Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

On tylko nie posuwał się, ale spadał coraz szybciej.
Zgubiony był bez ratunku.
— Jezusie dzisiaj narodzony! I ja jestem chrześcijaninem! I ja chcę Cię pochwalić! — zawołał, ręce wyciągając.
Rozległ się trzask okropny. Kometa wpadła na Kasjopeę. Profesor oczy zamknął, poczuł próżnię pod sobą — wybiła jego ostatnia godzina.
I nagle oparł się o coś.
— Bonifacy! Bonifacy!
Otworzył oczy. Żona, Marynia, Władzio i mały Bonuś otaczali jego fotel. Przez drzwi, otwarte do dalszych pokojów, bił blask od jarzącej się choinki. Pod nogami miał poczciwą warszawską podłogę, przed sobą biurko i kanapę, za plecami ukochane księgi, na oczach nie miał żadnych okularów.
Profesor porwał się oszołomiony.
— Żono! Dzieci! Widzę was jeszcze!
Dzieci na komendę matki ustawiły się rzędem.

W żłobie leży, któż pobieży
Kolędować małemu!

Zabrzmiało na trzy cieniutkie głosiki.
Profesor oprzytomniał zupełnie i zrzucając po raz pierwszy w życiu mężowską, ojcowską i historyczną powagę, zawtórował basem:

Jezusowi Chrystusowi,
Dziś nam narodzonemu!