Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Setny chłopiec! — mruczał Szymon w przechodzie. — Daj mi, Boże, więcej takich nicponiów. Wykopałem sobie perłę.
A parobcy, snujący się koło obory, ruszali ramionami.
— Głupi! — mówili do siebie. — Dobrego słowa gospodarz mu nie da. Naco się zarzynać taką pracą?
A stara Prakseda widziała go przez okienko kuchni i wzdychała. Lubiła Pawła, który jej chętnie drwa rąbał, wodę nosił, a na strawę nigdy nie narzekał.
— Biedaczysko, nieboże! Gorzej sieroty, robaka! A takie to cierpliwe i dobre! Mróz mu duszę wyjmie, a on jeszcze śpiewać nie przestanie...
Idjota Justyn siedział za stołem nad miską, zapuchły od płaczu, topiąc łzy w kaszy, lub rozmazując je po twarzy brudnemi pięściami. Dziś rano za ospalstwo i nieposłuszeństwo Szymon go zbił okrutnie. Parobcy się śmiali, patrząc na to; a chłopak wył i jęczał w silnej dłoni rybaka. Szczęściem dla niego nadbiegł Paweł z podwórza i wyprosił biedaka od starego. Obiecał, że za niego zrobi, co trzeba. Prakseda dała mu na pociechę jagły i siedział, lamentując.
Na głos kucharki podniósł zapłakane oczy i wyjrzał oknem. Chwilę coś medytował, żując łzy i jedzenie; jakaś myśl świtała w pudle, okrytem kołtunami, bo nagle przestał obracać szczękami, odsunął miskę, wypełznął z za stołu i pokulał w kąt, do starego kuferka, gdzie złożone były wszystkie jego ruchomości. Przykucnął nad nim i począł przewracać graty, coś mrucząc. Nikt na niego nie patrzył. Nareszcie wstał i ruszył ku drzwiom. Łzy mu oschły; głupowato uśmiechnięty cisnął pod pachą obdarty kożuszek, który mu Szymon darował za rok służby.
Na brzęk klamki Prakseda się obejrzała.
— Gdzie ty idziesz, Justek, z kożuchem? — spytała.