Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ciężaru, uchyliły się, runęło na niego całe wiązanie i oto leżał połamany, zmiażdżony bohater.
Dotrzymał słowa matce: zmazał winy, spełnił w swem życiu czyn dobry, jak jej obiecał i życie dał. Nie pójdzie już z pod strzechy rodzinnej w świat szeroki, nie porzuci jej, zostanie, zostanie.
Przychodzili ludzie odwiedzać go, przyszedł też młynarz z synem i pokłonili się do kolan staruszki.
— Darujcie nam, my winni jego krwi! My go nie znali! Przebaczcie!
— Co mam darować? — odparła ponuro. — On dobrze zrobił, on uczciwie postąpił. Idźcie do niego... niech on wam przebacza.
Chory popatrzył na starego Jana wpadłemi oczyma, bez myśli i milczał. Co go obchodził już świat i ludzie. Z niewoli szarego życia wydzierał się w daleką drogę, jak owo chłopię z bajki po złotą dolę, nieziemską, i może nawet nie żałował tego, co za sobą zostawił. W męce tej ostatniej cichy był i skupiony, wyglądając dnia odejścia, wylotu. Nie jęczał, nie skarżył się i mało do kogo się odzywał. Leżał na ławie u okienka, wzrokiem goniąc białe chmury na niebie, słuchając szczebiotu ptactwa, oddychając bzów zapachem. Czasem ręce matki brał w dłonie i całował, jakby ją za udręczenia przepraszał, czasem do Szymona się uśmiechnął lub pogładził rozczochraoą głowę idjoty, ludzi obcych jakby nie widział.
I dogorywał tak długie dni i noce, osłabły, bez nadziei poprawy, bez chęci do czegokolwiek, codzień bardziej wychudły, sczerniały, wyniszczony. Codzień słabiej kołatał duch w rozbitej piersi; codzień śmierć zdobywała na własność część tej natury, tak silnej i nieugiętej i znieczulała ją swem dotkięciem. Codzień bliżej było wyzwolenie i cisza.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·