Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Olimpjo, mam serce, mam, i wolę już je dać zamiast pieniędzy, chociaż, dalibóg, nie wiem, co to ma do wtorku i twego najścia w kawiarni?
— Ty nic nie wiesz, o niczem nie myślisz, tylko o jakichś Ptolomeuszach, Medach, Partach i t. p. mumjach. Dziś jest 24 grudnia.
— Wiem i to.
— Wigilja Bożego Narodzenia.
Profesor dłonią w czoło się uderzył.
— Era chrześcijańska! — wykrzyknął z wyrzutem o swą niedomyślność. — Ach, prawda! Ten Benedykt nawet mi tego nie podpowiedział. Kleombrot, Agatokles, wszystko pamiętałem, no, a to mi zupełnie wyszło z pamięci. Zawstydziłaś mnie, Olimpjo!
— Potrzebuję pieniędzy. Choinka niekupiona, dzieciom pamiątek nie kupiono. Trzeba Maryni neseserek, Władziowi książeczek, małemu zabawek, a ty tu siedzisz i o niczem nie myślisz!
— Tylko proszę nie dotykać mego myślenia. W starym Rzymie niewiasty wełnę przędły, bogów domowych pilnowały, służbę i niemowlęta miały w swej pieczy. O myśli mężów nie śmiały decydować.
— To nie stary Rzym, ale Warszawa i XIX wiek. Potrzebuję pieniędzy!
— Ile?
— Czterdzieści rubli.
— Kobieto! Czy wiesz, coś powiedziała? Czy się zastanowiłaś, ile ja muszę pracować i myśleć na taką sumę?
— Ja nie decyduję o myśleniu mężów. Mam służbę i niemowlęta, wedle programu. Potrzebuję dla mego gineceum pieniędzy.
Profesor pobity umilkł. Zawołał chłopca, zapłacił rachunek, potem się ubrał w palto i kapelusz, dobył pugilares, położył na stoliku trzydzieści rubli i uciekł, nie czekając podziękowania. Na ulicy, w tłumie przechodniów, odetchnął i zwolnił kroku. Był