerokim świecie było inaczej. Nikt go nie znał, nie rzucał w twarz win młodzieńczych, nikt mu śmiercią nie groził. Tutaj tak myślał i mówił każdy, a on słuchać musiał milczeć, bo mówili prawdę. I kto się ujmie za nim? Komu się poskarży? Przed kim wytłumaczy? Kto go pożałuje?
Matka powie, że słuszna kara; Alchan ramionami ruszy, inni odejdą obojętni. On ze swą duszą nieszczęsną był sam na świecie.
Zniechęcenie, nuda, rozpacz, opadły go przez tę szczerbę upokorzenia. Poco tak żyć z wieczystą hańbą i pogardą? Poco czekać zemsty i mordu? W świat, w świat znowu, od tych ludzi, od pamiątek, z tego ciasnego błędnego koła powszedniości. W świat, w świat szeroki!
— «Chodź, chodź!» — szumiał mu wiatr, szumiały drzewa, wołała ziemia, niebo. — «Chodż, chodź!» — szemrała zła moc w głębi i targała go naprzód, jak dawniej, jak zawsze.
Jak opętany zszedł z drogi w zaspy śniegu i już z obudzonym instynktem zbiega ruszył bez śladu poza miasteczkiem, brnąc przed siebie, byle dalej, byle prędzej. W głowie miał chaos bezładnych myśli, w piersi dziką żądzę przestrzeni, swobody, nieokiełznanej woli. Szalał zapomniawszy o świecie całym. Zła moc potężniała w falę, która zalewała przysięgę, obietnicę, obowiązki, pamięć wszelką. Zrywał się, jak ptak wędrowny do lotu. Szedł może godzinę, może dwie; nie pamiętał, stracił przytomność.
Wtem nagle coś zagrodziło mu drogę. Stanął, podniósł rozpalone, suche źrenice. Był to parkan cmentarny; zmrok zapadał.
Szaleniec cofnął się, jak przed widmem, ugiął się, pochylił, ręką machinalnie powiódł po zsiniałej od zimna twarzy. Za parkanem, w rogu, czerniał krzyżyk ojcowski, świecąc białym napisem; brzozy, ogołocone z liści, szemrały wieczystą smętną modlitwę za umarłych. Cisza — pustka.
«Jak zechcesz uciekać, zajdź tu... a wrócisz do mnie» — powiedziała do niego matka na tej mogile. Usłyszał to teraz, usłyszał cichą skargę duszy i zatrząsł się. Głuchy, żałosny jęk mieszał się z pacierzem brzóz płaczących i znowu wróciła cisza na tę ziemię śpiących.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Był już wieczór. Marynka, jak zwykle, wykradła się z domu i w cieniu płotu kowalowej zagrody szeptała z Alchanem, szczerząc białe ząbki i uchylając się dla pozoru od jego zbyt natarczywych zaczepek. Miasteczko wyludniło się, jak codzień o tej porze. Z karczem tylko bił blask i wrzał hałas pijaków.
Nagle z uliczki ktoś się wynurzył o krok od czułej pary i, mijając ją, uchylił czapki.
— Paweł! — krzyknął kowal. — A ty skąd? Zapiliście sprawę we młynie? Piękną będziesz miał żonę. Winszuję!
Parobczak nic nie odparł i szedł dalej, gdy dziewczyna ozwała się także:
— Poczekajcie! Pójdziemy razem do domu.
Stanął, nie oglądając się.
— Kto się was doczeka — zamruczał. — Gruchać w adwencie ciepło, ale patrzeć na gruchanie... nie grzeje.
— Doprawdy? — zaśmiała się zalotnie; a Alchan dodał:
— Już-to z Joasią gruchać we młynie to i w maju będzie chłodno. Nieprawdaż?
— Idź, spróbuj! Nie bronię! — rzucił przez zęby.
Spojrzał na nich z dziką zawiścią. Czem ten Alchan był lepszy od niego, że go kochano? Ten kolega hulanek i psot młodzieńczych! Kto wie? Możeby i on na czyichś piersiach zapomniał tęsknicy do swobody, moc tę swą straszliwą ukołysał pocałunkami, uciszył zbuntowaną duszę?
Ostatni uścisk i Marynka szła obok niego przez pusty plac ku jezioru. Nuciła zcicha, widocznie gniewna.
— Więc to we młynie szukaliście kochania? — zaczęła wreszcie, a głos jej drżał rozdrażnieniem. — Byłam u waszej matki popołudniu; myślałam, że was zastanę. Odpowiedziała mi, że do Jana poszliście w swaty. A ja poszłam do Alchana — zakończyła wyzywająco.
— Byłem we młynie — odparł posępnie. — Kazała matka. Jutro może pośle do Feliksów, czy do organisty i znowu pójdę. Wszystko mi jedno, wszędzie pusto i nudno. Wy do Alchana idziecie po woli i ochocie, a ja z musu. Wy do domu wracacie, a ja do służby.
— Az własnej ochoty nigdziebyście nie poszli? — zagadnęła z wabiącym uśmiechem.
Zastanowił go ten wyraz. Popatrzył na nią przejmująco. Miał słuszność Alchan. Skończone ladaco było z dziewczyny i niebezpiecznie było patrzeć długo w te oczy urocze, pełne skier i migotliwych blasków, a w głębi pokryte zagadkowym zmrokiem i pełne fantastycznych ruchomych cieniów. Już nie strach teraz szedł z nich na Pawła, ale huragan gorącej krwi i żądz szalonych. Pohamował się jednak.
— Ja w cudzych kniejach nie lubię polować i dzielić się nie zwykłem tem, com zdobył — odparł przez zęby.
Stali już u progu chaty Szymona. W izbie stary gderał, piszczał Justyn, śmiali się parobcy, jak zwykle, jak codzień. Tylko tych dwoje, rozmawiających tak poufale, o zmroku, samotnie, raz pierwszy widziała noc zimowa i zapewne mocno się dziwiła nowej fantazji Marynki.
Na odpowiedź Żużla ona się roześmiała swawolnie.
— To dlatego chcecie brać młynarzową Joasię? Fe! Oczy wam się palą po nocy, jak wilcze, a naturę rybią macie.
— Skąd wiecie o mojej naturze? — odparł, wzruszając ramionami.
— A ot, widzę! Śniegowy bałwan a wy, to jedno. Nie dziw, że was posyłają od chaty do chaty, jak kukłę. Nie znacie wy, co to ochota!
Poczerwieniał, obrażony takim sądem z tych ust.
— A jak wiem, to co? — zagadnął, postępując o krok.
Nie usunęła się. Stała przed nim wyprostowana, wyzywająca, ze sfinksowym uśmiechem na rozchylonych ustach.
— Jak wiecie, to zapomnicie wstrętu do cudzej kniei — odparła.
W tej chwili drzwi chaty rozwarły się znienacka; przez nie wyjrzała siwa głowa Szymona i kij sękaty.
— Aha! To ty, błaźnico! Z gachem bałamucisz się pod progiem o północy! Przyprowadziłaś go sobie na zabawę? Dobrze, dobrze! Przynajmniej za jednym zachodem oboje was kijem ogrzmocę. Poczekajcie, nauczę ja was mores!
— Darujcie, gospodarzu! Idziemy prosto z miasteczka.
— To ty, nicponiu! Dziewczynę mi durzysz, głowę zawracasz! Pięknie, pięknie! — wołał rybak, zmieniając ton i rzucając pałkę w kąt za siebie. — To ty tak u matki siedzisz? Z dziewczyną bajdurzą pod płotem! Skaranie boskie z tą młodzieżą! Zęby szczerzą na takim mrozie. Marsz do chaty, błazny, pędziwiatry, hultaje! No, no, no!
Stary gderał, ale widać było, że schadzkę faworyta z córką traktował bez gniewu, raczej ze skrytem zadowoleniem. Pogładził Marynkę po głowie dobrotliwie.
Weszli do izby i zasiedli we troje do wieczerzy. Oddawna już Paweł traktowany był za syna prawie; jadł z gospodarzami i sypiał w jednej izbie z rybakiem. Parobcy nawykli słuchać go, jak Szymona; z dnia na dzień więcej wyręczał się nim stary. Jedząc, rozprawiali o wielkim połowie przed świętami noworocznemi, o sieci, o sznurach, o laskach, o możliwym wyniku. Nazajutrz miał Paweł w las jechać po pręty z parobkami, wstąpić do powroźnika, załatwić tysiące interesów.
Marynka słuchała głosu parobczaka i nieznacznie obserwowała go z pod oka. Chwilami zagryzała wargi i mieniła się wrażeniem. Tyle wieczorów spędzili razem i nareszcie przyszedł jeden — dla niego.
Po wieczerzy ciągnęła się dalej gawędka bez końca o połowie ryb. Zajął się swą siecią, pochylony, niepatrząc na nią. Mocy miał wiele nad sobą, nie zdradził się niczem. Rozdrażniona, bez pożegnania skryła się do swego alkierzyka i za ścianą dopiero pogroziła w stronę izby ręką i spojrzeniem.
— Nauczę ja ciebie kochać! Nauczę! — zamruczała.

∗             ∗

W ośnieżonym głuchym borze daleko szła piosenka i łoskot siekiery, płosząc dzięcioły i wiewiórki. Od świtu Żużel spuszczał młode sosenki na żerdzie, układał je na sanie i śpiewał bezustanku. Błyszczały mu oczy, uśmiechały się usta, bawił się tą mozolną robotą, pośpieszał gorączkowo. Nie był to w tej chwili niewolnik zbuntowany, ale człowiek wolny, chętny, z wielkiem weselem w piersi.
O zmroku powracał do zagrody z ładowną furą. Śnieg sypał wielkiemi piatami, gdy wjeżdżał we wrota, a na podwórzu u studni stała Marynka, frasobliwie zaglądając do wnętrza. Zostawił sanie pod szopą i zbliżył się do niej.
— Dobry wieczór! — pozdrowił.
— Oj, nie dobry! — odparła markotnie. — Nowiutkie wiadro wsunęło mi się do wody. Dostanę od tatusia, dostanę!
— A co mi dacie za wydostanie?
— A co chcecie? — zagadnęła, błyskając ząbkami.
— Dacie trzy... grosze?
— Dam dwa!
— Bez trzech nie pójdę. Sprowadźcie sobie Alchana.
— Co z was za cygan! A jakbym poprosiła za darmo?
— Tobym nie poszedł. A co z was za sknera!
Stali tuż obok siebie, oboje podnieceni, niepomni na noc i na szarugę. Oczyma dopowiadali myśli.
— Idźcie po wiadro. Może tam na dnie znajdziecie ową czarę z bajki Praksedy.
— A dacie mi z niej pić? — spytał szeptem gorącym.
Zmarszczyła brwi i poruszyła się niecierpliwie.
— Idźcie po wiadro... dam trzy grosze... bez dwóch.
Bez namysłu począł się spuszczać w głąb studni czepiając się, jak kot, śliskich brzegów. Niktby inny tego nie dokazał. Trzeba było szalonego.
Wiadro odzyskane, pełne po brzegi, stało na ziemi, ale oni się do chaty nie kwapili. Stali, szepcąc, jak płachtą otuleni czarną nocą i zawieją.
— Oddajcie zapłatę! — nalegał parobczak zadyszany.
— Jutro — zaśmiała się zalotnie.
— Niech będzie jutro, albo i nigdy, bo ja w takim razie wiadro znowu utopię. Posyłajcie po nie drugiego głupca!
Zabrał się do spełnienia groźby; poskoczyła w obronie zagrożonego skarbu, zaczęli się mocować z sobą. Wśród tego szamotania on ją objął w pół, przycisnął namiętnie do piersi, ona mu położyła ręce na ramionach i odpychała, dysząc ze zmęczenia, blada, z błyskiem wściekłości w oczach.
— Marynko! — szepnął zcicha, wpatrując się gorąco.
Przechyliła się jeszcze bardziej w tył, zacięła usta.
— Marynko! — powtórzył z serdeczną prośbą jeszcze ciszej.
— Czego chcecie? — rzuciła dziko.
— I o co męczycie? Pokochajcie trochę! — wyszeptał.
— Puśćcie mnie! Po niewoli nie czynię! Zabiję was, jeśli mnie dotkniecie bez mojej ochoty — zamruczała.
Uwolnił ją ze swych objęć i o krok się cofnął.
— Zanieście mi wodę do sieni — rozkazała tonem królowej.
Usłuchał w milczeniu. W sieni, jak zwykle, było mroczno. Na prawo gderał Szymon na puste kąty i nieobecnych, na lewo śpiewał Justyn kolędę.
Postawił wiadro w kącie.
— A moja zapłata? — zagadnął, zastępując jej drogę.
— Dostaniecie jutro! — odparła swawolnie.
Rzucił się niecierpliwie.
— Głupiemu radość z obiecanki — zamruczał przez zęby, biorąc za klamkę do izby czeladnej.
Nagle w tej ciemności poczuł dwoje rąk na ramionach, a u swej piersi gibką postać dziewczyny. Bez słowa, w wielkiem milczeniu dwóch serc, które stanęły na sekundę cicho, przejęte wrażeniem, spotkały się ich usta w długim namiętnym pocałunku. Chwilę stali tak, spleceni uściskiem. Nagle ona mu się wyrwała z rąk i uciekła, zatrzaskując za sobą drzwi izby. Pozostał sam oszołomiony, drżący, wsłuchując się w pieśń cudną, która grała mu w duszy.
Między swą tęsknicę okrutną i wolę słabą rzucił ostatnią zaporę — miłość!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I wzięło mu to kochanie całe serce i duszę, wszystkie uczucia i krew. Owładnięty niem, jak czarem, snuł się napół tylko przytomny, robotę jak senny zbywał, nie słyszał prawie i nie widział, co się wkoło niego działo.
I znikły mu z myśli plany ucieczki i bunty i nuda; do tej obmierzłej powszedniości, pracy, nędznej mieściny przykuła go równie wielka moc, jak ta, która go w świat gnała, męczyło życie całe. Dalekie światy, nowe wrażenia, zmienne widoki, fantazję nieuchwytną a uroczą, wszystko miał w oczach Marynki, w tem jej drażniącem, dziwacznem kochaniu.
O, umiała ona kochać, umiała trzymać człowieka!
Sto razy na dzień to wesoła, to smutna, to serdeczna, to zimna jak lód, słodka, to drapieżna, była niepojęta, nieuchwytna, ruchliwa jak toń wodna. Szalał za nią z dnia na dzień więcej, porwany w jakiś wir wrażeń, uczuć, drażniących półsłówek, podniecany chłodem, który po chwili roztapiał się w płomienne pocałunki, w namiętne uściski. A czas sprzyjał kochankom. Bliskie święta i połów zagarnęły całą myśl Szymona, do alkierzyka Marynki nikt nie zaglądał o zmroku, nikt ich nie płoszył. W izbie zbierali się kupcy, sąsiedzi, rzemieślnicy, napełniając gwarem chatę; a za ścianą parobczak siedział u nóg dziewczyny, rozkochany, oszalały.
Czasem drażnili się całemi godzinami, czasem gwarzyli zcicha, albo ona słuchała z głową na jego ramieniu tęsknych pieśni, lub bajek cudnych, płynących z dna tej duszy marzycielskiej a ognistej.
A za ścianą Szymon sprzeczał się z kupcami, obliczał majstrów, wzywał Pawła do pomocy.
— Niema Pawła, poszedł na jezioro — odpowiadano, albo: — Niema Pawła, poszedł do matki.
Wicher wył wokoło chaty i z za ściany nie dochodził do uszu rybaka stłumiony szept jego ulubieńca.
— Kochanie moje cudne, ptaszku mój złoty! Po skarby pójdę dla ciebie i po czarowne ziele, tylko ty kochaj choć trochę; a jak zechcesz rzucić, to zabij lepiej. Co każesz, zrobię, bom twój do śmierci, po kres żywota. Już mi bez ciebie nie żyć, już mi bez ciebie chleb gorzki i woda słona i słońce zimne, już mi bez ciebie na ziemi ni szczęścia, ni wesela. Oszalałem dla ciebie. Dziewczyno ty jedyna, kochaj, kochaj!
— A zrobisz mi korale z płomyków, ty? — pytała żartobliwie, wnurzając mu ręce w kędzierzawe włosy i zalotnie mrużąc oczy.
— Ino naucz, a zrobię!
— A przyniesiesz mi kwiat paproci w noc świętojańską?
— Jeśli jest na świecie, to przyniosę.
— A pójdziesz dla mnie po tę czarę na dno jeziora?
— Pójdę, jedyna, choćby na dno piekieł, kiedy każesz.
Boże, Boże! Coby to rzekł Szymon na te bzdurstwa!
I znowu po chwili spytał zcicha głos Żużla:
— A ty, Marynko, co mi dasz za to?
— A cobyś chciał? Pewnie tysiąc za jedno, bo ty strasznie chciwy na zapłatę.
— Ej, nie! Trzech rzeczy tylko chcę: Dasz mi swe oczy, usta i serce na własność, na skarb. Niech do mnie jednego się śmieją, mnie jednego kochają do mnie idą z weselem i troską. Sługą ci być, chcę.
— A co jeszcze? Będzie tego długa litanja?
— Nie, tylko jedno jeszcze! Nie patrz ty na Alchana, jeślim ci miły choć trochę... jeśli litość masz nade mną!
— Co ci Alchan przeszkadza? Wolę ciebie niż jego!
— Co on mi przeszkadza? Oj, dziewczyno, tyś widać nie kochała mocno nigdy, jeśli się pytasz. On mi jest jak chmura, co słonko tumani, jak rana ciężka, jak zmora, co się nocką człowiekowi na piersi kładzie i męczy do świtania. On mi jest srogą zgryzotą. Dziewczyno, nie patrz na niego i nie chodź tam, bo on mi gorzej śmierci!...
— Paweł! Co tobie? Czyś oszalał? Ja ci młynarzówny nie wypominam!
— Boś mnie pewna! U mnie dusza jak kamień. Co na niej wyrżniesz, na wieki zostanie. Głaz mech okryje, w ziemię wrośnie, a pisma nie zetrze i przetrwa. A ty, dziewczyno, jak ta woda twego jeziora. Kto wodę utrzyma? Kto na fali napisze? Migoce i płynie i znak żaden na niej się nie ostoi. Taka u ciebie dusza!
— Pocóż więc kochasz? Idź, szukaj sobie kamieni, rznij na nich!
— Już los mój taki: w wodzie się zakochać, do fali oszaleć! Już ja dla ciebie świata nie widzę, duszy zapomniałem! Dziewczyno, kochanie, nad życie cię umiłowałem i nie odstąpię już nigdy! Tylko ty całuj, pieść, kochaj! Ach, kochaj!
A Szymon w izbie gderał coraz głośniej:
— Bies nosi chłopca po nocach, czy co? Tak to zawsze z młodymi: ani mu zimno, ani głodno; byle wieczór, już przepadł! Ani to do wieczerzy zwołać, ani do snu! Djabli mi poradzili kupić mu kożuch i buty! W płótniance choć ognia pilnował, a teraz szukaj wiatru w polu! Kpi sobie z mrozu i z starego Szymona. Tfu, do djaska! Jak to zawsze niepotrzebny wydatek bokiem wyłazi! Marynka! Może i ta gdzie uciekła? Chodź-no na wieczerzę!

∗             ∗

— Gotowo! — odsapnął rybak pewnego wieczora, patrząc, jak Paweł zaciągał w nową sieć ostatnie pławki i sznury.
— Gotowo! — rzekł wesoło parobczak, wstając z ziemi.
— Gotowo! — powtórzył jak echo Justyn z kąta izby.
Siadywał tam od tygodnia wśród stosu patyków i różnokolorowej bibuły i lepił pod wskazówkami Pawła olbrzymią gwiazdę. Sapiąc, potniejąc, skleił wreszcie to arcydzieło i podniósł w górę, uśmiechając się głupkowato do przyjaciela.
— Zuch Justek! — pochwalił Żużel, podchodząc ku niemu. — Wstawimy do środka świeczkę, osadzimy gwiazdę na drąg wysoki, pójdziemy z nią, śpiewając, po groszaki do miasteczka. Za groszaki kupimy sobie czerwony szalik, żółty pasek i nową, wielką harmonję. Będzie bal!
— Szalik! Czerwony! — zaśmiał się idjota, podrygując niezgrabnie.
— A kolędę pamiętasz, nieboże?
— Pamiętam... oho!
Justyn, rad z okazji zaprodukowania swych zdolności, nadął się i dobył z piersi fałszywy, przeraźliwy ton, mający być melodją. Stara Prakseda ze strachu aż upuściła wrzeciono. Marynka, siedząca u komina, parsknęła śmiechem.
— Ładnieście go nauczyli — zauważyła do Pawła.
— Cicho, bąkało! — krzyknął Szymon. — Czyś zwarjował, Pawle, jeszcze go namawiać? Obraza boska taki śpiew! Tfu! Aż w uszach świdruje. A zasię mi z chaty z taką kolędą! A to skaranie boskie! — Cała uciecha nieboraka — zaśmiał się Żużel, gładząc rozczochraną głowę chłopca. — Ale żeby wam w izbie nie dokuczał, zabiorę go z sobą na jezioro. Siarczysty mróz. Trzeba oczyścić przeręble.
Obadwaj włożyli kożuchy, wzięli siekiery i wyszli.
Na dworze było jak w dzień jasno, śnieg skrzypiał pod stopami. W wielkiej ciszy zimowej nocy, rozległy się dwa głosy: jeden młody, silny, dźwięczący weselem i radością, drugi niepewny, chrypliwy, rozbity. Śpiewały razem:

Hej, w dzień Narodzenia Pana prawdziwego,
Ojca przedwiecznego Syna jedynego,
Wesoło śpiewajmy, chwalę Bogu dajmy!
Hej, kolęda, kolęda!

Śpiewając, zbiegli na szklistą ton jeziora, z którego wiatr zegnał najmniejszą odrobinę śniegu i ślizgając się, szli od przerębli do przerębli, rozbijając w nich lód siekierą. Nagle u jednego z tych otworów idjota się zatrzymał, przykucnął nad brzegiem i zaczął przebierać palcami w lodowatej wodzie.
— A co tam, Justek? — spytał Paweł, idąc dalej.
— Wjuny! (piskorze) — zapiszczał, nie ruszając się z miejsca.
Żużel wiedział, że połów tego specjału był namiętnością biedaka. Darmo bił Szymon, z cierpliwością i uporem Karaiba chłopak siadywał nad przeręblą, w najsroższy mróz czatował wytrwale na te drobne rybki, łowił je garścią, napychał kieszenie i w zanadrze, a wieczorem piekł na patykach i jadł łapczywie.
Próżno było go odwoływać od zdobyczy. Parobczak ruszył sam, kreśląc zygzaki po lodzie i śpiewając wesoło. Mróz przejmował go do kości, biegł coraz szybciej, aż tam w głąb, gdzie jezioro zwężało się w gardziel, obrosłą z obu stron krzakami łozy, poza któremi czerniał profil Janowego młynka. Była tam ostatnia przerębla i zdaleka ujrzał Paweł, że wyglądała inaczej niż inne. Pochylił się. Otwór był zatkany zielskiem i słomą.
— Oho! Ktoś kosz wstawił. A, łotr! — zamruczał, biorąc się do oczyszczenia.
Gdy tak stał zajęty, rąbiąc i klnąc złodzieja, nagle za jego plecami poruszyły się krzaki łozy, na jezioro wysunęły się dwa cienie. Milczkiem poczęły się skradać do niego. Jeden niósł siekierę, drugi na plecach drąg dębowy. Parobczak nic nie widział. Dobył kosz, odrzucił go daleko i zaśpiewał donośnie:

I tak wszyscy społem wokoło stanęli,
Panu Najwyższemu wesoło krzyknęli,
Przez Twe Narodzenie dajże nam zbawienie
Hej, kolęda, kolęda!

Nie dokończył, jęknął. Drąg spadł mu na kark, ogłuszył. Zachwiał się, stracił równowagę, padł naprzód w przeręblę. Zaczął się szamotać, orzeźwiony wodą i instynktem zachowawczym. Zdołał wydobyć głowę nad lód, rękoma chwycił krawędź przerębli. Ale sekundę tylko to trwało. Sekundę widział niebo, księżyc jakiś czerwony i straszną, ponurą twarz młynarza, a obok wykrzywioną śmiechem drugą, rudą, syna jego, Franka.
Drąg się podniósł raz drugi i spadł mu na głowę.
Wtedy poczerniało mu w oczach, głos zamarł w gardle, puścił krawędź przerębli i zniknął pod lodem.
Młynarz z synem szybko umknęli. Zapanowała na jeziorze wielka cisza.
W tejże chwili zdala podniósł się chrypliwy głosik:

Kuba, nieboraczek, nierychło przybieżał,
Śpieszył, ile mocy, wszystkiego odbieżał;
Nie miał Panu co dać, kazali mu śpiewać.
Hej, kolęda, kolęda!

To Justyn, obładowany rybą, rad ze zdobyczy, podążał za przyjacielem. Wstał, rozejrzał się, zdumiony pustką.
— Paweł! Paweł! — zawołał.
Nikt mu nie odpowiedział. Jezioro się szkliło, równe po najdalsze kąty, nie widać było nikogo.
Wówczas chłopca strach zdjął i żal, że go zostawiono samego. Przyszły mu na myśl różne dziwy, które prawiła Prakseda, jął dygotać, płakać i pobiegł, ile sił, ale nie ku chacie, tylko za śladami kutych obcasów parobczaka na lodzie.
Biegł, chlipiąc i zawodząc, a łzy mu stygły na pobrzękłych policzkach, a głos urywał mróz. Nagle zabłysło coś na lodzie między łozą. Była to siekiera Żużlowa, porzucona na skraju przerębli; miesiąc ją srebrzył. Justyn dopadł do niej i stanął. Dalej nie było śladu obcasów. Idjota otarł łzy rękawem, rozejrzał się, przestał płakać, coś kombinował, skrobiąc się za uchem. Potem przypadł nad przeręblą, zajrzał w głąb i nagle bez namysłu, głową naprzód, jak kaczka dał nurka w tę zimną otchłań, nie zważając, że przy ruchu tym posypały się rybki z kieszeni kożucha w wodę, że przepadł jego trud mozolny i specjał.
Bulgotało w przerębli, ruszało się, wzbijały się bąble powietrza — nie było chłopca kilkanaście sekund. Potem wyjrzała na powierzchnię wielka głowa i zsiniała dłoń. Prychnął, odsapnął i wydobył za sobą drugą głowę — bez życia.
— Uf, uf! — stękał, odpoczywał, aż wkońcu wgramolił się na lód i wysunął nieruchomego Żużla.
Wówczas siadł i odpoczął. Księżyc patrzał ciekawie na ten obraz. Parobczak leżał na wznak, siny, z wyszczerzonemi zębami w skurczu, a Justyn spoglądał na niego i śmiał się uradowany. Jeszcze nie był obejrzał pustych kieszeni.
Mróz ścinał na drewno odzież. Po ciele odbijało się jakby kłucie tysiąca mrówek i martwota Pawła wydała się zadługą idjocie. Zaczął skubać za rękaw. Ale parobczak nic nie słyszał. Wówczas Justyna znowu strach ogarnął, zdwoił jego siły i energję. Popłakując, łkając, chlipiąc, podniósł go za ramiona, wziął na swe barki i, pół niosąc, pół sunąc, ruszył zpowrotem ku zagrodzie.
Czasem ustawał, żeby złapać tchu. Ciężar to był za wielki na jego wzrost i siłę, mdlały mu członki, pomimo zimna pot zbiegał po twarzy i zastygał razem ze łzami, nareszcie potknął się i upadł. Zagroda świeciła opodal, ale on się już do niej nie dowlecze. Siadł tedy na lodzie, skulony, drżący. I nagle rozległ się przeraźliwym dyszkantem wrzask, mogący pobudzić umarłych. Wzywał w ten sposób ratunku i pomocy.
Po chwili zaruszało się w chacie. Parobcy z łuczywem i drągami wyskoczyli na podwórze, hukając na alarm, Szymon za nimi, ubierając się szybko — Prakseda, łamiąc ręce i lamentując.
— Wilki duszą prosiaka! — krzyczał rybak. — A hu! A hu! A nuże! Żywo! Żywo!
Gromadą nadbiegli na miejsce wypadku i zmartwieli z przerażenia. Justyn ciągle wrzeszczał.
— Jezus, Marja! Co mojemu chłopcu? Co on? Umarł? — wyjąkał stary, klękając nad Pawłem.
— Cicho, Justek! — wołali parobcy. — Co to się z nim stało? Gdzieście byli?
Idjota nie przestawał wrzeszczeć.
— Milczeć, poczwaro! — huknął wreszcie Szymon, traktując go pięścią. — A wy bierzcie go na ręce i duchem do izby! Na piec go włożyć! Jeśli żyw jeszcze, to nam opowie sam. Prędzej!
Po chwili złożono ogłuszonego na suszącym się jęczmieniu w czeladnej izbie; skupili się wszyscy wokoło niego. Szymon lał w usta wódkę, Marynka rozcierała skronie i ręce, Prakseda warzyła jakiś korzenny napój.
Długi czas leżał jak martwy; nareszcie zaczął wyraźniej oddychać, potem westchnął i otworzył oczy. Chwilę rozglądał się błędnie, źrenice miał pełne krwi, obłęd i mrok w nich. Snać dusza wybrała się już była w daleką drogę i gwałtem ją zwrócono na ziemię.
— Żyje! Chwała Bogu! Co tobie, chłopcze? Masz, wypij wódki! — wolał uradowany Szymon.
— Czyście po czarę szli na dno? — zagadnęła pochylona nad nim Marynka, ogarniając go spojrzeniem.
Spróbował się uśmiechnąć, chciał wstać, ale się tylko skrzywił boleśnie.
— Dziękuję, gospodarzu. Nic mi nie będzie. Nie trwóżcie tylko matki.
— No, gadajże! Cóżeś lazł w przeręblę, warjacie?
— Bogać ja tam lazłem — zająknął się, umilkł i po chwili niepewnym głosem dodał: — Poślizgnąłem się i upadłem. Jakim cudem tu jestem?
— Ano, to straszydło widać cię dobyło. Dał znać do zagrody wrzaskiem.
Oczy Pawła niespokojnie szukały idjoty.
— Jak to było, Justek? — zapytał.
Ale idjota nie słyszał. Stał na środku izby w kożuchu, z którego płynęły strugi wody i tworzyły wokoło niego kałużę. Usta i oczy szeroko rozwarte krzywiły się zdumieniem, żałością i płaczem. Ręce po łokcie wnurzał w kieszenie i, przechylając się z boku na bok, przetrząsał je do dna samego.
— Gdzieś mnie znalazł, Justek? — powtórzył Paweł.
— Niema, zgubił! — zajęczał płaczliwie chłopak. — Była kopa i pięć! Niema, zgubił!
— Coś zgubił? — parsknęła śmiechem Marynka.
Nie było odpowiedzi, oprócz żałosnego łkania. Nagle przestał płakać. Na zapuchłej twarzy zadrgała radość bezmierna. Wydostał z trudem rękę z otchłani kieszeni i, zaglądając w zaciśniętą dłoń, wołać począł z wybuchem szczęścia:
— Jest trzy! Jest trzy!
Potem rozepchnął parobków i wcisnął się między Praksedę a komin.
— Nie przeszkadzaj! — upominała stara. — Zdejm odzienie, osusz się. Poco ty mi ogień rozrzucasz!
— Ja ich będę piekł dla niego — rzekł, grzebiąc w węglach.
Stara odsunęła go na stronę, ale Szymon zakrzyczał z kąta:
— Niech piecze, niech robi, co chce. Niech mi go nikt nie tknie i nie poniewiera. On mi chłopca uratował. I ktoby to rzekł, że w tem paskudnem ciele siedzi taka ludzka dusza? Daj mu pokój, Praksedo, a przynieś-no swój krupnik. Jakże ci, Pawle?
— Dobrze gospodarzu. Głowa trochę boli, ale to fraszka. Będę wam sieć ciągnął pojutrze.
Omylił się; nie dzień, ale dziesięć przemęczył się w chacie. Połów odbył się bez niego. On leżał w gorączce, pobity, siny, z szalonym bólem głowy. Po kilku dniach ledwie zwlókł się na ławę i przesiedział na niej tydzień, osłabły, znękany, osłupiały cierpieniem. Doglądała go matka, Prakseda, stary Szymon, troskliwy jak ojciec, Justyn okarmiał wjunami.
Marynka przybiegała rzadko, bojąc się ludzkich oczu. O zmroku zwykle wpadała, ruchliwa jak żywe srebro, śmiejąca się i fantastyczna. Czasem całowała go i pieściła, częściej targnęła za wąs lub ucho, albo potarmosiła za kędzierzawe włosy i uciekała, spłoszona czyjemikolwiek krokami w sieni, zostawiając na twarzy młodego smugę rozradowania, w głębi duszy wielką szczęśliwość.
Na święta Żużel ledwie pozdrowiał na tyle, że z gwiazdą i Justynem poszedł kolędować po miasteczku. Zebrał się wokoło nich tłum wyrostków, a znalazł się też Alchan, podpiły, przedrzeźniając swoim zwyczajem i dowcipkując.
— Nie umiecie śpiewać, wy dudy dziurawe! Posłuchajcie mnie! Ja jestem w najbliższych stosunkach z Kantyczką

Prośmy Pana Boga
Niech nam da pieroga
I rodzynków moc.

Przytem strumień piwa
Z nieba niech nam spływa
W Narodzenia noc!

Justyn słuchał zrazu uważnie tej improwizacji, ale nie usłyszawszy nic o czerwonym szaliku, pokazał kowalowi język, potem figę i wrócił do dawnego tekstu.
W wieczór Sylwestrowy Paweł, już zdrów zupełnie, odwiedził matczyną chatynę.
Po chwili rozmowy zaczął z wahaniem nieśmiało:
— Matulu... wiecie, jak to było z moją głową?
— Albo co?
— Nie lód mi ją rozbił, ale drąg Jana, młynarza; nie poślizgnąłem się w płonkę, ale on i syn jego mnie tam rzucili, zaszedłszy znienacka. Śmierć mi chcieli zadać.
— Więc coś gadał? Pocoś kłamał?
— Myślałem, że dobrze zrobię, gdy zmilczę. Myślałem, że radzi będziecie, iż krzywdy poszukiwać nie będę.
— I łgałeś! Poco? Trzeba było rzec: Tak i tak się stało. Jan chciał mnie zabić, ale mu daruję, bo on praw, zawiniłem przed nim.
Rzucił się gwałtownie. Dzikim żarem nabiegły mu oczy i policzki.
— A wiecie, matko, coby ludzie rzekli, gdyby to posłyszeli? Powiedzieliby, że się boję Jana! Ja nie chcę, by kto śmiał powiedzieć: Żużel tchórz! A młynarz triumfowałby z rudym.
— Boś i tchórz i nędzny i podły w dodatku! Upokorzyć się nie chcesz i uledz i prawdę wyznać, byle pustą sławę junaka zachować! Taka twoja poprawa. Rogi ci wyłażą przy lada sposobności, a za winę pokutować to ci wstyd, obraza! Do oczu skaczesz, gdy ci prawdę przypomnieć! I ty niby potrafisz zrobić co dobrego w życiu? Oj, nie!
Spuścił spłonione czoło i długo się pasował. Gdy podniósł głowę, blady już był, spokojny i zgnębiony.
— Darujcie, matko, i nie łajcie! Możem ja niezły, tylko głupi, więc uczcie, a słuchać będę jak stróża anioła. Darujcie! Pójdę i powiem, jakeście przykazali, prawdę całą, ścierpię drwiny miasteczka. Bóg świadkiem, żem wam rad nieba przychylić, dogodzić, tylko nie umiem, nie potrafię! Do wrót Nowy Rok kołace, może mi Bóg da w nim zrobić co dobrego, zmazać tamto. Och, matko! Co ja winien, żem głupi taki, co ja winien? Darujcie! Przyjdzie może dzień, gdy wam obietnicy dotrzymam, chwałę zrobię, ucieszę was! Daj Boże, rychło!
Na świat przychodził Rok Nowy i zakarbował sobie to życzenie gorące parobczaka i niósł mu w podarku tę chwilę — niedaleką.

∗             ∗
Wiosna była na niebie, a na ziemi na to hasło wstawały szare skowronki, ciągnęły kaczki i żórawie.

Z szarej łąki wytykało się blade kwiecie i szmaty zielonej trawy, po wodach pomknęły lody. Ludzie wychodzili na pola. Z nad pleśni i szronów dobyło się potężne życie, zaczynało falować, tętnić, nieokreślonym szumem napełniając powietrze. Wielkanoc już dawno była minęła, zapomniano zimowej niewoli.
Pewnego dnia, o jasnym zachodzie, trzy ładowne fury, ciągnęły zwolna wyboistą leśną drożyną w stronę miasteczka, tonąc w rozgrzęzłem błocie, utykając co chwila. Dwaj woźnice, wieśniacy z ubioru, klęli drogę i konie, narzekali na dolę i wyprawę, tylko prowadzący tabor, dorodny parobczak w sinej mieszczańskiej sukmanie, szedł raźno, ochoczo, to gwiżdżąc, to śpiewając, to pokrzykując na konie i towarzyszów.
Był to Paweł Żużel we własnej osobie.
— Dosyć lamentować! Będzie na to czas, gdy nam gospodarz głowę zmyje za zwłokę. Wczoraj na nas czekał.
— Uspokoi się, jak konie zobaczy. Ten siwy w waszym wozie to jak darmo kupiony. Nie było lepszego na całym jarmarku.
— Byłoż o niego targu dzień cały! No, byle do domu się dostać przed nocą! Daleko jeszcze?
— Mila chyba, a może i mniej. Byle z lasu się wydostać to i zobaczymy już miasteczko.
Zaczęli krzesać ognia do fajki i naglić konie. Niebo było czyste, czerwone od zachodu, na niem kiedy niekiedy wybiegała chmurką drobna i płynęła powoli. Parobczak oczy podniósł. Nisko wśród tych czerwonych obłoczków ciągnął z krakaniem długi sznur żórawi. Po ciemnem licu Pawła przeszedł błysk żywy, potem smuga nieokreślonej tęsknoty.

Ze wzrokiem, zaopatrzonym w klucz ptasi, półgłosem nucić począł:

Popłynę z tobą, wędrowny ptaku,
Popłynę z tobą.
W daleką drogę po sinym szlaku,
Zabierz mnie z sobą!

Żórawie zakrakały przeciągle, jakby odpowiadając mu. Zwiesił głowę. Obok niego wóz się wlókł żółwim krokiem, parobcy Szymona gadali o pracy i bydle, ptaki mknęły na horyzoncie, on był na ziemi. W tej chwili las się skończył, wjechali na płaszczyznę, pogarbioną gdzie niegdzie piaszczystemi wzgórzami.
— Ot i miasteczko! — ozwał się chłop. — Światełka migocą. Na lewo... widzicie... świeci się w zagrodzie.
Spojrzał Paweł i widział, ale nie światło. Widział parę zalotnych, zmrużonych oczu i słyszał przekorny, dźwięczny głos, pytający go:
— Cóżeś robił, ladaco, tyle dni?
— Kochanie moje, tęskniłem po tobie — szeptał, a serce mu skakało niesfornie.
Poprawił czapki, wyprostował się i zaśpiewał innym już głosem:

A jak nie zginę w dalekiej drodze,
A jak nie zginę,
Wrócę z wiosenką ku mej niebodze,
Morzem przypłynę!

Tydzień był nieobecny, na jarmarku, dla sprawunków Szymona. Wśród różnych ludzi, ruchu, wrzawy, ją jedną miał w pamięci i w sercu. Nie zahulał, nie podochocił sobie, ale grosz trzymał ciężko zdobyty, i gdy co zobaczył ładnego, kupował, myśląc: — Zrobię jej uciechę! — I wiózł upakowane skrzętnie razem z pieniędzmi gospodarza.
Im bliżej miasteczka, tem większa napadała go niecierpliwość, w jej oczy popatrzeć, głos posłyszeć. Drżąc cały, wpatrzył się w to słabe światełko i niepomny zmęczenia, biegł prawie u wozu, nagląc konia. Miasteczko było o staję tylko, zbliżało się z każdą chwilą. Ot już i ulice, ot rynek, ot i jezioro i wrota! Zobaczy ją na progu.
— Hej! hej! Justek, otwieraj!
Na głos ten zawrzało w chacie. Idjota, bosy, żując resztki wieczerzy, wyskoczył pierwszy, za nim czepiec Praksedy, siwa głowa rybaka, wszyscy — tylko czarnych oczu nie było nigdzie.
— Hultaje! Obieżyświaty! Pijaki! Gdzie was djabeł nosił tyle dni? — krzyczał Szymon.
W piersi Pawła zabolało strasznie. Czarnych oczu nie było. Siłą woli pohamował uczucie zawodu, odpowiadał, dobywał nabyte przedmioty, wyliczał cenę, prezentował konie, uśmiechał się nawet do Justyna, który w naszyjniku z obwarzanków wyprawiał wokoło niego dzikie skoki.
I w izbie nie było Marynki. Pawła ogarnął strach okropny, gdy przebiegł oczyma puste kąty.
— A gdzieście córkę podzieli, gospodarzu? — zagadnął wreszcie. — Możem i weselisko opuścił?
— Wesele? — zaśmiał się Szymon, zadowolony ze sprawozdania i kupna. — A jakżeby się ono bez ciebie odbyło? Dziewczyna doma być musi albo może gdzie pobiegła do znajomej. Niema kłopotu, znajdzie się sama.
Łatwo było mówić staremu. Nie miał trzydziestu lat i gorącego serca w zanadrzu. Paweł kipiał z niecierpliwości, tracił uwagę i pamięć, odpowiadał coraz lakoniczniej, siedział z wlepionemi we drzwi oczyma, drżąc na lada szelest. Nareszcie nie wytrzymał dłużej. Zerwał się i pobiegł szukać swej zguby w czarną noc — naoślep, nie wiedząc gdzie.
Skierował się do miasteczka, zaglądając w oczy spotykanych kobiet, w oświetlone okna, przysłuchując się, czy nie usłyszy znajomego głosu. W ten sposób doszedł do rynku, znalazł się przed domostwem Alchana. Kuźnia stała zamknięta. Szanowny «mąż-żonie» nie lubił nadmiaru pracy. Przy furtce podwórka Paweł przystanął, zawahał się, wreszcie machinalnie ruszył klamkę i wszedł. Czego tam chciał, sam nie wiedział. Zła moc przywiodła go do tych drzwi za karę, że o niej zapomniał, że ją zmógł w sobie i pokonał.
Okna były zasłonięte okiennicami, ale nie szczelnie. Parobczak zajrzał przez szparę do wnętrza i zachwiał się z głuchym jękiem.
Jaskrawy pasek światła padł mu na twarz. Przez to mgnienie stała się straszna, blada, prawie sina, wykrzywiona kurczem zgrozy. Przez wpółotwarte usta wydzierało się jakby łkanie, jakby wycie ranionego zwierza. Zgiął się, sił mu zabrakło, usunął się na bok, zataczając się, jak pijany. Oparł się plecami o ścianę, oburącz ścisnął czoło i tak pozostał, pochylony, zgnieciony straszną rozpaczą i bólem. Zamierała w nim dusza.
I tak pozostał, jak wryty, rozkrzyżowany u tej ściany, bez głosu, bez czucia, nieprzytomny. Nagle z za okiennicy i szyb dobiegł do jego uszu śmiech srebrny, swawolny, radosny. Podskoczył, zadygotał całem ciałem, zajęczał dziko i zakrywając dłońmi uszy, wybiegł na rynek. Potrącił kogoś przechodzącego, to mu wróciło pamięć i przytomność. Podniósł ręce do twarzy, otarł zimny pot ze skroni, zacisnął zęby i ze zwieszoną głową, powoli, potykając się, zawrócił do zagrody.
Noc zapadła zupełnie. Jezioro, zerwawszy lód, huczało wzburzone wichrem i nadmiarem wiosennych wód. Zaryte w piasek nadbrzeżny stało małe czółenko. Paweł je zepchnął na głębinę, puścił na los szczęścia, sam legł twarzą do mokrych desek i łkał.
Nikt go nie słyszał, chyba śmierć tylko — owa blada, bezlitosna, co się unosi nad rozpaczą człowieczą i chychoce w wyciu wichru, w huku fal. Do czółna wlewała się woda, kręciły ją wiry, pchały bałwany w głąb — na zgubę.
Nagle parobczak wstał, rozejrzał się zrazu błędnie wokoło siebie. Był na środku jeziora. W okienkach rybaka błyszczał jeszcze ogień i zdało się nieszczęśliwemu, że jest to ów wieczór pamiętny, gdy u komina słuchał bajek Praksedy.
— «I rosła woda, rosła nad ziemią, nad lasem i nad śpiącym chłopakiem, a snu mu nikt nie przerwie...»
Spojrzał w dół. Pod czarną tonią leżał gaj zaczarowany, świat tajemniczy, leżała złota dola. Pochylił się do toni, chciał ją ramionami objąć, przytulić do piersi tę kochankę zimną, wierną, co mu dać może spokój wieczysty i ciszę do rozdartej duszy.
I znowu się wyprostował. Między pokusę rozpaczy wsunął się obraz starej twarzy kobiecej, pooranej łzami i troską! A ona, a ona, a matka?
Oburącz rozdarł świtę na piersi, gorzało mu tam w zbolałem sercu, zębami chwycił swe pięści zaciśnięte i gryzł je do krwi w tem pasowaniu się strasznem i jęczał i wył do wtóru z rozhukanym żywiołem. Wreszcie zdyszany, dziki, z obłędem w oczach, usiadł na ławeczce, chwycił za wiosło i zgrzytając zębami, zestarzały o lata, zaczął się borykać z falą. Wiosło się gięło jak trzcina; po twarzy biegł pot, na ręce żyły wystąpiły jak postronki. Zawrócił do brzegu, a blady obraz staruszki rósł w nadziemską postać, dostawał skrzydeł, światłości nad głową i wołał go do obowiązku, do życia.

W zagrodzie było ciemno, gdy czółno przybiło do wybrzeża. Nikt już nie słyszał powrotu Żużla. Szedł ciężko do stajni, w siano, i śpiewał półgłosem, a tak smutno, jak szumią sosny po cmentarzyskach w jesieni:

Nie tobie, ptaku, z światem się bratać, Nie tobie, ptaku! I do serc ludzkich nie chodź kołatać, Nie chodź, biedaku!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
∗             ∗

— Coś mi niedomaga wasz chłopiec, matko Agnieszko — mówił stary Szymon, siedząc pewnego wieczora naprzeciw mularzowej w jej chatynie.
— Dawnom go nie widziała. Wiosną nad wodami po bagniskach febra się czai. Może go opadła.
— A może! Szpetna febra! Nie je, nie gada, robotę jak senny zbywa, wieczorami po jeziorze się włóczy. Trza mu, matko, jakiego ziela zadać.
— Trzeba — potwierdziła.
— A jakiego, myślicie?
— Centurji albo bobowniku najsnadniej.
— Tfu, do czarta, z tą trawą suszoną. Trza go kumo, ożenić!
Staruszka poruszyła się żywo.
— Ożenić? Jego? Naśmiewacie się nade mną, Szymonie. Wy jego nie znacie! Czy on potrafi co uszanować, do czego się przywiązać? Nie utrzyma go ani żona, ani przysięga. Ożenić? Czy on tego wart? Zapomnieliście, co było. Codzień ja czekam wieści, że jego u was niema, że zbiegł, porzucił wszystko.
— Et, bajecie, matko — przerwał rybak. — Znam ja ludzi i waszego Pawła spenetrowałem dobrze. Nie wasz kłopot go pilnować, ale mój i żony. Ot, słowo wam daję, że on już od nas nie pójdzie. Co długo gadać? Dajcie mi waszego chłopca dla mojej Marynki! Widzi mi się, że się mają do siebie.
— Szymonie, kumie! Nie wart on waszej łaski! Wy nie wiecie, co w nim siedzi. Osiwiejecie przez niego, jak ja.
— Jużem siwy. Nie boję się jego. W nim siedzi cały zuch, matko. Już ja mu dam rady, bądźcie spokojni. Jak go ta troska napadła, namyśliłem się i przykulałem do was. Starość przychodzi. Po kościach suche bóle chodzą i nocami kaszel męczy. Czas na młode ręce zdać robotę i dziecko, a samemu spocząć. I wam należy się spokoju nieco. Zbierzemy się do gromady, stare graty, i wnuki niańczyć będziemy u komina. Dość my napracowali się, nabiedowali. Chłopak wasz jak dąb, a dziewucha moja jak łania wyrosła. Niech się pobiorą, kiedy mają ochotę. Dobrana z nich będzie para.
— Kumie Szymonie, nie cieszcie się zbytecznie! o szczęściu takiem ja i myśleć się boję. Broń Boże czego złego. Namyślcie się dobrze!
— Już ja się namyślił. Chłopca mi żal, polubiłem go jak syna. Jutro go do was uwolnię na tydzień. Wyrozumiejcie go, niech się nie frasuje darmo i ze swatami rychło przychodzi. Rad mu będę z całego serca.
— Kiedy wasza wola, Szymonie, niech tak będzie. Daj, Boże, szczęśliwie! — szepnęła staruszka, ocierając oczy fartuchem.
— Będzie szczęśliwie, będzie! — kiwał głową uśmiechnięty rybak, przybijając ręką na zgodę.
Poweselało w duszy poczciwej kobiety. Pewność rybaka zwyciężyła jej skrupuły. Zresztą matką była, a Szymon mówił, że młodzi mieli się ku sobie, więc żal ją ogarnął nad dzieckiem. Poco miał się marnować i schnąć z kochania?
Odetchnęła na tę dolę niespodzianą, która zstąpiła z rybakiem do jej lepianki, uśmiechnęły się jej obrazy przyszłości. Już widziała syna ustatkowanego, dobrobyt, spokój i życie ciche, pośrodku wnucząt, u ciepłego ogniska. Zapomniała trosk i złych myśli i niecierpliwie wyglądała przybycia Pawła. Chatynę oporządziła, potrząsnęła białym piaskiem, przygotowała mu odzież na zmianę, ugotowała na wieczerzę to, co lubił, i o zmroku wzięła się do szycia przy lampce, nasłuchując kroków z uliczki. Późno już było, gdy pies powitał znajomego radosnem skomleniem. Staruszka poświeciła w sień.
— To ty, Pawle?
— Ja, matko!
Spojrzała na niego i cofnęła się jak przed widmem.
Strasznie był wychudły, zgarbiony. Twarz mu sczerniała, policzki wpadły, rysując ścięgna i kości szczęk. Usta spaliła gorączka, skrzywił grymas rozpaczy, w oczach palił się złowieszczy ogień.
— Co ci, chłopcze? — zawołała przerażona.
— Nic, matko — odparł, próbując się uśmiechnąć.
— Kłamiesz, choryś!
— Nie, matko. Zmordowałem się ostatniemi czasy robotą.
— I to nieprawda! Szymon mówił, żeś w pracy ustał, że robisz jak za napaść, aby zbyć.
Parobczak zatrząsł się gwałtownie.
— Ja? Ja źle służę? Jeszcze źle! Cały dzień, czy noc, ja przy robocie, na nogach. Wszystkie poty ze mnie zeszły i wszystka siła. Jak ten pies mu służę i nawet strawy nie tykam, bo mi do gardła nic nie idzie. A on jeszcze nierad! To już snać moja dola: nigdy nikomu nie dogodzić.
— Strawy nie tykasz? Toś chory. Poco się zapierać? Co cię boli?
— Czy ja wiem, matulu. Może i chory. Jakaś niemoc mnie opadła. Wszystko boli, niczego nie chcę, tylko by spocząć trochę! Ciężka służba u rybaka. Zdrowie mi zjadła, siły wzięła, a on nierad. Boże mój!
Usiadł u stołu, ale wieczerzy nie tknął i podparłszy głowę rękoma, dumał, zapatrzony w płomyk lampki.
— Spocznij. Należy się tobie wczasu trochę. Na tydzień cię Szymon uwolnił.
— Na tydzień? — powtórzył z wahaniem. — Jabym chciał już nie wracać na jezioro.
— Co? — zawołała groźnie.
— Nie wracać, matko. Na kolei trafia się służba. Sto rubli rocznie i mieszkanie dla was. Kiedy rybak nierad, poco się narzucać?
— Kłamiesz! Kluczysz jak zając. Myślisz mi oczy zamydlić? Niby ja nie widzę, że cię już tamto opętało, że ci się znowu zmiany i łajdactwa zachciewa. Udajesz, że nie wiesz, przecz ci rybak niechętny. Do czegoś podobny? Do wściekłego wilka, do zbója, złość i niechęć z oczu ci wygląda. Myślisz, że to miło za swą dobroć i pieniądze mieć takiego sługę?
— Ja Szymonowi jak wierny pies służyłem — zamruczał — ale dłużej mi tam trudno żyć.
— Czemu? — zagadnęła.
Milczał uparcie, cisnąc głowę w dłoniach. Spojrzała po nim. Strach, co z niego to kochanie uczyniło, ale ona na tę chorobę miała ratunek i lekarstwo.
— To też Szymon ma litość nad tobą — zaczęła łagodniej — dobrą służbę pamięta i wielkie ci szczęście gotuje.
Zadrżał, gorejące oczy wbił w twarz mówiącej, ale milczał.
— Córkę ci swoją chce dać za żonę, do siebie na gospodarstwo wziąć. Mówił, że się macie ku sobie z dziewczyną.
Padło tedy to wielkie słowo i zapanowała po niem cisza. Mularzowa spojrzała na syna.
— Cóż ty na to?
— Nie chcę, matko, ani tej doli, ani szczęścia. Rybak nie zgadł, co mi jest, bo ja jego córki nie chcę, za skarby całego świata nie chcę!
Głos miał zmieniony, ponury i dziki. W źrenice nabiegały płomienie szału.
— Nie kochasz jej?
Zawahał się sekundę. Raz pierwszy miał skłamać przed matką.
— Nie! — odparł, spuszczając nisko głowę.
— Kłamiesz! — zawołała.
— Nie, matko! Marynka Szymonowa nie dla moich oczu i serca i brać jej nie chcę. Nie żyć nam z nią pod jednym dachem. Nie żyć nam z nią pod jednem niebem nawet.
Potrząsnęła głową posępnie.
— Także i ja mówiłam Szymonowi, że rzucisz i żonę nawet, gdy cię ta choroba opęta.
Wstał gwałtownie i odstąpił aż do komina. Oczy mu błyszczały jak wilcze, nie mówił, ale wył.
— I to nie, matko! Nie rzuciłbym jej, ale zabił nazajutrz, a siebie po niej! Mnie z nią nie żyć! Niech się mnie Szymon na teścia nie napiera, bo mu krwią chatę ubroczę! Och! Jabym ją zabił, żeby nie patrzała temi oczyma na boży święty kraj, żeby nie śpiewała, żeby ją zabolało serce choć od zimnego noża, żeby ją śmierć uspokoiła... i mnie.
Matka Agnieszka oniemiała ze zgrozy. Nie poznawała syna. Nie człowiek to był, ale potępieniec! Z zabitą duszą, poszarpanem sercem, stał jak ruina i widział tę swą nędzę, bez powstania już. I wszystkie męty wnętrza i wszystkie bóle istoty, tłoczone długi czas wolą, wyrywały się na wierzch i już nie prosiły litości, ratunku, ale wyły, głodne zemsty, zniszczenia. Za własną zgubę i mękę chciały sprawiedliwości — śmierci za śmierć, bólu za ból.
Pochylony naprzód, z obłąkanym wzrokiem, błyskając zębami, pięściami tłocząc piersi, stał jak olbrzym straszny i wśród niskich ścian lepianki, w odzieży chłopa, u tego komina, wyglądał na widmo z dantejskich piekieł, na olbrzyma-mściciela.
— Och! Jabym ją zabił, zabił! — powtarzał coraz ciszej, rozkoszując się tą myślą, obrazem tej śmierci.
Mularzowa poskoczyła do niego.
— Paweł! — krzyknęła wielkim głosem. — Co tobie? Opamiętaj się! Na kolana mi zaraz i pacierz mów, ty bluźnierco! Oszalałeś! Co tobie?
Oprzytomniał. Siły go opuściły. Posadziła go na ławie u komina, otarła skronie z potu, dała pić. Robił, co chciała, zmęczony i osłabły, może się wstydził wybuchu. I ona poczuła, że nie czas było karcić i upominać, ani dotykać ran rozjątrzonych, ani pytać nawet o pewne rzeczy. Czarna troska znowu objęła jej duszę, westchnęła ciężko, pytając w duchu wielkiego Boga, kiedy ich karać przestanie. Uspokoiwszy go trochę, wróciła do stołu i wzięła się do szycia przy świetle lampki. Płomyk się chwiał w przeciągu nieszczelnych okienek; perkal szeleściał w rękach mularzowej; zapanował pozorny spokój.
W kącie parobczak siedział zgarbiony, zakrył twarz dłońmi i dyszał, nie wiedząc, jak przerwać to ciężkie milczenie. Dopomogła mu.
— Nie wiesz, Pawle, czy już zbierają podatek na nową szkołę? Coś mi o tem gadał Feliks.
— Już zebrali. Zapłaciłem za nasz dział trzy ruble. Stare domostwo Jan kupił na jakieś reperacje do młyna. Mamy je gromadnie rozbierać za tydzień, czy dwa.
— To wrócisz do Szymona?
— Wrócę, tylko wam chatę oblepię trochę i ogród zaorzę i płot nowy postawię. Rybak mi wypłacił za pół roku zasługi, woły nająłem u Feliksa. Tydzień przy was zabawię, trochę na przyzbie w słonku posiedzę, może moc wróci. Potem pójdę tam.
— To dobrze, chłopcze.
Pomyślała chwilę i spytała nieśmiało:
— A jak Szymon spyta o tamto?
— Powiedzcie, by odłożył do jesieni, a może tymczasem Bóg da...
— Co da? — spytała, gdy urwał.
— Inną drogę — odpowiedział szeptem i więcej się nie odezwał.
Płomyk się chwiał, jakby chciał zgasnąć. Smutne oczy Pawła patrzyły weń i ścigały drgający ruch światełka. Twarz jego pokrywała się smugą rzewnego wspomnienia. Na dworze ktoś śpiewał smętną piosenkę.
— Czy pamiętacie, matulu, jakem dzieciakiem był? — ozwał się młody nareszcie. — Ostatnim się urodził i najmniejszego pieścili w chacie. Siadywałem wysoko na piecu, ot tam, i z góry patrzałem na chatę. Wyście całowali często, ojciec codzień coś przyniósł na zabawkę a Józik huśtał na kolanach. Dobrze mi było i wesoło, tylkom jeden kłopot miał: zachciało mi się złapać i zamknąć w pudełku czerwony kawałek słonka, co w południe przez szybkę zaglądało aż na mój piec. Ot takie głupie dziecko! Często spadałem na łeb i tłukłem się. Darmo wyście łajali, darmo ojciec obił raz rózgą i pudełko spalił, darmo naśmiewał się Józik. Jak się kto głupi urodzi, to tak i zginie. Jednemu rozum z laty przybędzie, a ja głupi się zestarzał! Rozumu nie kupić. Płakał ja po ojcowskich plagach, a teraz myślę, że mało siekł, oj, mało! Wstyd i śmiech. Ja zawsze myślał, że złapię kawałek słońca w pudełko, zawsze gonił i to moja niedola była i zguba! Oj, głupi, głupi!
— Aleś teraz przejrzał, że to napróżno, już łapać nie będziesz.
— Nie będę, bo mi teraz się zdaje, że niema słonka. Już mnie nic nie grzeje, nic nie świeci. Ciemno! — zakończył ledwie dosłyszanym szeptem i spuścił głowę na piersi, zadumany smutnie.
Mularzowa nie śmiała przerywać milczenia.

∗             ∗
Bzy zakwitły. Od ogrodu plebanji do szkoły, wszędzie zwieszały się pęki wiosennego kwiecia, rozkoszna woń snuła się w powietrzu. Każdy niósł w ręku, za czapką lub w warkoczu, liljową lub białą gałązkę. Sadki mieszczańskie umaiły się na Święta Zielone. Po gąszczach śpiewały słowiki.

I w ogródku matki Agnieszki barwnie było i wesoło, rozgłośnie od ptasząt, pięknie od słońca i bzów rosnących tuż u okienek, aż pod dach chatyny. Staruszka od świtania grzebała koło grząd warzywa, co chwila podnosząc głowę i wyglądając w uliczkę, na której dnia tego panował ruch ożywiony. Wszyscy szli w jedną stronę, z siekierami lub drągami w ręku, mijając, pozdrawiali ją uprzejmie.
Chodziło jej pytanie po głowie: Czego też oni tam idą wszyscy, tak rano, sami gospodarze? Nareszcie zatrzymała swego krewniaka, Feliksa, który, kopcąc fajkę, dążył za innymi.
— Do czego to idziecie taką gromadą, kumie?
— A to do rozbiórki starej szkoły — odparł, zatrzymując się dla gawędy.
— Aha, to i mój chłopiec pewnie z wami?
— Widziałem go na rynku z parobkami rybaka, wnet nadejdą. A ot i młynarze idą. Kupili stary materjał. Ostańcie zdrowi, kumo.
— Szczęśliwej drogi, kumie!
Po chwili znów ktoś przystanął w uliczce.
— Dzień dobry, matulu! Pomagaj Boże!
Staruszka spojrzała uradowana.
— Dziękuję za dobre słowo, chłopcze. Do szkoły idziesz?
— Do szkoły.
Oparł się płot, zdjął przed nią czapkę i zajrzał do ogródka.
— Jak tu u was ładnie, matulu — dodał z uśmiechem.
— Z wiosną wszędzie ładnie. A tobie, chłopcze, jak? Zdrowiej?
— Zdrowiej, chwała Bogu!
Istotnie wyglądał raźniej i swobodniej. Słońce i jemu przeszło po twarzy ciepłem tchnieniem, spędziło szary, posępny koloryt. Stał przed nią w blasku ślicznego ranka, smukły, czysto odziany i radowały się jej oczy widokiem tego zdrowia, młodości i urody.
— Chwała Bogu — powtórzyła z głębi duszy.
— Widzicie, matko, com znalazł? — rzekł wesoło. — Siedem listków na bzie. Widać spotka mnie coś bardzo dobrego.
— Oby najlepsze, chłopcze!
— Wszyscy już poszli. Spóźniłem się. Szczęść Boże, matko!
— Do zobaczyska, Pawle! A zajdź, gdy będziesz wracał.
— Nie minę chaty.
Poszedł, a ona wróciła do grządek warzywa. Rozradowała się jej dusza. Może Bóg da, że złe minie nareszcie; może się jeszcze wszystko naprawi. Snać młodzi rozeszli się o jakie głupstwo; u zakochanych o byle co kłótnia i jak przyjdzie, tak mija... Wiadomo: burza wiosenna. Tak-ci zapewne i między nimi się stało. Dziewczyna pieszczona, to chimeryczna być musi, a chłopiec prędki jak ogień. Jak się rozeszli, tak zejdą. Już on dziś inaczej patrzy, da Bóg, wszystko się naprawi, a ona doczeka się przed zgonem pociechy i spokoju, odpocznie przy nich. Chodziły po głowie mularzowej bujne myśli, szerokie plany; wstąpiła w nią otucha.
Na uliczce było cicho, tylko sikory i zięby trzepotały się po bzach. Słońce podeszło w południe i dogrzewało ogniście. Staruszka uśmiechała się do siebie samej i do swych myśli. Nagle szybkie kroki rozległy się w uliczce i dalekie krzyki. Podniosła głowę, nasłuchując.
Ktoś biegł w tę stronę.
— Matko Agnieszko! Matko Agnieszko! — rozpoznała głos zdyszany starego Feliksa.
Porwała się na nogi, poskoczyła do płotu; niepojęty strach ścisnął jej serce.
— Czego chcecie? — zawołała.
Mieszczanin dopadł Żużlowej zagrody. Zmieniony był i drżący.
— Niema waszego Pawła! — wybełkotał. — Zabiło go drzewo. Samochcąc się zgubił! Niosą go ludzie! Przygotujcie posłanie!
Ale ona nic nie słyszała, oprócz pierwszego wyrazu.
— Zabiło! Niema! O Jezu! o Jezu!
Nieprzytomna, z siłą rozpaczy rzuciła się biec naoślep przed siebie, z jękiem okropnym:
— O Jezu! o Jezu!
Była to prawda. Na noszach ludzie nieśli jej do chaty ostatniego syna, bez życia.
Leżał cały siny, martwy, z obwisłemi ramiony, z pogruchotaną piersią, bez ducha. Oczy miał zamknięte, sine powieki, usta o wyszczerzonych zębach, zalane krwią, odzież pełną plam krwawych i kurzawy. I tak go jej nieśli w dom, jego, który przed godziną żegnał ją młody, zdrowy, wesoły.
Szczęść Boże! — powiedział jej. — «Do zobaczyska!» — mówiła... I tak go zobaczyła, bez duszy.
— O Jezu! o Jezu!
Złożono go w chacie, na ławie. Przypadła mu do piersi, jak wilczyca ranna, wyła. Wołała ratunku do Boga, do ludzi, nazywała go najczulszemi wyrazami, błagała, by nie umierał, by spojrzał na nią, by ożył. Nie pamiętała, co czyni.
W chacie zgiełk panował okropny. Szymon rozpędził służbę po doktora. Wieść piorunem rozeszła się po miasteczku. Co żyło, biegło wszystko na miejsce żałoby. Marynka płakała przerażona, stara Prakseda jęczała, Justyn idjota, zawodząc okropnym krzykiem, tłukł głową o uszak z dzikiej desperacji. Znalazł się i kowal, rozczochrany, w fartuchu roboczym, wytrzeźwiony nagle. Każdy coś radził i żałował. Doktor był o milę, więc tymczasem jęli go cucić, dawać, co kto umiał.
Zlano go wodą, okadzono ziołami, lano w gardło wódkę. Szymon zgnębiony, załamawszy ręce, patrzył, na niego i stękał, jakby sam konał. Matka modliła się urywanym, strasznym głosem. On nikogo nie słyszał. Nareszcie po godzinie starań w głębinach zgniecionych piersi ozwał się głuchy ton i przeszedł w stłumiony, długi jęk, na martwą twarz wybiegł kurcz strasznego bólu. Nieszczęsny, czuł jeszcze swą mękę.
— Paweł! — zawołała matka.
Zadrżały powieki i podniosły się nieco, krwią zabiegłe źrenice spojrzały na nią.
— O Jezu! Żyje! Mój ty synku jedyny! Moje ty dziecko ostatnie! Moje ty wszystko!
Poruszyły się usta, ale nie wydały dźwięku i omdlał znowu. I mdlał tak co chwila. Cucono go jeszcze wiele wiele razy. Pod noc dostał gorączki, majaczył, nie poznawał nikogo. Przywieziono wreszcie doktora. Obejrzał go, skrzywił się, głową pokiwał i zapisał coś, nic nie mówiąc.
— Czy odratuje go pan? — spytał Szymon.
— Rybaku, garść zboża rzućcie między młyńskie kamienie i zasiejcie potem. Jeśli wam zejdzie, to i on żyć będzie.
— A długoż tej męki?
— Póki sił stanie. Młody, to będzie się ze śmiercią borykał, aż ulegnie. Tydzień może.
I wysłuchała matka Agnieszka smutnej opowieści: Na starego to Jana waliły się belki, gdy parobczak poskoczył, poderwał je własnemi ramiony i wstrzymał przez sekundę. Młynarz się usunął, ale nie zdołano oprzytomnieć, a już barki Pawłowe nie zniosły ciężaru, uchyliły się, runęło na niego całe wiązanie i oto leżał połamany, zmiażdżony bohater.
Dotrzymał słowa matce: zmazał winy, spełnił w swem życiu czyn dobry, jak jej obiecał i życie dał. Nie pójdzie już z pod strzechy rodzinnej w świat szeroki, nie porzuci jej, zostanie, zostanie.
Przychodzili ludzie odwiedzać go, przyszedł też młynarz z synem i pokłonili się do kolan staruszki.
— Darujcie nam, my winni jego krwi! My go nie znali! Przebaczcie!
— Co mam darować? — odparła ponuro. — On dobrze zrobił, on uczciwie postąpił. Idźcie do niego... niech on wam przebacza.
Chory popatrzył na starego Jana wpadłemi oczyma, bez myśli i milczał. Co go obchodził już świat i ludzie. Z niewoli szarego życia wydzierał się w daleką drogę, jak owo chłopię z bajki po złotą dolę, nieziemską, i może nawet nie żałował tego, co za sobą zostawił. W męce tej ostatniej cichy był i skupiony, wyglądając dnia odejścia, wylotu. Nie jęczał, nie skarżył się i mało do kogo się odzywał. Leżał na ławie u okienka, wzrokiem goniąc białe chmury na niebie, słuchając szczebiotu ptactwa, oddychając bzów zapachem. Czasem ręce matki brał w dłonie i całował, jakby ją za udręczenia przepraszał, czasem do Szymona się uśmiechnął lub pogładził rozczochraną głowę idjoty, ludzi obcych jakby nie widział.
I dogorywał tak długie dni i noce, osłabły, bez nadziei poprawy, bez chęci do czegokolwiek, codzień bardziej wychudły, sczerniały, wyniszczony. Codzień słabiej kołatał duch w rozbitej piersi; codzień śmierć zdobywała na własność część tej natury, tak silnej i nieugiętej i znieczulała ją swem dotkięciem. Codzień bliżej było wyzwolenie i cisza.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Pewnej nocy burza wiosenna szalała nad mieściną. Deszcz lał strumieniami, wicher wył okropnie. Bzowe krzaki u okienka Żużlowej chaty, smagane huraganem, biły gałęźmi o szyby. Zdawało się, że ktoś puka ze dworu.

W izbie przy chorym czuwała matka. Ulewa trzymała w domu znajomych. Rybacy przed nocą wrócili do zagrody.
Paweł poruszył się niespokojnie. Coś się z nim działo niedobrego, jakaś ciężkość obsiadła piersi, zabijała dech, zaczął odrzucać odzież z siebie.
— Matko! — zawołał z jękiem.
Poskoczyła natychmiast.
— Co ci, synku? Może lekarstwa? Może wody? Chcesz światła może?
— Ej, nie! Nic nie chcę. Nic nie trzeba.
Milczał chwilę, ciężko dysząc i chrapiąc. Na dworze wicher wył. «Chodż! chodź!» Gałązki pukały do szybek coraz natarczywiej. On słuchał.
Matulu! — ozwał się zcicha — Czy to dobrze było, com zrobił?
— Co, synku? — spytała, sądząc, że majaczy.
— To, co mi piersi rozgniotło.
— Oj, dobrze, zanadto dobrze — odparła z jękiem.
— To się już nie gniewacie za tamto? Darowaliście?
— Ach, Boże! Tyś mi dziecko ukochane, jedyne! Żyj tylko!
— Nie, matko, już mi nie żyć. I lepiej. Kto wie, cobym zrobił za rok, za dwa? Tak dobrze. Jakeście chcieli, taki byłem...
Znów umilkł, zmęczony, przysłuchując się odgłosom ze dwora. Niepokój ogarniał go coraz większy.
Zaczął znów mówić nieprzytomnie, ze skargą, do siebie samego.
— Ptak, jak zginie, na trawie legnie, na słońcu, a badyl, jak uschnie, to go wiatr nosi po błoniu. Człowiekowi tylko i domowemu bydlęciu dół kopią, ziemię tłoczą. Naco dół? Naco ziemia? Tam tak czarno i ciężko pod ziemią.
Pierś jego zaczęła charczeć i wzdymać się napróżno. Dusił się, członki tężały. Matka dotknęła jego czoła. Było zlane potem i zimne.
— Synku! — zawołała przerażona.
Poruszył się ostatnim wysiłkiem.
— Matulu, powiedzcie... — nie dokończył, urwał; zgnieciony dłonią śmierci, jęknął długo i przeciągle.
Puk! puk! puk! za okienkiem ponury głos huraganu. Mularzowa porwała się z klęczek, zapaliła gromnicę. Na ławie leżało tężejące ciało Pawła. Jeszcze rzężało w piersiach i ruszały się wargi, ale były to ostatnie blaski gasnącego kaganka. Jeszcze jeden jęk, parę drgnień ostatnich i — spokój.
Wicher umilkł, gałązki już nie stukały w okienko, nie było wołać kogo. Rogata dusza uwolniła się na wielką swobodę. Poszła w dalekie, nieznane szlaki.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Krzyżyk przybył na rogu cmentarza, do którego z początku codzień chodziło troje ludzi, stroiło w kwiaty i wieńce. Po kilku dniach robota zatrzymała Szymona, mularzowa poszła sama z Marynką.
I znowu, gdy po kilku dniach zaszła po nią nad jezioro, znalazła gości w zagrodzie. Dziewczyna wybiegła do niej niespokojna, zafrasowana, z ogniem w oczach. Miała bukiet w ręku.
— Zanieście mu to ode mnie. Nie mogę z domu się oddalić. Pójdę jutro.
Niewiadomo, czy poszła. Widywano potem tylko jedną starą, zgarbioną staruszkę, która pilnie usuwała chwasty i suche gałązki z trzech mogił. Potem i jej nie stało. Może ją złożyła choroba, może zatrzymała niemoc, czy śmierć.
Na grobie Pawła nie było kwiatów dziewczyny, leżał tylko wielki wianek z rozchodniku, który swemu obrońcy i przyjacielowi uwił niezgrabnie Justyn idjota. Kwiatki puściły nikłe korzonki i żyły w wilgotnym piasku bardzo długo. Potem wiatr zaniósł na mogiłę parę źdźbeł macierzanki i dzikich powojów, pokrył ją zielonym nagrobkiem. Świerszcze zaglądały tam często i w dni upalne śpiewały parobczakowi monotonną śpiewkę szerokich pól i rozłogów. Zresztą nikt nie przychodził. Cmentarzyk był jak dno jeziora z bajki starej Praksedy. Pod darnią i ciężką ziemią leżał chłopak, co doli złotej szukał po świecie. Snu mu nikt nie przerwie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.