Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Och! Jabym ją zabił, zabił! — powtarzał coraz ciszej, rozkoszując się tą myślą, obrazem tej śmierci.
Mularzowa poskoczyła do niego.
— Paweł! — krzyknęła wielkim głosem. — Co tobie? Opamiętaj się! Na kolana mi zaraz i pacierz mów, ty bluźnierco! Oszalałeś! Co tobie?
Oprzytomniał. Siły go opuściły. Posadziła go na ławie u komina, otarła skronie z potu, dała pić. Robił, co chciała, zmęczony i osłabły, może się wstydził wybuchu. I ona poczuła, że nie czas było karcić i upominać, ani dotykać ran rozjątrzonych, ani pytać nawet o pewne rzeczy. Czarna troska znowu objęła jej duszę, westchnęła ciężko, pytając w duchu wielkiego Boga, kiedy ich karać przestanie. Uspokoiwszy go trochę, wróciła do stołu i wzięła się do szycia przy świetle lampki. Płomyk się chwiał w przeciągu nieszczelnych okienek; perkal szeleściał w rękach mularzowej; zapanował pozorny spokój.
W kącie parobczak siedział zgarbiony, zakrył twarz dłońmi i dyszał, nie wiedząc, jak przerwać to ciężkie milczenie. Dopomogła mu.
— Nie wiesz, Pawle, czy już zbierają podatek na nową szkołę? Coś mi o tem gadał Feliks.
— Już zebrali. Zapłaciłem za nasz dział trzy ruble. Stare domostwo Jan kupił na jakieś reperacje do młyna. Mamy je gromadnie rozbierać za tydzień, czy dwa.
— To wrócisz do Szymona?
— Wrócę, tylko wam chatę oblepię trochę i ogród zaorzę i płot nowy postawię. Rybak mi wypłacił za pół roku zasługi, woły nająłem u Feliksa. Tydzień przy was zabawię, trochę na przyzbie w słonku posiedzę, może moc wróci. Potem pójdę tam.
— To dobrze, chłopcze.
Pomyślała chwilę i spytała nieśmiało:
— A jak Szymon spyta o tamto?