Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłopak to był blady i wątły, niedawno wrócił z wojska, miał jeszcze na głowie czapkę żołnierską i opowiadał, trochę już pijany, wspomnienia służby.
Paweł jego tylko słuchał. Reszta napełniała salkę wrzawą różnorodną, śpiewami i śmiechem.
— Daleko ty był? — pytał Żużel ciekawie.
— Oj, daleko! Na Kaukazie.
— A ładnie tam?
— Oj, ładnie! Sady kwitną, kiedy u nas jeszcze śnieg leży. Góry takie, że i nieba czasem nie widzisz; a po górach winnice, jaskinie, zwaliska.
— Widziałem ja góry, ale nie tam! Żeby tam pójść!
— Daleko, strasznie daleko!
— To i co? Jak niebo nad głową, a ziemia pod stopami, to wszędzie dojdziesz. Hej, hej! Nie tyle ja schodził! I czego już nie widziałem! Na świecie dobrze iść i iść! Coraz coś nowego zobaczysz.
— Widział ja i na Kaukazie cuda. Raz stali w miasteczku, a opodal skała, okrutna, czarna, a na skale jakieś ruiny. Kto tam co budował, ani jak, nie wiadomo, bo skała jak ściana stroma i chyba kot a sokółby tam się mógł dostać. Mówili nam ludzie, że na tej górze w ruinach mieszka czarownica Murfa, z obłoków płótno tcze, a gwiazdami świeci w komorze. Pewno łgali...
— A żaden z was nie poszedł zobaczyć, co w ruinach?
— Lękali się. Ktoby się dostał zresztą po takiej skale?
— Jabym się wdrapał! Płótnabym tego wziął, bo to musi być cudne, a i gwiazd ze dwie czarownicy zabrałbym z komina. Oj, nie było tam mnie!
— Oho, akurat! Dostałbyś od wiedźmy prząśnicą po łbie i koniec.
— Jakbym dostał, to i oddał jej we dwoje. Nie