Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— A to poprosiłem kuma Jakóba, rymarza, dla ochoty. Dobranoc, kumie, dobranoc!
— Dobranoc! — zamruczał Paweł, odchodząc.
Słyszał jeszcze powolny, łagodny głos Helenki:
— Co cię tak wódką czuć, Hipek?
— To tak z wiatru, niebożę, z wiatru — uspakajał dowcipny małżonek, wchodząc do wnętrza domostwa.
Żużel zaśmiał się ubawiony i ruszył też zpowrotem. Wicher wył przeraźliwy, mroźny i do wtóru z nim wyło jezioro, borykając się z siłą zimy, która nadchodziła, niosąc pęta i okowy z lodu. Czuć było w tym fantastycznym żywiole wstręt do niewoli, bunt i walkę; czasem jęk wydobywał się z dna toni i ogarniał drżeniem powierzchnię. Pomimo mrozu Paweł stanął nad brzegiem i długo przyglądał się w milczeniu wzburzonym falom.
— Oj, darmo się miotasz, darmo! — zamruczał wreszcie, głową kiwając. — Spęta cię ta moc i okuje i w niewolę cię podadzą! Będą cię ludzie deptali, ty sina wodo, i milczeć i cierpieć będziesz. Jako i mnie okuli... Oto milczę... Ale wiem, dlaczego jęczysz i jako cię boli. A z wiosną zaszumisz znowu. A ja czy się wyzwolę? Mnie już koniec!...
W rybackiej chacie spali wszyscy; więc, by nie trwożyć nikogo, wsunął się na nocleg do stajenki, gdzie chrupały siano konie i krowy Szymona. Zmęczony, znękany, wsunął się pod żłób sędziwego kasztanka i starał się zasnąć.
Ale za ścianą huczało jezioro i budziło go co chwila, a potem zdało mu się, że jest na Kaukazie pod ową skałą, jak ściana stromą, i drapać się na nią zamierza. Wdzierał się mozolnie, krwawiąc ręce i kolana, zwieszony nad przepaścią, żądny owego płótna z obłoków i gwiazd. Nareszcie uchwycił się palcami, jak szponami, krawędzi skały i chciał się właśnie dźwignąć na nią i spocząć, gdy wtem coś mu zaczer-