Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Głos miał zmieniony, ponury i dziki. W źrenice nabiegały płomienie szału.
— Nie kochasz jej?
Zawahał się sekundę. Raz pierwszy miał skłamać przed matką.
— Nie! — odparł, spuszczając nisko głowę.
— Kłamiesz! — zawołała.
— Nie, matko! Marynka Szymonowa nie dla moich oczu i serca i brać jej nie chcę. Nie żyć nam z nią pod jednym dachem. Nie żyć nam z nią pod jednem niebem nawet.
Potrząsnęła głową posępnie.
— Także i ja mówiłam Szymonowi, że rzucisz i żonę nawet, gdy cię ta choroba opęta.
Wstał gwałtownie i odstąpił aż do komina. Oczy mu błyszczały jak wilcze, nie mówił, ale wył.
— I to nie, matko! Nie rzuciłbym jej, ale zabił nazajutrz, a siebie po niej! Mnie z nią nie żyć! Niech się mnie Szymon na teścia nie napiera, bo mu krwią chatę ubroczę! Och! Jabym ją zabił, żeby nie patrzała temi oczyma na boży święty kraj, żeby nie śpiewała, żeby ją zabolało serce choć od zimnego noża, żeby ją śmierć uspokoiła... i mnie.
Matka Agnieszka oniemiała ze zgrozy. Nie poznawała syna. Nie człowiek to był, ale potępieniec! Z zabitą duszą, poszarpanem sercem, stał jak ruina i widział tę swą nędzę, bez powstania już. I wszystkie męty wnętrza i wszystkie bóle istoty, tłoczone długi czas wolą, wyrywały się na wierzch i już nie prosiły litości, ratunku, ale wyły, głodne zemsty, zniszczenia. Za własną zgubę i mękę chciały sprawiedliwości — śmierci za śmierć, bólu za ból.
Pochylony naprzód, z obłąkanym wzrokiem, błyskając zębami, pięściami tłocząc piersi, stał jak olbrzym straszny i wśród niskich ścian lepianki, w odzieży chłopa, u tego komina, wyglądał na widmo z dantejskich piekieł, na olbrzyma-mściciela.