Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i buty! W płótniance choć ognia pilnował, a teraz szukaj wiatru w polu! Kpi sobie z mrozu i z starego Szymona. Tfu, do djaska! Jak to zawsze niepotrzebny wydatek bokiem wyłazi! Marynka! Może i ta gdzie uciekła? Chodź-no na wieczerzę!

∗             ∗

— Gotowo! — odsapnął rybak pewnego wieczora, patrząc, jak Paweł zaciągał w nową sieć ostatnie pławki i sznury.
— Gotowo! — rzekł wesoło parobczak, wstając z ziemi.
— Gotowo! — powtórzył jak echo Justyn z kąta izby.
Siadywał tam od tygodnia wśród stosu patyków i różnokolorowej bibuły i lepił pod wskazówkami Pawła olbrzymią gwiazdę. Sapiąc, potniejąc, skleił wreszcie to arcydzieło i podniósł w górę, uśmiechając się głupkowato do przyjaciela.
— Zuch Justek! — pochwalił Żużel, podchodząc ku niemu. — Wstawimy do środka świeczkę, osadzimy gwiazdę na drąg wysoki, pójdziemy z nią, śpiewając, po groszaki do miasteczka. Za groszaki kupimy sobie czerwony szalik, żółty pasek i nową, wielką harmonję. Będzie bal!
— Szalik! Czerwony! — zaśmiał się idjota, podrygując niezgrabnie.
— A kolędę pamiętasz, nieboże?
— Pamiętam... oho!
Justyn, rad z okazji zaprodukowania swych zdolności, nadął się i dobył z piersi fałszywy, przeraźliwy ton, mający być melodją. Stara Prakseda ze strachu aż upuściła wrzeciono. Marynka, siedząca u komina, parsknęła śmiechem.