Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ramieniu tęsknych pieśni, lub bajek cudnych, płynących z dna tej duszy marzycielskiej a ognistej.
A za ścianą Szymon sprzeczał się z kupcami, obliczał majstrów, wzywał Pawła do pomocy.
— Niema Pawła, poszedł na jezioro — odpowiadano, albo: — Niema Pawła, poszedł do matki.
Wicher wył wokoło chaty i z za ściany nie dochodził do uszu rybaka stłumiony szept jego ulubieńca.
— Kochanie moje cudne, ptaszku mój złoty! Po skarby pójdę dla ciebie i po czarowne ziele, tylko ty kochaj choć trochę; a jak zechcesz rzucić, to zabij lepiej. Co każesz, zrobię, bom twój do śmierci, po kres żywota. Już mi bez ciebie nie żyć, już mi bez ciebie chleb gorzki i woda słona i słońce zimne, już mi bez ciebie na ziemi ni szczęścia, ni wesela. Oszalałem dla ciebie. Dziewczyno ty jedyna, kochaj, kochaj!
— A zrobisz mi korale z płomyków, ty? — pytała żartobliwie, wnurzając mu ręce w kędzierzawe włosy i zalotnie mrużąc oczy.
— Ino naucz, a zrobię!
— A przyniesiesz mi kwiat paproci w noc świętojańską?
— Jeśli jest na świecie, to przyniosę.
— A pójdziesz dla mnie po tę czarę na dno jeziora?
— Pójdę, jedyna, choćby na dno piekieł, kiedy każesz.
Boże, Boże! Coby to rzekł Szymon na te bzdurstwa!
I znowu po chwili spytał zcicha głos Żużla:
— A ty, Marynko, co mi dasz za to?
— A cobyś chciał? Pewnie tysiąc za jedno, bo ty strasznie chciwy na zapłatę.
— Ej, nie! Trzech rzeczy tylko chcę: Dasz mi swe oczy, usta i serce na własność, na skarb. Niech