Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Śnieg sypał wielkiemi piatami, gdy wjeżdżał we wrota, a na podwórzu u studni stała Marynka, frasobliwie zaglądając do wnętrza. Zostawił sanie pod szopą i zbliżył się do niej.
— Dobry wieczór! — pozdrowił.
— Oj, nie dobry! — odparła markotnie. — Nowiutkie wiadro wsunęło mi się do wody. Dostanę od tatusia, dostanę!
— A co mi dacie za wydostanie?
— A co chcecie? — zagadnęła, błyskając ząbkami.
— Dacie trzy... grosze?
— Dam dwa!
— Bez trzech nie pójdę. Sprowadźcie sobie Alchana.
— Co z was za cygan! A jakbym poprosiła za darmo?
— Tobym nie poszedł. A co z was za sknera!
Stali tuż obok siebie, oboje podnieceni, niepomni na noc i na szarugę. Oczyma dopowiadali myśli.
— Idźcie po wiadro. Może tam na dnie znajdziecie ową czarę z bajki Praksedy.
— A dacie mi z niej pić? — spytał szeptem gorącym.
Zmarszczyła brwi i poruszyła się niecierpliwie.
— Idźcie po wiadro... dam trzy grosze... bez dwóch.
Bez namysłu począł się spuszczać w głąb studni czepiając się, jak kot, śliskich brzegów. Niktby inny tego nie dokazał. Trzeba było szalonego.
Wiadro odzyskane, pełne po brzegi, stało na ziemi, ale oni się do chaty nie kwapili. Stali, szepcąc, jak płachtą otuleni czarną nocą i zawieją.
— Oddajcie zapłatę! — nalegał parobczak zadyszany.
— Jutro — zaśmiała się zalotnie.
— Niech będzie jutro, albo i nigdy, bo ja w ta-