Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nawet stara Prakseda odwróciła na chwilę oczy od kądzieli i pokiwała głową z wyrazem prośby.
— W niemieckich górach to było — zaczął Paweł powoli. — Pracowałem tam w kopalniach, głęboko pod ziemią. Straszny to kraj i dziki. Pełen przepaści, skał i czarnych świerków po rozpadlinach. Wracało nas pewnej nocy trzech z bliskiego miasteczka na robotę do kopalni i zbłądziliśmy w drodze. Szukając śladu, zaszliśmy w taki kąt, że i wyjścia już nie było. Nie pomogły wołania, nawet strzelanie z rewolwerów, potrzeba było czekać rana. Pokładliśmy się tedy pod zwaloną jodłą i twardo posnęli.
— Pewnie byliście pijani po hulance — zauważył Alchan.
— Pewnie — odparł Żużel, myśląc o czem innem. — Nie wiem, jak długo spałem, aż zbudziło mię targanie za rękę. Zerwałem się. Kolega stał nade mną, blady jak trup i szczękając zębami, coś pokazywał palcem.
— Widzisz? — szepcze.
— Widzę — odpowiadam.
Na skałach, jeszcze daleko przed nami, podniosła się taka jasność, jak od owych ogników, co jesienią goreją na trzęsawiskach a wśród tej jasności coś się ruszało ogromnego, jak żywa skała.
— Ktoś idzie — rzekę — i światło pali, pewnie węglarze. Huknę.
Niemiec za gardło mnie chwycił.
— Milcz! — powiada. — Nie waż się ruszać! Zaszliśmy w okolicę, której duchy strzegą, bo tu król gór mieszka. To on chodzi. Gdy nas ujrzy, pozabija! Milcz!
Mrowie mnie przeszło i zamilkłem, patrząc w tę stronę.
— Widzisz? — pyta znowu towarzysz. — Widzisz go?
Widziałem. Z jasności wystąpiło straszydło niby