Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chwilę stali tak, spleceni uściskiem. Nagle ona mu się wyrwała z rąk i uciekła, zatrzaskując za sobą drzwi izby. Pozostał sam oszołomiony, drżący, wsłuchując się w pieśń cudną, która grała mu w duszy.
Między swą tęsknicę okrutną i wolę słabą rzucił ostatnią zaporę — miłość!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

I wzięło mu to kochanie całe serce i duszę, wszystkie uczucia i krew. Owładnięty niem, jak czarem, snuł się napół tylko przytomny, robotę jak senny zbywał, nie słyszał prawie i nie widział, co się wkoło niego działo.
I znikły mu z myśli plany ucieczki i bunty i nuda; do tej obmierzłej powszedniości, pracy, nędznej mieściny przykuła go równie wielka moc, jak ta, która go w świat gnała, męczyło życie całe. Dalekie światy, nowe wrażenia, zmienne widoki, fantazję nieuchwytną a uroczą, wszystko miał w oczach Marynki, w tem jej drażniącem, dziwacznem kochaniu.
O, umiała ona kochać, umiała trzymać człowieka!
Sto razy na dzień to wesoła, to smutna, to serdeczna, to zimna jak lód, słodka, to drapieżna, była niepojęta, nieuchwytna, ruchliwa jak toń wodna. Szalał za nią z dnia na dzień więcej, porwany w jakiś wir wrażeń, uczuć, drażniących półsłówek, podniecany chłodem, który po chwili roztapiał się w płomienne pocałunki, w namiętne uściski. A czas sprzyjał kochankom. Bliskie święta i połów zagarnęły całą myśl Szymona, do alkierzyka Marynki nikt nie zaglądał o zmroku, nikt ich nie płoszył. W izbie zbierali się kupcy, sąsiedzi, rzemieślnicy, napełniając gwarem chatę; a za ścianą porobczak siedział u nóg dziewczyny, rozkochany, oszalały.
Czasem drażnili się całemi godzinami, czasem gwarzyli zcicha, albo ona słuchała z głową na jego