Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

do mnie jednego się śmieją, mnie jednego kochają do mnie idą z weselem i troską. Sługą ci być, chcę.
— A co jeszcze? Będzie tego długa litanja?
— Nie, tylko jedno jeszcze! Nie patrz ty na Alchana, jeślim ci miły choć trochę... jeśli litość masz nade mną!
— Co ci Alchan przeszkadza? Wolę ciebie niż jego!
— Co on mi przeszkadza? Oj, dziewczyno, tyś widać nie kochała mocno nigdy, jeśli się pytasz. On mi jest jak chmura, co słonko tumani, jak rana ciężka, jak zmora, co się nocką człowiekowi na piersi kładzie i męczy do świtania. On mi jest srogą zgryzotą. Dziewczyno, nie patrz na niego i nie chodź tam, bo on mi gorzej śmierci!...
— Paweł! Co tobie? Czyś oszalał? Ja ci młynarzówny nie wypominam!
— Boś mnie pewna! U mnie dusza jak kamień. Co na niej wyrżniesz, na wieki zostanie. Głaz mech okryje, w ziemię wrośnie, a pisma nie zetrze i przetrwa. A ty, dziewczyno, jak ta woda twego jeziora. Kto wodę utrzyma? Kto na fali napisze? Migoce i płynie i znak żaden na niej się nie ostoi. Taka u ciebie dusza!
— Pocóż więc kochasz? Idź, szukaj sobie kamieni, rznij na nich!
— Już los mój taki: w wodzie się zakochać, do fali oszaleć! Już ja dla ciebie świata nie widzę, duszy zapomniałem! Dziewczyno, kochanie, nad życie cię umiłowałem i nie odstąpię już nigdy! Tylko ty całuj, pieść, kochaj! Ach, kochaj!
A Szymon w izbie gderał coraz głośniej:
— Bies nosi chłopca po nocach, czy co? Tak to zawsze z młodymi: ani mu zimno, ani głodno; byle wieczór, już przepadł! Ani to do wieczerzy zwołać, ani do snu! Djabli mi poradzili kupić mu kożuch