Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pewnej nocy burza wiosenna szalała nad mieściną. Deszcz lał strumieniami, wicher wył okropnie. Bzowe krzaki u okienka Żużlowej chaty, smagane huraganem, biły gałęźmi o szyby. Zdawało się, że ktoś puka ze dworu.
W izbie przy chorym czuwała matka. Ulewa trzymała w domu znajomych. Rybacy przed nocą wrócili do zagrody.
Paweł poruszył się niespokojnie. Coś się z nim działo niedobrego, jakaś ciężkość obsiadła piersi, zabijała dech, zaczął odrzucać odzież z siebie.
— Matko! — zawołał z jękiem.
Poskoczyła natychmiast.
— Co ci, synku? Może lekarstwa? Może wody? Chcesz światła może?
— Ej, nie! Nic nie chcę. Nic nie trzeba.
Milczał chwilę, ciężko dysząc i chrapiąc. Na dworze wicher wył. «Chodż! chodź!» Gałązki pukały do szybek coraz natarczywiej. On słuchał.
Matulu! — ozwał się zcicha — Czy to dobrze było, com zrobił?
— Co, synku? — spytała, sądząc, że majaczy.
— To, co mi piersi rozgniotło.
— Oj, dobrze, zanadto dobrze — odparła z jękiem.
— To się już nie gniewacie za tamto? Darowaliście?
— Ach, Boże! Tyś mi dziecko ukochane, jedyne! Żyj tylko!
— Nie, matko, już mi nie żyć. I lepiej. Kto wie, cobym zrobił za rok, za dwa? Tak dobrze. Jakeście chcieli, taki byłem...
Znów umilkł, zmęczony, przysłuchując się odgłosom ze dwora. Niepokój ogarniał go coraz większy.
Zaczął znów mówić nieprzytomnie, ze skargą, do siebie samego.
— Ptak, jak zginie, na trawie legnie, na słońcu,