Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czybyście radzi byli, gdyby po was szła ta narzeczona z mogiłek?
— Nie mam narzeczonej ani w grobie, ani na świecie. Nie przyniesie mi śmierci w podarku — odparł z żalem.
— A gdyby żywa przyniosła paproć i chciała kochania? — pytała dalej równie cicho i niewyraźnie, tylko oczy dopowiadały wiele, wszystko. — Chodźcie bliżej! — szepnęła głosem, który upajał i durzył.
Jak nieprzytomny postąpił krok naprzód. Sam nie wiedział w tej chwili, co czyni, gdy na szczęście ruch zbudził Justyna. Porwał się też na nogi, widząc Pawła stojącego i skubiąc go za rękaw, wybełkotał:
— Paweł, czy pójdziesz z siekierą na płonki?
To otrzeźwiło Żużla z wrażenia bajek, duchów i oczu Marynki. Pochwycił siekierę i czapkę gwałtownie, z gorączkowym pośpiechem i już nie patrzył w stronę komina.
— Chodźmy, nieboże! — zawołał żywo. — Skoczno, zbudź do kompanji Łukasza parobka. Noc złodziejska, czarna. Zda się zapaśna para oczu. Dobranoc wam!
Skłonił się Marynce i za chwilę było zupełnie pusto w izbie. Marynka dla zabawki, czy rozdrażnienia, zaczęła szarpać białemi ząbkami haftowane brzegi fartucha. Migotały jej, jak siarka, czarne oczy. Była zła okropnie, dotknięta głęboko. Postanowiła go sobie zdobyć.

∗             ∗

Szymon znalazł Żużla na stanowisku, gospodarkę w porządku, Marynkę w domu, choć umyślnie przyjechał o dzień pierwej, niż obiecał. Z radości powrotu i ładu w zagrodzie dostał paroksyzmu szczodrobliwości. Córce ofiarował jedwabną chusteczkę, służbie po