Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wała mu odzież na zmianę, ugotowała na wieczerzę to, co lubił, i o zmroku wzięła się do szycia przy lampce, nasłuchując kroków z uliczki. Późno już było, gdy pies powitał znajomego radosnem skomleniem. Staruszka poświeciła w sień.
— To ty, Pawle?
— Ja, matko!
Spojrzała na niego i cofnęła się jak przed widmem.
Strasznie był wychudły, zgarbiony. Twarz mu sczerniała, policzki wpadły, rysując ścięgna i kości szczęk. Usta spaliła gorączka, skrzywił grymas rozpaczy, w oczach palił się złowieszczy ogień.
— Co ci, chłopcze? — zawołała przerażona.
— Nic, matko — odparł, próbując się uśmiechnąć.
— Kłamiesz, choryś!
— Nie, matko. Zmordowałem się ostatniemi czasy robotą.
— I to nieprawda! Szymon mówił, żeś w pracy ustał, że robisz jak za napaść, aby zbyć.
Parobczak zatrząsł się gwałtownie.
— Ja? Ja źle służę? Jeszcze źle! Cały dzień, czy noc, ja przy robocie, na nogach. Wszystkie poty ze mnie zeszły i wszystka siła. Jak ten pies mu służę i nawet strawy nie tykam, bo mi do gardła nic nie idzie. A on jeszcze nierad! To już snać moja dola: nigdy nikomu nie dogodzić.
— Strawy nie tykasz? Toś chory. Poco się zapierać? Co cię boli?
— Czy ja wiem, matulu. Może i chory. Jakaś niemoc mnie opadła. Wszystko boli, niczego nie chcę, tylko by spocząć trochę! Ciężka służba u rybaka. Zdrowie mi zjadła, siły wzięła, a on nierad. Boże mój!
Usiadł u stołu, ale wieczerzy nie tknął i podparłszy głowę rękoma, dumał, zapatrzony w płomyk lampki.