Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Na grobie Pawła nie było kwiatów dziewczyny, leżał tylko wielki wianek z rozchodniku, który swemu obrońcy i przyjacielowi uwił niezgrabnie Justyn idjota. Kwiatki puściły nikłe korzonki i żyły w wilgotnym piasku bardzo długo. Potem wiatr zaniósł na mogiłę parę źdźbeł macierzanki i dzikich powojów, pokrył ją zielonym nagrobkiem. Świerszcze zaglądały tam często i w dni upalne śpiewały parobczakowi monotonną śpiewkę szerokich pól i rozłogów. Zresztą nikt nie przychodził. Cmentarzyk był jak dno jeziora z bajki starej Praksedy. Pod darnią i ciężką ziemią leżał chłopak, co doli złotej szukał po świecie. Snu mu nikt nie przerwie.