Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

chodzie, dużo barbarzyńskiego balastu odrzuciła od siebie.
— I wiele najjaśniejszych jej gwiazd pogasło.
— Możemy je wam darować gratis do waszego katalogu! — odparł pogardliwie historyk. — A gdzież nasza partja?
— Zmiotłeś ją, kolego, ze stolika na ziemię — odrzekł spokojnie astronom.
— Nie może być! Biłem kolegę w dwóch cugach!
— Ho, ho, niestwierdzone faktem!
— Jutro dowiodę... Uf, jak tu gorąco!
— Kolega wszystko bierze tak gorąco.
Drzwi salki otworzyły się za nimi. Antagoniści, walką zmęczeni, popijali kawę i sapali.
Za plecami historyka ktoś stanął.
— Bonifacy! Ty jesteś mężem? Ty jesteś ojcem? I pytam, co z tego? — ozwał się głos dobitny.
Badacz pochodu ludzkości obrócił się żwawo na krześle. Amator niebieskich rotacyj głęboko się ukłonił i obejrzał za laską i kapeluszem.
— I ja pytam: cóż z tego? Mam ciebie, moja dobrodziko i troje bębnów, to fakt wszystkim wiadomy! — odparł buńczucznie profesor.
— No i cóż z tego? — powtórzyła pani profesorowa, osóbka mała, pulchna i o dobre ćwierć wieku młodsza od małżonka.
Astronom cichutko wysunął się z salki, cofając się jak rak.
— Do rzeczy, do rzeczy, moja pani! Co się stało, że mnie gonisz po mieście? Miałem właśnie iść do domu...
— Mąż, ojciec i chrześcijanin w dniu dzisiejszym wcale z domu nie wychodzi.
— Cóż to takiego? Wtorek i basta! Kobieto, nie baw się w delficką wyrocznię, ale mów, jak Tacyt, krótko i węzłowato. Czego chcesz?
— Pieniędzy, kiedy serca nie masz!