Polowanie na reny (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Polowanie na reny
Data wydania 1938
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ“
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WACŁAW SIEROSZEWSKI
POLOWANIE NA RENY
(Polowania na jarząbki, wieloryby i reny)
WARSZAWA1938

TOWARZYSTWO WYDAWNICZE „RÓJ“



DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA








POLOWANIE NA JARZĄBKI



Przez kilka dni Krasuski chodził jak struty. Przelot jesienny ptactwa skończył się, a wraz z nim urwały się roboty w warsztacie. Bezczynność zwiększyła tęsknotę. Nie mógł czytać książek, gdyż lada napomknienia o ojczyźnie, o życiu innym, budziły w nim ból, palący do szaleństwa. Na szczęście przyszedł Jan, zajrzał przede wszystkim do jurty Aleksandrowa i zaraz wpadł z góry na skwaszonych i markotnych przyjaciół:
— Co się stało! Nosy pospuszczaliście!... Siedzicie na smutku, jak kura na jajach... Przychodźcie do mnie... Taka u mnie tam piękność... Całe góry w koralach, w złocie... Jagód moc. Położysz się, to, nie ruszając się z miejsca, syt wstaniesz. Na gałęziach jarząbki, jak indory, a cietrzewie, jak konie... Wypijcie po „riumieczce“ i chodźcie! — Stuknął w tabakierkę i wyciągnął ją do nich.
Nihorski, który się w czytaniu zagłębił, głowę na krótko od książki uniósł, Aleksandrow mruknął coś niewyraźnie, ale skusić dał się jedynie Krasuski.
— Może jeszcze kto? Może Pietrow, albo Samuel?!
— Nie, nie proś nikogo, panie Janie!
Pan Jan po stracie miejsca w szpitalu przeniósł się nad rzekę. Tam w miejscowości Burunuk, o milę od miasteczka, dał mu jeden z krewnych żony starą jurtę na mieszkanie. Tuż za jurtą wznosiła się wysoko stroma góra, do połowy porosła modrzewiowym lasem i gęstym brzeźniakiem. Przed jurtą rozścielała się obszerna łąka, którą, podobnie jak u przewozu, oddzielało od rzeki pasmo lasu i nieprzebyte smugi splątanej łoziny. Na łące w różnych miejscach błyszczały tafle zamarzłej wody i lśniły się mokradła. Duże, długie, jak łacha rzeczna, jezioro wiło się wzdłuż gór tuż u ich podstaw. Gdy nazajutrz myśliwcy wyszli z jurty o świcie, Krasuski nie mógł wstrzymać wesołego okrzyku:
— Dzień będzie, panie Janie, jak złoto!
Powódź płytkiej białej mgły zalewała łąkę. Drzewa, krzewy, stogi wystrzelały zeń, niby ciemne wyspy, a w dali pas lasu czerniał, niby brzeg. Nad mgłą wisiały przejrzyste obszary zimnego, wysrebrzonego brzaskiem powietrza, zamknięte szafirową kopułą nieba z kruszynkami pobladłych gwiazd. Wschód zwolna rozpalał się szkarłatną zorzą o złocistym podbiciu. Ale blask jego jeszcze mało gdzie przeniknął. Na górach, po wądołach i jarach tuliły się szare resztki nocy, przedmioty nie rzucały jeszcze cienia, i okolica leżała bez dźwięku i ruchu, niby istota budząca się ze snu, która już oczy szeroko otwarła, ale której nie opuściły senne marzenia.
Dróżką suchą i podmarzłą wyszli myśliwcy na jezioro i pobiegli, śliżgając się, po przejrzystym zielonawym lodzie. Spod nóg im przeglądały długie zwoje wodorośli. Broń i cały rynsztunek myśliwców, dobrze dopasowane do ciał, nie ruszały się, nie brzęczały, więc posuwali się cicho, jak widma. Czasem w ciemnej głębi pod nimi zapalił się cały snop iskier chyżo uchodzącego stada spłoszonych rybek; niekiedy tuż pod nogami spostrzegali potworne głowy wodnych olbrzymów: kamienne czoła, rozdziawione pyski, tarcze oskrzeli, ruszające się w miarowym oddechu, i okrągłe bursztynowe oczy, utkwione w nich z niezmiernym zdziwieniem. Pan Jan groził im pięścią, a one leniwo ruszały czerwonymi płetwami, obracały się doń ogonem i nikły w lesie wodnych porostów. Długo po tym lilie i rzęsy, potrącone przez nie, drżały niespokojnym, wężowym ruchem.
Myśliwcy skierowali się ku górom, na których zwolna wyświetlały się lasy, gaje, oddzielne drzewa, urwiska i złomy.
— Wiem tu jeden wąwóz, gdzie jarząbki zawsze się trzymają. Pędzimy je spoczątku w górę, a później w dół. Całe wystrzelamy stadko, jeżeli pójdzie dobrze... A tylko: cur! nie chybiać — pouczał Krasuskiego Jan.
Gęste, sękate krzewy górskiej łozy wypełniały dno wąwozu a spadziste boki porastał wysoki modrzewiowy las. U gardzieli wąwozu rozeszli się. Jan poszedł lewym bokiem roztoki, Krasuski pozostał na prawym i zaczął poważnie przeglądać zarośla. Słońce złociło konary rosnących na szczycie drzew, ale wgłębienie padołu, strome zbocza obrzucały gęstwinę popielatym cieniem. Zmieszana z nim sieć szarej łoziny tworzyła dymkę, w której nawet wprawne oko Krasuskiego błądziło w rozpaczliwej niepewności. Już myślał, że niczego nie ma w gąszczu, gdy na sygnałowy do pochodu świst Jana, jeden z sęków dziwnie ruszył głową. Krasuski zamarł w bezruchu i utkwił wzrok w to miejsce. Na gałęzi siedział jarząbek i patrzył nań rubinowym okiem. Ale strzał był nadzwyczaj trudny, gdyż ptaka ledwie, że widać było w małym okienku kapryśnej splątanej wikliny. Myśliwiec pochylił znacznie głowę, by rozejrzeć się, czy nie można podejść z innej strony, gdy nagle tuż przed nim pobiegł drugi ptak po zwisającej nad ścieżką gałęzi i z wyciągniętą szyjką zatrzymał się na jej końcu. Jednocześnie dostrzegł trzeciego, czwartego, całe ich stadko, jak wstały i wyciągnęły główki. Niepodobna było zwlekać dłużej ani chwili: szybko zmierzył się i strzelił. Trafiony jarząbek wyleciał do góry i spadł, jak kamień, w zarośla; reszta odleciała furcząc i błyskając jasnym podbiciem skrzydeł. Nim nabił broń i dostał zabitego w gąszczu, strzelił Jan i znowu furknęło, zabielało w krzewach, już wyżej nad ich głowami. Krasuski, nie spuszczając oczu z miejsca, gdzie zapadło stado, przedzierał się ostrożnie bokiem, a z drugiej strony równolegle szedł Jan; starali się strzelać razem, dając sobie znać, gdzie są, stłumionym gwizdaniem. Nie dochodząc do głowicy wąwozu, Jan krzyknął Kraususkiemu, aby wdarł się na zbocze i obszedł górą stado. Zeszli się na przełęczy. Pan Jan był ogromnie zadowolony, dziesiątek ptaków wisiał mu u pasa.
— A co? Zuchy jesteśmy! Zato sobie wypijem „riumeczkę“? A co to pan zwierzynę psuje? Czy to się godzi? Widziałem jakeś pan podbił jednego, a on poleciał. Pudłować, tak pudłować, a bić, tak bić! A to on teraz opowie towarzyszom i wyprowadzi ich z wąwozu... Ani chybił, wyprowadzi!... Pan się śmieje!... Niech pan się śmieje, bo tak!... A z powrotem trzeba będzie iść bardzo ostrożnie i nie dalej, jak do połowy wąwozu... Te ranione to są płochliwe, o ile nie zdechną. Obchodząc, trzeba wedrzeć się wysoko, bo gdy na dół lecą jarząbki, to lecą dalej. Jeśli nam trzy razy strzelić dadzą to dobrze... A kiedy skończymy i z nimi, to się napijemy herbaty tu, na tym samym siodle... A co? Widzi pan, jak panu teraz wesoło z oczu patrzy. Mówiłem: co las, to las! Całkiem byś u mnie zamieszkał, to byśmy sideł na zające i łuków postawili ze dwie setki i żylibyśmy sobie, przyśpiewując... Siecibyśmy zarzucali na tych durniów, co to spod lodu gapili się na nas... Doprawdy!...
— Nie pozwolą, nie puszczą mię z miasta. A głównie ty, panie Janie, miałbyś kłopot z policją...
— Co mi zrobią? Wyślą mię? Alboto ja nie wszędzie król! Tylko mi trochę dzieciaków żal i starej... Bo zaco oni?!
Targnął sumiastego wąsa, a po twarzy przesunął mu się cień smutku. Westchnął.
— Ho! ho! ho! Były czasy! Tyle strachu co w czapce. Czapkę na głowę włożysz i już się nikogo nie boisz... Chodźmy już, chodźmy, panie Krasuski, bo jarząbki namyślą się i jeszcze uciekną!...
Gdy z powrotem pędzili stado w górę wąwozu, resztka jego, poraniona i wystraszona, zerwała się, wzbiła ponad zarośla i poleciała na przełęcz. Śladem ptaków wdarli się na nią i oni. Już pan Jan zażył tabaki i rozglądał się za miejscem, dogodnym na ognisko, gdy nagle twarz mu się naperzyła i, nie zamknąwszy nawet tabakiery, broń co prędzej do twarzy podrzucił. Krasuski myślał, że niedźwiedź, i też broń od nogi w górę porwał, lecz wcześniej, nim spostrzegł, o co chodzi, huknął strzał, a potem nie mniej głośno od strzału kichnął wesoło pan Jan.
— Phu! A to los! Pierwszy raz w życiu z taką tabakierką w garści strzelam. Nawet tabaki wysypało się maleńko!
Na pochyłości, po drugiej stronie skalistego złomu, trzepotał się i staczał na dół piękny czarny cietrzew, drugi leciał nad doliną, szeroko rozpostarłszy loty. Wypadek ten ogromnie zwiększył dobre i bez tego humory myśliwców. Jan sypał przysłowiami jak z rękawa, niecił ogień i przyrządzał herbatę, a Krasuski z uśmiechem skubał przeznaczone na pieczyste jarząbki.
— Życie, panie, nie but, nie uszyjesz go wedle upatrzonego kopyta... Chcesz tak, a to wyjdzie inak... Ale tym się bardzo martwić nie trzeba, bo zawsze coś wyjdzie. Na przykład: wygnali mię ze stróżostwa. Zdawało się, — Kaput, przepaść... Tymczasem żyję sobie, buty urzędnikom łatam... Wczoraj półtora rubla dał mi isprawnik za podzylówki... „Niech, mówi, będą... warsiaskie...“ „Warsiaskie”, odpowiadam, „są honorne“, wymagają poczęstunku“. Nalał mi kielich z karafeczki co u niego w rogu na stoliku stoi, i sam do mnie przypił... „A co, pyta, koń Aleksandrowa u ciebie?...“ — „U mnie panie“... — „A czy prędko zabiorą go oni do miasteczka?...“ — „Nie wiem, panie“... — „Dobrze. Kiedy wezmą, to mi przyjdziesz i powiesz!“ Milczę, patrzę na niego, aż poczerwieniał. „Tego wasza wysoka szlachetność ja nie zrobię“... — „A dlaczego?“ „Bo to... nie po warsiawsku!“ Rozśmiał się, nalał mi drugi kieliszek. „Zuch jesteś“, powiada, „kiedy co zabijesz, przynieś mi...“ Zaniosę mu cietrzewia. Lubi mię i dobrze zapłaci... A wygnać mię bez przysięgi ze stróżostwa musiał, bo na to jest naczelnikiem. Na to postawion, żeby skłaniał w swoją stronę, ale człowiek wolen albo nie wolen podłość zrobić... Co się pan tak zamyślił?... Pan nie słyszy?!...
Krasuski patrzał na śmiejąca się pod nimi w słońcu dolinę. Gęsty, pożółkły brzeźniak pozłacał jej boki, wyżej piętrzyły się porudziałe modrzewie, a dnem samym szła ciemna pręga olszniaku i łoziny. Tu i ówdzie krwawiły purpurowe plamy głogów i dzikiej myliny, a wszystko zamykała sina toń zamarzłego jeziora, oramiona w ciemne dale lasów. Łańcuch szarych gór i błękit nieba zamykał widnokrąg.
— A co, panie Janie, gdyby tak... broń na ramię zarzucić i pójść sobie ot, tak, gdzie nogi poniosą... Coby było?...
— Teraz?! W zimie?
— Choćby teraz!
— To pan nie wie, coby było? Rozdziobałyby wrony i kruki i zjadłyby wilki! Ej, panie, panie, niedobre panu po głowie myśli chodzą... Znowu narobicie, widzę... bigosu!
Spojrzał żałośnie na smętną i zniechęconą twarz młodzieńca.
— Posłuchaj pan, lepiej opowiem panu, jakem zakochał się w Rosjance, bo i między nimi bywają słodkie, serdeczne kobiety...
— O nie, nie trzeba!...
— Więc co?
— Lepiej co innego...
— To chyba opowiem, jak my, Polaki, już tu, na Jakutskiej Obłasti zrobili bunt. Nas, widzi pan, z początku osiedlili na południu gubernii. Dużo nas przyszło, młode chłopcy, wszystko z wojska... Ale nas rozsiedlili po jednemu po Jakutach, zabronili się widzieć. Nazwyczajony do kompanii, bardzo z początku tęskniłem... A tu jeszcze jeść dają, Bóg wie, jakie ochłapy, ani kupić, ani dostać... Broni nie ma, Jakuci pilnują, nieledwie za próg boją się wypuścić. Obiecali nam w mieście dawać posobia: pud mąki i trzy ruble pieniędzmi, ale czekam miesiąc — nie ma, czekam drugi — nie ma... Tymczasem mój gospodarz, taki sobie, mały książę jakucki... kilka razy był w mieście i powiadał, że do policji chodził, ale mu zawsze to samo gadali: nie ma asygnówki! Tylko mi się to podejrzane zdało, bo w oczy mi prosto nie patrzał i bardzo starał się mię uspokoić: Mówię: sam z tobą do miasta pojadę. — Do miasta powiada, nie można! — Więc do towarzyszy mię prowadź!... — Też nie można! — Pytać się ciebie nie będę! — Więc idź sam, jeżeli chcesz, niech cię niedźwiedź zje.. albo w błocie utoniesz!.... Racja, las głuchy, drożek dużo, a byłem nienawykły jeszcze do jakuckiego lasu, bałem się go. Jakuci drogi nie chcą pokazać. Udałem, że już o tym nie myślę. Ale śledzę tymczasem, jaki kierunek biorą Jakuty, co jeżdżą do miasta. Zauważyłem, że na drodze tej jest o kilkanaście sążni zacios na drzewie... Zapamiętałem to i jednego dnia, kiedy mi już bardzo dokuczyła tęsknota, wyczekałem, jak sobie Jakuci do roboty poszli i po tej drodze machnąłem prościuteńko. Przeszedłem wiorst kilka, widzę, znowu łąka, jak moja, pośrodku stoi jurta. Miarkuję, czy wejść do niej, czy nie, aż tu wychodzi z jurty Franek Łoźniak, towarzysz! Ażem krzyknął z zadziwienia, tak blisko ode mnie był, a nie wiedziałem. On też ucieszył się bardzo. Rozmówiliśmy się. Ten sam ma kłopot, co i ja. Posobie nie przychodzi. Jakuty dokuczają, ochłapami karmią, robić nic nie dają, chodzić dalej, jak na brzeg lasu, nie pozwalają, a że Franek był ode mnie dobrzejszy, to mu nawet wymyślają. Wtedy rozgniewałem się. Kiedy tak, to chodźmy do innych. Pewnie wszyscy niedaleko mieszkają. I poszliśmy. Stamtąd znowu dalej. Zebrała się nas cała gromada. Poszliśmy kupą do Uprawy gminnej. Powiadają nam, że nic o naszym posobiu nie wiedzą. Było nas z piętnastu. Karmić nas nie mieli czym. Dali na niewód, nałapaliśmy moc karasi w jeziorze... Najedliśmy się do syta, jeszcze Jakutom zostało. Poszliśmy do miasta, wprost do gubernatora... Ten się przestraszył: kozaków przyzwał, otoczyć nas kazał, ale wyszedł. I cóż się okazało: że nam dawno już mąkę i pieniądze wysyłali z urzędu, ale zabierała wszystko policja. Z kniaźkami jakuckimi rachunki mieli, kwity podrabiali... Tak przepadło po kilkanaście naszych rubli... Gubernator obiecał, że nam oddadzą, ale zamiast tego poprowadzono nas do więzienia... Porozwozili nas potem po jednemu znowu po ułusach, a czy dotrzymali słowa, nie wiem, bo mnie to, za ten niby bunt wysłali zaraz aż tutaj z drugim towarzyszem, cośmy obaj z gubernatorem głównie gadali. Tutaj on został w mieście, bo był ze szlachty, a mnie wysłali do ułusu, jako prostego człowieka... Wkrótce on powrócił i, odjeżdżając, przysłał mi dubeltówkę, którą tu kupił... Wtedy to ja nauczył się polować... a potem ożeniłem się, kiedym nadzieję powrotu stracił do cna... Choć żona moja jest Tatarka, ale zawsze mam rozrywkę, nie to, co samemu... Taka była moja dola... Gdyby można, jak pan powiada, broń na plecy i... gdzie nogi poniosą, tobym dawno poszedł, ale tego nie można, bo to to samo, co sobie w łeb strzelić. Na świecie się jeszcze podoba!... Pan to wie! A?... Więc czekałem jakiego manifestu... Manifesty szły, ale mnie nie tyczyły, zapomnieli o mnie pewnikiem... Pisałem, robiłem podanie i do gubernii i do ministra, ale zawsze odpisywali mi, że nie wiedzą, kto jestem, że papiery moje w Jakucku spaliły się w pożarze archiwów... Ale teraz, kiedy przysięgać, to sobie przypomnieli... Takie to są Moskale!
Westchnął, ale zaraz po tym zerwał się na nogi i wesoło huknął:

Czas do domu, czas,
Zabawili nas.

I zaczął składać manatki. Znaleźli jeszcze jedno nieduże stadko jarząbków: Gdy na niedługo przed zachodem słońca spuszczali się z gór na dolinę, pasy, obciążone zdobyczą, mocno im wrzynały się w biodra. Pan Jan szedł, niby w wianku z pierza. Zabił dwadzieścia sztuk, a Krasuski zabił ich dwanaście. Zatrzymali się na łysawym zboczu podgórza, zasłanego koralowym kobiercem dojrzałych borówek. Dokoła kędzierzawe brzózki drżały złotymi liśćmi w podmuchach zrywającego się wietrzyka, z konarów kołyszących się nad nimi modrzewi sypało się rdzawe igliwo, purpura opierzchłych od mrozu krzaków głogowych pałała szczególnie jaskrawo w promieniach zachodu. A wysoko nad ich głowami u skalistego, wysterkającego nad lasem zrębu wiła się z kwileniem para pstrych sokołów.
— To na szczęście! — rzekł Jan, kiwając na drapieżników — myśliwce żegnają myśliwców!



POLOWANIE NA WIELORYBY



Bursztynowy świt już rozedniał nad zatoką okrągłą i cichą, jak jezioro. Ale gwiazdy w niebiosach jeszcze nie pobladły; na południu płonął wspaniały Orjon; na północy Wielka Niedźwiedzica ogonem prawie nurzała się w morzu; Wenus, różowa od blasku dalekiego słońca, gorzała, jak rubin, nad blednącym widnokręgiem.
Opuściliśmy tłumnie wielki żelazny parowiec, który był właściwie wielką kuchnią do gotowania wielorybów, i przewiezieni małą łodzią parową, wsiedliśmy na statek myśliwski, norweskiej roboty, 96 stóp zaledwie długi i 18 szeroki, zwięzły, krępy, mocny i zwrotny. Nie posiadał wielkiej szybkości, robił 11 węzłów (11 mil morskich) na godzinę, lecz dla statków tych nietyle ważną jest szybkość biegu, ile sprawność i moc maszyny, wciąż zmieniającej tempo pracy i często gwałtownie szarpanej tam i na powrót.
W godzinę po wyruszeniu już byliśmy na otwartym morzu i płynęliśmy wprost na wschód, gdzie z bladych fal w złotym rozświcie wynurała się krawędź słońca, jak wzgórek purpurowego zarzewia. Chwilę jeszcze i ogromna ognista kula, podbita przez refrakcję, odskoczyła od widnokręgu, jak piłka, błysła i rozsypała płachtę złotych iskier na majestatycznie kołyszących się wodach.
Dokoła latały białe czajki o załamanych skrzydłach, czarna, ostrodzioba wrona morska przeciągnęła wysoko od morza, ku opuszczonemu przez nas lądowi.
W prawo o parę stajań płynął drugi parowiec wielorybniczy, należący do tego samego towarzystwa, a na widnokręgu mgliły się lekkie obłoczki dymu z „norweżczyków“, którzy przez noc drejfowali w morzu, a teraz polowali.
Niezadługo byliśmy w tym samym miejscu, gdzie wczoraj zabiliśmy wielkiego, pręgowanego wieloryba.
— Wytrysk — wyrzekł spokojnie gruby sternik, Łotysz nadbałtycki.
— Gdzie?
Nim odszukaliśmy lornetę, już znikł, a gołym okiem nikt nie mógł zmierzyć się ze starym „wilkiem północnym“.
Statek zwolnił biegu. Stado kaczek poderwało się z pod nas i sznurem pociągnęło ku spiętrzonej, różowo mglistej Korei; przeleciał rój drobnych morskich ptaszków, po których wielorybnicy poznają pastwiska wielorybów. Słońce chyżo szybowało w górę, jak zwykle w niskich szerokościach; blask jego coraz szerzej złocił sine fale. Wiatr wzmagał się. Znów wytrysk ukazał się w dali. Tym razem wszyscyśmy w porę dostrzegli jego biały, zwiewny obłoczek. Majtek pośpiesznie wdarł się po sznurowej drabinie na szczyt masztu do bocianiego gniazda. Strzelec podszedł do stojącej na dziobie okrętu armaty, nabitej harpunem, i oparł się o nią.
Zmieniamy kierunek, mamy teraz wiatr z boku.
„Pełny“ — mówi sternik maszyniście przez tubę.
Statek zaczyna drgać, jak w ataku febrycznym. Bałwany ciskają się nań, zalewają pianą i mocno kołyszą. Pędzimy im na przełaj ku spostrzeżonym już dwukrotnie wytryskom.
Z roztańczonych fal znowu bucha wytrysk, już zupełnie blisko. Wtem ogromny bałwan zalewa przód statku, pokrywa strzelca, armatę i zmywa z tarczy zwiniętą w kręgi linę harpunu. Wezwani sygnałem majtkowie biegną po zachlapanym, stającym co chwila dęba pokładzie, aby ją nanowo ułożyć. Strzelec niedbale strzepuje wodę z czapki i kurtki.
— Bardzo rozkołysało bałwany! — mówi sternik. — Źle będzie strzelać!
Nie zmieniamy jednak kierunku i, wspinając się z fali na falę, ścigamy uchodzący przed nami coraz dalej i dalej wytrysk. Znikł, nie widać go nigdzie. Wszyscy wpatrujemy się z natężeniem w siny horyzont, kołyszący się, jak rzucona na wiatr tkanina. I wszędzie bieleją czuby bałwanów. Wiatr zrywa z niektórych pianę i rzuca wysoko do góry; łatwo pomylić się i wziąć je za słupy wody, wyrzucanej przez wieloryby. Wśród tych pian wiją się gromadnie czajki białe, jak piany. Morze granatowe ciska się gniewnie pod niebem, drażniąco jasnym, przesłonecznionym, bez śladu chmur.
— Nie będzie pociechy! — mruczy sternik. — Wielorybów ani śladu, gdzieś się pochowały.
Maszyna ledwie drga. Statek z wytkniętym ostrzem harpuna, niby orzeł w chmurach, kołuje i nurza się wśród skotłowanych odmętów, wypatrując zdobyczy. Chwile wloką się długo, jak godziny. Na mostku cisza.
— Pilnuj! Na prawo! — rozlega się z bocianiego gniazda.
— Pilnuj! Z tyłu! Blisko! — powtarza ten sam głos.
Sternik aż się od podłogi nachylił, obracając koło rudla, wśród pian, wycia wiatru i chlustania bałwanów. Statek, jak fryga, obrócił się prawie na miejscu.
— Pełny! — grzmi przez tubę do maszyn.
Wszystko drga w szalonym pędzie...
„Fale z drogi, wichry z drogi...“
Z niepokojem śledzimy trzy ogromne ssaki, kolejno wynurzające się z wody i ciskające wysoko ku niebu białe fontanny. Brunatne ich grzbiety błyszczą na słońcu, łącząc się z falami w potoczystych liniach.
— Na dno! — mówi ze zniechęceniem kapitan, gdy te potężne grzbiety, zakreśliwszy w powietrzu łuk mocno wygięty, mignęły rozdwojonymi ogonami nad wodą i znikły.
— Jeszcze będzie jeden! — ostrzega sternik. — Nilson, pilnuj!... — woła na strzelca.
Ten już dawno ma się na baczności; nogą odemknął śrubę, tamującą wahadłowe ruchy działa; prawą ręką ujął drewnianą rękojeść, gdzie znajduje się kurek. Ogromny słup rozpylonej wody wzniósł się tuż przed dziobem statku, poczem wypłynął ciemny, błyszczący i wielki, jak mielizna grzbiet.
Strzelec, pochylony nad działem, — wciąż czekał. Wieloryb był zbyt, według niego, daleko; strzelać do niego można harpunem zaledwie na 20 sążni. Jeszcze kilka silnych obrotów śruby, i statek go dopadnie... Lecz potwór też nas dostrzegł i zapadł się z sapnięciem, podobnym do łoskotu staczającej się fali...
— Stop, maszyna! — krzyczy w tubę sternik.
— Proszę do kajuty na śniadanie!... mamy czas... Nieprędko teraz wypłynie... — zaprasza uprzejmie kapitan.
Po śniadaniu to samo. Statek kołuje wśród sinych, spiętrzonych wód; zalewany przez czuby pian i wodną kurzawę, szarpany przez wicher, sili się wciąż, aby wśród tych zawrotów nie stracić z oczu ściganych wielorybów. Widać ich dużo na widnokręgu; białe obłoczki wytrysków pękają to tu, to tam, jak małe wulkany. Lecz lepiej ścigać ciągle to samo stado, i sternik bacznie śledzi je wśród krzyżujących się wirów.
Gdy znikają, okręt zwalnia biegu i zataczając się lub obracając na miejscu, czeka i wypatruje, gdzie się znowu ukażą. Niekiedy sternik odgaduje drogę stworzeń z kierunku ich zapadających się grzbietów, z kolei, w jakiej płyną za sobą, w jakiej rzucają wytryski. Wtedy okręt zatacza półkole i mknie całą siłą pary na miejsce domniemanego ukazania się zdobyczy. Ale wieloryby mogą rozwijać ogromną szybkość ruchów i mogą zostawać pod wodą nawet pół godziny, a przez pół godziny robią z łatwością 10 mil morskich (ogółem dwie i pół mile nasze). Następnie często już pod wodą zmieniają kierunek. Stąd pochodzi, że nieraz ukazują się z zupełnie innej strony, niż przypuszczają najwytrawniejsi sternicy.
— Dziś szczególnie trudno je śledzić. Grzbiety plączą się z falami — usprawiedliwiał się sternik.
Wiatr wzmagał się, stawał się porywczy i zmienny. Na niebie zjawiły się wysokie, pierzaste obłoki i utworzyły tam piękny, mglisty wachlarz z zawiniętymi spiralnie końcami.
— Zwiastuny tajfunu. Jutro, najdalej pojutrze, będzie burza!
— Ale dziś, czy zdążymy jeszcze co upolować?
Kapitan odwrócił się w milczeniu.
— Nie należy nawet pytać się o to marynarzy! — ostrzegł mnie cicho mój towarzysz.
Fale wielkie, ciężkie, przykre, tłukły się o okręt, który nagle jakby stracił zwinność. Słona wodna kurzawa, zdmuchiwana przez wiatr, dolatywała aż na mostek kapitana. Czapka moja i notes pokryły się całe perlistą rosą, wicher nie pozwalał wysunąć twarzy z za żaglowej osłony u burty. Od szumu i kołysania się statku w głowie mi się zlekka mącić zaczęło, a towarzysze moi, wytrawni marynarze, niezdolnymi okazali się tym razem do współczucia.
Nic nie mówiąc, spuściłem się do kajuty, aby się na chwilę położyć. Spokój i ciepła czapka na głowie — to najlepszy środek na morską chorobę. Wyciągnąłem się na posłaniu skołatany i znużony, gdyż ubiegłej nocy nie spałem prawie: wywoływałem zdjęcia fotograficzne, zrobione na morzu. Ale usnąć nie mogłem, wszystko wkoło mnie brzęczało i latało, stukał jakiś obluzowany luminator, a przez tubę, wystającą nad łóżkiem kapitana, dolatywała z maszynowego przedziału smętna, monotonna piosenka palaczów i urywane rozkazy:
— Pełny!... Stop!... Wolno!.,,,
Wkrótce i moi towarzysze zeszli z góry do jadalni, gdzie były w porządku przymocowane kołeczkami do stołu talerze, szklanki, butelki, widelce i noże.
Zanim jednak zabraliśmy się do jedzenia, mocne gwizdnięcie wywołało nas na pokład.
— Wieloryb tu!... — rzekł gburowato sternik.
Nim skończył, morze rozwarło się z łoskotem, słup wody wyleciał wysoko, i brunatny grzbiet wynurzył się z wodnych skrętów.
Płynął ku nam na ukos, wielki, jak rafa. Strzelec nachylił się do celu i ścigał go ostrzem harpuna. Potwór zwolna zataczał ponad wodą łuk, dążąc w głębiny; już mała jego płetwa koło ogona błysnęła w powietrzu...
— Spóźnił się, niedołęga! — mruknął sternik.
Jednocześnie w poświstach wiatru buchnął strzał i czarna błyskawica rozwijającego się sznura przecięła blask morza. Dym prochu zakrył na chwilę pocisk i ofiarę. Strzelec podniósł pytająco do góry głowę.
— W wodę... — odpowiedział mu dozór.
Zmieszany Nilson włożył ręce do kieszeni i odszedł od armaty, po chwili jednak opamiętał się i wrócił pośpiesznie. Majtkowie i sternik już biegli z hałasem, aby natychmiast nabić wystrzelone działo.
— Ostrożnie, bydlęta! Oczy chcecie mi wybić? — krzyczał gniewnie sternik na marynarzy, ciągnących linę.
— Bomba nie pękła! Ostrożnie!
Zarzucił linkę na stukający o burtę długi, żelazny pocisk, na którego końcu przyśrubowana była wielka, ostra grusza z surowca, zawierająca dwa funty prochu i zapał piorunujący, przywiązany do skrzydła harpunu. Gdy skrzydła te, szarpnięte przez porażone ciało, otwierają się jak haki zębate, drucik przymocowany przeciera mieszaninę zapalną, bomba pęka i czyni wewnątrz ranionego zwierzęcia straszne spustoszenia.
Chociaż fale wciąż zalewały pracujących, działo szybko zostało nabite i znów żądło jego zaczęło pilnie szukać ofiary wśród odmętów. Lecz wystraszone olbrzymy znikły. I długo kołysaliśmy się i szybowali między krętymi bałwanami, nim dostrzegliśmy na widnokręgu nęcące wytryski.
W pościgu za nimi ubiegła i druga połowa dnia. Słońce nisko opadło, do zachodu została najwyżej godzina. Zniechęceni ludzie już pracowali niemrawo. Strzelec z rękoma w kieszeniach, choć armaty nie opuszczał, patrzał gdzieś w bok niedbale.
Jedynie sternik zawzięcie kręcił kołem i parowcem, oraz krzyczał jak przedtem przez tubę:
— Pełny!... Wolno!... Stop!.., Nazad!,,,
Zato wieloryby, jakby poczuły, że mogą mniej sobie nas ważyć, krążyły coraz bliżej i coraz dłużej pozostawały na ciemniejącej powierzchni oceanu. Potworne łuki ich grzbietów wydawały się jeszcze większymi w ukośnych promieniach zachodu. Szczególnie wyzywająco zachowywała się trójka brunatnych olbrzymów. Raz wynurzyły się z boku statku tak blisko, że plusk ich fontann i łoskot sapania wszystkich poruszył. To ich zgubiło. W myśliwych ożył znowu zapał, i zaczęło się wściekłe polowanie. Wieloryby, ośmielone zapadającym zmrokiem, dworowały sobie z nas, a może, przyzwyczajone łączyć się w gromady, brały też ciemny kadłub naszego okrętu za żołądek jednego ze swych współbraci. Dość, ze sternikowi udało się kilkakrotnie dopaść do nich w chwili wynurzania się i przeciąć im drogę. Strzelec na chwilę nie wypuszczał z dłoni rękojeści armaty. Ale i noc zapadała chyżo, i słońce już tykało widnokręgu.
Wreszcie padł strzał...
— Hurra! Trafiony! Trafiony!
Dziób parostatku mocno się pochylił, przyciśnięty potężnie do wody. Lina, nawiązana do sznura harpunu, z wężowym szelestem rozwijała się z metalowego bębna i snuła dygocąc przez pokład i łożysko u dzioba w zieloną głębinę.
Tam szybował raniony wieloryb. Wszyscy zbiegli się na przód statku i pochyleni, przyglądali się dygocącej linie. Statek, choć szedł całą mocą pary w tył, sunął jednak naprzód z szybkością 6 węzłów (6 mil na godzinę), wleczony przez morskiego tytana.
— Już wybrał 120 sążni!... — zauważył kapitan.
— Niech zahamują linę na chwilę! — rozkazał strzelec, próbując napięcia sznura nogą.
Naciśnięta lewarem lina wolniej zaczęła się z bębna odwijać, ale rychło ją trzeba było popuścić, gdyż idące z głębi szarpnięcia były jeszcze za silne i mogły albo linę oberwać, albo statek uszkodzić. Nareszcie po długiej gonitwie napięcie liny zwolniało, i szybko przybierać ona zaczęła kierunek poziomy.
— Lada chwila wypłynie!
Istotnie nie minęło i pięciu minut, gdy o ćwierć kilometra na przodzie statku zakotłowały się fale, buchnęła fontanna, i z zakrwawionych pian ukazał się wieloryb z tkwiącym w grzbiecie żelazem.
Spuszczona ze statku mała szalupa z dwoma wioślarzami, ślizgając się, jak drobna łupina, wśród wielkich wodnych pagórków, biegła ku zdobyczy. Pośrodku szalupy stał sternik z niezmiernie długą dzidą, gotową do uderzeń, zawieszoną poziomo na ramieniu. Wieloryb spostrzegł ich i dał nurka, ale osłabły, już długo pod wodą wytrzymać nie był zdolny i znów po chwili wypłynął, miotając w górę wodę i krew. Morze wkoło niego zabarwiło się purpurowo. Łódź dopadła go w mgnieniu oka, i długa dzida sternika, pchnięta mocno, zagłębiła się, jak igła, w olbrzymie ciało, szukając serca.
Ogromne, ale łagodne stworzenie ciskało się szalenie od bólów, które je zmysłów pozbawiały, tłukło potężnym ogonem po wodzie, rzucało fontanny, rozwierało szeroko paszczę, ale widocznie nie pojmowało, gdzie szukać nieprzyjaciela i co robić, aby się od niego uwolnić. Łódź skakała dokoła niego, jak drobny listek, lecz nie uchodziła, i okropne, zimne żądło z ręki sternika raz wraz zapuszczało się we wnętrzności ofiary. W podobny sposób męczyły wieloryba jedynie czasem staje rekinów, ale od nich mógł uciec, nawet gdy zdążyły urwać mu płetwę lub wypruć połać sadła. Od tych nowych, nieznanych mu wcale stworzeń biedny potwór uciec nie mógł, coś go trzymało i sprawiało ból tak szalony, że wolał już krążyć na wodzie i poddawać się przejmującym ukłóciom, niż znowu uchodzić w głębię i szarpać obolałe trzewia.
Nareszcie dzida sternika sięgnęła mu serca. Książę morza wspiął się na falach i runął z łoskotem w odmęty.
Łódź szybko uciekała do statku.
Słońce zagasło, złoty zmierzch muskał spienione bałwany, na których już spokojnie kołysało się ogromne, podłużne ciało, błyskając wśród pian atłasowo-białym podbrzuszem i ostrymi płetwami, wielkimi jak uszy mamuta.
Na statku szybko warkotał bęben, ciągnąc zdobycz na linie. Trzeba było się śpieszyć, gdyż czasami zabity wieloryb tonie i trudno go wydobyć. W dodatku wzburzone fale mogły przy lada niezręczności urwać linę lub obluzować harpun i... zabrać zdobycz.
— Wieloryb wtedy jest nasz, kiedy w kotle! — rzekł właściciel parowca. — Nawet podwiązany u statku urywa się na wzburzonym morzu i idzie na dno. Każdy z nich przecież waży tyle, co stado wołów: siedemdziesiąt sześć tysięcy funtów tłuszczu i mięsa i dziesięć tysięcy funtów kości. Cały, panie, majątek! W zimie, kiedy można świeże jego mięso przewieźć do Japonji, sprzedajemy go za 2000 rubli. W lecie, kiedy głównie na tran go się przetapia, dostajemy zaledwie 1200 rubli za sztukę. Mięso wtedy i kości suszymy i mielemy na kompost, to też cena nie zła, ale gorsza niż za świeże lub solone mięso. Za świeże mięso Japończycy chętnie płacą w Nagasaki 10 — 12 kop. za funt, jak za wołowinę. Pociętego wieloryba składamy w kosze i stawiamy na pokładzie w przewiewnym miejscu. Wiatry w zimie wieją chłodne, i w ciągu dwóch dni przejazdu stąd do Japonii mięso się nie psuje. Mięso jest smaczne, podobne smakiem do wieprzowiny. Na targach japońskich bywa w mgnieniu oka rozchwytywane. Interes byłby dobry, gdyby zawsze można odgadnąć, gdzie te szelmy wypłyną. Ale nieraz po kilku dniach upędzania się zaledwie jednego uda się złapać, a wydatki na utrzymanie przenoszą z górą 1000 rubli dziennie. Prawda, że bywają dni, kiedy dwa nasze statki myśliwskie złowią trzy, nawet cztery wieloryby, albo złapią „sinego“ wieloryba, który za cztery starczy i daje za 4000 rubli towaru, ale to zdarza się rzadko. Zwykle liczyć można zaledwie na jedną lub dwie sztuki dziennie. Wieloryby tutejsze są o wiele mniejsze od północnych, których wartość dochodzi do 20.000 rubli, ale zato tutejsze wciąż łowić można. Polowanie trwa rok cały, z przerwami, gdy szaleją burze lub śnieżne zamiecie.
— Czyż tu bywają śnieżne zamiecie?
— Panie, tu w zimie na morzu nieraz tak zimno, jak w Syberii; liny tak marzną, że rozwijać się nie chcą, a fala tak mocno płócze ludzi, jak dziś. Cóż robić?... Ciężko, ale zimowa zdobycz cenniejsza, bo ją sprzedać można łatwiej i z większą korzyścią...
W czasie naszej gawędy przyciągnięto wieloryba do parowca i przytroczono go na łańcuchach za ogon do dzioba statku, który mocno chyląc się na bok pod ciężarem zdobyczy, ruszył wśród ciemnych, ryczących bałwanów ku niewidzialnemu lądowi.
Jakim cudem umiał kapitan znaleźć drogę w tych taczających się wodach, koło raf i skalistych wysepek, w ciemnościach bez majaków i morskich latarni? — to pozostało dla mnie tajemnicą...
Stojąc na mostku kapitana, wpatrywałem się w huczące otchłanie, które znowu wściekle na nas napadły, jakby mszcząc się za zabrane im dziecię. Biały kadłub tego dziecięcia tak wielkiego, że gdyby stanął na ogonie, z łatwością zajrzałby na drugie piętro, wlókł się obok statku, mało co mniejszego. Wyglądaliśmy, jak mała, czarna mrówka, ciągnąca dużą, białą mszycę.
Parowiec ciężko dyszał, walcząc z wiatrem, z prądami i z tym wielkim ciężarem. Posuwaliśmy się wolno. Aby czas skrócić, gadaliśmy o wielorybach.
Okazało się, że o ich życiu wiemy bardzo mało. Pewnym jest jedynie, że żywią się drobnemi mięczakami i że są jedyną wyborną maszyną do przerabiania tych drobnoustrojów na cenne dla człowieka tłuszcze, mięso i fiszbiny. Te fiszbiny są to właściwie filtry, rodzaj wąsów osadzonych w paszczy, przez które wieloryb przepuszcza nabraną w siebie wodę, zacisnąwszy szczęki, aby przecedzić schwytane wraz z wodą mięczaki. Wody on wcale przez nozdrza nie wyrzuca, a wytryski pochodzą z wydmuchiwanego przez wodę powietrza, które wyrzuca falę do góry na 15 nieraz sążni wysoko.
Ten ogromny ssak, łagodny i prześladowany, mogący z trudnością przełknąć śledzia i niezdolny nikomu zrobić krzywdy, z wyjątkiem marnych mięczaków, jest jeszcze dość powszechny w wodach koreańskich i dalej na wschodzie i północy. Barbarzyńskie jednak upędzanie się za nim człowieka grozi mu rychłą zagładą; a dotąd nie wypracowano żadnych prawideł, ograniczających polowanie na wieloryby. Wielorybnicy bez wielkiej dla siebie korzyści zabijają cielne matki. Widziałem samice z mlekiem w piersiach.
Wieloryby są bardzo schludne, mają czystą, cienką, delikatną skórę, bez cienia szlamu. Ciało mają zgrabne, cygarowate, zakończone cienkim, wachlarzowatym, potężnym ogonem.
Wyznaję, że było mi żal tych wielkich, milczących stworzeń, które karmią się, jak my, piersią matczyną. I wolałbym, aby z czasem człowiek nie mordował ich, lecz pasł na lazurowych toniach — korzystając z ich nabiału, jak od stad lądowych.
Upłynęły ze dwie godziny, nim czarny pas górzystego lądu wyraźnie zarysował się na nocnym niebie, lecz niepodobna jeszcze było dostrzec żadnych szczegółów; chmury zasnuły gwiazdy i zmrok rozświecały jedynie piany fosforyzujących fal. Ale od tego dziwacznego blasku zmrok powietrza wydawał się jeszcze głębszym.
Na szczęście, w zatoce oczekiwano nas, i smugi elektrycznego reflektora krążyły po okolicy, jak skrzydła świetlanego wiatraka, strzelały wysoko w powietrze lub śmigały po morzu, wskazując nam drogę.
W tajemniczym, sinawym ich świetle wyłaniały się nagle to nagie, dalekie skały, spękane i porosłe krzewami, to płachty hasających, wrzących pian morskich, to skłębione chmury, zawisie w niebiosach.
Mała czerwona gwiazdka przepłynęła koło nas, i wiatr przyniósł odgłosy smutnej piosenki koreańskich wioślarzy. Spóźnieni, zaskoczeni przez burzę rybacy wracali do domu.


POLOWANIE NA RENY



Po ciepłym, słonecznym dniu, cichy zapadł wieczór, wróżąc noc zimną, a nazajutrz dzień jasny, pogodny. Środkiem ogromnego, zamarzłego, pokrytego śniegiem jeziora, dymiącego zlekka różowym nocnym oparem, sunęła wyciągnąwszy się sznurem, nieduża karawana ludzi. Na czele jej postępowało trzech łowców na łyżach[1], podpierając się wielkimi, długością im prawie równymi łukami, których dolne końce zabezpieczone były od grzęźnięcia w śniegu nasadzonymi na nie drewnianymi krążkami. Podróżni odziani byli w lekkie, ciemne, futrzane „kuklanki“, z kapturami u kołnierzy, w takież uszate, podobne do hełmu czapki, i długie za kolana, tunguskie „kamusowe torbasy“[2]; każdy z nich był podpasany; u boku miał nóż, na plecach mały ze strzałami sajdak z kory brzozowej, a na oczach uplecione z czarnego włosia okulary, w kształcie opaski. Wszystko więc tak się działo, jak to był sobie zawczasu wymarzył Foka, ku wielkiemu jego zadowoleniu, gdyż i on znajdował się w liczbie myśliwców i był właśnie tym trzecim, którego niezgrabne, uroczyste ruchy zdradzały nowicjusza wyprawy.
Wiódł ich Dżianha, uznany mistrz wszelkiego rodzaju polowań, za nim postępował Ujbanczyk, dalej Foka, a zamykał pochód Niuster, jadący na lekkiej, sześcioma czarnymi, kudłatymi psami zaprzężonej narcie. Psy syte biegły raźno, wytknąwszy naprzód ostre mordy i zadarłszy w górę lisie, w trąbkę zwinięte ogony. Ich łapy, odziane w małe skórzane buciki, dla zabezpieczenia od podbicia, wystukiwały zabawnie cichy takt na twardej powierzchni zlodowaciałego śniegu. Ludzie szli w milczeniu, uważnie patrząc przed siebie; dziś nie mieli zamiaru zaczynać polowanie, szukali tylko miejsca do godnego na nocleg.
Mrok już dobrze zgęstniał, tuman zamglił okolicę, a gwiazdy rojem wysypały się na niebo, kiedy dotarli nareszcie do przeciwnego brzegu ogromnego jeziora. Odszukawszy na stokach wzgórka miejsce dogodne na obozowisko, natychmiast zdjęli łyże i poczęli kopać nimi jamę w głębokiej zaspie śnieżnej. Dotarłszy do gruntu, wyrównali cokolwiek dno oraz boki dołu, poprawili wał, jaki utworzył się z wyrzuconych grud śniegu; poczem Foka z Niusterem poszli po modrzewiowe dla podściółki gałązki, Ujbanczyk jął rąbać wyschły na korzeniu pniak, który odnalazł w pobliżu, a Dżianha postrugał na cienkie wióreczki suchutką, dobytą z worka trzaskę i krzesał ognia. Po chwili czerwony płomień oświecił fantastycznie białe wnętrze jamy i uwijających się w niej ludzi; przyniesiono z sanek worki z zapasami żywności, naczynia, pościel: w kopcącym smolistym dymie, nisko na drążku zawisł kociołek i czajnik, pełen białego śniegu, a ludzie w oczekiwaniu wieczerzy siedli półkolem na zasłanych niedźwiedzimi i reniferowymi skórami gałązkach.
— Co to jutro będzie! Ach, gdyby ta noc już minęła, gdyby to był poranek! — szepnął Foka, spoglądając w górę na niebo, migocące poprzez nagie konary drzew nad ich nie mającą dachu śniegową chałupką.
— Poranek?... Prędkiś!... A spać?..
— A jutro, cóż ma być?
— Nic nie będzie, niebo się nie obali.
— Czy zdobędziem co, czy nie?
— Któż to wie, niedobrze zgadywać!
— Ja bo się stęskniłem za mięsem, dawnom go nie jadł.
— Niby to tak: złapał i zaraz zjadł. Nieprędko je spróbujemy.
— Teraz mięso „dzikusa“ niesmaczne; chude i cuchnie. Ot, jesienią to wyborne: tłuste, kruche... jak topione masło. I polowanie wtedy... śliczność — zagadnął przeciągle tonem wytrawnego opowiadacza Dżianha.
Obecni uszu nadstawili, a on, zachęcony ich uwagą, tak dalej prawił:
— A tylko niebezpieczne, można utonąć! A to znów raz miałem takie zdarzenie. Poszliśmy na jeziora szukać do spółki: ja, Kozak i Długi. Kozak pozostał pilnować koni, a ja z Długim udaliśmy się na czaty. Noc była dogodna, ciemna, chmurna — ręki wyciąggniętej nie dojrzysz. Wietrzyk powiewał od brzegu. Siedzieliśmy: ja na wodzie chowam się w czółenku, w trawie, a Długi opodal na ziemi w krzakach. Czekamy, czekamy.... długo! bardzo długo! Już mi nawet dokuczyło! Nagle słyszę: człapie, ale jakoś dziwacznie. Myślałem, że to Długi, znacie go — trzpiot! Ale nie: widzę — idzie zwierz!... Czarny, ogromny, niby łoś!... W wodę nie poszedł, a tylko stanął u brzegu i chłepce i coś jakby nie na „dzikusa“ wygląda... Lecz noc była ciemna — nie widzę. To niby rogów nie ma, to znów ma, to niby „dzikus“, to niby coś innego. I boję się, że zdobycz ujdzie, i znów rozważam... A tymczasem powoluchnu podpływam coraz bliżej i bliżej. Jużem wzniósł dzidę, by pchnąć, gdy nagle jak ziewnie... aż mi serce wskoczyło do gardła — poznałem... Czekam wylękły, co będzie dalej, ale „on“ postał, postał, otrząsł się jeszcze, wody troszeczkę pochłeptał, otrząsł się jeszcze, wody troszeczkę pochłeptał i poszedł w gęstwinę, aż zatrzeszczało po lesie... — Cóż? uciekł? — pyta Długi, nadbiegając z hałasem. — „Milcz! — kok!“[3]. „Kok!“ powtórzył i tyle go widziałem — drapnął do obozowiska. A ja zostałem, czego się mam bać? Jeżeli był tak blisko i nie zjadł, to już znaczy... nie przeznaczone... A schowasz — wszędzie znajdzie.
— No, a Długi? — spytał Foka, wytrzeszczając wylękłe oczy.
— Długi, wiesz przecie, żyje! — roześmiał się Dżianha. — Tylko tej nocy niemało nacierpieli się oba z Kozakiem, bo „kok“ prosto do nich poszedł i chciał konie zjeść. Musieli całą noc ogień palić, a on wciąż chodził dokoła i straszył, dopiero o świcie przyszedłem z gwintówką.
Dżianha urwał nagle i, pochyliwszy się ku ognisku, trzymanym w ręku patyczkiem zaczął poprawiać pokrywkę na kipiącym czajniku. Słuchacze zrozumieli, że nie chce mówić o zwycięstwie, odniesionym nad potworem, który może niedaleko śpi gdzie w barłogu i słucha, nie pytali więc o koniec wyprawy, a Dżianha, zmieniwszy głos, tak dalej mówił:
— No, i „ugonić“ można niemało, jeżeli dzień uda się szczęśliwy, a „dzikusy“ tylko na wiosnę są chude i mięso ich cuchnie zimowym pokarmem — jagielem[4]. W lecie jedzą one przeważnie trawy, gałązki i zioła, więc i mięso ich pachnie, jak rozkwitły las.
— Dałby Bóg choć chudego na początek! — westchnął Ujbanczyk.
— Co ma nie dać! Da! — odrzekł z przekonaniem brat starszy; widząc, ze czajnik z herbatą zagotował się po raz drugi, kazał Niusterowi wyjmować filiżanki; sam wydobytą z worka grudkę zmarzłego masła zaczął rąbać na drobne kawałki, dogodne do spożywania.
Rzuciwszy na ogień datek dla brodatego „Bajnaja“, opiekuna myśliwych, zabrali się do wieczerzy, którą jednak spożywali z umiarkowaniem, po pierwsze — dlatego, że tak zwyczaj każe, po drugie — dlatego, że zapasów mieli niewiele, jak długo brodzić mieli po tajdze za zdobyczą, oszczędzali w obawie, że im nie wystarczy.
— Ty, Foka, nie pij zbyt wiele herbaty! — Zobaczysz, jutro biegać ci nie da! Od wody robi się człowiek ciężki; zatknie cię pod sercem, opuchniesz cały! — radził Ujbanczyk, układając się spać obok brata, który już się był rozebrał i nagi, jak z bronzu ulany, siedział na pościeli, patrząc w zamyśleniu na ogień. — Foka usłuchał, filiżankę do góry dnem przewrócił, czajnik od stawił, ale spać się nie zabierał, dotrzymując towarzystwa Niusterowi, który musiał jeszcze czuwać, aby psom zgotować strawę i nakarmić je.
Podwinąwszy po tatarsku nogi, siedzieli spory kawał czasu, słuchając łagodnego grania kipiącej w kociołku wody. Cicho potrzaskiwało palące się drzewo, cicho chrapali śpiący obok, naciągnąwszy na głowy futrzane kołdry, a głosy te, miękkie, niepewne, to milknące, to niespodzianie wzmagające się, nabierały niezwykłej wyrazistości wśród grobowej ciszy otaczającej ich pustyni, zarówno jak pokrywająca ją ciemność uwydatniała blaski palącego się obok ogniska. Nieświadomość tego, co się dzieje, tam, może blisko, ale po za kresem świetlanego koła, którego właścicielami się czuli, tam, w tych ogromnych, nieznanych przestrzeniach powietrza, śniegu i lasu, oblewających zwartą masą drobną wysepkę ich życia — napełniała zwolna ich dusze niespokojnym uczuciem trwogi i oczekiwania.
 — A cobyś robił, gdyby nagle pojawił się „on“? — szepnął niespodzianie Niuster.
— Kto?
— On! Człowiek bez twarzy.
Chłopak z przerażeniem spojrzał na krawędź jamy, gdzie to zjawiały się, to nikły, wywołane migotaniem płomieni, białe od śniegu, a krwawe od łuny, widma sąsiednich drzew.
Nagle, porywczo, zajadle zaszczekał jeden z uwiązanych u sani psów.
— Dżianha! Ujbanczyk! Ujbanczyk! — szeptali chłopcy, szarpiąc śpiących towarzyszów.
Dżianha zerwał się.
— Co takiego? Co się stało?
— Pies szczeka!
— Więc cóż? Niech szczeka! — odrzekł gniewnie, ale wstał, narzucił świtę na gołe plecy i zbliżył się do ukazanej przez wyrostków strony dołu. Wał wyrzuconego śniegu podtajał, osiadł od ciepła i sięgał patrzącym zaledwie do ramion; mogli więc, nie wyłażąc, rozejrzeć się dokoła. Pies więcej nie szczekał, ale nastawiwszy uszy, siadł na tylnych łapach i patrzył uporczywie w jednym kierunku; inne nie ruszyły się nawet, śpiąc spokojnie zwinięte w kłębek około sań.
— Wilk albo lis — mruknął ziewając Dżianha — i wrócił śpiesznie do ciepłej pościeli. Ale Foka i Niuster długo jeszcze spać nie mogli; oparci o siebie, stali u brzegu dołu, wpatrzeni w miliardy gwiazd tajemniczo ku nim mrugających, zasłuchani w cichość nocy. Zmysły ich ostre, pobudzone, jak oktawy strun napięte, szukały w tym niewiadomym, co ich otaczało, pokrewnych wrażeń i dźwięków.
— Ot, widzisz — zagadał nareszcie Foka, pokazując palcem — te tam trzy gwiazdy! Ta pierwsza na przodzie, największa, to powiadają łoś; te dwie mniejsze za nią, to dwóch braci Tunguzów, a obok czwarta maleńka, to ich pies. Dawno, bardzo dawno temu, wyszli oni na polowanie, podobnie jak my, i przepadli bez wieści! A widzisz tę szeroką białą, gwiaździstą smugę, biegnącą środkiem nieba? To droga, po której chodził Bóg, gdy tworzył świat.
Założywszy sobie ręce na ramiona, przytuliwszy się tak do siebie, że wyraźnie poprzez odzież odczuwali przyjemne ciepło swych żywych ciał, długo nie ruszali się z miejsca, patrząc na świat, dzieląc się myślami, siląc zlać w jedno, przejęci, rozmarzeni, sobie bliscy bardziej niż kiedykolwiek.
Nazajutrz o brzasku myśliwi wybiegli na łowy. Znowu, jak wczoraj, wiódł ich ostrożny Dżianha, a w ślad biegli towarzysze, pilnie bacząc na to, co się działo wokoło, zręcznie wymijając zawady i unikając gałązek, które, utraciwszy giętkość od nocnego mrozu, pękały za lada trąceniem ze szklanym trzaskiem, daleko rozbrzmiewającym po borze. Srebrny, koronkowy wykwit szronu ubielił pnie i konary drzew; tu, w głębi tajgi, w miejscach bezwietrznych, zacisznych, zimowe śniegi jeszcze obciążały las; przejrzysty, zlekka kołyszący się tuman poranku nadawał białym konturom jego lotność i nikłość z chmur urobionych obrazów. W miarę, jak dniało, ta chmurna głębia nasiąkała perłową światłością, jak wata wodą. Na tym tle ciemne postacie myśliwych malowały się coraz dobitniej; to też oni, czując, jak różnią się od otoczenia, jak łatwo ich zauważyć, szli coraz wolniej posuwali się coraz ostrożniej. Nagle Dżianha zatrzymał się i niecierpliwym ruchem ręki dał znak, aby stanęli. Zamarli, tłumiąc oddech, w pozach, w jakich zastał ich ten nakaz, i tylko chciwe spojrzenia rozgorzałych oczu puścili we wskazanym kierunku. Nic nie ujrzeli z początku prócz śniegu, mgły i sęków, sieć szarych zarośli, przed którymi chylił się Dżianha; myśląc, że się ich przywódca omylił, chcieli już podejść bliżej, gdy tuż obok rozległo się przeciągłe, podobne do westchnienia sapnięcie; zakołysały się gałązki, sypiąc śniegiem, i ciemny grzbiet zwierza podniósł się z nocnego pod krzakiem legowiska. Dżianha metodycznie, nie zmieniając postawy, sięgnął ręką za siebie i dobył z sajdaka strzałę. Ale strzelać było niepodobieństwem, gdyż gęsta i wysoka ściana chróstu wznosiła się pomiędzy myśliwym a zdobyczą; próbować obejść, było to wystawić się na widok; pozostawało więc, trzymając łuk w pogotowiu, czekać, czy zwierz, żerując, nie wystawi się na strzał któregokolwiek z ukrytych w krzakach łuczników. Tak też zrobili. Stali, nie ruszając się wcale, a zwierz tymczasem ze wzrastającym apetytem skubał mech, wygrzebując go racicami z pod śniegu. Nareszcie Foka, znużony, spróbował zmienić postawę, i śnieg silniej naciśnięty zaskrzypiał mu zlekka pod łyżą. Rogal drgnął, nastawił uszy, podniósł łeb i dużymi, płomiennymi oczyma jął niespokojnie szukać w zaroślach przyczyny szelestu. I nagle wzrok jego spotkał się, może po raz pierwszy, z drapieżnym, utkwionym weń spojrzeniem czających się za krzakami ludzi. „Dzikus“, ogarnięty niezmiernym zdumieniem i trwogą, stanął nieruchomy. Skorzystał z tego Dżianha, z szybkością błyskawicy łuk napiął i puścił strzałę w ten widniejący o kroków kilka łeb rosochaty. Ale cel zniknął prędzej, nim strzała do niego dobiegła. Pocisk, przebiwszy próżnię, utkwił w pniu drzewa z gniewnym, jak osa, brzęknięciem.
— Ruszaj! Haj-da!
— Gdzie? Jak? Co mam robić? — wrzeszczał Foka, przedzierając się przez gąszcz, chrósty, usiłując dopędzić towarzyszów, którzy to chyłkiem, to bokiem wymijając przeszkody, pędzili z dwóch stron szerokiego przez renifera stratowanego śladu. Zwierza nigdzie w pobliżu ani widać, ani słychać nie było.
— Strzały! strzały! zbieraj strzały! — krzyczał zdala Ujbanczyk.
Ale Foka biegł z wytrzeszczonymi oczyma i nic nie rozumiał. Jakie strzały? Co za strzały? On nic nie widzi, ani sęków, które rozrywają mu odzież i ranią ciało, ani pni, o które zaczepia nartami, nie widzi nic, prócz kłębów własnego, gorącego oddechu. Zimne powietrze, wpadając do płuc przez nieoględnie szeroko otwarte usta, dusi go; pot kroplisty wystąpił mu na czoło i oczy zalewa; szronem obmarzłe rzęsy zlepiają się; w biegu nie podpiera się się ogromnym łukiem, a wlecze go za sobą, zamknąwszy oczy, by mu ich nie wybiły uderzające po twarzy gałęzie, rwie naprzód, nie patrząc przed siebie, wreszcie koniec jego łyży ugrzązł w większym wyboju, wybitym w twardej śniegów skorupie przez ściganego rena, i Foka upadł jak długi.
— Poczekajcie! — wołał, grzebiąc się w śniegu... — ale nikt mu nie odpowiedział; przestał go nawet dolatywać skrzyp nart przodem pomykających towarzyszów; z tyłu za to coraz wyraźniej dochodziło go Niusterowe: noch! noch! noch! — którym popędzał i kierował psy. Foka siedział, drażnącymi rękoma rozplątając pokręcony rzemień nart i płakał, jak bóbr. Gdy, uspokojony nieco, podniósł się, to wolniej już i uważniej w dalszą puścił się drogę. Zmienił nawet kierunek, gdyż, porzuciwszy trop zwierza, poleciał ku krawędzi lasu, nad jezioro, gdzie daleko na różowym tle zorzy dojrzał czarne, drobne postacie chyżo mknących towarzyszów. Rena wciąż nie było widać. Ponieważ Foce się zdawało, że ślad, którym gonili, zataczał półkole, więc dla skrócenia drogi rzucił się na przełaj, ale nim doścignął myśliwych, ci zawrócili kilkakroć i zniknęli w przeciwległych zaroślach. Znowu chłopak ujrzał się sam na krawędzi jaskrawej, mlecznej wstęgi świeżo stratowanego śniegu, wijącej się wdzięcznie, ale bez końca. Zmuszony pilnować się jej, aby w lesie nie zabłądzić, wlókł się osłabły, zniechęcony, coraz bardziej zwalniając kroku, aż z dreszczem dzikiej radości dojrzał na śniegu rubinowe krople krwi, a nieco dalej tkwiącą w ziemi strzałę. Widok ten wrócił mu siły i ochotę, więc zabrał strzałę i raźno puścił się naprzód, a gdy wydostawszy się z lasu, zobaczył w dali sunące po równinie już nie dwa, ale trzy cienie, z wesołym okrzykiem popędził ku nim.
Z zarzuconymi na plecy rogami, ciężko skacząc i zapadając się co chwila, uciekał ścigany renifer; zataczał koło z widocznym zamiarem wydostania się na już przebieżoną ścieżynę. Ale przeszkadzali mu w tym sunący z obu stron bracia, strasząc go i najeżdżając. Tymczasem Foka, rączy i podniecony, nadbiegał z gotowym łukiem i strzałami w ręku, i byłby może położył zwierza, gdyby ten, natrafiwszy przypadkiem na silniej zmarzniętą płaszczyznę, nie był pomknął z chyżością błyskawicy i znikł nagle z przed oczu myśliwych. Trzask łamiących się zarośli objaśnił, gdzie im się podział. Pośpieszyli więc w tym kierunku, pełni obawy, że zwierz wydobędzie się na swe poprzednie ślady, a biegając dokoła zostanie dla nich stracony. Ale ren zapadł się znowu — skakał, zrywał się, rzucał po lesie jak szalony, zaczepiając o gałęzie i sęki, zrzucając z nich całe obłoki śnieżystej kurzawy. Doścignęli go bez trudu. Foka roznamiętniony, szczęśliwy, z całych sił dotrzymywał im kroku, starając się naśladować zręczne, wyrachowane ich ruchy.
— Aj-da! Zuch! zuch Foka! doprawdy zuch! — krzyknął Dżianha, zwracając ku niemu spotniałą, rozognioną, ale wcale zmęczenia nie zdradzającą twarz. — A tylko, mój zuchu, podwiąż sobie rzemień u obuwia, bo się obalisz.
Zmieszany Foka spojrzał na nogi i znowu poczuł, że mu się na płacz zbiera: ciężkie, futrzane torbasy spadły mu już były niżej kolan, a długie podwiązki wlokły się po ziemi i groziły przewróceniem lada chwila. Musiał się przeto zatrzymać, a tymczasem Ujbanczyk minął go z wesołym śmiechem.
— Zabiją, zabiją beze mnie... Uuu! Pewnie już daleko — szeptał żałośnie, podnosząc się i co tchu ruszając dalej. Wielkim było jego zdziwienie, gdy wpadłszy do lasu, ujrzał o kilka kroków obu braci, skradających się ostrożnie ku płaskiemu wzgórkowi. Zobaczywszy go, dali znak, żeby się spokojnie zachował, a jednocześnie, aby się starał okrążyć wzgórek od strony przeciwnej. Idąc za tą wskazówką, zobaczył na stoku pochyłości renifera, głęboko ugrzązłego w zaspie śniegu. Biedak łeb, przyduszony ciężarem gałęzistych poroży, zwiesił tak nisko, że chrapami, ziejącymi strugi piany i pary, dotykał gruzłowatych kolan przednich łap, tkwiących bezsilnie aż do zgięcia w wysokiej zaspie; wpadłszy na ten lep śnieżny, zwalił się całym ciężarem swej złotej, grzywiastej piersi i nie mógł już powstać. Bokami robił gwałtownie, brocząc z pod strzał pierzastych, tkwiących między żebrami, strugi koralowej posoki; ciemny, śniegiem przyprószony grzbiet jego przebiegały bolesne drgania, a tylne, żylaste nogi deptały konwulsyjnie i gniotły śnieg dokoła, tworząc obszerny dół, ciemny, gdyż powleczony sinym, łagodnym cieniem tylko co nad tumany wzeszłego słońca. Dżianha zdołał już na dziesięć kroków podkraść się do zwierza, ale dalej iść nie śmiał, gdyż zauważył, że nie jest jeszcze dostatecznie wyczerpany, a po przyśpieszonym drżeniu jego członków odgadł, że już go spostrzegł i że się przeraził; zatrzymał się więc i wypuścił strzałę. Ren, wystraszony dobrze mu znanym brzęknięciem pocisku, zebrał ostatki sił i ogromnym, rozpaczliwym skokiem wyrwał się z grząskich więzów. Rozpoczęła się znowu straszna gonitwa, ale zwierz był już znużony, biegł powoli, więc ścigający zbliżali się coraz bardziej. Jak dwa psy gończe, z obu stron biegli za nim bracia: Dżianha na lewo, Ujbanczyk na prawo, od czasu do czasu wypuszczając strzały; z tyłu zaś porzuciwszy łuk, sajdak, nawet czapkę i rękawicę, dziko wyjąc, leciał Foka z nożem w ręce. Ścigany zwierz raz po raz zerkał po za siebie krwawymi, wybiegłymi z orbit oczyma, a kiedy jękła cięciwa, za każdym razem kulił się i przyśpieszał kroku. Wskutek tego nie zmniejszała się ani powiększała przestrzeń, dzielącą łowców od zdobyczy. Ludzie też poczynali się nużyć; twarze ich pobladły, członki skostniały, oddech stał się krótki, syczący, głęboko zapadłe oczy gorzały krwawo, posępnie; biegli jednak, zacisnąwszy zęby, paleni żądzą mordu, gotowi raczej paść trupem, niż zdobycz porzucić. Strzał im wreszcie zabrakło, których Foka zapomniał pozbierać.
— Ujbanczyk! łapaj! — ochrypłym głosem krzyczał Dżianha, wy puszczając ostatnią i tak mierząc, by w razie nietrafienia upadła bratu na drogę. Śmignęła „dwużądła“ i, polatując, opuściła się daleko na śniegi. Ujbanczyk schwycił ją w biegu i łuk z kolei naciągnął. Tak przez czas jakiś przerzucali sobie nacisk, aż ugodził i, wbiwszy się głęboko w żywe ciało, sam zadrżał, jak żywy. Ren skoczył, i głową runął na dół, ryjąc śniegi rogami.
— Uruj! — wrzasnął Dżianha, łuk rzucił, stopy pośpiesznie z nart wyszarpnął, i siadł okradkiem na trzepocącym się jeszcze zwierzu.
— Czego ty tak brzydko na mnie patrzysz? Gdybyśmy cię nie schwytali, sami umarlibyśmy z głodu!... — wyrzekł z uśmiechem, szturchając palcem mdlejące, zapłakane oczy renifera, patrzące na swych zabójców z wyrazem niewymownej boleści i wyrzutu. Ujbanczyk stał obok, oparty na łuku, z rozkoszą wydychał z płuc szalonym biegiem napędzone tam powietrze i patrzał spokojnie na zalane słońcem równiny. Nadbiegł wkrótce i Foka i chciał też koniecznie pchnąć nożem zwierza, lecz nie pozwolili mu przez wzgląd na całość skóry. Surowo skarcili go też i za to, że porzucił broń i odzież, i kazali mu wrócić po nie natychmiast.
Tego samego dnia „dobyli“ jeszcze jednego „dzikusa“, a pod wieczór, naładowawszy sanie mięsem, z którego tylko trochę zostawili dla siebie, i włożywszy na nie ostatniego, niepatroszonego jeszcze rogala, wyprawili Niustera do domu. Sami zasiedli dokoła ogniska, roznieconego w innym już miejscu i w nowo wykopanej jamie. Tu, przypominając wesoło różne wypadki dnia ubiegłego, pili, nie skąpiąc już sobie topionego masła, z drewnianych miseczek, aby co rychlej wrócić siły i sprężystość członkom, zesztywniałym po nadmiernej pracy. Wieczerzając, nie zapominali o wesołym swoim opiekunie „Bajnaju“ i raz po raz rzucali mu na ogień wyborowe kąski mięsa i tłuszczu.


Przypisy

  1. Łyże albo narty — duże, cienkie, elastyczne deski z zagiętymi do góry trójkątnymi dziobami, długie od 5 do 8 stóp i na stopę szerokie; do nóg przymocowują je za pomocą rzemiennych pętli, umieszczonych pośrodku, cokolwiek bliżej dziobów, i wloką, nie odrywając od śniegu.
  2. „Kamusowe torbasy“ — miękkie, kosmate buty, uszyte z wyprawnych, ale niepozbawionych sierści łap rena, albo łosia.
  3. Tak Jakuci tej miejscowości przezywają niedźwiedzia, gdy go nie chcą nazwać po imieniu.
  4. Jagiel — porost, mech islandzki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.