Na Wigilję

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Na Wigilję
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


NA WIGILJĘ

Stolik z rostawionemi do walki dwiema armjami szachów, dwie czarne kawy, dwa zionące ogniem i dymem cygara, dwie łyse głowy, pochylone ku sobie — profesora Bonifacego i profesora Benedykta.
«Błogosławiony» i «dobrze czyniący», jak ich zwali biegli w łacinie gimnaziści, zasiadali tak codzień, w tej samej kawiarni, u tego samego okna, matując się, zadymiając zimą całą salę, latem salę i ulicę i wylewając żółć na świat i ludzi.
Profesor Bonifacy miał nos z brodawką, brodę tylko na szyi, scjatykę w nogach, nadmiar «kolery» we krwi i manją na punkcie historji, którą wykładał przez lat trzydzieści z okładem.
Profesor Benedykt miał twarz chudą i bladą, okulary na zmęczonych oczach, temperament nerwowy i drażliwy a cierpiał na chroniczne roztargnienie i nieobecność myślą przy wszelkim przedmiocie, który nie był matematyką lub astronomją. Matematykiem był z fachu, astronomem z zamiłowania. Kochał swe gwiazdy, choć przez nie cierpiał, a może dlatego właśnie. Kosztowały go one, kosztowały te niewdzięcznice!
— Ależ kolega dzisiaj grasz, jak Karol VII-my wojował! — zaburczał historyk, zgarniając odrazu garstkę pionów.
Astronom ocknął się z zamyślenia i spojrzał błędnie na mówiącego.
— Kolega o coś pytał? — zagadnął.
— Aha, pytałem. Na cześć której to gwiazdy kolega się zgrywa tym razem?
Uśmiech, który mają matki, gdy je kto o cnoty najmniejszego pieszczocha spyta, wykwitł na wargach astronoma.
— A prawda, zamyśliłem się o mojej faworytce.
— Aha, wiem, wiem: Bałabajce, Bełagajce.
— Betajgajce, kolego, Regulusa towarzyszka. Ale teraz inna już. Niema Orjona. Teraz Kasjopea.
— Coś kolega za często zmieniasz faworytki. Obyczajów kalifatu nabierasz. Ho, ho! Biorę wieżę!
— Ah, prawda! Nieczęsto, kolego; o Betajgajce mówiliśmy po ferjach, we wrześniu, a teraz mamy grudzień.
— Dwudziesty czwarty. Data krwawa w dziejach. Tego dnia w roku przed Chrystusem 311-ym Agatokles z Syrakuz opadł Kartaginę, Moloch pożarł 200 ofiar napróżno. 371-go roku tegoż dnia Kleombrot ze Sparty stoczył pod Leuktrami bitwę z Tebańczykami; ery zaś chrześcijańskiej 1072...
— Ile od tego czasu światów zginęło! — przerwał z westchnieniem astronom. — Ile badań dałoby niebo Grecji z owych czasów! Żeby choć porównać — dodał z zawiścią.
— Co to światów! Co tam wasze badania! — ofuknął partner. — Powiedz, ile narodów u szczytu było i w proch padło, którego teraz nawet z mikroskopem nie dojrzysz; ile prawodawstw myślało nad sprawiedliwością i umoralnieniem i uznało swą niemoc; ile idei poruszało kolejno masy i jak puch się rozwiały; ile krwi oblało ziemię dla podbojów, dla fanatyzmu, lub dla prostej igraszki wielkich! Pomyśl: pasterze, koczownicy, hordy łupieżcze, korsarze, barbarzyńcy, legjony, szlachta, mnichy, kler, magnaci, nowatorowie, ministry, wszystko przyszło, rosło, doszło potęgi, skarlało i zginęło. Na wszystko był czas i miejsce na ziemi i w historji. Oto masz pole do badań!
— Żeby kolega znał plejady, mgławice, komety, pierścienie Jowisza...
— Byłbym głupcem. Nie wiedziałbym najpierwszej rzeczy: co jest człowiek i jak cielę patrzyłbym na fakta życia, na wielki pochód ludzkości przez wieki.
— A wie kolega, ile czasu idzie promień, Marsa do nas?
— A wie kolega, za i przeciw rządów Karola Wielkiego?
— A zna kolega wpływ księżyca na ziemię?
— A rozumie kolega, co zrodziło demokrację? Księżyc, żeby nawet plasnął w sam środek Europy, nie zrobiłby połowy tej chryi, co Marja Antonina.
— Szczęśliwe narody nie mają historji.
— Rozumni ludzie nie bawią się w astronomję.
— Za pozwoleniem, kolego!... A Galileusz, Archimedes, Newton, Kopernik?
— At! Szyliby buty, żeby nie prawa, rządy, akademje, rozwój ludzkości, mądrzy królowie.
— Archimeda żołdak zabił, Galileusza...
— Mniejsza o to! Świat egzystował, gdy dowodzili, że słońce się kręci; egzystuje, gdy dowodzicie, że stoi w miejscu i egzystować będzie, gdyby nawet jaki wasz brat wymyślił, że się obracamy wkoło Kasjopei!
— A wkoło czego obraca się ludzkość, ku czemu dąży? — zapalając się, zaczął wołać profesor gwiazd. — Jak wszechświat krąży nie manowcami, lecz bitą drogą, wkoło prawdy, od której bierze ciepło i światło, a do której nie doleci...
— Za pozwoleniem! Dlaczego?
— Dlatego, że jest prawo fizyczne, ciężkości.
— Brednie! — uderzając o stół pięścią, krzyknął historyk. — Ludzkość daleko zaszła w swym pochodzie, dużo barbarzyńskiego balastu odrzuciła od siebie.
— I wiele najjaśniejszych jej gwiazd pogasło.
— Możemy je wam darować gratis do waszego katalogu! — odparł pogardliwie historyk. — A gdzież nasza partja?
— Zmiotłeś ją, kolego, ze stolika na ziemię — odrzekł spokojnie astronom.
— Nie może być! Biłem kolegę w dwóch cugach!
— Ho, ho, niestwierdzone faktem!
— Jutro dowiodę... Uf, jak tu gorąco!
— Kolega wszystko bierze tak gorąco.
Drzwi salki otworzyły się za nimi. Antagoniści, walką zmęczeni, popijali kawę i sapali.
Za plecami historyka ktoś stanął.
— Bonifacy! Ty jesteś mężem? Ty jesteś ojcem? I pytam, co z tego? — ozwał się głos dobitny.
Badacz pochodu ludzkości obrócił się żwawo na krześle. Amator niebieskich rotacyj głęboko się ukłonił i obejrzał za laską i kapeluszem.
— I ja pytam: cóż z tego? Mam ciebie, moja dobrodziko i troje bębnów, to fakt wszystkim wiadomy! — odparł buńczucznie profesor.
— No i cóż z tego? — powtórzyła pani profesorowa, osóbka mała, pulchna i o dobre ćwierć wieku młodsza od małżonka.
Astronom cichutko wysunął się z salki, cofając się jak rak.
— Do rzeczy, do rzeczy, moja pani! Co się stało, że mnie gonisz po mieście? Miałem właśnie iść do domu...
— Mąż, ojciec i chrześcijanin w dniu dzisiejszym wcale z domu nie wychodzi.
— Cóż to takiego? Wtorek i basta! Kobieto, nie baw się w delficką wyrocznię, ale mów, jak Tacyt, krótko i węzłowato. Czego chcesz?
— Pieniędzy, kiedy serca nie masz!
— Olimpjo, mam serce, mam, i wolę już je dać zamiast pieniędzy, chociaż, dalibóg, nie wiem, co to ma do wtorku i twego najścia w kawiarni?
— Ty nic nie wiesz, o niczem nie myślisz, tylko o jakichś Ptolomeuszach, Medach, Partach i t. p. mumjach. Dziś jest 24 grudnia.
— Wiem i to.
— Wigilja Bożego Narodzenia.
Profesor dłonią w czoło się uderzył.
— Era chrześcijańska! — wykrzyknął z wyrzutem o swą niedomyślność. — Ach, prawda! Ten Benedykt nawet mi tego nie podpowiedział. Kleombrot, Agatokles, wszystko pamiętałem, no, a to mi zupełnie wyszło z pamięci. Zawstydziłaś mnie, Olimpjo!
— Potrzebuję pieniędzy. Choinka niekupiona, dzieciom pamiątek nie kupiono. Trzeba Maryni neseserek, Władziowi książeczek, małemu zabawek, a ty tu siedzisz i o niczem nie myślisz!
— Tylko proszę nie dotykać mego myślenia. W starym Rzymie niewiasty wełnę przędły, bogów domowych pilnowały, służbę i niemowlęta miały w swej pieczy. O myśli mężów nie śmiały decydować.
— To nie stary Rzym, ale Warszawa i XIX wiek. Potrzebuję pieniędzy!
— Ile?
— Czterdzieści rubli.
— Kobieto! Czy wiesz, coś powiedziała? Czy się zastanowiłaś, ile ja muszę pracować i myśleć na taką sumę?
— Ja nie decyduję o myśleniu mężów. Mam służbę i niemowlęta, wedle programu. Potrzebuję dla mego gineceum pieniędzy.
Profesor pobity umilkł. Zawołał chłopca, zapłacił rachunek, potem się ubrał w palto i kapelusz, dobył pugilares, położył na stoliku trzydzieści rubli i uciekł, nie czekając podziękowania. Na ulicy, w tłumie przechodniów, odetchnął i zwolnił kroku. Był bezpieczny. Ostatecznie doroczny podatek na rocznicę ery chrześcijańskiej obszedł się mniejszą niż zwykle kwotą i to go ucieszyło.
Zato kolega Benedykt zabił mu swem ostatniem zdaniem nielada klina w głowę. Z zarzutem tym nie mógł się pogodzić. Chciał dysputować, dysputować do upadłego. Pobiłby tego gwiaździarza z kretesem. Nauczyłby go nie ciskać kalumnij na triumfalny pochód ludzkości.
— Ile jej najświetniejszych gwiazd pogasło! To też gadanie!... I nazywają go uczonym. Astronom! Nieprawda! Hipotezista, mrzonkarz!
Profesor rękami machał, laską stukał i na którymś zwrocie skręcił w stronę mieszkania kolegi.
— Dysputować, dysputować!...
Ale uszedłszy kroków sto, przecie się zreflektował. Krótki dzień zimowy miał się ku schyłkowi, obiadu historyk dotąd nie dostał, był mężem, ojcem, chrześcijaninem, trzeba wracać do domowych penatów. Wzburzony wszedł do kamienicy, na piętro, drżącą ręką otworzył drzwi swej pracowni i zamknął je hałaśliwie. Żeby nie Olimpja, rozmówiliby się z tym kasjopejczykiem, dowiedziałby się, jakich to gwiazd on żałuje, może inkwizycji, może Bastylji, może przewagi możnych magnatów, może tajnych sądów?
Profesor Bonifacy usiadł w fotelu u swego biurka i, jakby miał przed sobą antagonistę, jął dowodzić półgłosem:
— Swoboda myśli i ducha, równość wobec prawa, opieka nad słabym, bezpieczeństwo mienia i rodziny. Słuchaj! Głośny sąd, statuta strzeżone przez rządy, ład w całym świecie, równowaga, pokój! Pokaż, pokaż w twoich starych wiekach takie gwiazdy, jak teraźniejsze wojska, kampanje, marynarka. Gdzie korsarze, bandy zbójów, rabusie z herbami na tarczach, gdzie siepacze Richelieu’go, gdzie bezprawia Lankastrów? Pokaż, pokaż te twoje gwiazdy, szanowny Benedykcie! Może warjatka Joanna d’Arc, myt, brednia uklecona przez mnichów? Może drugi myt, Tell szwajcarski? Oni w to wierzą, ci gwiaździarze! No, gadaj, gadaj!
W gabinecie profesora zaczął rozpościerać swe panowanie mrok wieczoru, białawy od całunu śniegu na dworze. Naprzód osiadł kąty i wypędzał z nich światło ku środkowi pokoju, potem rozsunął się po ścianie i gnał światło ku oknu, nareszcie, jak szara pajęczyna, zasnuł całą postać profesora. Wkrótce od drzwi z cieni tych wynurzyła się ostra sylwetka astronoma Benedykta. Jak zwykle, cichy i zamyślony, przed kolegą stanął i uśmiechając się łagodnie, coś mu pokazał za plecami.
Profesor się obejrzał. Za nim nie było ściany, ani szafy z książkami, która zwykle tam stała, tylko jakaś dal srebrno-błękitna, bez końca. Profesor zdziwił się i, jak człowiek wyrwany z koła swych pojęć, obejrzał się wstecz. Ale i tutaj, zamiast biurka i kanapy, była taż sama nieskończoność srebrno-błękitna, od której go bolały oczy i chwytał zawrót. Wyciągnął rękę i szczęśliwie uchwycił się ramienia profesora Benedykta. Wówczas zauważył, że płyną. Spojrzał pod nogi. Iskrzyło się coś złotawo, niby muszla drobna wśród tego oceanu.
— Kolego, do djaska! Co my robimy?
— Płyniemy wstecz czasu.
— Ładna awantura! Ależ mnie oczy bolą!
— Weź te szkła.
— Spadniemy w przepaść!
— Spadniemy, gdy przyjdzie nasz dzień. I my światem jesteśmy.
— Ale gdzież my, u djabła, jesteśmy?
— Na Kasjopei.
— Na Boga żywego! Wyrżniemy się o drugą gwiazdę.
— A siła ciężkości?
— Przecie powiadasz, że takie karambole się trafiają!
— Temu, kto z drogi swej schodzi.
— Benedykcie, w twoje ręce się oddaję. Uczony jesteś, mędrzec. Drogi gwiazd znasz nawylot. Prowadź, mistrzu!
— Bonifacy, spuść się na mnie.
— Gdzież my zajedziemy tym pędem?
— Tam, gdzie płoną te gwiazdy, co dla ziemi pogasły.
Pod złotawą muszlą rozstępowała się przestrzeń; płynęli w wielkiej ciszy.
— Jaki tu spokój — rzekł historyk.
— A bo każdy swej drogi pilnuje, a wszyscy do jednego dążą.
— I my z nimi?
— Nie; my wychodzimy z koła.
— Na Boga, nie zaczep się o którą!
— Polegaj na mnie.
Profesor Bonifacy dostrzegł teraz, że kolega miał w ręku złote koło sternicze, a oczy wytężone na szlaczek ledwie dostrzegalny, mleczno-biały, który się wił zygzakiem wśród światów złocistych w bezustannym obrocie.
— Gdzie ziemia, kolego?
— Daleko za nami. Mijamy Uranusa.
— A długo będziemy tak płynęli?
— Jesteśmy na miejscu.
— Staniemy?
— Broń Boże! Bytem jest ruch. Gdy staniemy, stoczymy się w przepaść.
— Płyńmy, płyńmy!
— Patrz teraz!
Historyk podniósł oczy i wnet je zmrużył. Wokoło nich wirowało od świateł tęczowych i złotych, od gwiazd, od słońc, od planet. Jak pył wirowały, krzyżowały się, splatały ciała świetlane i dążyły w jedną stronę, niczem niepowstrzymane. Prąd, co je niósł, porwał i złotą muszlę podróżników, a profesor Benedykt, z jedną ręką u steru, drugą zatoczył krąg wielki i rzekł uroczyście:
— To te wszystkie, co dla ziemi pogasły.
— Nie mogę oczu otworzyć! — zajęczał historyk.
— Prawda, tyś badacz. Weź te drugie szkła i patrz.
Historyk założył szkła jakieś, jak pajęczyna cienkie, a różowe jak wschód słońca i spojrzał. Płynęli wśród archipelagu gwiazd.
— Co to? — zagadnął ciekawie historyk.
Mijała ich kula złocista, obręczą świetlaną otoczona. Na niej, jak na skale, ludzi tłum się wznosił. Dziwne! Były malutkie dzieci, młodzieńcy, niewiasty, mężowie, starcy. Jedni głowy swe w rękach trzymali i wznosili w górę; inni, bez skóry, grotami pobici, z powykręcanemi członkami, uśmiechali się rozkosznie, a nad nimi, jak pochodnia, starzec w tjarze, smołą oblany i na drzewie wzniesiony, gorzał powoli, wonny jak myrra, świetlany jak z gwiazd najpierwsza.
— To myt dla was. To twórcy wiary — rzekł profesor Benedykt, odkrywając głowę.
Gwiazda przesunęła się cicho i poszybowała wdal. I wkrótce jak iskierka tylko była widoczna i znikła. Za nią pięć mknęło, jak atomy drobnych, a gdy się zrównały z łódką wędrowców, ujrzał historyk, że w każdej niby w gnieździe rzuconem, człowiek się znajdował. Różne były ich twarze, ubrania i typy ale wyraz mieli wspólny. Na czole posępną zadumę, w oczach krwawe łzy, na ustach żałosną skargę bez słów.
— Kto są ci? — spytał.
— Konstelacja autochtonów — rzekł profesor-astronom i ręką ku gwiazdom tym rzucił znak pozdrowienia. — Nie znasz ich, pogaśli na waszem niebie przed wiekami. Lankastry ich ziemię zdeptali, Frankowie kolumny ich zburzyli, Anglo-Sasi ich wigwamy popalili, a oni tutaj ptaki bez gniazd! Już przepłynęli.
— Barbarzyńcy! — ośmielił się rzec profesor Bonifacy, ale wnet głowę zwiesił i zawstydził się bardzo.
A gwiazd pięciu już i widać nie było. I nagle, jakby dziesięć słońc weszło, tak rozgorzał szlak niebieski i łódka wbiegła między złociste plejady, od których biły blaski srebrnych zbroi i krzyżów czerwonych.
— Krucjaty! — zawołał historyk.
— Szał bezmyślny, pęd owczy, dziki fanatyzm — dodał astronom, ton jego naśladując.
— Przepyszni! — przerwał z zapałem profesor Bonifacy, wpatrzony chciwie w te postacie w żelazo zakute, z iskrami bohaterskiego zapału w oczach, rwące się naprzód, ku niewidzialnym murom Jeruzalem.
— Nie widzicie ich z za czarnych stron średnich wieków. Przypatrz się teraz i zapamiętaj, bo już takich nie wydaje dzisiaj ziemia, nie zrodzą wieki triumfu waszej ludzkości. Pogaśli dawno.
— Benedykcie, wydobędę ich znowu na światło.
— Pamiętaj!
Powolnym krokiem plejady przesunęły się koło nich.
— Co to za szkła przepyszne! Łagodzą wszelką ostrość, a uwypuklają każdy przedmiot. Czy i ty takie nosisz?
— Tutaj, w moim świecie, żadnych nie używam. Na ziemi tylko waszej zakrywam niemi oczy.
— Czy one są powiększające?
— Nie, tylko idealizujące. A teraz patrz: mgławica się zbliża. Uważaj dobrze! Drobne to ciała, poosobno atomy tylko, często ciemne, w masie dopiero wyraźne i świetlne. Patrz!
Mgławica, jak ćma motyli, otoczyła łódkę złocistą i zobaczył historyk na tych gwiazdeczkach szare, jednostajnie odziane tłumy istot ludzkich. Masy ich były. Jedni rozsadzali skały i trzebili puszcze, drudzy grona dzieci zbierali wokoło siebie, inni z księgami rozchodzili się na wsze strony.
— Mnichy! — zaburczał historyk. — Ciasnotę pojęć wyznawali, szczepili fanatyzm, burzyli królów przeciw swym osobistym wrogom, za to precz poszli.
— Zgaśli, zginęli. Pochód ludzkości ich zdeptał — odparł astronom i między tem mnóstwem iskierek jął kierować łódką, podprowadzając ją do tej lub owej gwiazdy i rękę wyciągając, pokazywał pojedyncze te światy.
I przesunęli się obok tłumu w bieli, z których każdy więźnia nędznego w ramionach unosił, jako zdobycz swą... I przesunęli się koło takich, którzy gromady trędowatych mieli w swej pieczy; i ujrzeli jeszcze innych, zaganiających, jak trzodę, narody żółte i czarne, niby owce wpółdzikie. Aż dotarli do światka, na którym tłum szary, cierpliwy i pracowity, pisał coś po wielkich czarnych księgach i wtedy profesor Benedykt się uśmiechnął.
— A tu twoi poprzednicy, historyku!
— Kompilatorzy bezładni, ze skrzywioną, fałszywą tendencją, spisujący brednie i myty. Dlatego o nich zapomniano.
— Nie plwaj na nich, bo i ty tu będziesz po wiekach. Pochód ludzkości pójdzie naprzód, a ty zostaniesz i zgaśniesz. I przyjdą tacy, co ciebie nazwą kompilatorem o fałszywym sądzie, a Napoleona i Marję Antoninę mytem średniowiecznym. Gwiazdy gasną, a ludy i sądy i zdania giną jak pył, a spuścizna po nich — śmiech i pogarda w przyszłości.
— Dlaczego? — zapytał profesor Bonifacy, mimowolnie przejęty.
— Bo ludy i zdania i sądy coraz dalej odchodzą od jednej gwiazdy, malutkiej a wielkiej, o której i ty zapomniałeś.
— A mnie co do gwiazd?
— Boś jej syn.
— Benedykcie, bredzisz!
— Bredzę, bredzę. Powtarzasz mi to zaczęsto. Cierpiałem długie lata. Dziś się porachujemy. Dziś jesteś na mojej łasce i niełasce. Uważasz... puszczam ster, a oto nadchodzi kometa z Tellem i Joanną d’Arc. Ona cię roztrzaska!
Historyk błędnem okiem powiódł wkoło. Mgławice przepłynęły, a meteor zbliżał się z szybkością błyskawicy.
— Zginiemy więc razem! — wrzasnął nieludzkim głosem.
— Nie, bratku! Pięć gwiazd ma Kasjopea, a zginie tylko twoja. Ja przeskakuję na drugą.
To mówiąc, astronom uskutecznił na wiek jego niespodziewane saltomortale i znalazł się nagle na łódce drugiej, a historyk pozostał bezradny i czuł, że ster przestał działać, srebrna toń zaczęła się pod nim uchylać. Spadał, a jednocześnie nadlatywała na niego kometa z bohaterskim Szwajcarem i natchnioną dziewicą.
— Benedykcie! — wrzasnął, tracąc równowagę.
— Dziś 24 grudnia! — odparł odległością stłumiony głos. — Chrześcijaninem jestem, a tam na tej malutkiej gwieździe mój Bóg się rodzi. Magowie już poszli, ludy, męczennicy, rycerze, narody bezdomne, mnichy, bohaterowie. Uczonych co roku mniej Go wita na ziemi. Za kolegów ja stanę; muszę śpieszyć, by mnie wszyscy nie ubiegli. Ot tam, ku gwiazdce betleemskiej moja droga.
Mimo strachu profesor Bonifacy spojrzał w kierunku głosu i ujrzał, że wszystkie te komety, plejady, mgławice szły szlakiem jednym ku gwieździe, co malutka i nikła świeciła jak słońce.
On tylko nie posuwał się, ale spadał coraz szybciej.
Zgubiony był bez ratunku.
— Jezusie dzisiaj narodzony! I ja jestem chrześcijaninem! I ja chcę Cię pochwalić! — zawołał, ręce wyciągając.
Rozległ się trzask okropny. Kometa wpadła na Kasjopeę. Profesor oczy zamknął, poczuł próżnię pod sobą — wybiła jego ostatnia godzina.
I nagle oparł się o coś.
— Bonifacy! Bonifacy!
Otworzył oczy. Żona, Marynia, Władzio i mały Bonuś otaczali jego fotel. Przez drzwi, otwarte do dalszych pokojów, bił blask od jarzącej się choinki. Pod nogami miał poczciwą warszawską podłogę, przed sobą biurko i kanapę, za plecami ukochane księgi, na oczach nie miał żadnych okularów.
Profesor porwał się oszołomiony.
— Żono! Dzieci! Widzę was jeszcze!
Dzieci na komendę matki ustawiły się rzędem.

W żłobie leży, któż pobieży
Kolędować małemu!

Zabrzmiało na trzy cieniutkie głosiki.
Profesor oprzytomniał zupełnie i zrzucając po raz pierwszy w życiu mężowską, ojcowską i historyczną powagę, zawtórował basem:

Jezusowi Chrystusowi,
Dziś nam narodzonemu!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.