Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



ZŁOTA DOLA

Piaszczystym traktem pocztowym w zapadłej okolicy szedł pieszo samotny wędrowiec.
Przed godziną pociąg kolei żelaznej wyrzucił go na nędznej stacji, zagwizdał i popędził dalej.
Pozostały przez chwilę z żalem patrzył na biały obłoczek dymu na horyzoncie, potem westchnął, zapalił fajkę i ruszył przed siebie, nie pytając nikogo o drogę.
Żydek woźnica zaczepił go:
— Wy może do Jezierców, do miasteczka?
— A może.
— Nu, ja was zawiozę! Macie tam kogo?
— Mam w kieszeni dwa kułaki na ciebie. Nie wchodź mi w drogę!
Żyd zaciął szkapę i uciekł. Wędrowiec nie wyglądał na bezpiecznego towarzysza. Szedł, kiwając się z nogi na nogę, wsunąwszy ręce po łokcie w kieszenie łatanych, wypłowiałych spodni. Na głowie miał czapkę starą z połową daszka, na nogach resztki butów, na sobie bluzę siną, pełną dziur i plam, przepasaną kawałkiem poszarpanego rzemienia, na plecach mizerny worek płócienny.
Młody był jeszcze, wybujały wzrostem i pewno niegdyś przystojny. Młodość i urodę osnuła nędza jak pajęczyna, zakryła wiek i krasę. Twarz smagła, oczy żywe i roztropne patrzyły na świat z za tej pajęczyny jakieś zmęczone, posępne a zuchwałe. Przyrósł