Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W pół godziny potem mularzowa na skrzyp drzwi podniosła głowę od szycia i spytała z widoczną radością:
— To ty, Pawle?
— Ja, matko.
— Robotę masz?
— Mam. Rybak mnie zgodził na parobka.
— To i chwała Bogu! Ciężka to będzie służba, ale właśnie tobie dobra. Szanuj ten chleb i starego Szymona. Człek jak złoto, choć jak krzemień wygląda. Co ty niesiesz?
— Kupiłem dla was mąki i kaszy — rzekł nieśmiało.
Nic nie odrzekła, ale spojrzała łagodniej.
— W kominie twoja wieczerza się grzeje. Spocznij. Zmokłeś. Zmień odzież. Twój worek w alkierzyku.
— Pusty; ale mi nic nie trzeba. Ciepło przy was...
Usiadł na ławce obok niej, założył zmęczone ramiona i pochylony patrzył na jej ręce pracowite, migające igłą. Pierwszy to był wieczór, który spędzał uczciwie, i pierwsza noc pod rodzinnym dachem. Gdy światło zgasło i legł na tapczanie u pieca, długo zasnąć nie mógł. Zdawało mu się, że wstępował w wąski korytarz, ciasny, duszny i bez końca. Słońce gasło, świat się zamykał we cztery kamienne ściany, ginął wszelki swobodny dźwięk i ruch. Zimny pot zgrozy i rozpaczy pokrył mu skronie. Czy on wytrzyma? Czy zniesie?

∗             ∗

Salka Aberbucha była to klitka na poddaszu jednej z karczem miasteczka. Na dole, w wielkiej a brudnej stancji, gospodarzył rudy żyd, faktor, kontrabandzista, złodziej koński, pojący łaskawych gości podejrzaną gorzałką. Tu się schodzili furmani, kupcy i ludzie, szukający zarobku. Był to kantor stręczeń,