Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc coś gadał? Pocoś kłamał?
— Myślałem, że dobrze zrobię, gdy zmilczę. Myślałem, że radzi będziecie, iż krzywdy poszukiwać nie będę.
— I łgałeś! Poco? Trzeba było rzec: Tak i tak się stało. Jan chciał mnie zabić, ale mu daruję, bo on praw, zawiniłem przed nim.
Rzucił się gwałtownie. Dzikim żarem nabiegły mu oczy i policzki.
— A wiecie, matko, coby ludzie rzekli, gdyby to posłyszeli? Powiedzieliby, że się boję Jana! Ja nie chcę, by kto śmiał powiedzieć: Żużel tchórz! A młynarz triumfowałby z rudym.
— Boś i tchórz i nędzny i podły w dodatku! Upokorzyć się nie chcesz i uledz i prawdę wyznać, byle pustą sławę junaka zachować! Taka twoja poprawa. Rogi ci wyłażą przy lada sposobności, a za winę pokutować to ci wstyd, obraza! Do oczu skaczesz, gdy ci prawdę przypomnieć! I ty niby potrafisz zrobić co dobrego w życiu? Oj, nie!
Spuścił spłonione czoło i długo się pasował. Gdy podniósł głowę, blady już był, spokojny i zgnębiony.
— Darujcie, matko, i nie łajcie! Możem ja niezły, tylko głupi, więc uczcie, a słuchać będę jak stróża anioła. Darujcie! Pójdę i powiem, jakeście przykazali, prawdę całą, ścierpię drwiny miasteczka. Bóg świadkiem, żem wam rad nieba przychylić, dogodzić, tylko nie umiem, nie potrafię! Do wrót Nowy Rok kołace, może mi Bóg da w nim zrobić co dobrego, zmazać tamto. Och, matko! Co ja winien, żem głupi taki, co ja winien? Darujcie! Przyjdzie może dzień, gdy wam obietnicy dotrzymam, chwałę zrobię, ucieszę was! Daj Boże, rychło!
Na świat przychodził Rok Nowy i zakarbował sobie to życzenie gorące parobczaka i niósł mu w podarku tę chwilę — niedaleką.

∗             ∗