Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Popłynę z tobą, wędrowny ptaku,
Popłynę z tobą.
W daleką drogę po sinym szlaku,
Zabierz mnie z sobą!

Żórawie zakrakały przeciągle, jakby odpowiadając mu. Zwiesił głowę. Obok niego wóz się wlókł żółwim krokiem, parobcy Szymona gadali o pracy i bydle, ptaki mknęły na horyzoncie, on był na ziemi. W tej chwili las się skończył, wjechali na płaszczyznę, pogarbioną gdzie niegdzie piaszczystemi wzgórzami.
— Ot i miasteczko! — ozwał się chłop. — Światełka migocą. Na lewo... widzicie... świeci się w zagrodzie.
Spojrzał Paweł i widział, ale nie światło. Widział parę zalotnych, zmrużonych oczu i słyszał przekorny, dźwięczny głos, pytający go:
— Cóżeś robił, ladaco, tyle dni?
— Kochanie moje, tęskniłem po tobie — szeptał, a serce mu skakało niesfornie.
Poprawił czapki, wyprostował się i zaśpiewał innym już głosem:

A jak nie zginę w dalekiej drodze,
A jak nie zginę,
Wrócę z wiosenką ku mej niebodze,
Morzem przypłynę!

Tydzień był nieobecny, na jarmarku, dla sprawunków Szymona. Wśród różnych ludzi, ruchu, wrzawy, ją jedną miał w pamięci i w sercu. Nie zahulał, nie podochocił sobie, ale grosz trzymał ciężko zdobyty, i gdy co zobaczył ładnego, kupował, myśląc: — Zrobię jej uciechę! — I wiózł upakowane skrzętnie razem z pieniędzmi gospodarza.
Im bliżej miasteczka, tem większa napadała go niecierpliwość, w jej oczy popatrzeć, głos posłyszeć. Drżąc cały, wpatrzył się w to słabe światełko i nie-