Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Umilkła Prakseda, ciężko westchnęła i przędła dalej. Kochankowie siedzieli zadumani, Alchan drzemał zapewne, Justyn wodził bezmyślnem okiem za wrzecionem starej. W głębi w zmroku odcinała się ostro sylwetka zasłuchanego Pawła. Była cisza, ale on ciągle jeszcze coś słyszał i pod tem wrażeniem mieniła się jego mizerna, wiatrami spalona twarz, a oczy utkwiły w jednym punkcie ściany i widziały coś sobie tylko dostrzeżonego, co je napełniało dziwnemi smugami to światła, to cieni. Śnił coś na jawie. Kowal pierwszy się ocknął i wstał opieszale.
— Koniec bajki! — rzekł. — Chwała Bogu, bo tęgo głupia! Lepiej ty przędziesz, stara, niż gadasz. Ani słowa nie zrozumiałem z tej całej awantury...
— Boście spali — mruknęła przez zęby Marynka.
— A może, bo już i późno. Trzeba do domu ruszać. Dobranoc, moja miła!
Chciał jął objąć i pocałować, ale się usunęła z gniewnym błyskiem oczu. Zaśmiał się.
— Drapiesz dzisiaj, kotko? No, nic... Wycałuję jutro i za ten raz! Dobranoc!... Chodźmy razem, Pawle.
— Gospodarz polecił nie odchodzić. Dobranoc, Hipolicie.
— Bodaj was roztrzęsło! Siedźcie sobie i gnijcie!
Nacisnął czapkę na tył głowy, ręce schował w kieszenie, kolanem otworzył drzwi i wyszedł, pogwizdując.
Kury już piały, więc i stara Prakseda zatknęła wrzeciono w kądziel, usunęła ją na bok i odeszła na spoczynek do czeladnej. W izbie zostało dwoje młodych i Justyn, drzemiący na ziemi. Niezmordowany Paweł wziął się znowu do sieci, a od komina nieufnie, badająco patrzyły na niego czarne jak piekło źrenice. Po chwili poczuł ten wzrok od niepokoju, który go ogarnął i podniósł oczy. Spotkali się spojrzeniem.
— Pawle! — szepnęła więcej ruchem ust niż dźwiękiem.
— Czego chcecie? — odparł zcicha.