Kopciuszek (Kraszewski, 1863)/Tom I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kopciuszek
Tom Tom I
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wyd. 1893
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KOPCIUSZEK.


POWIEŚĆ


przez


J. I. Kraszewskiego.



TOM I.



 



WILNO.
Nakład Maurycego Orgelbranda.


 
1863.



Wolno drukować, pod warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury, po wydrukowaniu, prawem przepisanéj liczby egzemplarzy.

Warszawa dnia 10/22 Sierpnia 1862 r.

Starszy Cenzor, Antoni Funkenstein.
____________________________________
w Drukarni S. Orgelbranda.



Wiadomo całemu światu, a przynajmniéj tym którzy kiedykolwiek przejeżdżali z Lublina do Warszawy, lub z Warszawy do Lublina, że przy poczcie w Garwolinie, istnieje jak najściśléj z nią połączony Hotel Warszawski, zawierający w sobie traktjernią, cukiernią, billard, kawiarnią, i w ogóle wszystko czego wymaga od podobnéj instytucji Garwolin i stacja pocztowa.
Instytucja ta (bo niewahamy się dać jéj tego imienia) ważną jest i związaną tradycyjnie z pocztą; w czasach bowiem gdy Stacja jeszcze znajdowała się za groblą, na wygnaniu, i tam przy niéj, a raczéj z nią razem był hotel z temi samemi atrybucjami. Jednéj tam tylko rzeczy brakło, o któréj zaraz powiemy, to archeologicznego zegara, który dziś czyni tak wielką sławę Garwolinowi, okolicy, powiatowi, że już przez wrodzoną wstrzemięźliwość więcéj nie powiem.
Hotel więc tu wiąże się z pocztową stacją, od któréj go tylko, dla pewnego wstydu i przyzwoitości, dzieli kurytarzyk maleńki, a zająwszy w prawo cały róg kamienicy, tu się rozpościera obszernie i wygodnie; osobno oznajmując jako hotel i restaucja, osobnym napisem zwiastując, jako cukiernia: są to dwa oblicza tego Janusa Garwolińskiego. Rozumie się, że pierwsze powołuje podróżnych zdala przybyłych, drugie odnosi się do ludności miejscowéj i kraju. I tem się właśnie różni stara owa zagroblowa instytucja, od nowéj w rynku położonéj, że ta pomnąc na swe względem kraju obowiązki, jedną ze swych twarzy łaskawie zwrócić raczyła ku miejscowéj wygodzie i potrzebie.
Szyld cukierni jest nawet świeższy i piękniejszy od hotelowego, co dowodzi poszanowania dla autochtonów, umiejących to zapewnie ocenić.
Trzeba przyznać że hotel — traktjernia — cukiernia garwolińska, utrzymywany przez osobę bardzo poważną, z pomocą zgrabnego dziewczęcia, które całą służbę reprezentuje i kilku tłustych piesków, spokojnie śpiących na krzesłach, a stanowiących ornament, jest domem wygody, zaopatrzonym jak drugie jeżeli nie lepiéj. Wszystkiego w ogólności dostać tu można, oprócz rzeczy które się nie znajdują. Z zup panuje kapuśniaczek narodowy, krupniczek łatwo z dnia na dzień przechowywać się dający, bez uszczerbku w smaku i zapachu, sztuka mięsa z tłustym sosem i kartofelkami i t. d. i t. d. Ale bufet! bufet! w nim chwała i wielkość Garwolina! Tu stoją pod kloszami (pod prawdziwemi kloszami szklannemi) ciastka, przysmaki, słodycze; tu wódki, z których jedna przedniejsza zowie się Garibaldówką (nieznana nawet w Warszawie, ale podobna nieco do przechrzczonéj krambambuli) — tu!... o zadługo musiałbym bogactwa jego wyliczać! Zwróćmy raczéj oczy na dostojną gospodynię, a zapatrując się na jéj oblicze uznamy, że osoba ta ze wszech miar dystyngwowana, ani mniéj ani inaczéj, urządzając tę instytucją, uczynić nie mogła. Widać zaraz jak pojmuje jéj ważność, jak ocenia swe stanowisko w kraju, jak rozumie odpowiedzialność ciążącą na jéj barkach w obec dyliżansów i omnibusów przeprowadzających tędy cały można powiedzieć, świat, w obec poczt, nakoniec w obec Garwolińskiéj stolicy!
Wszystkim zresztą wiadomo, że raz, w dniu wiekuiście pamiętnym, książę pewien bezimienny zatrzymał się tu i pił herbatę, którą był rozczulony do najwyższego stopnia, gdyż mu więcéj przypomniała pokrewne Prussy, niż ojczyznę Konfucjusza.
Pani NN. gospodyni i głowa domu, czuje że gra tu rolę dyplomaty mocarstwa, często w delikatnych zostającego okolicznościach, i przymuszonego nadrabiać miną, a nigdy się nie skompromitować, obwija się więc pełńem powagi milczeniem.
Nie chcąc narazić zakładu, możnaż przyznać kiedy, że w nim czegokolwiek braknie? nigdy. Jest lub powinno być wszystko czego ktokolwiek zażąda. Jeśli nie dostaje czego, wina to kaprysu konsumenta, który żąda rzeczy, jakie w porządnych, pierwszo-rzędnych instytucjach europejskich tego rodzaju nigdzie się nie znajdują, a hotel garwoliński umie się szanować, ma tylko to, co ludzie dystyngwowani połykają i trawią.
Więc jest tu wszystko, mianowicie piwo, wódka wszelkiego numeru, chleb nie zawsze świeży (gdyż taki bywa szkodliwy) i masło, sól bezpłatnie.
Zresztą rachuba naturalna na pośpiech dyliżansu i omnibusów, mimowolnie nasuwa myśl, że się zje co jest, gdy głód dokucza a czas nagli.
I z pod kloszów znikają po kieliszku Garibaldówki choćby dwumiesięczne ciastka, a po nich zostają tylko tłuste na palcach plamy. Czasem trafia się, że wymyślny podróżny niedyskretnie żąda jakicheś niebywałych rzeczy, naprzykład jaj na miękko lub śledzia, wtedy gospodyni niechcąc mu dać poznać jego nieszlachetności, musi się uciekać do ostatecznych środków. Mówi, że rzecz żądana znajdzie się natychmiast, chociaż po nią nie pośle nawet, bo to by było zachętą do wymagań fantazyjnych niemoralną; podróżny siada, usiada gospodyni, psy się kładną i chrapią, Paulinka nie powraca — godzina użycia ostatecznych środków zbliża się.
Dla odwrócenia naprzód uwagi od materjalnych interessów żołądka, w sfery ducha i myśli, dumań i poezji, pani NN. zbliża się do zegaru stojącego w szafie z figurkami na przodzie, które niegdyś w młodości tańcować musiały, (wszyscy tańcują za młodu) nakręca go zręcznie, i kurant się rozpoczyna. Byłby z kamienia ktoby uparł się czuć głód, gdy zegar grać pocznie! Radzę Moniuszce, aby korzystając z pierwszéj swej bytności w Garwolinie, zanotował sobie ten temat archaiczny, który stare nam przypomina dzieje. Co to za kurant! a jak go gra ten zegar, którego tony gdzie niegdzie czas nielitościwy powyszczerbiał!jaki urok w tych hiatusach, w przemilczeniach, w przymuszonych pauzach, które klęski lat tylu, wymowną tłumaczą ciszą!
Pani N. zna też wartość swojego zegara, a Garwolin bardzo się nim słusznie chlubi. Gdyby skromność dziedziczki téj pamiątki nie cierpiała na tém, wartoby opis zabytku posłać do gazet zagranicznych, a chwilowo, jak ogon psa Alcibiadesowego, zająłby uwagę publiczną. Ale i skromność poszanować należy.
Żaden z was zapewne, czytelnicy moi, nie był nigdy gospodynią takiej znacznéj instytucji dobroczynnéj na wielkim trakcie, i nie wiecie ile tu jest do ucierpienia! Śmiejcie się zdrowi, ale to stanowisko ważne i zaprawdę niepoślednie! Pojmujecież co to jest wszystkim dogodzić, a siebie nie skompromitować, i nigdy nie dać się upokorzyć i zwyciężyć?
Ile to umiarkowania, wstrzemięźliwości, taktu potrzeba, ażeby nigdy fatalnego „Nie ma!” które by było wyrokiem potępienia, nie wyrzec; zawsze trwać na stanowisku, często udając głuchotę, podstawiać ciastka zamiast séra lub sztukę mięsa dawać na pieczyste, a w ostatku uciekać się do zegara, ażeby zagłuszyć niedyskretne, natrętne upominanie się dziwaków którzy się upierają koniecznie to jeść co się im podoba! Demagogi!
Świat jest tak zepsuty.
Ażeby odpowiedzieć godnie obowiązkom stanu i ważności stanowiska, przyznajcie, potrzeba wytrawności niepośledniéj i charakteru niepospolitego. Cóż dopiero, gdybyście wiedzieli, ile jest przewrotności w pocztyljonach, ile zdrady w chłopiętach przebiegających ulice, ile prześladowań losu ze strony furmanów, którzy pomijają hotel, by prostemu lichemu zajazdowi dać pierwszeństwo?
Każdy stan ma swoje gorycze, ale być gospodynią takiego hotelu, to powolne męczeństwo, i gdyby nie pojęcie to, że się spełnia missją społeczną, gdyby nie wewnętrzne pociechy ducha z dokonania ważnego obowiązku, lepiéjby już z koszykiem nosić obwarzanki i pierniki.
W życiu każdego człowieka są dni wielkie i uroczyste, są godziny światlejsze i o losie stanowiące; taką dla hotelu nad pocztowym gościńcem chwila przechodzenia dyliżansu, omnibusów i karet pocztowych. W tych godzinach dopiero hotel i gospodyni w całym jaśnieją blasku, zbierają laury, dziesiątki, przekleństwa i trzygroszówki lub żniwo płonne zawodów. Boć i te dyliżanse, panie odpuść, nigdy na nie z pewnością rachować nie można. Raz natłoczone niegłodnemi, drugi raz puste zupełnie, a nikt nie przewidzi czego ci goście zażądać mogą. Jest ich niekiedy do zbytku, to znowu żywéj duszy, oprócz konduktora.
Z konduktorami rozumie się w jak najlepszych stosunkach zdrowa polityka utrzymywać się zmusza, a choćby który z nich więcéj mający skłonności do kieliszka, nadużył czasem przymierza, wglądać w to ściśle nie można. Konduktor bowiem ma tysiące sposobów dokuczenia lub usłużenia hotelowi. Najczęściéj podróżni są pod jego wpływem, on robi sławę cukierniom i wskazuje godne zaufania szynczki, może przyśpieszyć godzinę odejścia dyliżansu lub nieco ją dla miejscowéj konsumcji opóźnić. Jest to człowiek chwilowo wszechmogący i pospolicie też postawy takiéj, że wraża uszanowanie we wszystkich. To też zjawienie się jego u bufetu najsłodszy zwykł witać uśmiech, najgrzeczniejszy ukłon i natychmiastowe ujęcie flaszki, która uczuć szacunku i przywiązania jest bardzo wymownym tłumaczem.
Jednego pochmurnego dnia jesieni bardzo niedawnych czasów, właśnie nadchodziła godzina dyliżansu z Warszawy jadącego do Lublina, i gospodyni rozpatrywała się w swoich zasobach, przygotowywała czego mogli wymagać podróżni, rzucała okiem po pokojach, aby się przekonać czy psy jakiéj nie popełniły nieprzyzwoitości. Był to zwykły jéj, chwilę krytyczną poprzedzający przegląd. W bufecie stało wszystko w jak największym porządku, flaszki zużyte podopełniano, ciasteczka miały minkę zachęcającą i pokuśliwą, zdawało się, że niczego nie braknie. Służąca z założonemi pod fartuszek rączkami, uczesana gładko i świeżo, oczekiwała rozkazów. Gospodyni przechadzała się zadowolniona prawie, myśląc tylko czy warto było puścić zegarowe kuranty lub nie. Pogląd w okno ostatecznie przekonał ją, że nie wiele się można było spodziewać i nie warto zbyt szafować.
W istocie dzień nie obiecywał podróżnych, w powietrzu nie było nadziei. Długie doświadczenie nauczyło gospodynią, że nie było stałego prawidła, którémby się w przepowiedniach o mniejszéj lub większej ilości podróżnych, spaść mogących na Garwolin, kierować można, jednakże myliło czasem przeczucie, i zawodziły wieszczby. Wszystko się trafia pod słońcem. Pogoda i słota przedewszystkiém najmniéj pewnemi były znakami, bo w pluchę czasem bywało pełno, a w najjaśniejsze dnie jak wymiótł. Umywanie się kota, skrzeczenie srok i t. p. znaki, ze wszystkiego podobno najlepiéj oznajmywały przyszłość. Ale dziś i sroki się gdzieś poprzytulały i kot zapomniał o toalecie, a dzień był tak ołowiany, chmurny i smutny, że się zdawał grozić pustkowiem.
Gospodyni też nie myślała bardzo się ryzykować na przygotowania i osądziła, że to co w kuchni i w bufecie było od wczoraj, powinno na tak brzydki czas wystarczyć.
Spojrzała w okno... okolica wyglądała posępnie, niebo jakby je brudnemi zawiesił ścierkami, deszcz wprawdzie jeszcze się był nie namyślił padać, ale widocznie na długą zbierało się słotę... Chmury jednostajne, ołowiane, rozbite, powlekały niebo; tęsknota, cisza milcząca, gniotła świat cały; zdawało się że nikt z domu nie ruszy w taką porę... Zbliżający się wieczór dodawał jeszcze obrazowi ponurości i wczesny mrok pomaluteńku, zdradliwie zakradał się już po za ciężkie obłoki.
Zegar wskazywał godzinę dyliżansową, a od strony Warszawy cicho było i głucho. W tém trąbka dała się słyszéć zdaleka.
— Dyliżans! machinalnie zawoła gospodyni idąc powoli do bufetu, jak żołnierz na stanowisku, posłyszawszy sygnał.
— Nie, proszę pani, odezwała się służąca stojąca we drzwiach.
— Jakto nie?
— To extra-poczta trąbi.
— Extra-poczta?? przysłuchując się razem i artystyczniej układając ciastka na zakąski, przerwała gospodyni — extra-poczta?? a prawda...
Nawykli do pocztarskich trąbek, doskonale ich piosenki rozumieją; dała tego dowód panna Paulina, która może też i usta co mazurka wygrywały przeczuła, bo się mocno zaczerwieniła...
— A to może podróżni na noc! i gotowi ich zawieść do zajazdu!
— Nie, to Wacek trąbi... a on, proszę pani...
— A już to ja wiem, że wy się z nim znacie!
I pogroziła jejmość pannie Paulinie, która straszniejszego jeszcze raka upiekła.
W tém po bruku zaczęło tętnić, trąbka odezwała się znowu, i wielki powóz zatrzymał się przed pocztą.
Byli to jacyś podróżni, przybywający od strony Lublina.
— O! o! — szepnęła gospodyni poglądając przez okno, — oho! kareta (sic) poczwórna, na leżących ressorach, z pakami, co się zowie, i koczyk, elegancko! Wybiegnij no Paulina, mnie nie wypada, może się o co spytają. Niechby przenocowali, jest pokój wolny, choćby i dwa.
Paulina była posłuszną, tém żywiéj biegnąc, że i ten Wacek, zdaje się, nie był jéj obojętnym.
Przed samym ganeczkiem, stała w istocie piękna kareta, służący już był otworzył drzwiczki jéj i z wnętrza wyglądały jasne kobiece sukienki. Jedna z niewieścich głów wychyliła się właśnie, i szukała kogoś, zapewne mężczyzny, który w téj chwili z koczyka się dobywał.
— Panie Feliksie! panie Feliksie! czy pojedziemy daléj? — spytano.
— Nie życzę... późno, szose nie najlepsze, drogi kawał, lepiéjby przenocować.
Odpowiadający w ten sposób wysiadł już był z koczyka, i ziewając a przeciągając się, rozglądał się po okolicy i niebie. Był to średnich lat mężczyzna, pięknéj budowy, barczysty, silny, a na twarzy choć nieco już rozlanéj, i nazbyt zaokrąglonéj, noszący ślady piękności niepospolitéj, szlachetnéj, choć na pozór trochę chłodnéj.
— Więc jedziemy czy nie? panie Feliksie? — z odcieniem niecierpliwości spytała znowu kobieta.
— Jak chcecie.
— A! jakiż jesteś nudny! przecieżby wiedzieć potrzeba czy choć jest gdzie przenocować?
Gospodyni, która słuchała téj rozmowy z oburzeniem, w imieniu Garwolina ruszyła ramionami.
— Jest tu gdzie przenocować? — zapytał już stojącéj w ganku Pauliny pan Feliks.
— A gdzieżby nie było? — z uśmiechem odparła dziewczyna, toż hotel proszę Pana.
Służący pobiegł zobaczyć, i powrócił do drzwiczek karety z zapewnieniem, że są pokoje.
— Więc nocujemy...?
— A! nocujemy choć wcześnie, — rzekł mężczyzna, z wami jadąc to być inaczéj nie może! Boicie się jechać nocą, choć wcześnie, potrzeba już nocować.
Z wnętrza większego powozu poczęły się zatém dobywać skryte w nim niewieście postacie. Wyszła naprzód średnich lat, ale jeszcze bardzo przystojna i wspaniałéj postaci kobieta, osłoniona zamaszystym burnusem, taż sama, która pierwsza wywołała pana Feliksa z obojętności, z jaką sobie stał na boku wyglądając na męża, potém dwie panny i skromniéj ubrana służąca.
Wszystko to szeregiem posunęło się zwolna do ukazanych im pokojów, a w ślad za niemi pociągnął równie powoli i pan Feliks, którego Garwolin nie zdawał się dotąd zachwycać, gdyż minę miał znudzoną i kwaśną.
Zaledwie przybyli znikli w głębi hotelu trąbka dała się słyszeć znowu.
— Dyliżans! — machinalnie odezwała się Jejmość.
— I to nie dyliżans! — cicho zauważyła Paulina.
— Ale co bo pleciesz? — a potém dodała zaraz, — a ono, prawda że nie dyliżans, zobaczże no prędko, ot to się rozjeździli Extra! istotnie extra!!
Z wielkim hałasem zajechała druga obładowana kareta od strony Warszawy, i stanęła przed gankiem.
Kamerdyner wbiegł szybko potrącając nawet Paulinkę i dopominając się numeru.
Wskazano mu pokoik.
— Jakto? jeden pokój dla pani Jenerałowéj, to nie może być!
— Reszta zajęta!
— To tu gdzieś przecie znajdziemy drugą oberżę.
— Drugiéj, proszę pana, nie ma w Garwolinie, tylko liche zajazdy, — odezwała się Paulinka razem i Pocztyljon uni sono.
Kamerdyner pobiegł do powozu.
— Jeden pokoik i to nie osobliwy, wszystko zajęte.
— Ja się pomieszczę i w tym jednym, — odezwał się głos z karety, — chcę spocząć... proszę otworzyć.
Drzwiczki odemknięto, i powoli znowu wysunęła się postać niewieścia, kobieta słusznego wzrostu, pięknéj postawy, nie bardzo już młoda, ale twarzy, która jeszcze zastanawiała nadzwyczajną regularnością rysów zmęczonych. Ubrana czarno i skromnie, jakimś osłabłym krokiem postąpiła ku gankowi, nie spoglądając nawet przed siebie, kamerdyner ją poprzedzał.
Niewiem, ciekawość czy potrzeba wywiodły właśnie na jéj spotkanie owego pana Feliksa, tak, że mimo, iż się jéj z drogi ustąpił, gdy schodki przeszła, znalazła się o krok od niego — podniosła oczy, i oboje razem jakby widmo ujrzawszy stanęli osłupieni.
Z oczów p. Feliksa i Jenerałowéj widać było, że to spotkanie tak niespodziane, nastąpić musiało po bardzo długich rozstania latach, gdyż wpatrywali się w siebie wzajemnie, jakby chcąc upewnić, że ich nie myliły oczy.
Kobieta zarumieniła się, pobladła, zadrżała, mężczyzna stał pomieszany i niepewny co miał począć. Żadne jednak słowo z ust ich nie wyszło, oczyma zmierzyli się długo, a w tym wzroku ile było zapytań, wspomnień, ciekawości, niepokoju i tajemnic, odmalować trudno, choć to trwało jedno przelotne oka mgnienie.
Jenerałowa jakby natychmiast opamiętywając się, szybko postąpiła naprzód, a p. Feliks pozostał jak wrosły w podłogę na kurytarzu, tylko oczy w ziemię utopił, jakby przybity niespodzianie nań spadającém brzemieniem.
— Kto to jest? — zapytał powracającego kamerdynera.
— Jenerałowa Palmer...
— Jenerałowa? Palmer? — powtórzył ze zdziwieniem mężczyzna.
— Panie Feliksie! — odezwał się głos żony z pokoju, panie Feliksie?
Ruszył ramionami powołany, z widoczną niecierpliwością, i wszedł do izby gościnnéj, do któréj właśnie znoszono owe mnóstwo paczek, węzełków i pudełeczek, które pięknym paniom w każdéj ich podróży towarzyszyć muszą.
— Któż to przyjechał? — spytała starsza kobieta.
— Jakaś Jenerałowa, Pulwer! Palmer! nie wiem co to jest?
— Nocuje?
— Zdaje się, bo dla niéj numer obok naszego zajęto.
Mówił to pan Feliks i stał jak przybity, tak, że żona uderzona niezwykłym twarzy je go wyrazem, spytała:
— Czy tak jesteś zmęczony?
— Niezmiernie, ogromnie.
— Patrzże, to my słabe kobiety! Elwirka taka delikatna, Mania i ja, jeszczebyśmy z biedy poszły tańcować, a ty, w takim wygodnym powozie?...
— To rzecz wiadoma, że wy jesteście mocniejsze od nas we wszystkiém, nieulega najmniejszéj wątpliwości.
— Dla tego tylko chyba, że mamy wolą, — odparła kobieta.
— A my? — dodał mężczyzna obojętnie...
— A wy ją bardzo prędko tracicie, mój Feliksie. Jak tylko macie kątek, żonę i spokojny kawałek chleba, wpadacie w jakąś apatją, zastygnienie, obojętność, tak, że gdyby się świat przewracał, jużbyście nie chcieli wyjrzeć przez okno.
— Jużby to było za późno! — rzekł p. Feliks.
— Jak wy się zużywacie! a raczéj jak.. ale cóżto ja mówię!!
— Samuelko, masz słuszność, kazanie nie w porę! lepiéjby pomyśléć... choćby o herbacie.
— Prawda, to skuteczniéj wywoła energję i siłę, niż moja homilja?
P. Feliks ruszył ramionami.
Rozmowę przerwało nadejście hałaśliwe dyliżansu, panienki pobiegły do okna, wrzawa przed pocztą zrobiła się wielka, podróżni sypnęli się jak z pudelka Pandory, wprost ku salce i bufetowi, gdzie na nich już gospodyni oczekiwała.
Dyliżans tym razem wbrew wszelkim przeczuciom, był ogromnie napakowany, wewnątrz jak śledzie w beczce mieścili się różnego kalibru podróżni; jeden miał zaszczyt i przyjemność siedzieć z konduktorem na przodzie, dwóch podobno na wierzchu pod gołém niebem używali świeżego aż nadto powietrza.
Przyjaźń konduktora, zarówno z przepisami pocztowemi, sprawiła to, że podróżni mogli się rozkurczyć i posilić w Garwolinie, a do konsumpcji w bufecie zachęcano ich i tém, że do Żabianki nigdzie już nie znajdą takiego komfortu jak tutaj. Na nieszczęście, jejmość wcale była nie przygotowana, chleb i wódka, piwo i owczy serek, stanowiły treść podwieczorku, ale głodnym wszystko dobre.
— Jak mamę kocham! — zawołała Elwira patrząc przez okno, — wszak to Teoś Muszyński wysiadł z dyliżansu.
— Ale co się śni, moje dziecko! — odpowiedziała matka.
— Ale już ja się, proszę mamy, nigdy nie mylę, to on, dodała panna Elwira, córka pani Feliksowéj, ładna, świeża i rumiana, jakich jest tysiące, z twarzyczką wesołą, pospolitą, bez wyrazu.
To mówiąc od okna odwróciła się ku drugiemu przybyłemu razem z niemi dziewczątku, ku Mani, która w kąciku coś w swoim przebierała woreczku.
I strój i pokora i miejsce jakie w pokoju zajęła, dowodziły, że położenie Mani w tym domu było podrzędne, że to być musiała sierota na łasce, jakaś daleka krewna, lub wychowanka. A było to śliczniuchne stworzeńko, drobne, malutkie, białe, z blond włoskami i dużemi niebieskiemi oczkami i z takim jakimś smutkiem w twarzy, że patrząc na nią przeczuwałeś sieroctwo, miała je napisane na czole.
— Słyszysz Maniu? Teoś? chodź! zobacz!
Mania na pierwsze o nim wspomnienie, już się była niezmiernie zaczerwieniła, teraz musiała udać: że nie słyszy.
— Ale cóż mnie Teoś obchodzi?
— Ciebie? on? nie obchodzi! o! o! moja najdroższa! mów to sobie komu chcesz, ale nie mnie i mamie! — zawołała Elwira.
Pani Feliksowa uśmiechnęła się prawie pogardliwie spoglądając na Manię, która wciąż tam coś szperała w swojéj torbeczce.
W téj chwili pan Feliks, który był wyszedł, powrócił do pokoju i odezwał się do żony:
— Spotkałem się z Muszyńskim.
— A widzicie, żem się nie omyliła! rozśmiała się Elwira.
— Dokądże jechać raczy? — z przekąsem spytała pani Feliksowa.
— Doprawdy nie wiem, ale podobno dostał gdzieś miejsce na wsi, naturalnie guwernera.
— Ale jakże to może być, żeby wiedząc o nas, nie przyszedł się nam pokłonić, no, jeśli nie nam zresztą, to choć Mani.
— Moja Elwirko! cicho szepnęło rumieniąc się dziewczę.
— Nie dokuczajcież jéj, proszę! rzekł pan Feliks z nieukontentowaniem widoczném.
P. Feliksowa ruszyła ramionami.
— Ale któżby śmiał twojéj protegowanéj dokuczać! i dla czegoż mówisz w liczbie mnogiéj, przecież nie odezwałam się ani słowa.
— Przepraszam — mimowolnie... Mania coraz bardziéj się rumieniła i głębiéj szukała czegoś w torbeczce.
Wtém drzwi się otworzyły i młody chłopak, o którym była mowa, wszedł nieśmiało do pokoju. Znać było na nim, że walczył z sobą, nim się na ten krok odważył, że jakieś uczucie przemogło i popchnęło go — ale otworzywszy drzwi, tak się zmieszał, tak zapłonił, jakby był nieśmiałą dzieweczką.
— Najmocniéj przepraszam, odezwał się, kłaniając pani Feliksowéj — ale dowiedziawszy się, że państwo są tu przejazdem, nie mogłem się wstrzymać, aby im nie złożyć mojego uszanowania.
Na to powitanie pani Feliksowa ani się ruszyła z krzesła i ledwie kiwnęła główką, ale Elwira i ona mierzyły ze złośliwą ciekawością przybyłego i Manię na przemiany. Ta odwróciła się zmieszana, spojrzała i stanęła widocznie dotknięta całą sceną, która ją czyniła celem przykrych szyderskich wejrzeń.
Teoś Muszyński był dosyć ładny mężczyzna, średniego wzrostu, ciemny blondyn, poważny jak zwykle ubodzy młodzi ludzie, którzy wcześnie dojrzewać muszą, twarzy otwartéj, poczciwéj i pięknéj. Rysy jéj nie były zbyt regularne, ale wyraz wybitny, a nadewszystko czoło wyniosłe i piękne. Od razu jakoś tchnęła od niego poczciwość.
Pani Feliksowa niedbale, szydersko zwróciła się ku niemu.
— Dokądże to pan wędruje? spytała.
— W świat pani, za pracą.
— A! to bardzo pięknie, ale nie możnaby wiedziéć w którą świata stronę?
— Na teraz ku Podlasiowi pani, gdzie mi parę chłopiąt dają do wychowania.
— Jakże się to pogodzi tak suche zajęcie z poezją? zawsze żartobliwie dodała pani Feliksowa.
— Tak jak się zwykło godzić serce z obowiązkiem.
— Prześlicznie!
Spojrzała na Manię, któréj niebieskie oczy, pomimo nadzoru, pod jaki każde ich wejrzenie było poddane, z uczuciem jakiémś rzewném, zwróciły się ku Teosiowi, i chciały mu powiedziéć wszystko, czego usta nie mogły.
Elwira prawie tak szydersko uśmiechała się od okna, jak matka ze swojego krzesła.
— Życzymy szczęścia i poezji i pedagogji! dodała pani Feliksowa, jakby go żegnając, p. Elwira skłoniła głową.
Mania zdaleka tylko wzrokiem i rumieńcem powiedziała mu to, czego usty wyrzec nie mogła. W lazurowych jéj źrenicach kręciła się łza skrywana.
P. Feliks w powadze i milczeniu patrzał na całą tę scenę, westchnął głęboko i w chwili gdy Teoś miał odchodzić pomieszany, zbliżył się, podał mu rękę, mocno nią wstrząsając.
— Bądź zdrów, kochany Teosiu, rzekł, niech ci się tak wiedzie jak ci życzę, i jakeś doprawdy wart. Nie zapominaj o nas.
Milczenie pani, nie dozwoliło się dłużéj wstrzymać gościowi i natychmiast wynijść musiał.
Po jego oddaleniu się, cisza chwilę panowała w pokoju, tylko Feliks był chmurny, Mania twarz skryła, a p. Feliksowa zrobiła minę marsową, zapewne aby męża odstręczyć od robienia wymówek, których się spodziewała.
P. Feliks westchnął, dobył cygaro, popatrzał, ruszył ramionami, jakby dodając jéj serca spojrzał na Manię i powoli wysunął się za drzwi.
Gdy się to tu działo, inna scena miała miejsce w kurytarzyku dzielącym pocztę od bufetu. Tu snuli się słudzy przybyłych gości i podróżni wysiedli z dyliżansu. Wpośród nich jeden, który zlazł tylko co z wierzchołka karety, zwracał szczególniéj uwagę; była to postać tak napiętnowana stygmatem upadku moralnego i nędzy, że bez jakiegoś wstrętu spojrzeć na nią nie była podobna. Nie tyle wiek, co życie zniszczyło tego mężczyznę, niegdyś, jak było widać, bardzo pięknego i zbudowanego atletycznie. Dziś była to szkaradna, brudna ruina, twarz straszliwie wychudła, oczy czarne zapadłe, policzki czerwonością i wyrzutami krwawemi pokryte, włos rozczochrany, broda nie czesana, wąsy rozpierzchłe, wzrok jego był obłąkany, pijany razem i groźny. Niedawno jeszcze bujny zarost twarzy i głowy ufarbowany był niezręcznie, ale zapomniano farby odnowić, a słota i czas ją zrudziły, włos odrastał pasmami siwawemi.
Oczy zaszłe blachmanem, jak dawniéj mawiano, zdradzały zarówno z barwą twarzy, nieprzełamany nałóg pijaństwa. Na szyi miał szczątek chustki czarnéj, podarty surdut opięty, zbrukany, niewiadomego koloru, buty dziurawe, przytém kapelusz zatłuszczony i zmięty, a w ręku rękawiczki poszarpane i coś nakształt chustki do nosa, niegdyś jedwabnéj.
Wysiadłszy zaraz pospieszył do bufetu, w milczeniu wskazał gospodyni największy kieliszek, chlebem z solą przekąsił, napił się wódki i wyszedł w kurytarz kręcąc sobie papieros z miną, już tylko zwierzęcych w życiu uciech szukającego człowieka, któremu reszta była całkowicie obojętną.
Stał tak w ganku z zapalającém się po wódce okiem, gdy drzwi pokoju Jenerałowéj otworzyły się, i sama pani chcąc zawołać sługi zapewne, wyjrzała. Trafem wzrok jéj spotkał tego obszarpańca, i drzwi żywo i gwałtownie zatrzasnęły się zaraz.
Człowiek ów, który stał obojętny przed chwilą, jakby iskrą elektryczną dotknięty nagle, drgnął, rzucił się i skamieniał. Posunął się parę kroków naprzód, cofnął, stanął, zmięty w rękach tytuń rzucił i zdawał namyślać co ma począć. Oczy jego paliły się, czoło pofałdowało, palce drgały, spojrzał potém na siebie, gorzki uśmiech przebiegł jego usta i powoli powrócił ku gmachowi.
Kamerdyner wchodził do pokoju Jenerałowéj właśnie.
— Słyszysz WPan, rzekł zachrypłym głosem dyliżansowy, kto to jest ta twoja pani?
— Ta moja pani! od stóp do głów mierząc zuchwałego ciekawca, powtórzył kamerdyner daleko porządniéj odziany i wyglądający od tego jegomości. Naprzód to nie jest moja pani! choć ja jéj służę, powtóre nie mamy zwyczaju spowiadać się lada komu.
Pytający zaczerwienił się, oczy mu zapałały, ale się zaraz pomiarkował.
— Bardzo przepraszam jeśli się źle wyraziłem — ale proszę tylko oznajmić, że pan Fryderyk żąda kilka słów powiedziéć — a przekonacie się, że tak mnie odprawiać nie mieliście powodu — bo (podniósł głos) my się z panią dawno i dobrze znamy.
Służący na te słowa struchlał, tak mało prawdopodobném wydało mu się, by Jenerałowa tego rodzaju znajomości miéć mogła?
Scena ta odbyła się tak głośno, i tylu miała świadków mimowolnych, że kamerdyner rad był ją co najprędzéj ukończyć. Wszedł więc do pokoju i natychmiast powrócił z odpowiedzią, że pani chora, widziéć się nie może, ale jeśliby pan Fryderyk czego żądał...
To przypuszczenie przez usta sługi przysłane, było tak upokarzające, że nawet biedny ów odartus na nie się oburzył.
Zamilkł, pohamował się prędko, a że i trąbka pocztarska już się słyszéć dała, a dyliżans stał gotów do drogi, mruknął tylko spokojnie.
— No! to się gdzieindziéj zobaczymy.
Chwilę pomyślał jeszcze, jakby się wahał czy zająć miejsce w powozie, do którego wzywano co prędzéj podróżnych, a potém usiadł spokojnie na ławce przed hotelem.
— No! a pan siadać nie myślisz? zapytał konduktor.
— Nie myślę.
— Pan nie jedziesz do Lublina?
— Jechałem, ale mi się odechciało.
— I miejsce stracone?
— Wróbel go sobie może zająć i jechać szczęśliwie, odparł spoglądając na wierzch karety podróżnéj. Upadam do nóg.
I zwinąwszy znowu papierosa podejrzany ów jegomość, zajął miejsce u wnijścia, jakby mu już podróż nie była wcale pilną, a wieczorny chłód obojętnym.
Kamerdyner, który patrzał na całą tę scenę, powrócił do pokoju Jenerałowéj, zabierającéj się właśnie do wieczornéj modlitwy, do któréj liczne książki różnéj formy, medale i różańce przysposobione już leżały.
— Ten pan Fryderyk — proszę JW. pani — zamiast jechać do Lublina — tu został.
Jenerałowa chciała udać obojętną, ale ręce się jéj zatrzęsły, pobladła i choć w obec sługi pragnęła się nie wydać z niepokojem, nie była panią siebie.
— Nie pojechał? spytała.
— Nie — dyliżans odchodzi, a on siadł i został tu, mówi, że się z JW. panią gdzieindziéj widziéć będzie.
— A! znam go! to natrętny żebrak, najgorszego prowadzenia człowiek, kiedyś mu świadczyłam.... mój Ignacy — ale cóż tu poradzić...?
— Ja nic nie poradzę, bo na mnie się tak ofuknął... hardy jakiś.
Jenerałowa chwyciła podróżny pugilaresik, napisała żywo kilka słów ołówkiem, i zawinąwszy parę papierków, które wyglądały na pieniądze, oddała je kamerdynerowi.
Był to człowiek wytrawny ów kamerdyner... a jakoś wszystkiego tego zrozumieć nie mógł; krzywo mu się ten niepokój pani wydawał.
— O! do licha, rzekł w duchu — czy jaki kuzynek z drugiego świata? czy co?
— Proszę cię oddaj mu to! oddaj proszę! żywo i przerywanym głosem, dodała Jenerałowa — pospiesz.
— W jednéj chwili...
Podróżny siedział w ganku i palił papieros, z uśmiechem jakimś piekielnym na ustach i miną zwycięzką; kapelusz rzucił na ucho, nogę na nogę założył i podśpiewywał, ale nie źle jakąś włoską arjetkę, gdy kamerdyner podbiegł i oddał mu posyłkę.
Zmierzył go okiem podróżny, pokiwał głową, i papier odtrącił.
— Powiedz pani, że ja się z nią widzieć życzę — i zwróć jej list nazad! rozumiesz WPan!
— Ale Jasna pani chora.
— To, jak wyzdrowieje, ja poczekam, — dodał podróżny i głowę odwrócił.
Tymczasem dyliżans już z przed ganku ruszał, konduktor usiadł na swe miejsce, pocztyljon z bata uderzył rozgłośnie, i konie pobiegły po bruku, a głowa młodego Teosia wychylona przez okno, próżno szukała czyjegoś wejrzenia i pożegnania.
Gdy się to dzieje, a kamerdyner odprawiony, powoli, ruszając ramionami powraca do Jenerałowéj, pan Feliks wyszedł chmurny i zamyślony z pokoju żony, chcąc sobie nieco spocząć na świeżém powietrzu.
Na wstępie uderzyła go zaraz ta postać dziwna, wygodnie sobie rozsiadła na ławeczce, któréj rysy zdały się mu nie zupełnie obce. Strój tylko i nędza były panu Feliksowi nie do pojęcia; stał, patrzał i oczom nie wierzył. Poszedł parę kroków zdumiony, a wtém podróżny głowę odwrócił.
Popatrzył także na zbliżającego się, i dobywając resztki papierosa z ust, począł jedno oko przymrużać, a usta jakby do uśmiechu wykrzywiać.
Dobrych minut kilka poglądali tak na siebie; podróżny odarty poprawił kapelusza i pokręcił wąsa, czyniąc sobie postawę coraz zuchwalszą.
— A tak! odezwał się po długiéj chwili, nie ruszając z miejsca, jak starzy przyjaciele wdzieją łachmany, zabruczą się i odrą, któżby ich poznać chciał? mówić z niemi, lub rękę ku nim wyciągnąć! choć się to ją dawniéj serdecznie ściskało! ha!ha! Patrz nie patrz, panie Feliksie, dziwuj nie dziwuj, taki to ja! ze skórą i kośćmi, bo mięsa już nie ma.
Feliks cofnął się krok i przybrał postawę poważną.
— Jeżeli starzy przyjaciele wdzieją łachmany, — rzekł, pod niemi poznać ich można i rękę im wyciągnąć, ale jeśli dobrowolnie się zbruczą i ostatecznie skalają...
— No! cicho, — zawołał tupiąc nogą odarty, a kto wam dał prawo sądzić? ani dawnéj przyjaźni, ani nowego politowania nie potrzebuję. Gdyby człek w istocie upadł, a padając nawet się powalał... czy i wówczas z chrześciańskiéj miłości odepchnąć go trzeba, aby już i dźwignąć się nie mógł?
Pan Feliks zmilczał.
— O! mój Boże! zawołał po chwili — co się to z tobą stało.
— A cóż! to co się ze wszystkiemi stać może, co pieniędzy nie szanują, a życie lubią. Jeszcze jutro może mi dopisać trent, lewa, i jak się wystroję, i szampana wam postawię, to mnie ściskać będziecie w zawody, kto lepiéj i serdeczniéj!
Ale i to WPana interessować będzie, dodał z uśmiechem, palcem w tył pokazując ku pokojowi zajętemu przez Jenerałowę — wszak ci to piękna Julka, przyjechała tu karetą z kamerdynerem, daj go katu, i nie chce mi się nawet pokazać. Otóż się z nią widzieć muszę — przecież to dla obu nas bardzo stara i bardzo serdeczna znajomość, a niegrzecznieby było minąć ją, nie salutując.
Rozśmiał się, a w uśmiechu reszta czarnych zębów ukazała się wśród paszczy, która buchnęła dymem.
Nie wiem dla czego pan Feliks ostatniemi słowy niezmiernie się zmięszał, chciał widocznie przerwać mu mowę, jakby się obawiał by żona jéj nie posłyszała, zaciął usta, i spojrzał na Fryderyka.
— A no, tak! rzekł obojętnie wcale nie zniżając głosu odartus — ja to rozumiem — WPan jesteś z żoną — boisz się by jéj uszów to nie doszło — a mnie to co szkodzi? ha! ha! Co za czuły małżonek! co za cnotliwy człowiek! Julka przyjeżdża karetą herbowną, a pan Feliks sztywny jak lalka, wstydzi się starych najlepszych znajomości? O zmiany czasów! o zmiany! ha! ha! ktoby to przed laty powiedział!
P. Feliks odwrócił głowę ku pokojowi żony — Fryderyk zaczął się śmiać gorzko.
— Mój Boże! powtórzył pierwszy, znać nie wiedząc co powiedzieć — co się to z tobą stało?
— Ale cóż bo tak ubolewasz nademną, ofuknął drugi podnosząc głowę, — myślisz, że mi już tak bardzo źle na świecie? Ot wiesz że wcale tak nie jest. Naprzód ty co chwila możesz wszystko co masz stracić, a ja już nic. To za wiele starczy. Powtóre, ja się przekonywam z doświadczenia, że kieliszek wódki równy jest kieliszkowi koniaku w obec żołądka i gęby, że chleb i cebula są wcale nie złym pokarmem, i że módz drwić z całego świata na całe gardło, to także coś warto. Dyogenesowe rzemiosło wcale nie do odrzucenia — ludzie się boją, a człowiek się śmieje.
— Są jednakże milsze i piękniejsze — odparł z cicha p. Feliks, miarkując swój głos jakby chciał towarzysza podnoszącego wykrzyki, umiarkować. Ale to nic nie pomogło.
— Lepszeż twoje? spytał niedbale ów. Ot nie wiem, jeździsz powozem, ubierasz się przyzwoicie, wyglądasz na porządnego człowieka, ale żona cię za nos wodzi.
— Panie Fryderyku! oburzył się Feliks.
— Wszakże się znamy? odparł pierwszy — ceremonji z sobą robić i bawełną obwijać nie mamy potrzeby. Nie jesteś panem w domu, a w towarzystwie z nas dwóch dziś jeszcze, ja w łachmanach, ty w sajecie, pewniebym większe zrobił wrażenie — boś już zupełne zero, kochany panie Feliksie, ja mogę zrobić skandal, ty nawet głupstwa nie potrafisz.
W czasie téj rozmowy, która widocznie do najwyższego stopnia niecierpliwiła p. Feliksa, nie śmiejącego jednak uciec od niéj niegrzecznie — kamerdyner Jenerałowéj wyjrzał kilka razy, jakby chciał się przekonać, czy jeszcze siedzi ten natręt. Pan Feliks kręcił się, w ostatku zawinął i usiłując przenieść walkę na plac mniéj niebezpieczny, powoli usunął się do bufetowego pokoju.
Fryderyk spojrzał na niego, pomruczał coś pod nosem, ale pozostał na stanowisku; i drugi papieros skręcać zaczął, z nadzwyczajną do tego biorąc się wprawą.
W salce, do któréj wszedł pan Feliks chcąc uniknąć niemiłego spotkania, widać było jeszcze nie posprzątane szczątki podwieczorku, który pospiesznie podano podróżnym. Sama pani zajęta była dodawaniem, i trzymała pełną garść drobnych usiłując sobie przypomnieć za co je wzięła. Paulinka zbierała okruszyny tego wcale nie Baltazarowego festynu.
Tu i owdzie stały niedopite piwa kufelki, porozłamywany chleb leżał, na talerzach poniewierały się szczątki sztukamięsy i kartofli — na jednym z głównych stolików ku wielkiéj zgryzocie, jak wyrzut sumienia widny był kotlet, którego jakiś gość nie chciał, a co gorzéj, nie zapłacił. Kotlet ten ostawiony kartoflami, zastygły w tłustości, smutny, brzydki, czarny, przeznaczony zapewne dla piesków gdy niewdzięczni ludzie go niechcieli — do wyraźnego rozkazu pani, ad interim, używał honorowego miejsca, na które wcale nie zasłużył.
Kotlet ten brzemienny był historją w kuchni i złym humorem na dwa dni, służąca też poglądała nań ze strachem i wstrętem, jak na poczwarę w piekle kuchenném wylęgłą.
Może być, że niespodziane zjawienie się podróżnego, który tak wszedł z miną interessowaną, że wyglądał na konsumenta, przerwało arytmetykę jéjmości, i wybuch jéj złego humoru (który się nigdy nie zwykł był objawiać przed profanami), i sprzątanie panny Pauliny.
Jéjmość zwróciła się ku niemu z twarzą rozjaśnioną, jak gdyby historja kotleta poszła na dno niepamięci morza; Paulinka obróciła nań swe modre nic nie mówiące oczy, a psy śpiące na krzesełkach podnosiły głowy ciekawie, niepewne, czy szczekać czy jeszcze drzemać?
P. Feliks prawdę powiedziawszy wszedł sam niewiedząc po co, niechcąc powrócić do żony, która po podróży zawsze się stawała gderliwą, ani narażać na szyderstwa odartego Fryderyka. Trudno mu też było żądaniem jakiém swe przyjście usprawiedliwić, zakręcił się, obejrzał i zaczął patrzeć na starożytny zegar Garwoliński udając, że nęci nadzwyczaj jego ciekawość.
Jéjmość, która miała wielką słabość do tego zabytku, postrzegłszy to i przypomniawszy sobie że pan ten przyjechał koczem i karetą, uczuła się w obowiązku nakręcenia kurantów. Podeszła więc zręcznie, włożyła klucz i zegar chrapliwie, powoli, zakaszlując się począł nieśmiertelny swój motyw, jak rozespany człowiek, który powtarza, co mówił na jawie.
P. Feliks miał już powód zatrzymania się, czemu był rad, ale z ganku wysunął się na dźwięk piosenki odarty podróżny, i w kapeluszu wszedł do salki także przysłuchać się kurantom.
P. Feliks obrócony był do niego tyłem i niepostrzegłby przybylca, gdyby razem wszystkie pieski niezaczęły szczekać na odartego jegomości. Psy są zupełnie jak ludzie, byle ubóstwo poczuły, ujadają. Nie wiele im to czyni zaszczytu.
W chwili gdy p. Feliks miał się odwrócić, Fryderyk poufale położył mu rękę na ramieniu.
— Każ mi dać kieliszek wódki, rzekł spluwając, piłem tylko co jeden, ale finanse moje są w rodzaju austrjackich — a wódki kieliszek w taką porę konieczny, — mgła i słota.
P. Fryderyk skinął tylko na Jéjmość.
— Jakiéj pan każe?
— Czekajno WPani! odparł Fryderyk — wybór zawsze jest trudny, szanuję eklektyków, naléj WPani trzęsianki.
Trzęsianką zowie się zmięszana z różnych rodzajów potpourri.
W téj chwili spojrzał na kieliszek pogardliwie, i biorąc jeden z największych, pokazał go Feliksowi.
— Patrzno pan, — rzekł, — i mówią, że policja czuwa, że są prawa w kraju!! a takiemi kieliszkami wódkę dają! W perspektywie, rzekłbyś, porcja choć dla... pijaka, ale weźno WPan to w rękę i do gardła, przypatrz się konstrukcyi! jawny dowód spisku między wyrobnikami szkła, a trafikantami elixiru; w kieliszku ściany jakby je Napier miał bombardować, a otwór, naparstek. Jak się WPani nie wstydzisz?
Gospodyni ruszyła ramionami podając drugi kieliszek.
— Ten sam defekt w innych rozmiarach, rzekł p. Fryderyk, daj WPani to czém bezpłatnie wodę dajecie, tam nie będzie oszukaństwa; w szklance tylko jest szczerość i uczciwość.
To mówiąc podstawił dużą szklankę, milcząc pokierował nalaniem trzęsianki, i wypiwszy ją duszkiem z podziwieniem Pauliny, Feliksa i gospodyni, padł na krzesło bez ceremonii.
— Mościa pani, — rzekł do gospodyni, która tego tonu nie pojmowała w człowieku jawnie gołym, i gorszyła się ogromnie zuchwalstwem, — powiedz mi, gdzie mnie raczysz przenocować?
Na to zapytanie Jéjmość spojrzała tylko na p. Feliksa i ruszyła ramionami, a trzeba wiedzieć, że mówiła rzadko, aby się nie skompromitować, ale była bardzo wymowną milczeniem.
— Czy mam spać w karczmie, na kanapce? czy na ziemi? rozumie się gratis, bo nic nie zapłacę?
— Ale proszę pana dobrodzieja, — odezwała się rumieniąc z gniewu gospodyni, — to jest miejsce publiczne; tu w różnych godzinach przybywają podróżni, zresztą nie mamy w zwyczaju przenocowywać nikogo.
— A jeśli nie ma zwyczaju? hę? a potrzeba coś zrobić przeciwko zwyczajowi, to co?
Jéjmość w duchu uznawszy go warjatem, ruszyła znowu ramionami i umilkła.
— Ponieważ milczący zezwala, mam tedy wolność przespania się w tym pokoju.
— Ale proszę pana!!...
— Nie ma u mnie ale! Ciekawym bardzo czy wezwiecie siły zbrojnéj do wyruszenia mnie z krzesełka? hę? no? jak?
Jéjmość ruszyła ramionami, rozprawa zdała się jéj tém trudniejszą, że następowała po szklance trzęsianki. W istocie zdawała się ona działać bo lice podróżnego zarumieniło się, pokraśniało, oko zabłysło i patrząc na pana Feliksa, plasnął ustami dodając z cicha:
— Ej, ślicznaż to była ta Julka! nieprawdaż? Stara! a jeszcze niczego! Od razum ją poznał, choć tyle lat niewidziałem! Musiałeś i WPan ją postrzedz, hę?
P. Feliks chciał się już wymknąć, ale to nie było łatwo.
— Czekajże, — rzekł odarty, — a no, czekaj, prawda?
— Niczego była nasza Julka? A jaki teraz świętoszek? patrzajcie! oczki spuszcza... odezwać się boi; kompromitacja! Otóż widzisz, ja się nie boję cale kompromitacji, to są korzyści stanu dyogenesowego!! gratia status!
I rozśmiał się przyśpiewując.
— Mój panie, — przerwał prawie gniewnie obrażony Feliks, pij na mój rachunek ile chcesz... ale dosyć tych wspomnień.
— Słyszysz WPani dobrodziejka, co tu się mówi, że mam pić na rachunek pana Feliksa Narębskiego ile chcę... tak, czy nie?
— Tak — powtórzył Feliks.
— Zatém, że to jest po wódce, dajcie mi parę butelek dobrego piwa, jestem skromny, mógłbym żądać parę butelek Osterlofskiego Szampana, bo tu Moët i Charodon do Garwolina nie doszli; a Osterlof tak się płaci i womituje jak Moët. A zatém dwie butelek piwa.
Domawiał tych słów podnosząc głos, gdy w progu ukazała się suknia i twarz niewieścia... Znać ostatnia iskra poszanowania dla płci i zwyczaju grzeczności nie dogasła jeszcze w gadatliwym włóczędze, bo zrzucił kapelusz i usiłował powstać, ale już był pijany w nogach i nie mógł.
Zjawiskiem tém była Mania, którą może gderanie pani Narębskiéj czy szyderstwa Elwiry wygnały z pokoju, i szukała znać p. Feliksa, bo ujrzawszy go tu stanęła w progu. Nim miał jéj czas dać znak, aby odeszła, włóczęga ją zobaczył, wlepił w nią oczy wielkie, ciekawe, zmierzył niemi, i zwróciwszy się do pana Feliksa tylko głową kiwnął.
P. Feliks niezmiernie się zczerwienił, a Mania natychmiast znikła.
— No, wiem co to jest, — cicho rzekł śmiejąc się Fryderyk, — i trzeba przyznać, żeśmy się tu zjechali jak na rozstajnych drogach!!!

P. Feliks ruszył ramionami zniecierpliwiony, a Fryderyk podniosłszy głowę do sufitu, począł nucić:

O biednaż ja sierota
Bez matki bez ojca...,

— Dobranoc! — rzekł p. Feliks.
— Daj mi rękę, — odparł siedzący Fryderyk, — i słuchaj — jak mnie widzisz, gołym, pijanym i odartym i bezwstydnym, cudze sekreta szanować umiem... bądź spokojnym...
Po wyjściu pana Feliksa nie pytając już nikogo o pozwolenie, Fryderyk spędził psy ulubione gosposi z kanapki. Zawiniątko, które z sobą przyniósł z ganku (bo mu je wyrzucono z dyliżansu), podłożył pod głowę i ułożywszy się wygodnie pił piwo i palił papierosy, myśląc tak zapewne i noc przepędzić.
Poznawszy już, że to był impertynent straszny i człowiek mimo dziurawych butów, stosunkowy, kiedy tak sobie z ludźmi jak pan Feliks postępował, gospodyni nie chciała go wcale rugować siłą, ale postanowiła dać mu uczuć nieprzyzwoitość jego postępowania.
Paulina odebrała nieme zlecenie uprzątania, gaszenia światła, zamykania i urządzania sali na nocne jéj zamknięcie. Ale gdy do ostatniéj już świeczki przychodziło, która znikać zaczęła, choć jeszcze powracała, Fryderyk podniósł się na łokciu i rzekł groźnie.
— Za świecę płacę, za miejsce płacę; ale proszę mi światło zostawić i pod nosem się nie szastać, bo tego nie lubię... A piwa jeszcze butelkę na zapas, postawić możecie...
— Loch zamknięty.
— Możecie go otworzyć...
— Ale to gość, panie odpuść! z cicha rzekła w drugim pokoju Jejmość, idź Paulino i przynieś mu butelkę — a dać mu pokój; to jakiś impertynent... bez delikatności.
Noc już była dosyć późna, w miasteczku, na poczcie, w gościnnych pokojach wszystko się do spoczynku zabierało. Fryderyk popijał piwo, mruczał i leżał wyciągnięty na kanapie... zegar wtorował sam jego dumaniom, gdakaniem równie jak jego głos zachrypłym.
Nie możemy jeszcze opuścić Garwolińskiego hotelu, i musiemy zaprosić z sobą czytelnika, do ciasnego pokoiku, w którym stała pani Jenerałowa. Zajechawszy trochę późno, zastała tylko jedną niewielką ciupkę, o wązkiém łóżeczku, stoliku i parce krzeseł, z których jedno mocno było od samowara popalone, ale starania kamerdynera i służących osób do komfortu i przyzwoitości przywykłych, a umiejących siebie i panią szanować, zrobiły z téj celki nocleg prawie wygodny.
Z przyborów dobytych z karety, wnosić zaraz było można o zamożności pani, i przywyknieniu do pieszczot życia zbytkowego; kosztowna makata pokryła ścianę przy łóżku, aby przykryć marmuryzacją naturalną jaką ją wilgoć ubrała; dywanem wysłano podłogę poplamioną, a podróżny sprzęt z niezmierną dobrany troskliwością, zdradzał pochodzenie zagraniczne, u nas bowiem tak bardzo jeszcze o zaspokojeniu dziwactw podróżnych nie myślano nigdy.
Z tajemniczych kuferków i szuflad karety, na pozór niewiele zawierających, gdy zaczęto dobywać i wynosić, pokazało się że dom by prawie usposobić można, tém co się tam znajdowało. W pośród tego rupiecia uderzała szczególniéj mnogość różnych godeł pobożnych, książek z klamrami widocznie do modlitwy służących, rożańców, ołtarzyków, świętości, relikwiarzy i oznak jawnych, że pani Jenerałowa będąc osobą wyższego towarzystwa i jak najlepszego tonu, należała do najgorliwszych katoliczek, jeśli nie z serca to z głębokiego przekonania, iż przyzwoici ludzie, znakomitéj pozycyi socjalnéj, tę barwę nosić muszą, — czarno ubrana, skromnie, ale nadzwyczaj starannie, i nie bez pewnéj surowéj zalotności zastosowanéj do dojrzałego już wieku, pani Jenerałowa, jeszcze nie zrzuciwszy sukien, klęczała już na podłodze i modliła się na księdze, przy dwóch woskowych świecach, przed podróżnym relikwiarzem. Rysy jéj twarzy, jakeśmy mówili, zdradzały jednę z tych niezwyczajnych niegdyś piękności, które świat cały ciągną za sobą i głośną robią, szczęśliwie nią obdarzył istotę. Profil jéj dziś jeszcze, mimo lat pewnie czterdziestu, był cudnych linii klassycznych, nos miała orli maleńki, usta wąziutkie blade, czoło niewielkie, ale utoczone przedziwnie, podbródek tylko zaokrąglony i uwydatniony zbytnie, dodając teraz powagi, zepsuł całości harmonią i przedwcześnie ją postarzył.
Całe oblicze było jakby marmurowe, tak żadnego na niém nie czytałeś wyrazu, tak w srogie wolą ujęło się karby — oko tylko ciemno szafirowe, osadzone w cudnych kształtów migdałowych powiece, przyciemniałéj od łez może — dziś głęboko zapadłe, żyło jeszcze; świeciło, jaśniało, a niekiedy zdawało się gorzeć jakby wróconym wybuchem uczucia, blaskiem młodości niewyczerpanéj.
Na pierwszy rzut, nic się nieokazywało w wypogodzonéj a martwéj twarzy, z trochą jednak uwagi wyczytać było można ślady jakiéjś burzliwéj przeszłości, pokrytéj całunem cierpienia. Znać było, że nie zawsze te rysy tak dziś stężałe, tak martwe, żyły błogim pokojem, że je niegdyś szarpały namiętności i orały burze boleści, że je biedziły strachy, żale, oczekiwania i próby, że je zmieniało udawanie, bo marszczki i fałdy dzisiejsze lekko ale dobitnie zarysowane na czole i policzkach, niczém inném w charakterze téj twarzy usprawiedliwić się nie dawały, chyba niepokojami przeszłości. I dziwno było wśród tego bladego marmuru spostrzedz dwa małe rumieńce plamiste, krwawe znamiona, które już nigdy nie schodziły. Były to zastygłe na wieki i zmienione w stygmata nie starte, płomienie, które na tę twarz wracały tak często, że na niéj wreszcie zostały na zawsze.
A wyraz modlącéj się nie był przyjęty i zatopiony ale roztargniony i chłodny; znać modlitwa była dla niéj formą, lekarstwem, środkiem, w którym szukała pociechy i upojenia, ale ich jeszcze znaleźć nie mogła. Mówiły usta, serce i myśl odbiegały daleko i chwilami wargi ustawały, oczy wlepiała w mur, milkła, klęczała zadumana, aż szelest jaki znowu ją z podwojonym pośpiechem i gorączką do książki i przerwanych pacierzy powrócił.
I dłonią białą przeciągała po czole spędzając z niego wspomnienia przeszłości, i sadze stare może, i to co zetrzeć się nie daje z czoła, póki nie zmaże się z serca. Cóż kiedy żadna łza nie przyszła na powieki, a ona jedna zmywa te plamy stare bez powrotu.
Długi dosyć czas spędziwszy na rozerwanéj myślami modlitwie, Jenerałowa wstała powoli, poskładała książki drżącemi jakoś rękami, i obie dłonie przyłożyła do czoła, by je niemi ochłodzić, a może zakryć oczy, które przymknęła jakby od utrudzenia. Zatrzęsła się przejęta dreszczem, stanęła, myślała długo, rzekłbyś że się radziła z sobą. Nikogo nie było w pokoju — nie potrzebowała więc mierzyć i ważyć każdego ruchu, i widoczném było, że cierpiała, choć twarz przywykła do zastygnienia nie wyrażała nic prócz silnego znużenia.
Podeszła potém ku drzwiom, powróciła na miejsce, usiadła, wstała znowu, jakby nie mogąc się stanowczo zgodzić co czynić było potrzeba; schwyciła za klamkę i jakby sparzona nią, odstąpiła odedrzwi.
Nie wiem czy dziwne spotkanie wieczorne tych dwóch twarzy, na których widok zadrżała, jakby to były widma jakiéjś przeszłości, o któréj zapomnieć, któréj się zaprzeć pragnęła, czy inne jakie wrażenia i wspomnienia wywołały ten zamęt w duszy, ale modlitwa ukołysać go nie mogła, ani rozum opanować.
Usiadła nareszcie znowu, spuściła głowę na piersi, zadumała się głęboko i pozostała tak ze zwieszonemi na kolana rękami, aż do cichego wnijścia służącéj, która stanęła w milczeniu zdaleka udając, że coś poprawia i oczekując rozkazów.
Jenerałowa obudzona szelestem, podniosła głowę, popatrzyła na nią, i z westchnieniem odwróciła się do książki.
— Pani się jeszcze spać nie położy?
— Nie, moje dziecko — zawołaj mi proszę cię, — Bzurskiego.
Bzurskim zwał się ów przyzwoity kamerdyner.
— Mam tu jeszcze, dodała, jednego ubogiego, z którym widzieć się muszę; nieszczęśliwy to człowiek.... bo upadł ostatecznie — poczekasz WPanna w powozie, póki on nie wyjdzie, wstydziłby się może nieznajoméj..... Trzeba go kazać zawołać, bo tam słyszę, czeka.
Służąca nie dobrze zrozumiawszy o co chodziło, pobiegła po Bzurskiego, który już w karecie do noclegu się przysposabiał, układając sobie poduszki z głęboką znajomością miejscowości — i powołała go do pani.
Sprawiedliwość przyznać każe, iż choć bardzo niewyraźnie i pół głosem, przyzwoity kamerdyner wyrzekł wszakże:
— Niech ją djabli wezmą..... Co na chwilę wątpić kazało o jego przyzwoitości, ale w gruncie, nie można znowu być pewnym do kogo się to stosowało, do pani, do służącéj, czy do karety.
Mrucząc trochę wszedł Bzurski do Jenerałowéj.
— Mój Bzurski — zaczęła pani delikatnie i dowodząc głębokiéj znajomości serca ludzkiego, bo zły humor starała się posmarować pochlebstwem — jesteś rozsądnym człowiekiem, znasz życie, wiesz jakie na świecie zdarzają się wypadki — co to po ludziach chodzą.
Otóż właśnie, chciałam ci powiedzieć o tym nieszczęśliwym.
Tu Jenerałowa jakoś się zmieszała, szczęściem Bzurski przerwał udobruchany.
— A! to pani mówi o tym, co tu śpi w bufecie na kanapie.
— Jest to bardzo nieszczęśliwy człowiek, trzeba by go tu do mnie grzecznie poprosić. Litość mnie bierze nad jego stanem.... choć może zasłużył na to co cierpi — ale nie nam biednym ludziom sądzić — lepiéj pomyśleć jakby go dźwignąć z upadku.
Jenerałowa najniepotrzebniéj tłumaczyła się przed służącym, przypuszczając go do jaśniewielmożnych serca swojego tajników, ale tak była pomieszana, że niedobrze sobie sprawę zdawała z tego co robiła, a im bardziéj chciała się wyplątać, tém mocniéj zaplątywała.
Bzurski nic nie rozumiał, ale ziewał po cichu, co było znakiem szczęśliwym, że niewielką do tego przywiązywał wagę.
— Pani go każe zawołać? spytał.
— Ale grzecznie, mój Bzurski... poproś go do mnie, to człowiek co się miał niegdyś dobrze, — obraźliwy.
— A no dobrze, odparł kamerdyner ruszając ramionami i trochę się pani dziwując, ale proszę JW. pani, on się podobno spił, i bodaj czy nie zasnął... bo...
— No to sprobuj, zobacz, mój Bzurski, jeżeli będziesz uważał, że nie można, dasz pokój... Zrób to tak jak ci rozum podyktuje — i niech tam tego ludzie nie widzą. Przyznam ci się, że gdyby nie obowiązki chrześciańskie, nie przypuściłabym do siebie takiego włóczęgi.
— Już to prawda, proszę pani, dodał udobruchany poufałością kamerdyner, jabym go wcale nie prosił — bo co z takiego opoja zrobić można! ale — jak tam pani chce...
— Bóg łaskaw, mój Bzurski, Bóg łaskaw — czasem i z ostatniego wyprowadza upadku, każdy podźwignąć się może — nigdy zapóźno!
Te słowa wymówiła Jenerałowa z takiém namaszczeniem, że Bzurski, który do tonu tego nie był nastrojony, umilkł, skłonił się, gębę otworzywszy i wyszedł.
Nie bez głębokich jednak namysłów, na palcach, pocichu wsunął się do bufetu ostrożnie, roztrząsając jak mu do spełnienia téj ciężkiéj missyi przystąpić wypada.
Pan Fryderyk leżał istotnie na kanapce, a przed nim stały dwie próżne już butelki piwa, trzecia, przygotowana na noc, czekała dobyta, łaskawego oka pańskiego. Pomimo lekkiego upojenia i drzemki, szelest natychmiast zwrócił jego uwagę, podniósł głowę, popatrzał w stronę ku drzwiom, i powoli rozkurczywszy się usiadł.
— No, tak! rzekł nie czekając zapytania ze strony Bzurskiego, który mu się ciekawie przypatrywał, przyszedłeś WPan po mnie, i namyślasz się jak gdybyś miał jeża wziąć w palce, z któréj strony go ująć.
Bzurski zdziwiony przenikliwością jego, stał w milczeniu.
— No tak, pani twoja chce się widzieć zemną, byłem pewny, że się na tém skończyć musi — prawdaż?
Idźże WPan przodem i pokaz mi drogę!
Kamerdyner nic nie mając do mówienia i do czynienia, popatrzał tylko w kurytarz, aby to nocne zaproszenie takiego włóczęgi do jego pani nie miało niepotrzebnych świadków, i poszedł sam przodem.
Fryderyk wstał z miną rzeźką i zwycięzką, ale nogi nie bardzo mu służyły, — zataczał się widocznie, mimo, że głowa nie podzielała téj słabości zużytych pracą i niewygodami wycieńczonych nóg jego.
— Co to jest człowiek? rzekł w duchu szydersko poglądając na dół — co to jest człowiek? słaba istota.
Głowa jeszcze jest, a nóg ani śladu! Od lichych pary butelek piwa, i tego tam kieliszka wódki, o którym wspominać nie warto. A temu wszystkiemu winna nędza — żebym czuł wigor w kieszeni, byłby on i w nogach! ha! ha!
Doświadczenie znać nauczyło go sobie radzić, i przytrzymując się z lekka ścian co ciemnością można było wytłómaczyć, dosyć porządnie dowlókł się do drzwi.... Tu dopiero na progu trochę utknął, ale zaraz stanął znowu krzepko i powoli zdejmując kapelusz z uśmiechem pozdrowił Jenerałowę, która stała przed nim jak marmur blada, a chroniczne rumieńce przeszły w dziwne plamy sine.
Nie dostrzegł zapewne, że choć się hamowała i zdawała trzymać całemi siłami, drżała jednak nadrabiając tylko wielką powagą i majestatem.
Bzurski zamknął drzwi natychmiast, i dyskretnie oddalił się od nich ziewając, w progu bowiem stała panna służąca, przez ramię oglądając się ku niemu, a chwilka rozmowy wieczornéj z nią nie była od rzeczy.
W milczeniu pani Jenerałowa i przybyły odartus, stali jakiś czas naprzeciw siebie.
— Naprzód pozwolisz mi usiąść u siebie, kochana Julciu, odezwał się dosyć głośno nieco zachrypłym tonem Fryderyk, ocierając spocone czoło, niewiem co mi się stało, ale bardzo źle teraz na nogach stoję. I nie może mi to wyjść z głowy, że para butelek piwa, i nędzna szklanka trzęsianki, bo tamtego maleńkiego wstępnego kieliszka, który był przedmową do rzeczy, niema co rachować — mogły taki na mnie uczynić skutek jakby...
I nie pytając, podsunął sobie krzesło, padł na nie, rozsiadł się, kapelusz pogięty na ziemię rzucił, a potem spójrzał śmiejąc się szydersko w oczy poważnéj pani.
Trudno było odgadnąć stosunek jaki mógł łączyć kiedykolwiek, te dziś od siebie tak daleko stojące postacie — poważną i surową kobietę, która tylko co wstała od modlitwy i w pół pijanego włóczęgę, który ledwie się rozstał ze szklanką. Stosunek ten jednak dawniej poufały być musiał, kiedy tak niegrzecznie, i bez żadnéj ceremonji Fryderykowi obchodzić się z nią dawał prawo, a ją tak widocznie przerażał i nękał.
Ona stała jeszcze ciągle przed nim drżąca, blada i zmieszana.
— Bardzo pragnąłem zobaczyć się z tobą, kochana Julko, rzekł z czkawką odartus, choćby dla tego, żeby się raz na pewno dowiedzieć co się z tobą stało — prawiono niestworzone rzeczy! nie wiedziałem co myśleć. Od czasu jakeś mi znikła z tym oficerem i mojemi pieniędzmi, o których tylko nawiasowo wspominam, bo nie warte są tego — anim się mógł dowiedzieć gdzieście kwaterowali. Przyznaj, że spotkać nagle w jedwabiach, aksamitach i karecie, moją dawną skromną Julusię, osobą tak poważną i przyzwoitą, toż przecie obudza ciekawość. Wszak do niéj mam zupełne prawo? tego mi nie zaprzeczysz — kochałem cię szalenie, zdradziłaś mnie prześlicznie — kwita — ale teraz musisz mi powiedzieć jak to tam było?
— Panie Pluta, odparła poważnie Jenerałowa głosem zimnym, w którym jednak przebijała się obawa i niepewność, prosiłabym naprzód o trochę więcéj poszanowania, jeśli nie dla mnie, to dla kobiety mojego wieku i położenia — mojego stanu — poprawiła się ciszéj.
— Ale jak Boga kocham, masz słuszność! przepraszam stokrotnie, zawołał śmiejąc się Pluta — daruj, że nie mogłem tak od razu obyć się z twém nowém położeniem, stanem i powagą — my przecież z sobą dawno znajomi, i takich głupich ceremonij robić nie potrzebujemy.
— Panie Pluta — jeśli tak myślisz mówić ze mną, rozmowa nasza nie potrwa długo.
— To przecie i odemnie zależy! zawołał Pluta zarumieniony przelotnym gniewem — ja się nie dam tak wypchnąć, jakem się dał zawołać! Czemże pani dziś jesteś, jużciż nie Brazylijską Cesarzową?
— Dosyć żartów — jestem — a raczéj byłam żoną Jenerała.
— Winszuję temu Jenerałowi, ale to nie zupełnie wszystko jedno. Wybornie, a ja jestem włóczęgą bez dachu i kąta, ale pani nie zapomniałaś, że niegdyś pod jednym mieszkaliśmy; i że mi pozostały prawa, choćby do siakiéj takiéj przyjaźni i poufałości.
— Prawa, ale jakież prawa? wybąknęła usuwając się Jenerałowa.
— Ale! na miły Bóg, niema się co obawiać, nie mam ich na piśmie, processować się nie będziemy... wszakże pozwolisz mi Acani Dobrodziejka uczynić uwagę, że kiedy człowiek biednéj istocie opuszczonéj daje opiekę, wiarę i serce w dodatku, a ona je przyjmuje — choćby nie koniecznie przy ołtarzu — toć ma prawo żeby mu odchodząc powiedziała choćby: — Dobranoc Waszeci. A jeśli mu furknie jednego białego poranka z przed nosa nie spytawszy o nic, i jeszcze zajrzawszy do szkatułki na nieprzewidziany wypadek — co zresztą zupełnie pojmuję — na honor — no! to ma prawo spotkawszy ją w karecie przywitać się choć i zapytać grzecznie, bez gniewu: jak że się miewa pani Dobrodziejka!
Ale bierz kaduk to głupstwo, dodał Pluta marszcząc się, o serce chodzi! o serce! do ostatniego dnia, godziny, minuty, kochałaś mnie niby Julko droga, i szalenie i drapieżnie, a po gorących całusach nie opowiedziawszy się dmuchnęłaś z tym oficerem — pozwól że serce zaboleć musiało — bo któż ci kazał kłamać miłość, gdy wybornie mogłem się obejść bez tego cukru, byle była herbata?
— Panie Pluto — odparła przychodząc powoli do siebie Jenerałowa, ale głosem trzęsącym się ze wzruszenia, jeszcze raz proszę pana, mówmy inaczéj, lub dajmy pokój rozmowie, jeśli są jakie rachunki, to możemy ułatwić.
— Ale ja nie jestem znowu tak niedyskretny! czekałem długo, i choć dziś dosyć cienko śpiewam, nigdy od płci pięknéj długów nie exekwuję tak natarczywie, ani nawet rachuję na to, żebym je mógł odebrać — oto mniejsza.
— Czegóż pan chcesz? zapytała pani Palmer.
— Czego chcę! odparł Pluta, ależ mówię, mówię jasno, wyraźnie i po polsku, choć przysięgnę, żeś pani musiała się już po francuzku nauczyć — chcę zobaczyć, co się z moją (dodał z przyciskiem) z moją Julusią zrobiło! i chcę jéj jasno i otwarcie powiedzieć to, czegobym może nie mówił, gdybym ją spotkał w łachmanach, ale powiem dla tego, że znajduję w aksamitach — oto że Julkę mam za...
Jenerałowa zasłoniła oczy, ale Pluta dodał po przestanku.
— Nie domyślajże się pani... mam ją za filuta dziewczynę! Nigdybym téj minki skromnéj, o taki sprycik nie posądził? Dmuchnęłaś mi asińdźka jak z bicza trząsł, a zginęłaś jak w wodę.
P. Palmer upadła na krzesło rozpłakana, ale słowa wyrzec nie mogła — włóczęga rozśmiał się bez litości, i zaczął ryczeć dziwnie bezwstydnym śmiechem człowieka, który już w łzy nie wierzy.
— No patrzcie — rzekł, zakładając noga na nogę i rozpierając się w krześle — otóż to losy! Ona pani Jenerałowa i dewotka, ostawiona relikwiami, a ja w błocie i bez butów — czy jestże sprawiedliwość, choćby dla téj ostatniéj zdrady, nie licząc innych pomniejszych, gdy ja — zawsze najotwarciéj darłem skórę z czego się tylko dało, alem nigdy nie podstawiał nogi. A! powiedz mi pani, gdzieżeś to złapała tego zacnego, nieoszacowanego mężnego wojaka, który finalnie się z nią aż ożenił, i czy to było istotne ożenienie, czy tylko po śmierci lub in articulo mortis, przyszedł tytuł in partibus. Ale proszęż mi choć słowo powiedzieć?
Pani Palmer długo jednak mimo szyderskich nalegań na słowo zebrać się nie mogła, aż Fryderyk wreszcie widząc ją we łzach i położeniu rozpaczliwém, trochę się od żartów bolesnych powstrzymał nadąsawszy.
— No! więc mówmy serjo, i nie mam daléj co, chyba na scenę wyprowadzić rachunek, choć istotnie nie dla tegom się tu wstrzymał, żeby mi o to chodziło. Butów nie mam, na gorzałkę braknie, to prawda, ale kpię sobie z grosza, i rzucam nim gdy go dostanę... Ale kiedy pani dług cięży, no to porachujmy się. Naprzód więc powiem, że zbyt byłem z nią szczęśliwy, abym sądził, żem moje szczęście przepłacił. Co się tam wzięło na drogę, zechcesz pani uważać, za ostatni dar przywiązanego serca, a raczysz mi tylko oddać to co się podoba... co jéj cięży, co sama sądzisz należném. Co do mnie, jam do kobiecego grosza nie przywykł, dawałem gdym mógł, nie brałem nigdy.
Jenerałowa żywo jak do ostatniéj ucieczki rzuciła się do szkatułki, i gorączkowo zaczęła ją przetrząsać rozrzucać.
— O pozwól sobie powiedzieć, kochana pani, — dodał Pluta, — że się tak nie robi ze staremi przyjaciołmi, jak dziś postąpiłaś ze mną. Wysłałaś mi jakiś grosz przez lokaja jak jałmużnę! ja znowu choć upadłem, bo tacy ludzie jak ja, zawsze upadają, nie do tego stopnia żebym ją od każdego przyjmował, i przez ręce, w ten sposób rzuconą. Człowiek ma ambicją choć łokcie dziurawe, i od kogóż? od Julki? WPani wiesz kim byłaś? Jest między nami ta wielka różnica, że ja z czystego miejsca wpadłem w błoto, a ty z błota wyszłaś na czyste. To zasługa, ale ci rękę podał oficer, i trochę się za to powalał. Dla tego starych dobrodziejów i serdecznych przyjaciół się zapierać, że chodzą w łachmanach? nie pięknie. Wchodzę bardzo w jéj położenie, że czasami nieprzyjemném być może atłasami ocierać się o takie brudy jak moje, ale są czasem trudne pozycje...
Pluta zdawał się już wytrzeźwiony zupełnie, energja tylko z jaką mówił, dowodziła, że trunek grał w nim jeszcze, i nie wstawał z krzesła, bo nóg nie był pewny.
Nagle sposępniał, zamilkł, głowę spuścił, spojrzał na Jenerałowę długo i rzekł z innym zupełnie wyrazem:
— Słuchaj kobieto, powiem ci, powiem, czego ci może nie powiedziało serce ni sumienie... jam ciebie kochał! jam się do ciebie przywiązał, jam z tobą chciał się razem dźwignąć do uczciwszego życia, do uspokojenia, do pracy, tyś wszystkie te uczucia i chęci zabiła zdradą, zapłaciła niewiarą, i zwichnęła mi życie!... Głupim był, dodał, żem w śmiecisku szukał perły, gdy jéj daleko prościéj było u jubilera dostać, aleś ty udawała perłę, będąc szklanną paciorką... po cożeś udawała? na co kłamałaś? na coś zwodziła? Kto ci to kazał? czy instynkt niewieści? czy po matce Ewie odziedziczona żyłka zdrady? czy... ja nie wiem. Nie mam ci za złe ucieczki, opuszczenia, chłodu serca, ale ci nie mogę darować kłamstwa! ale ci nie przebaczę udawania. Ha! — zakrył sobie oczy rękami, głupim i głupi! jakby się dziś na co zdało wydarte serce przed tą lalką obnażać.
Słuchaj, — dodał, — ty się teraz modlisz, ty wierzysz może, jeśli z panem Bogiem nie grasz komedji, że są kary i nagrody, wiedz, że jest piekło, że to w niém i za mnie siedzieć będziesz! Byłbym uczciwym człowiekiem, jestem ostatnim łajdakiem, przez ciebie. Zdawało mi się, roiłem, żem w twoich oczach widział odblask cnoty, żem w nich pokochał uczciwość, a tam siedział szatan pokusy, który siał fałsz i zbójstwo.
Bądźże przeklęta!!...
Spuścił głowę, podniósł ją i ruszył się z krzesła jakby innym człowiekiem, usta mu się trzęsły i śmiały złowrogo...
— Panie Pluta, — odparła Jenerałowa zmienionym głosem po chwili, — nie mogąc się zdobyć na wyszukanie pieniędzy, które jak najprędzéj oddać mu chciała, panie Pluta, nie chcę nazwać po imieniu właściwém sposobu w jaki obszedłeś się ze mną, nie godzien jest człowieka delikatnego — powinieneś był pamiętać, że winna czy niewinna zawsze jestem kobietą. Przeszłość moja do sądów Bożych należy.
Jaką ona była, jaką los nieszczęśliwy i moje nie doświadczenie ją uczyniły, dziś nie pora rozprawiać, alem się ja dźwignęła z upadku, ludzie i Bóg mi przebaczyli, skruchą i żalem, pokutą i łzami okupiłam dawne błędy, obmyłam grzechy moje, nad któremi płakać nie przestaję. Widzisz we mnie pokutnicę.
— Cha! cha! — zawołał Pluta zmieniając głos, — to już tak! domyśliłem się, że musiałaś zostać dewotką? tercjarką jakiego zakonu i benefaktorką. Już bo też wielki czas był do skruchy, gdy grzechy WPanią opuściły... Ba! ba! trochę przesadzam, bez pochlebstwa, w moich oczach. WPani jeszcze jesteś bardzo ładną, zawsze to ta Julka dawna! a! mój Boże?
Jenerałowa zamilkła.
— No, cóż daléj? — spytał zimniéj Pluta.
— To ja, zapytam pana, — przerwała kobieta, — czego chcesz odemnie, byś mnie od tego prześladowania uwolnił?
— Prześladowanie! no! mniejsza o wyrazy! nazwij to jak ci się podoba! Nie jestem wymagający... jednego całusa starego, któryby mi dawne czasy przypomniał.
Jenerałowa krzyknęła prawie cofając się do ściany, ale Pluta ani się ruszył.
— A! prawda, — rzekł, — nie jestem dziś uperfumowany, a ta wódka nie pachnie, no! to cóż? daj mi WPani rączkę i uściśnij tak, tak jakeś to ją uścisnęła serdecznie; gorąco, gdyś miała za godzinę uciec z oficerem.
I to nie?
Ha! — dodał Pluta, — nie jestem przecie wymagający, zaśpiewaj mi pani, choć tę piosenkę, pamiętasz:

Kiedy nas uścisk połączy pierścieniem...

P. Palmer poczęła płakać, ale z gniewu raczéj niż żalu, i innego uczucia.
— Prosiłem jałmużny, ubogi żebrak, — rzekł Pluta pół żartém, pół serjo, bo któż mi teraz da pocałowanie, uścisk, uśmiech, piosenkę? ale to darmo, na toby się tylko wielka dusza i serce wielkie zdobyć mogły, a WPani jedno i drugie masz tak małe jak te czarowne usteczka...
Uśmiechnął się widząc płynące łzy, i mówił daléj.
— Co tam o troskach serdecznych, nie ma co mówić, tego pani nie zrozumiesz, ale pani, a raczéj Julko, ty coś mnie widziała w takich splendorach w jakich ja dziś ciebie oglądam, pojmij, że ja przywykły do nich, chodzę bez butów i bez pończoch (pokazał nogę jedną), a wódkę, któréj stałem się amatorem, ludzie mi kupują.
Są to rzeczy pierwszéj potrzeby, nie mówiąc już o chlebie, daléj nie mam ani łomu ani domu, ani chustki do nosa batystowéj, ani dobrego tytuniu, ani żadnéj rzeczy, któraby moją lub nawet jego była... żadnego środka podźwignienia się nawet, bo mi i loterja i martyngały tak nie służą jak mleko. A wystaw sobie WPani, że ot taki goły jak jestem, taki biedny, taki schłostany przez losy, gdybym w sercu twém znalazł iskrę i mógł ją ztąd wynieść z sobą, byłbym jeszcze szczęśliwy!!
Jenerałowa słuchała zimno, z niecierpliwością tylko widoczną.
— Mnie pozostała pokuta i żal...
— To się wie, — odparł Pluta, — serce poszło na ofiarę, nie ma go, ale oszukał się kto wziął ten chłapeć, bo tam nie było nic! Jeśliś je Panu Bogu ofiarowała, — może być nieprzyjemny rachunek. Otóż i dosyć może! nie ma co tu robić, trzeba odejść! ale do zobaczenia! — zawołał Pluta, — wiesz pani, że brzydka we mnie została natura, ot tak jak mnie widzisz, znękany, zbity, przywiedziony do ostatka, nie mogę ludziom darować ich szczęścia. Defekt nabyty jak reumatyzm z wilgoci i od trunków. Bylem kogo widział nie przymierzając, tak szczęśliwego jak pani, nie mogę od niego odstać — czepiam się i gryzę. Psy się wściekają — mogą i ludzie... cela s’est vu.
Tych kilka wyrazów i dokończenie francuzkie, dreszczem przejęły Jenerałowę, w wyrazach tych może na pozór prostych, była jakaś tajemnica, od któréj wspomnienia pobladła.
— Miejże Pan litość, miéj pan litość nademną! przerwała gorączkowo.
— Ale ja już na ten raz idę, nie ręczę tylko czy nie powrócę, gdy raz szczęśliwie na trop wpadłem — dawniéj lubiłem grać, dziś kąsać lubię — różne bywają gusta na starość.
Rozśmiał się szydersko...
— I pora też spóźniona i wizyta przydługa, kamerdyner pani gotów mnie wziąć za rodzonego jéj brata lub za to, kim kiedyś byłem w istocie... idę.
Wstał i umocował się na nogach — Jenerałowa żywo pochyliła się do szkatułki, dobyła z niéj nie licząc garść papierów, i drżącą konwulsyjnie ręką, rzuciła je w kapelusz stojący jeszcze na podłodze.
Pluta spojrzał.
— Ha! ha! rzekł, jaka pani szczodra, ale ja znowu bez liku nie biorę — le bons comptée font les bons amis, procentu liczyć nie umiem.
Usiadł na krześle, i dobywszy z kapelusza papiery, rozłożywszy je porządnie na kolanie, kiwając głową, począł liczyć po jednemu.
— Czekajże kochana Julusiu, a raczéj szanowna Jenerałowo, — rzekł powoli, ileż to tam było, tego coś raczyła pożyczyć u mnie w chwili nagłego wyjazdu z oficerem?? Zaraz, zaraz. Ale, nigdy wyżéj stu dukatów, bo większe pieniądze trzymałem w biurze, a te były na expens u ciebie, tak, sto lub sto dziesięć dukatów, a tu, rzekł patrząc na pieniądze — tu tego więcéj, ja prezentów nie lubię. Dowiedziona rzecz, że się za nic we dwójnasób wypłacać potrzeba, i miał racją mówić ten ktoś, co to powiedział, że są rzeczy darmo, a za drogie. Gdybym ja od pani przyjął choćby dziesięć groszy wyżéj mojego długu, jużbym musiał nosić je na sercu i przy upustach wdzięczności, jużbym pani dokuczać nie mógł, a tego prawa za nic się nie wyrzeknę!! Więc ściśle się obrachujemy... i pani sobie zabierzesz resztę. Z pieniędzy kwita, o resztę porachujemy się wolnym czasem.
To mówiąc, pozostałe papiery odsunął nogą pogardliwie, kapelusz nałożył na uszy, a swoją należność powoli schował do kieszeni.
Teraz, rzekł, do zobaczenia kochana Julko, i pozwól sobie powiedzieć, że ze wszystkiemi, nawet ze starym wyszarzanym kochankiem potrzeba być grzeczną, to nigdy nie szkodzi. Nie żegnam pani ostatecznie, bo wiem, że choć na pozór obojętna i chłodna, w przepaściach twego niewieściego serca zachowujesz mi uczucie czulsze. Będę się starał je ożywić i módz ci miłą uczynić niespodziankę, prezentując się gdzieś między ludźmi, w salonie, w twoim domu, lub... Nie będę zbytecznie kompromitującym... westchnę i rękę na sercu położę zdaleka... och!
Zrobił ruch przesadnie tragiczny i sam się z niego rozśmiał.
— A! zagadałem się! rzekł, zagadałem jak za tych dobrych naszych czasów, gdyśmy we dwoje z Julusią siedzieli, pamiętasz do późna, na téj niebieskiéj kanapce.
Jenerałowéj oschły łzy zupełnie, ale twarz gorzała rozpaczliwym gniewem, ścinała wargi i milczała.
— Dobranoc! dobranoc!
Popatrzał jeszcze, ruszył ramionami i wyszedł nareszcie powoli, mierzonemi kroki, kierując się ku bufetowi, gdzie był butelkę zostawił. Teraz ją pochwycił ręką drżącą, poniósł do ust i jakby go paliła gorączka pragnienia, całą duszkiem wychylił.
Potém padł na kanapkę bezprzytomny, bezsilny, i rękami twarz zakrywszy...
Powiemże co się ludziom zdawało, którzy w drugiéj izbie słuchali ciekawie? Ale nie! to musiały być plotki, w uszach im dzwoniło, Pluta chrapał zapewne, choć Paulinka i gospodyni przysięgały się że płakał.
Gdzieżby znów człowiek tak wytrawny, dla takiéj kobiety miał się we łzach roztapiać! Nie! nie! trunek go przejął, sen pochwycił, a we śnie różne głosy wydaje człowiek, które są nie wiem do czego podobne — to musiały być bajki, i ja w te łzy nie wierzę.
Mógł zgrzytać zębami, a wiadomo, że ludzie to robią gdy na robaki chorują, i miewają tę słabość do późnéj starości.
Bzurski, który przez cały ten czas w kurytarzu czatował, pokiwał tylko głową widząc Plutę przechodzącego, i poszedł do karety przy któréj czekała panna służąca, mająca powrócić do Jenerałowéj, i już niezmiernie zniecierpliwiona, niewiem czy obrotem rozmowy z panem Bzurskim, czy stratą czasu któryby przyjemnym snem mógł być zużytkowany.
Stała oparta o powóz w postawie tych posągów, które widujemy z urnami, obwitemi całunem na grobowcach i oczy wlepiwszy w niebo gwiazdami zasiane, wyglądała chwili w któréj ją pan Bzurski powoła, kilka nawet razy, niezmieniając pozycji, która jéj formom bardzo była przyjazna, dopytywała kamerdynera, czyby już nie wołano.
On tylko ruszał ramionami siedząc na ławce, panna romansowa go nudziła, przewidywał po za temi krygami intencje matrymonjalne, a małżeństwa był tak wielkim nieprzyjacielem, jak szalonym wielbicielem kobiet.
— No! idźże WPanna teraz, rzekł w ostatku, idź kiedy jéj tak pilno — a ja do karety, bo i mnie się już od wzdychania spać zachciało — i jeść, dodał ciszéj.
Westchnienia psują żołądek, rzekł sam do siebie.
Służąca pani Palmer, chociaż nie mieliśmy czasu poświęcić jéj słów kilku należnych zawsze płci pięknéj, choć w sukni garderobianéj, nie była to, jak się już domyślać możecie, trzpiotowata dziewczynka, ale osoba w kwiecie wieku to jest blisko trzydziestki, dojrzała i wytrawna niewiasta, która wiele i różnych po świecie widziała rzeczy, a z doświadczenia uniosła przekonanie, że mężczyznom nigdy wierzyć nie należy, i że panom, w niczém co robią, dziwić się niepotrzeba. Te dwie maxymy dziwnie dobrze służyły jéj na świecie, tylko za mąż pójść nie mogła, ale się zawsze spodziewała, choć rodzona jéj siostra, która była od lat sześciu zamężną dowodziła jéj, że lepiéj jest cóś zaryzykować. Doświadczenie uczy różnie, ona to także musiała mieć z doświadczeń żywota.
Twarz panny, jeśli się nie mylę, Adelajdy, miała co do wyrazu, niejakie dalekie podobieństwo do twarzy pani, która ją sobie dobrała do swojego charakteru, uspokojona była, poważna, majestatyczna — i dziwno tylko zkąd na jéj licu czytałeś jakby ślady jakichś namiętności, o których kroniki milczały. Aleć to i twarze zwodzą.
Po cichu, na palcach; wsunęła się w kurytarzyk, pomalutku otworzyła drzwi i znalazłszy panią swą widocznie pomieszaną jeszcze, chodzącą wielkiemi krokami po pokoju, krzesło w pośrodku dziwnie jakoś postawione, jak gdyby tylko co na niém ktoś siedział, nie okazała najmniejszego podziwienia, ani zbytniéj ciekawości — krzesło po cichuteńku postawiła w miejscu, sama zajęła się uprzątywaniem, udając, że nic niepostrzega — chociaż nie mało myśli przyszło jéj do głowy.
— Może się pani już spać położy?
— Zaraz — proszę cię wody.
Panna Adelajda podała wodę na srebrnéj tacce, w kryształowéj szklance, pani Palmer dotknęła ją ustami i drżącą ręką postawiła przy sobie na stoliku.
— Za pozwoleniem pani — jabym miała słówko do powiedzenia, odezwała się służąca po małym przestanku. Tu... tu... jakiś pan...
Jenerałowa pobladła i cofając się usiadła drżąca.
— Tu, jakiś pan, oddał mi list — dokończyła żywo, i bardzo prosi czy choć na pięć minut widzieć się nie może — czeka przy swoim powozie.
Adelajda usłużnie poddała świecę, aby pani łatwiéj mogła list ołówkiem nakreślony przeczytać, i spoglądając na nią z ukosa, ale tak by wzroku jéj pochwycić nie można, czekała odpowiedzi na pozór bardzo obojętna.
— Ale jakże go wprowadzać — tak — w nocy, słabym głosem odezwała się pani Palmer zbladła i pomieszana — dla czegoż nie powiedziałaś mi wprzódy — jestem tak zmęczoną.
— Jak pani każe — ale w kurytarzu nikogo niema — dodała jakby do siebie. Bzurski poszedł spać — a on prosi tylko o pięć minut.
— Rób już jak chcesz, rzucając się na krzesło i na prędce starając się trochę poprawić na sobie ubranie, odpowiedziała Jenerałowa.
P. Adelajda wyszła na palcach, i prawie w téjże chwili wsunął się po cichu p. Feliks, pomieszany, blady, oglądając się jakby szedł popełnić zbrodnię.
— O mój Boże, zawołał stłumionym głosem na progu, załamując ręce — co za spotkanie po latach tylu — jaki traf.
Kobieta chwilę miała oczy zakryte, potém odsłoniła je, były łez pełne, podała mu rękę powoli, chłodno i końcem palców dłoń jego ścisnęła.
— Daruj mi natrętność, rzekł ciągle po cichu p. Feliks, ale mógłżem poznawszy ciebie nie zapragnąć choć kilku słów ci powiedzieć, zapytać, dowiedzieć się? A! tyle lat! tyle lat! zginęłaś mi prawie bez wieści, długo nie mogłem nawet odszukać twych śladów, sądziłem cię umarłą.
— Jestem nią dla przeszłości, odpowiedziała ostygłym głosem p. Palmer — nową istotą, któréj niepoznasz panie Feliksie, wypróbowaną przez ogień, przez śmierć, nędzę i bogactwo — dziś skruszoną, upokorzoną, oddaną Bogu tylko i modlitwie.
— I szczęśliwą? dodał mężczyzna pytając.
— I spokojną — odpowiedziała kobieta, gdyby sumienie dało się uśpić, a błędy naprawić.
Feliks patrzał, słuchał, ale to co widział i słyszał, tak dlań było nowém, że w dawniéj znajoméj postaci napróżno szukał rysów, które ją stanowiły w pamięci jego; — miał przed sobą widmo przeszłości, inną myślą, innym mówiące językiem.
— I z dawnego życia, żadna ci boleść, żadna niezaspokojona niepozostała troska? zapytał po chwili wpatrując się w jéj twarz, która już była ostatkiem woli silnéj zastygła na marmur blady.
— Nic, oprócz zgryzoty, żalu i potrzeby pokuty za grzechy.
Feliks zamilkł; kilka razy otwierał usta, i nieśmiał się odezwać, oczyma zdziwionemi ukradkiem mierzył Jenerałowę, i jéj wzrok, choć nieśmiały śledził dawniéj znanego, dziś także prawie już obcego człowieka.
— Nie pytasz mnie, rzekł nareszcie pan Feliks... o nasze... o nasze dziecię?
Była chwila długiego milczenia. Jenerałowa zarumieniła się mocno, obejrzała dokoła, z ciężkiém westchnieniem odwróciła twarz od niego.
— Dziecię! więc żyje?
— Żyje, rzekł Feliks nabierając siły, żyje i płaci życiem upokorzeń i łez za grzechy rodziców... ojca... A! Juljo, dodał, widzę cię w nowém, niezależném położeniu, w dostatkach, swobodną — panią twéj woli — nie mogłażbyś co uczynić dla naszego dziecięcia?
— Ja? zawahała się Jenerałowa — a ty? szepnęła po chwili zimniéj.
— Ja, zrobiłem mało, alem uczynił co mogłem; pomimo obawy posądzeń i tłumaczeń, wszakżem jéj nie opuścił, wychowałem jak sierotkę — ona u mnie, zemną jest tu — o ścianę od ciebie!
— Tu? tu? ona? moje dziecko? żywiéj poruszając się z krzesła zakrzyknęła pół głosem Jenerałowa, ale wnet spuściła głowę i począwszy się namyślać, dodała zastygła.
Nie! nie! zerwałam zupełnie z przeszłością, z jéj błędami, grzechami, zerwać muszę z pociechą jakąby mi dać mogła — muszę, powinnam za karę zaprzeć się nawet mojego dziecięcia. Panie Feliksie — jabym z nią odzyskała szczęście, na które niezasłużyłam — któregom nie warta — sama winnam dziś wymierzyć nad sobą słuszną karę... A! nic wiedzieć o niéj nie chcę, widzieć nie mogę — przyznać się do niéj niepodobna mi... nic dla niéj uczynić nie jestem w stanie. Niemiałam męża, niepowinnam mieć dziecięcia. Zmyję łzami winę — surową powinnam być dla siebie.
Na te słowa z dziwnemi przestankami i wahaniem wyrzeczone, Feliks stygł i osłupiał prawie, pojąć ich nie mógł.
— Juljo, rzekł powoli, zaprawdę nową dla mnie jesteś istotą... Jakto?... niemasz więc dla dziecięcia wnętrzności matki — serca matki? karzesz je za grzech nasz?
Być może iż religijnie nie jestem tak wykształcony bym pojął wielkość twojéj ofiary, przyznaję się, że więcéj zawsze słuchałem w tém serca niż wyszukanych jakichś prawideł solistycznych — być może żem zbyt człowiekiem, a za mało świętym, ale nie rozumiem by co matkę mogło do zaparcia się dziecięcia nakłonić — by największa pobożność je usprawiedliwiła.
— To dziecię grzechu — spuszczając oczy odezwała się kobieta...
— Nie byłożby najsłuszniéj grzech zmazać przyciskając je do piersi? Cóż ono winno, że przyszło na świat z hańbą i wstydem na czole — pocałunek matki zdjąłby z niego to piętno... dotąd to dziecko zna tylko sieroctwo, jam je od bólu, sromoty osłonił.
— Tyś był powinien...
— A! Juljo! — pani — gwałtownie wybuchnął Feliks — a tyżeś mu nic nie winna? nawet miłości...
— Nic, — prócz modlitwy! pobożnie oczy wznosząc w niebo dodała Jenerałowa.
I znowu nastąpiła chwila milczenia, kobieta spełniwszy co uważała za surowy obowiązek czy karę, uczuła przecież że za daleko zaszła może — zmieszała się nieco, spojrzała na pana Feliksa, którego twarz głębokie wyrażała politowanie i boleść.
— Dla wielu a wielu względów, dodała przerywając co chwila — nie jestem nawet w stanie nic zrobić dla tego dziecięcia — rodzina do któréj weszłam arystokratyczna, dumna, jest mi nieprzyjazną, szuka plam w mojéj przeszłości, aby mnie z zajętego wyrugować stanowiska i zepchnąć jak intruza. — Mogę dla sieroty naszéj... wyrzekła z przyciskiem — uczynić coś, późniéj.. w testamencie... pokryjomu, i nieomieszkam — choć znając twe serce panie Feliksie, wiem że ty jéj nie opuścisz — ale dziś... A! palcami by mnie wytykali! odgadli by! domyślili się — nie! nie! samo podejrzenie wydrzeć mi może to, na co pracowałam tak mozolnie — szacunek..
Feliks słuchał, ale zimno i obojętnie.
— A! pani, rzekł wreszcie, wiele przeczuwałem, wielem się lękał, ale tego co mnie dziś spotyka przewidzieć nigdy nie mogłem!
Nie chodzi mi o dziecię, ale o ciebie pani! Tyżeś to? niepoznaję cię! Dla marnych świata względów chceszże święty obowiązek odrzucić? Stałaś się pobożną — czyliż przepisy téj wiary któréj godła cię otaczają, nie powinny cię nauczyć jak masz w tym razie postąpić?
Posłuchaj mnie pani, dodał z siłą i przejęciem.. wiesz, pamiętasz może jeszcze, choć i o tem już wątpię, jak nieszczęśliwie i strasznie skończyła się biedna, chwilowa, szalona miłość nasza; — jam późniéj musiał ukryć w sobie ilem przecierpiał przez nią i dla niéj — tyś znikła — ja nowe zaciągnąłem obowiązki. Rodzina, matka, wymagali tego po mnie, ożeniłem się. Żona moja najzacniejsza kobieta, jest chora i zgryźliwa czasami, nie zawsze zbyt łagodna, mam córkę, dziecię swawolne i dość płoche — przy nich jako sierota wychowuje się Marynia, a choć ją osłaniam i opiekuję się nią jak mogę — ona cierpi biedna — u mnie jéj nie jest tak jakbym chciał. Ty pani, maszże dzieci?
— Bóg mi ich nie dał!
— Daruj mi jeszcze jedno pytanie: — wdową jesteś czy zamężną?
— Owdowiałam od półtora roku.
— Na Boga! zawołał Feliks łamiąc ręce, cóż się przeciwia, co może stać na drodze przyjęciu w dom matki tego dziecka, które tylko jako sierotę, z litości przytulić możesz? któż cię będzie śmiał podejrzywać?
— Wszyscy! odparła żywo Jenerałowa rumieniąc się. Znasz pan niestety przeszłość moję; chociaż ją starałam się zatrzeć życiem surowém i pokutą jawną, choć sądziłam że ją każą zapomnieć długie lata żalu i skruchy — poza mną jeszcze odzywają się głosy szydercze i potwarze; jestem wystawioną na pociski, na podejrzenia... najlżejszy pozór dałby im prawdopodobieństwo; — moje imię, moja sława, stosunki, które wywalczyć musiałam — wszystkoby było stracone — przepadłoby wszystko.
— Ależ — to dziecię po kilkunastu latach, z imieniem obcém zjawiające się w twym domu, zawołał Feliks oburzony — jakieżby mogło zrodzić podejrzenie?
— Nie! nie! pan nie pojmujesz mojego położenia! czuję to, przerwała kobieta — widzę, że mnie o brak serca posądzasz, że tracisz szacunek dla mnie — składam i to upokorzenie jako ofiarę przed Bogiem... Dziecko — moje dziecko — a! toby było nadto szczęścia dla biednéj grzesznicy! — jam powinna się ukarać.
Po tych słowach, twarz pana Feliksa dotąd mieniąca się różnie, zaczerwieniła się nagle i stanęła w płomieniach jakiegoś niewyrażonego uczucia oburzenia.
— Masz pani słuszność, — rzekł szydersko, — jam był nierozważny, żem dziecię chciał poświęcić! nie powinnaś go brać, bo mu matką być nie potrafisz. Wszystko w tobie zastygło, Juljo! Dawniéj występną może i płochą, aleś była kobietą, miałaś serce; dziś jesteś... nie! na to nie ma wyrazu!!
Jenerałowa podniosła nań oczy, i wlepiła je w twarz mówiącego z wyrazem zimnego wyrzutu.
— A któż mnie popchnął na tę drogę, na któréj straciłam ostatek serca i uczucia? Kto pierwszy uwiódł mnie i zdradził? dla kogo pierwsze łzy wylałam, na kogom pierwsze rzuciła przekleństwo? Spytaj sumienia, spytaj, czy ja, słabe naówczas dziecię, czyś ty winien, coś był mężczyzną i widział przyszłość dla mnie zakrytą?
— Winienem, ani myślę się usprawiedliwiać — alem srogo też za mój grzech przypłacił, i dziś może ze wszystkich kar dosięga mnie najboleśniejsza... gdy widzę co z ciebie Juljo los uczynił.
— Nie los, ty...
— Tylko ja? — spytał z uśmiechem boleści mężczyzna.
— Ty jeden, ty pierwszy!!... ty! ty! Myślisz, — dodała, — żem szczęśliwa, żem spokojna, że dotąd jeszcze piętna sromoty i pamięci przeszłości nie noszę.
— Tak! dźwiga je nie serce, ale duma na jego ruinach wyrosła, rzekł Feliks; — ale dość... nie mamy co mówić z sobą, wymówki z ust moich byłyby niegodne mnie i dziecka tego, które jest aniołem. Juljo! Juljo! widzimy się zapewne raz ostatni, nie daj ci Boże nigdy w życiu doznać tego co ja dzisiaj doświadczyłem. Biedne dziecko! rzekł po cichu, — mieć matkę, mieć ojca, i płakać na sieroctwo, i pozostać na łasce.
— Panie Feliksie!
— Pani, ani słowa więcéj! winienem ja! tylko ja!
— Ty nie masz serca! wybuchnął w ostatku.
— Nie mam go... odparła kobieta, wyszło z ostatnim jękiem na progu twojego domu; tak jest, nie mam go, alem nie ja temu winna! ty! ty! ty!
Feliks pochylił głowę.
— Jeszcze raz, tak jest — rzekł — ja... milczę... ale pomnij pani, gdy nasycona, przesyta czcią i poszanowaniem, — wielbiona jako wzór cnoty i pobożności — u schyłku czczego życia zapragniesz uścisku dziecięcia, otoczona obcemi, gdy zażądasz jego przywiązania, serca, głosu, naówczas dziecię może odepchnąć cię i powie: — ja nie mam matki!...
To mówiąc, odwrócił się, i podszedł ku drzwiom żywo. Jenerałowa schwyciła książkę od nabożeństwa i spuściwszy oczy, zdawała się żywo bardzo rozpoczynać modlitwę. Ale zaledwie pan Feliks wymknął się bez pożegnania, groźbę rzucając za sobą, a Adelajda wśliznęła się do pokoju, — p. Palmer położyła książkę, i z okiem suchém wskazała jéj, że się chce położyć.
Modlitwa w téj chwili była dla niéj tylko środkiem użytym, aby się od rozmowy dalszéj i pożegnania uwolnić... Natrętny gość drugi wyszedł ze łzami na oczach.
Z niezmierną troskliwością wyuczonéj pochlestwa nie tylko usty, ale dłonią i ruchami subretki, panna Adelajda poczęła rozbierać panią, niekiedy pół słówkami ubolewając nad jéj zmęczeniem, nad podróżą, nad słabém zdrowiem, nad zbytecznemi posty i umartwieniami świętéj niewiasty. P. Palmer przyjmowała to zamyślona, milcząca, roztargniona, tak, że w końcu widząc, iż pokarm ten nie na dobie, ostrożna służąca, cofnąć się z nim musiała i zamilknąć.
Jenerałowa położyła się obwinięta chusteczkami, kołderkami, ostawiona poduszeczkami różnych rozmiarów, zapalono lampkę nocną w kąciku, wykadzono pokoik octem balsamicznym, i cisza głęboka rozpięła skrzydła nad Garwolińską gospodą.
Cisza, tak, ale spokoju nie było.
Najtwardszy człowiek, któremu się już zdaje, że nie ma serca, jeszcze na nie cierpi, choć go pozbył.
I zdawało się téj niewieście, która dla pozoru cnoty poświęciła teraz wszystko, że jéj dziecię śpiące obok, nie uczyni wrażenia żadnego, że obojętnym snem potrafi zamknąć oczy jak zamknęła piersi... ale napróżno usiłowała sen na powieki przywołać. Wyobraźnia w różnych postaciach przedstawiała jéj sierotę biedną, bez dachu i opieki, bez imienia, nadewszystko bez matki, i wzruszona zrywała się niespokojnie. Ta myśl, że przez ścianę było to dziecko, którego nieznała nigdy, nie widziała dorosłem, a które należało jednak do niéj... to znowu wyrazy i surowa twarz Feliksa niedozwalały spocząć... Sumienie nic jéj nie mówiło, bo z niém wedle woli swej i zasad zrobiła rachunek, ale jakiś instynkt poruszał krew i wstrząsał całą istotą.
— Chciałabym choć ją zobaczyć zdaleka, mówiła do siebie — czy podobna do mnie? czy do niego? jak ją wychowali? mogłabym niepoznana zbliżyć się do niéj! Ale potém co między mną a Feliksem zaszło, czy podobna? On mnie teraz od niéj odepchnie, tak, ale znalazłabym środki.
— Ale czegoż się nią niepokoję? pytała potém do siebie — nigdy jéj przyznać i przyjąć niemogę — i potem co się stało — on mi jéj nie da, ja jéj niepowinnam żądać! A! czyżby to miał być skutek jego przekleństwa? serce mi bije! miałażbym ją kochać? dla czego ona mnie tak żywo obchodzi?
Te i tym podobne myśli całą noc dręczyły Jenerałowę, a sen miała, a raczéj czuwanie tak niespokojne, że panna Adelajda śledząca wszystkie jéj ruchy, nieustannie wodą pomarańczową, kolońską, kroplami laurowemi się przysługując — do białego prawie dnia oka zmrużyć nie mogła.
— Nigdym jéj jeszcze tak poruszoną nie widziała, jak dziś po wizycie tego jegomości, powiedziała sobie panna Adelajda, w tem coś jest! Mój Boże! taka święta pani, taka pobożna wdowa! przykład dla pań innych — miałażby i ona mieć jaki ciężar na sumieniu?... Nie! to chyba niepodobna — potém by już nikomu w świecie wierzyć nie można.... Ale dla czegoż całą noc spać nie mogła, i raniéj wstać kazała — i ślady łez ma na oczach?
Biedaczka! musi za cudze pokutować winy.
Monolog o białym dniu na tém się skończył — i zdaje się, że panna Adelajda mocno zachwianą została w swoim systemie na stronę siostrzynego — z powodu uwag jakie nocą uczyniła.
Nazajutrz rano, głębsze jeszcze mgły jesienne padły na równiny i lasy, zwiastując że z poza nich dobędzie się jasne, blade słoneczko nasze około południa, i spojrzawszy tylko na upragnioną jego promieni ziemię, w czerwonych wyziewach zachodu się utopi.
Chłód był przejmujący, wilgotny... chwilami wiatr wionął po polach i suche łodygi traw i chwastów jakoś cmentarno szeleściały.
Jeszcze o mroku przeddziennym przedłużonym tém mglistém powietrzem cięźkiém, około poczty i hotelu zawczasu krzątać się poczęto; pocztyljoni chodzili z latarniami około powozów i Bzurski rad nie rad po śnie ciężkim szklanką ponczu wzmocnionym, przebudzić się musiał.
W sali bufetowéj spał teraz twardo i spokojnie Pluta, jakby na największém łożu, chociaż pod głową miał tylko twarde zawiniątko, — za pokrycie surdut oszarpany i wytarty... Obok niego próżne butelki i niedopalone papierosy świadczyły, że do późna czuwać musiał... nie wiedziano tylko jak te ślady rozpusty pogodzić ze łzami i jękiem, które w sąsiednim pokoju słyszano.... to też teorya gospodyni i jéj towarzyszki mocno zachwianą została.
Paulinka, która się krzątać musiała około pokoju, i sama pani w negliżu, zaglądająca do niego, spozierały prawie ze strachem na tego napastnika, który profanował kanapę przeznaczoną w nocy dla faworytów piesków Jejmości.
Konstrukcya już jéj nawet była się do tego nieco zastosowała, i były dwa krągłe doły w prawo i lewo, nakształt kotlin zajęczych.... w których Azor i Myszka spokojnie noc całą legiwały. Przywykłe do używania praw swoich, psiaki którym dano sienniczek niewygodny pod piecem w drugiéj izbie, niemogąc pojąć uzurpatora, przychodziły nocą kilka razy próbować, ażali im się nie uda przywłaszczyciela wyrugować. Jeden nawet śmielszy, czarny, mały, młody syn Azora, który między ojcem i matką sypiał w pośrodku, dwa razy wskakiwał na brzeżek kanapki, ale za każdém z tych najść silne uderzenie Pluty, obalało go nazad na ziemię ze skomleniem i warczeniem, które serce czułéj gospodyni rozdzierało. — Nie, rzekła w końcu do siebie; człowiek, który tak sobie postępuje z psami, płakać nie mógł; musiał chorować na zęby!
Że co chwila spodziewano się omnibusu, który zwykł był przychodzić o świcie, a ranek chłodny obiecywał dobrą konsumpcyą po źle przespanéj nocy, zawczasu nastawiono samowary, poczęto prażyć śmietankę, gotować cykoryę z kawą, przysposabiać bułki i krajanki różne do wódek, a ruch był w domu ogromny. Niepodobna już było dłużéj szanować snu intruza, i psy i ludzie ośmielając jedni drugich poczynali dość głośno objawiać na nowo rozpoczęte życie.
Jakkolwiek sen miał twardy, musiał się przecie Pluta przebudzić, choć zrazu tylko klął pod nosem nie wstając. Ale Bzurski sztukając butami i ziewając jak stary pantofel, przyszedł na kawę, pocztylion jakiś wcisnął się ze sprawą do pani o pięciogroszówkę, żydek świszcząc przyniósł bułki... skrzypiano drzwiami, pan Fryderyk obrócił się, przetarł oczy i podniósł na nogi.
— A niechże was wszyscy djabli porwą z waszą stołeczną Garwolińską gospodą — zawołał otwierając powieki i dzień zaczynając od wspomnienia niebezpiecznego patrona włóczęgów — wszakże to nocą psy... pchły i cała menażerya... a o świcie nowa zgraja... zasnąć nie dadzą podróżnemu.
Słuchaj dziewczyno! herbaty z rumem! a żywo!
Harbata jeszcze nie gotowa!
— To ją przygotowuj a zaraz! po cóż tu hałasujecie, kiedyście dotąd i kiepskiéj waszéj herbaty z wierzbowych liści zrobić nie mogli do téj pory. Mościa pani! obrócił się do saméj Jéjmości — dla czego nie ma dotąd herbaty?
— Ale harbata zaraz będzie, to jest, już gotowa! wedle systemu swojego, nigdy nie chcąc przyznać aby czegoś niedostawać mogło, — odparła kwaśno ruszając ramionami gospodyni.
Gdy się to dzieje, około powozów krzątają się też pocztylioni, i Jenerałowa, pierwsza przebudzona, wydała rozkazy do jak najrychlejszego wyjazdu. Bzurski wypiwszy kawę, i kieliszek wódki dla popchnienia jéj, począł naglić pocztarzy, panna Adelaida własnoręcznie niektóre pudełka pakować raczyła. Sama pani zatopiona w modlitwie klęczała u relikwiarza.
Pijąc podaną herbatę z rumem, jakby coś sobie przypomniał Pluta, nagle wyszedł na ganek, koło jednego z powozów postrzegł Bzurskiego, i gdy się ten oddalił, poszedł do pocztyliona, który pierwsze konie zaprzęgał.
— Do Warszawy? — spytał.
— Nie — z Warszawy do Lublina, daléj...
Dowiedziawszy się czego życzył, Pluta odszedł do swojéj herbaty; ale zaraz po tém Bzurski się zbliżył i szepnął coś pocztylionowi. Powóz smarując, zawrócono powoli ku Warszawie nazad, konie zaprzężono w momencie i Jenerałowa prześliznąwszy się przez kurytarzyk niepostrzeżona odjechała, nim się Pluta opatrzył, napowrót ku stolicy, zmieniwszy nagle projekta.
Czy na to wpłynęło widzenie się z Plutą, czy rozmowa z p. Feliksem, czy nadzieja spotkania córki?? doprawdy powiedzieć nieumiem.
Włóczęga zajęty śniadaniem, tytuniem i jakiemiś namysłami głębokiemi, wcale nie postrzegł się gdy powóz ruszył, i zapewniony już o jego kierunku, ani spojrzał, choć nawet turkot posłyszał, mniéj go to obchodziło.
Dobrze sobie odpocząwszy i napasłszy się z obojętnością cynika, czekał już tylko na zręczność, któraby go daléj ku Lublinowi, w ślad zapewne za Jenerałową przenieść mogła, bo był pewien, że w tę pojechała stronę.
Spodziewał się łatwo znaleść miejsce w omnibusie lub dyliżansie, a że próżnować nie lubił, nimby się co trafiło, począł rozpytywać tego i owego, o mieszkańców, o przejezdnych, pragnąć się rozerwać i zapomnieć może o trosce, która mu na sfałdowaném od wczoraj usiadła czole.
Ale w Garwolinie, na dzień powszedni kto się nie zadowalnia kurantami, rozmową historyczną z gospodynią o przeszłości, i perspektywą rynku i miasteczka nie koniecznie malowniczą, nie łatwo sobie wynajdzie towarzystwo.
Pluta widocznie się nudził i dawał o tém znać światu szerokiém ziewaniem.
Ale pragnący kompanii, prędzéj póżniéj znaleść ją musi — jest to już dowiedziony axiomat, w ostatnim razie można prowadzić rozmowę ze słupem pocztowym, który wybornie słuchać umie i niczemu się nie sprzeciwia.
Była już godzina blisko dziewiąta, gdy ku gankowi oberży — hotelu, restauracyi — cukierni, zbliżyła się bryczka pocztowa wracająca od strony Warszawy, na któréj kontrabandą, za kieliszek wódki, biedny jakiś zabrał się podróżny.
Była to figura równie ciekawa i zagadkowa, jak Pluta; człeczek mocno przygarbiony od sciatyki, ale pomimo złamania, nie bez jakiéjś pretensyi nie wczesnéj i niewdzięcznéj do elegancyi, która dziwnie odbijała od nędzy i zabrukowania. Miał na sobie bronzowy surducik z potrzebami kamelorowemi, jasno popielatą resztę ubrania, chustkę na szyi karmazynową, wąsiki do góry i czapeczkę niegdyś pewnie kupioną u Purytza w Warszawie, za oryginalną paryzką.
Lat mógł mieć dobrze czterdzieści kilka, fizys czerwoną i pełną najfantastyczniéj porozsiewanych brodawek i minę przy tém wielkiego serc zdobywcy.
Z pozoru całego nie można się było spodziewać, żeby ten nowo przybyły przydał się na co p. Plucie, ale w niedostatku i chleb suchy stanie za legominę.
Gdy zsiadłszy z bryczki biedak ów, poszedł do bufetu razem z pocztylionem się uraczyć; Pluta za nim zwolna rozglądając się pociągnął, opatrując go na wszystkie strony, i gdy garbaty elegant pozbył się towarzystwa, p. Fryderyk zbliżył się do niego bez ceremonii.
— Dzień dobry!
— Dobry dzień.
— Otóż się nam wypogadza?
— Istotnie, jak na jesień, dzień prześliczny.
— Pan Dobrodziéj dokąd tak?
— Ja tak, ku Lublinowi.
— Pan czeka okazyi?
— Istotnie.
— A i ja oczekuję zręczności.
Usiedli razem przy sobie na ławce w ganku.
— Przyznam się panu, — rzekł Pluta do towarzysza, który nie zdawał się bardzo do rozmowy pochopny, — w Garwolinie czekać na dyliżans djable nudno.
— A! djable!
— Pan Dobrodziéj nie rozerwałby się w billard?
— Nie, w billard nie grywam od niejakiego czasu.
— To możeby w co innego?
— Co innego? a w cóż my to innego grać możemy? — zapytał jegomość w chustce czerwonéj.
— No! a w karty? — spytał Fryderyk.
— Tak! no! nie byłbym od tego — ale znowu, przepraszam pana, jestem w podróży i nie tak bardzo z zapasem.
— To nic nie szkodzi, — odparł śmiejąc się Pluta, zawsze coś tam jest.
— Coś, ale z powodu zapomnienia, — dodał nieznajomy, — gdyż jestem bardzo roztargniony, ledwie para złotych.
— Proszę się nie ceremoniować, będziemy grali dla przepędzenia czasu, po groszu, — rzekł Fryderyk.
Spojrzeli na siebie, obu zaiskrzyły się oczy, poznali w sobie graczy namiętnych. Pluta miał sporo grosza, ale nie wahał się rozpocząć gry choć nie mógł wygrać więcéj nad wytartą dwuzłotówkę, — taka jest siła namiętności. I dobył zaraz z kieszeni bocznéj zawinięte w papier parę talii kart trochę używanych, które, zwolna poglądając na towarzysza, rozkopertowywać zaczął i przerabiać.
Jegomość w czerwonéj chustce przypatrywał się bacznie, nieokazując jednak tego wcale, z pod oka.
— W co będziemy grali?
— W co pan chcesz...
— A no! gdyby w prostego... patryarchalnego sztosika?
— Sztosika? no? no? ale pokaż no mi asindziéj wprzód karty, rzekł wyciągając rękę podróżny — bo to się różnie zdarza, zwłaszcza w drodze — karty używane, a choć po groszu gramy, ale czasem grosz stoi za dukata.
Fryderyk niechętnie z uśmiechem znaczącym podał mu talją, którą ten zaczął żywo, bacznie i znać umiejętnie rozglądać, bo w połowie tego zajęcia Pluta wyrwał mu talją i schował śmiejąc się do kieszeni.
— E! niemamy co grać! nie ma satysfakcyi, rzekł — WPan znasz rzecz.
Nieznajomy powoli podniósł głowę i głupowate wejrzenie wlepił poważnie w towarzysza trzęsąc głową.
— Widzisz WPan! a no! znam! nie ma słowa! ale gdybym był udał że nic nie rozumiem, to bym na pewniaka zgrał jak należy.
Pluta ruszył ramionami.
— Dajmy pokój.
Popatrzyli w oczy jeden drugiemu.
— Oczewista rzecz że karty znaczone, rzekł sentencyonalnie nieznajomy, bez żadnego gniewu, a jeszcze, powiem panu, że po staroświecku znaczone, lada kto złapie — to już i uliczniki znają... i ślepy zobaczy i bez ręki namaca... szydłem kłute — czy co?
Pluta spoglądał nań i śmiał się po cichu, wcale nie zmieszany.
— Już dziś tak porządni ludzie nie robią, dodał drugi serjo.... Stara szkoła — głupia rzecz, można biedy napytać.... Są inne sposoby.
Fryderyk szydersko uchylił kapelusza.
— Widzisz WPan, rzekł powoli, mnie nie o wygranę chodzi...
— A o cóż?
— Ja lubię, z głupców żartować? passyą mam do moralności! jak tylko widzę dudka, nie mogę wytrzymać żebym mu nie dał nauki. Ale wolno spytać z kim mam honor?...
— Mateusz Kirkuć! do usług, odparł jegomość w chustce czerwonéj.
— Kirkuć? czekajże pan? Kirkuć? coś mi się plącze po głowie! nazwisko znane! Kirkuć! co to jest? Kirkuciowa? a! a! gdzież u licha znalem? jakąś Kirkuciównę.
— Julia? zapewne? bo to moja rodzona siostra, a dziś pani Jenerałowa.
— Jakto? Jenerałowa? siostra WPana? rodzona siostra.
— Z jednego ojca i matki.
— A bardzo mi przyjemnie go poznać — krzyknął powstając Pluta i podając obie ręce panu Kirkuciowi; mam honor przedstawić się, Fryderyk Pluta, zwany przez niektórych niewłaściwie kapitanem Plutą, chociaż nigdy w życiu nie służyłem daléj Chorążego, ale mnie tak przez grzeczność powoli awansowano, póki miałem pieniądze i starczyło grosza tylko do rangi kapitana; gdybym je miał dłużéj, byłbym pewnie się już kolacjami i śniadaniami jenerała dorobił, ale żem się zgrał i zgolał, stanęło na kapitanie. Swojego czasu miałem szczęście z bliska być znajomy siostrze WPana Dobrodzieja.
— Jakto? miałbym szczęście widzieć w jego osobie sławnego kapitana Plutę? — podchwycił Kirkuć wstając z uszanowaniem i zdejmując czapkę.
— Bardzo się cieszę, że imie moje, niegdyś dosyć znane uczciwym ludziom, — odparł Fryderyk, obiło się o jego uszy, chociaż mi żal, że mnie poznajesz pan dopiero, gdy już ze mnie zostały tylko skóra, kości i stara reputacya przechodzona do dziur jak buty.
— Reputacya cała! mościdzieju! przerwał grzecznie Kirkuć, — to starczy za wszystko.
Podali sobie ręce gorąco i serdecznie.
— A! to więc pan jesteś rodzonym bratem Jenerałowéj? — począł Pluta na nowo.
— Co się zowie, rzekł drugi, — tylko, powiem panu, liczyłem się u niéj za brata, dopóki ona stała w tym rzędzie co i ja; teraz w delikatnych zostajemy stosunkach, nie bardzo się do mnie przyznaje, ona pani, ja chudy pachołek! Cóż robić?
— A wieszże WPan, że ta kochana Julka, ledwie parę godzin temu jak ztąd odjechała?
— Wiem — spotkałem ją na drodze — do Warszawy.
— Chyba do Lublina?
— Nie! do Warszawy — poznałem po Bzurskim kamerdynerze, bo to mój przyjaciel — stary znajomy, dobry człowiek, tylko trochę arystokrata.
— Ale do Lublina!
— WPan się mylisz, do Warszawy — ja ztamtąd jadę.
— Przeciwnie — z Warszawy — ja ztamtąd jadę.
— Przeciwnie — z Warszawy przecież przybyła.
— Jechała z Warszawy?
— Tak jest.
— A no to powróciła do Warszawy.
— Co u kaduka? przybyła tylko żeby mieć przyjemność przenocować w Garwolinie.
— I mnie to dziwi!
— No! no!
— Hm! hm.
— A mnie to już nie dziwi, zawołał Pluta — myślała pewnie, że mnie oszuka i dała susa jak zając przed chartem — ale! co to jest palec opatrzności! widocznie palec. Spotykam WPana Dobrodzieja, i zdrada się odkrywa — teraz z większym jeszcze zapałem — rzucam się w ślady zdrajczyni!
— Ale cóż to tam jest czy było między państwem? uśmiechając się zapytał Kirkuć — to już dziś stara baba...
— Dziś, ale co było to było! odparł Pluta... WPan wiesz serdeczne stosunki nie zrywają się nigdy, choćby je nawet rozerwały losy i przeciwności.
— A! panie, któż lepiéj nademnie wie co są serdeczne stosunki! Ja całe życie się kochałem i kocham, zawołał brat Jenerałowéj uderzając się w piersi — przyznam się panu po przyjacielsku, że serce mam — niech je diabli wezmą. Ale mówmy szczerze.
— Najchętniéj — mówmy jak najszczerzéj a nawet obszernie, bo Jenerałowa mocno mnie obchodzi, jak to mu zaraz wytłumaczę: kochaliśmy się dawniéj.
— Domyśliłem się tego zaraz — rzekł Kirkuć — tylko czy oboje?
— Ha no! trudno zaręczyć, jedno to pewna — to jest ja...
— I musiała zdradzić WPana?
— Naturalnie...
— I chcesz się mścić?
— Ja! a pfe! za kogoż mnie masz WPan, Na kobiecie! nigdy w życiu! ale pragnę ją zwrócić na drogę moralności i dać jéj małą naukę bezpłatną, nawet moim kosztem, jeśli będzie potrzeba — bo teraz że w pierze obrosła, zapomina pokory chrześciańskiéj i wypiera się pochodzenia i stosunków, to nie ładnie — przecież wszyscy pulvis sumus.
Nagle zatrzymał się Pluta.
— WPan że jesteś brat jéj rodzony — i masz pewne nawet silniejsze od moich prawa krwi — mógłbyś także skutecznie się do tego dzieła przyczynić.
— Ja? spytał Kirkuć — o! nie! zaczepić jéj się boję! to baba kuta i stosunkowa — kto wie coby mogła zrobić zemną... Gotowa do turmy mnie posadzić — za nic nie ręczę.
— No! ale gdybyśmy się do niéj wzięli we dwóch! WPan pod moją protekcją? spytał Pluta.
— Tak! zapewne, co dwóch to nie jeden, a wszakże i tak z nią nie łatwo.
— Powiem WPanu, że chociaż była chwila żeśmy z nią w ścisłych zostawali stosunkach, dodał Pluta, ale nawet jéj historji dobrze tak niewiem — a ona mi potrzebna. WPan musisz być lepiéj uwiadomiony?
— Ja! odparł Kirkuć! no tak, gdzie niegdzie coś się tam wie, ale WPan co musiałeś kobiety praktykować — dodał ze śmieszną powagą brat Jenerałowéj, powiedz mi czy kto z nas pochwalić się może, i powiedzieć, że zna życie któréjkolwiek z nich? Ha? WPan odwróciłeś się na pięć minut, a ta już coś zmalowała! — i cicho! i Bogu duszę winna, i nic WPan niewiesz, aż kiedyś tam w dziesięć lat, patrz! oho! odezwało się — a WPan jak tabaka w rogu — ani wiesz.
— To bywa! zawołał Pluta — jednakże WPan o jéj życiu trochę jesteś uwiadomiony?
— Trochę...
— To dla mnie ciekawa historja, ze względu na tę passją jaką mam do moralności, odparł Fryderyk... Hę! czy nie napilibyśmy się czego?
— Napić się? i owszem? nie jestem od tego? ale wybór rzecz trudna — co wypić?
— No! najpierwéj wódki, rozumie się, zawołał Fryderyk, to jest moje principium, zasada, od któréj nigdy nie odstępuję, za którą walczyć jestem gotowy; daléj idzie zakąska, następnie już zależy to od gustu — humoru, usposobienia żołądka, głowy, towarzystwa i okoliczności kieszonkowych.
— Masz WPan racją — ale te okoliczności — właśnie — bo ja — z powodu jedynie roztargnienia, zapomniawszy pugilaresu z kapitałami memi, jestem dosyć nieprzygotowany — zaczął rumieniąc się Kirkuć.
— To nic, za to mnie nieprzewidziane okoliczności dopisywały w téj chwili, i mogę mu służyć — a więc proszę na śniadanko, a potém spodziewam się coś dowiedzieć z téj ciekawéj historji siostry WPana Dobrodzieja.
— Tyle ile ja tam wiem — rzekł wzdychając Kirkuć.
— Ktoż wie, dorzucił po namyśle Fryderyk; WPan jako brat, ja jako przyjaciel serca Jenerałowéj, choć obu nas podobno odpycha niewdzięczna istota, moglibyśmy połączywszy usiłowania nasze i uczyniwszy zaczepno-odporne przymierze, wpływem tym wprowadzić ją na drogę moralności — i uczciwości, żeby się nie zapierała familii i przyjaciół i tak do góry nie zadzierała nosa, kiedy go pan Bóg na dół stworzył.
— E! czekajno pan, przerwał Kirkuć, od czasu do czasu coś mi tam kapnie od niéj, ja znowu nie mogę się narażać bardzo, bo bym stracił sukurs, który w razie ostatecznym — jest dla mnie bardzo ważny.
— Pojmuję doskonale objekcją — rzekł Pluta poważnie, uwaga słuszna, naturalna i z praw krwi tłumacząca się dostatecznie. Ale cóż przeszkadza, żebyśmy prowadząc ją na drogę moralności, ścieżką umartwień i pokuty, zaprowadzili też do biurka, z któregoby coś dla WPana zaliczyć mogła? hę?
Allegorja zbyt była wysmażona, aby ją Kirkuć pojął od razu, jakoś mu się to wydało nie ze wszystkiém jasne, pokiwał głową wątpliwie.
— Albo WPan chcesz dawne stosunki odnowić z Jenerałową, rzekł, co się tłumaczy afektem, ale go niepojmuję względem staréj baby, albo, — dodał — WPan chcesz jéj do gryść tylko — ale za cóż ja mam służyć tu.
— Za kozła ofiarnego? przerwał Pluta — uchowaj Boże; ani jedno ani drugie, stosunków odnawiać nie myślę, bo mi już kobiety obrzydły od czasu jakem ja zbrzydł, a mścić się nie myślę, bo to głupia rzecz, ale tak trochę sobie pokpić ze szczęścia ludzkiego i splendorów — to dla mnie wysoka satysfakcja. A nic łatwiejszego dla nas obu, jak te dwie pieczenie upiec przy jednym ogniu.
— No — ależ jak? zapytał Kirkuć, niedowierzająco...
— Jak..: słuchaj... szepnął kapitan... zostaw mi sposoby, a bądź pewien, że dla ciebie babę pociągnę należycie, i zmuszę by ci naznaczyła przyzwoite stałe utrzymanie. Słowo — mówię ci, słowo honoru...
Twarz Kirkucia rozjaśniła się, nagle rzucił się w objęcia Pluty i uścisnął go z zapałem.
— Kapitanie — zawołał, albo jeśli chcesz — Majorze...
— Tytułuj mnie Pułkownikiem, zwłaszcza przy bufecie, to nic nie szkodzi.
— Pułkowniku! Jenerale.
— To za nadto!
— Pułkowniku! powtórzył Kirkuć, jesteś człowiek jenjalny — mówię ci to z głębi serca, mógłbyś był proch wynaleść, gdyby go wprzódy nie zinwentowano... Takich mi ludzi dawajcie! o to człowiek! oto antyk! Co za pomysły! Ręka twoja! ręka...
Pluta majestatycznie przyjął z góry te objawy rozczulenia i uwielbień, jak hołd należny zasłudze, uścisnęli się raz jeszcze idąc do bufetu, gdzie zaraz Pluta się rozporządził dysponując zamaszysto śniadanie. Ale że koszta jego przechodziły prawdopodobnie resursa téj kieszeni, którą wczoraj podtrzymał Narębski tak szlachetną ofiarą wódki i piwa — gospodyni pełna pamięci i przenikliwości osoba, okazała dziś niejakie wahanie się i milczącą niepewność.
Miała dystrakcję gdy kapitan przemawiał, udawała niezmiernie zajętą — patrzała czegoś pod stolik i poczęła groźną z Azorem rozprawę, o kość przyniesioną z podwórza.
Doświadczony w traktjerniach i znający się na minach pań bufetowych, Pluta dorozumiał się zkąd pochodziło roztargnienie, i choć nie okazał po sobie, że oburzające go podejrzenie niewypłatności i potrzeby przymusowego kredytu nań padło, wyjął trzy rublowy papierek i milcząc położył go na bufecie, jako silny dokument przeciwko potwarczym domysłom.
W osobnym tedy obok pokoiku podano owe śniadanie złożone z wódki, chleba, piwa, séra, śledzia i ostatecznie bifsztykiem nazwanego mięsa, które do tego angielskiego honoru żadnego prawa nie miało.
Paulinka żywo się zajęła podaniem. Wódka rozjaśniła umysły i pan Mateusz Kirkuć dawszy dowody niepospolitéj jeszcze siły rąk i zębów w walce z mięsiwem rozpaczliwie mu się broniącém, po piwie, gdy dwugroszowe dobre cygaro zapalił, w ten sposób opowiadać rozpoczął wspomnienia swéj młodości i dzieje rodziny.
— Trzeba ci wiedzieć kochany Kapitanie, albo lepiéj Pułkowniku...
— Lepiéj Pułkowniku, niech ta baba z bufetu słyszy — szepnął Pluta.
— A więc, kochany Pułkowniku, głośniéj odkrząknąwszy zaczął na nowo Kirkuć, i kochany przyjacielu, jeśli się tak mianować mi pozwolisz... (miał trochę wyszukaną mowę p. Kirkuć, co, jak wiadomo, nie mogło zkąd inąd pochodzić, tylko z tego że więcéj trzech klass nieznał) trzeba ci wiedzieć, że my tam znowu z żadnéj tak dalece, wielkiéj familji nie pochodziemy. Ojciec mój był rzeźnikiem, dziad podobno także — już późniéj nieco tytułował się kupcem mięsa, a jatkę nazywano, przypominam sobie: Instytucją mięsną — ale niedługo, bo ludzie tego jakoś niezrozumieli — i ja także.
— Otóż ja ci powiem, przerwał Pluta, że owszem to się bardzo łatwo pojmuje, — dziś wszystko się pragnie uszlachetnić — szewc zowie się artystą obówia... krawiec mówi ci o moralném znaczeniu swych płodów, traktjernia zowie się Akademią Gastronomiczną czemuż by jatka nie miała się nazywać Instytutem mięsnym? Rzecz słuszna, logiczna i pięknie brzmiąca, byleby śmierdzącego mięsa nie sprzedawać drogo. Uznam nawet że rzeźnicy użytecznie służą krajowi karmiąc jego synów zdrową wołowiną... nie mówi się o Garwolińskiéj; kończ WPan! dodał Pluta.
— No to mniejsza oto... odparł Kirkuć... ale pewna rzecz że ta ambicja... zgubiła mojego ojca... nic! tylko ambicja! Już przekonałem się, że ona do niczego dobrego nie doprowadzi.
— Pozwól żebym ci jeszcze raz przerwał, wcisnął Pluta wzdychając... jest francuzkie przysłowie... o W. Pan rozumiesz po francuzku?
— Nie... tylko Monsieur i pardon.
— To dosyć, ale ci lepiéj powiem po polsku... że w domu powieszonego nie wspomina się o stryczku...
— Cóż to ma znaczyć? naiwnie spytał Kirkuć.
— To znaczy, rzekł Pluta, że i ja niestety chorowałem na ambicją, tak, że mi ta choroba aż w kieszeni i na piętach porobiła dziury — dajmy pokój! Piękna to rzecz ambicja.... tylko tak jak pieprzu, nie trzeba jéj zanadto używać, bo pali.
— O mój Boże! co to za jenialny człowiek z ciebie Pułkowniku.
— Jeniusz zapoznany ale mów daléj, mów daléj, dokończył Fryderyk.
— Otóż na polędwicach i flakach uciułało się takiego grosza, mówił pan Mateusz, że nieboszczyk i kamienicę kupił i jeszcze mu się wcale piękne kapitały pozostały... ale zrazu mu przyszło do głowy jatkę nazwać Instytucją... potém i to już nie wydawało się pięknie, i doszedł do przekonania, że to co grosz dało, było jakiemś nieprzyzwoitém rzemiosłem. Więc powoli porzucił topor i jatkę, obmył ręce, i daléj grać obywatela.
Zrzucił w kąt kapotę szaraczkową i pas i czapkę siwą z barana, a wdział kapelusz i surdut, i z niemi, Mści panie... pretensje już choćby do burmistrzowstwa.
A nie każdy co grosz zbierze, umie nim rozporządzić. I tak plasł raptem stary Kirkuć, że gdyby to nie był mój ojciec, to bym mu dziś jeszcze coś nieprzyjemnego powiedział. Zostaliśmy się ja i Julusia i trzeci brat Kacper, o którym już nie wspominam...
— Ho! a dla czegóż...
Kirkuć był mocno zafrasowany.
— No, cóż się z nim stało?
— Nieprzyzwoicie sobie postąpił...?
— Co? uchowaj Boże... dostał się do prochowni.
— Ale nie! bardzo uczciwy człowiek...
— Więc cóż mu się stało...?
— E! nie warto o tém wspominać.
— Ale przecież...?
— Dla całéj familji zakała...
— Niepowiem nikomu...
— Pod pozorem żeby ręki nie wyciągać, i tam dla jakichś dziwnych przywidzeń, zamiast iść drogą szlachetniejszą, i starać się utrzymać honor familji... po prostu dla chleba... ale to nigdy żadnego uczucia wznioślejszego nie było w tym człowieku...
— No! i cóż popełnił?
— Został szewcem! cichuteńko odezwał się zarumieniony Kirkuć.
Kapitan rozśmiał się w całe gardło, popatrzał na interlokutora długo, wypił szklankę piwa i milcząc podparł się na łokciu.
— Jużciż pozwolisz, mówił daléj Pan Mateusz... że kiedy ja mogłem taki obejść się bez żadnego rzemiosła nie szlachetnego, to i on też potrafiłby był sobie dać radę między ludźmi. Ale, niemówmy już o tém, bo to dla mnie rzecz bolesna...
Pluta nie zrobił żadnéj uwagi nad nielogicznością wniosków towarzysza, gdyż doświadczenie nauczyło go i przekonało, że ten pozorny brak logiki, spotyka się codziennie... a w sercu ludzkiém jest rzeczą najnaturalniejszą. Potroszę wszyscyśmy tacy.
— Zostaliśmy się tedy na bruku, na łasce ludzi, z prawem patrzania tylko na kamienicę którą nasz ojciec posiadał i wzdychania do tych pieniędzy które stracił... dodał Kirkuć łącząc westchnienie ze słowy.
Ale miłosiernych ludzi w téj poczciwéj Warszawie nie zabraknie nigdy — rozebrali nas pomiędzy siebie.
Co do Julusi, zaraz powiem co się z nią stało... co do mnie, poczciwy mieszczanin jeden zaprowadził mnie do siebie; odziewał, karmił i nawet do szkół oddawał, w trzech klassach mnie utrzymując, dopóki nie zaszły okoliczności.
Miałem, dodał Kirkuć ponawiając głębokie westchnienie, miałem jenjusz wielki, chociażem się nic nie nauczył; nawet, nie bez racji, wielu dowodzili mi, że jenjusz się tém okazywał iż passjami lubiłem latać, i próżnować. Byłem młody, trochę urwisowaty... zwyczajnie krew grała; spotwarzyli mnie wrogowie przed moim dobrodziejem, w rzeczy nadłamanego zamku u szkatułki, i jakicheś tam kilkunastu złotych, które niewiem gdzie się podziały... wypędził mnie tedy z domu, najniesłuszniéj... gdyż tytułem pożyczki wziąłem, przyznaję złotych ośm, a prosekwowano mnie o dwanaście...
Daléj życie moje nie ciekawe, różnego się jadło chleba, jak to zwyczajnie na świecie, gdy kto szlachetniejszéj natury, do grubéj pracy nie jest stworzony. Może lepiéj powiemy o Julusi?.
— Mówmy i o Julusi, przerwał kapitan, chociaż i własna pańska bjografja, mogłaby być wielce nauczającą...
— O! że nauczającą — to bezwątpienia, wzdychając raz jeszcze zawołał Kirkuć, ale to tam mniejsza, jakoś niektóre rzeczy boli powtarzać... Świat i ludzie!
— To wiadomo — dokończył Pluta — niegodziwcy! my zawsze niewinni, ale świat i ludzie... powywieszać!
— Potruć i pozabijać! rzekł Kirkuć zapalając się, nigdy człowiek szlachetniejszych uczuć...
— Mój Kirkuć, przerwał Pluta... jak ci przyjdzie ochota narzekać, to się dla mnie niefatyguj... takie rzeczy ja umiem extra-dobrze napamięć! Tylko zacznij i dołóż etcetera... a ja sobie dokończę wolnym czasem.
— Jak chcesz... teraz wracam do Julusi.
— Wróćmy do téj ślicznéj Julusi.
— Jeżeli ją WPan znałeś kiedy była młodą, to wiesz jak monstrualnie była piękna! A to od dziecka — tylko coraz inaczéj i coraz bardziéj robiła się zachwycającą, tak że ludzie patrząc słupieli.
Ja, od razu wiedziałem i mówiłem, że byle chciała, zrobi karjerę, bo i sprytu jéj wrodzonego nie brakowało. Jakaś pani... jeśli się nie mylę... stara... ale tak... Narębska... upodobawszy ją sobie, wzięła na wieś dla wychowania. Myślałem sobie: bardzo dobrze — dostanie się na wieś do dworu, to już będzie szlachcianką... pójdzie za szlachcica... z fortuną, i rzecz skończona. Ja będę miał chleb i sól. Ale inaczéj się to skończyło.
Narębska ta, okazuje się, była herod baba — niegodziwa kobieta — wdowa po obywatelu bardzo majętnym, kobieta z głową, rezolutna, władała majątkiem i synem jedynakiem, żelazną ręką. U niéj tedy wychowywała się Julusia jak w klasztorze, a niema nic niebezpieczniejszego nad taki rygor... człowiekowi zaraz niewiedzieć jakie myśli przychodzą do głowy, gdy mu i myśleć nie wolno... Wyrosła Julka na cudo! A że to tam widać, krew była nie woda, powąchali się jakoś z synem pani Narębskiéj, i zebrało się im na potajemne amory. Ten taki słyszę serjo, tak się w niéj rozkochał szalenie, że się aż choćby żenić zamyślał... ale gdy się to jakoś odkryło, że zadaleko z sobą zaszli...
Kirkuć chrząknął.
— Bo tak słyszę daleko, dodał, że bodaj czy tam pan Bóg co nie dał...
— Ja wiem, rzekł Pluta, i najdokładniéj wiem — bo niezadługo i moja następuje historya.
— Jakto? tak prędko? zapytał zdziwiony pan Mateusz; WPan już wiesz to — no to może ja niewiem.
— Bardzo być może — posłuchajże mnie z kolei, dorzucił Pluta i odwilż sobie gardło tymczasem. Narębska herod baba, dowiedziawszy się wpadła w furją, Julusię wyforowano z domu — dziecko gdzieś zesłano, a synowi bodaj czy macierzyńskiéj na dywanie nie dano admonicji. Narębska miała ten system że biła — nie pochwalam tego, ale kiedy do dziś dnia praktykuje się to w wojsku angielskiém, czemużby w szlacheckim polskim dworze, w extraordynaryjnych okolicznościach, ten środek nie miał być użyty? He?... Spytał kapitan?...
— Ja niewiem, rzekł Kirkuć, bić, jak sobie chce, nie jestem tak dalece od tego, ale być bitym, głupia rzecz.
— A o tém się nie mówi — zawołał Pluta — to do niczego nie prowadzi prócz do sińców.
— I do złości, dodał Kirkuć. Ale cóż daléj?
— Julusia prawie boso i niezmiernie skromnie odziana, dostała się wówczas do Warszawy bez żadnego sposobu do życia — zapłakana, zdesperowana — poszła zrazu z biedy do jakiegoś magazynu. Właśnie ją w tym opłakanym stanie poznałem, gdy z pracy rąk żyła. Kirkuć czuł się upokorzony tą wiadomością, ale milczał — zapił ją piwem.
— Jeszcze się to wówczas żyło i co się zowie dom trzymało w Warszawie, mówił kapitan. A! lepsze to były czasy — ludzie w karty grali, poczciwych birbantów na bruku było jak maku — dziś, licho wie co! i do tego passja przeszła! Świat popsuty! żadnéj w nim passji, żadnéj, co się nazywa — chodzą bledzi jak ćmy po świecie, a patrząc na nich aż spać się chce i poziewać.
Przypadkiem tedy raz idąc około tego magazynu — patrzę w okno, a miałem taki zwyczaj że gdzie były kobiety zawszem w okna zaglądał. Nigdy nie można wiedzieć co człowiek zobaczy! — patrzę, a! szalenie śliczna dzieweczka, krew z mlekiem — czarnobrewa, oczy szafirowe — kształty medycejskie.
— Medycejskie? pochwycił Kirkuć, cóż to jest?
— To — tak — figura — długo by tłumaczyć — odparł kapitan.
— Mniejsza o to.
— Świeża była jak jabłuszko, mówił daléj Fryderyk, bo miała to zawsze do siebie ta osobliwsza istota, że choć się najmocniéj wypłakała, zgryzła, nigdy nie traciła świeżości. Spływało to po niéj jak po kamieniu, taki miała temperament nieoszacowany.
Zobaczywszy ją, wstąpiłem do Magazynu umyślnie, kupić coś niepotrzebnego aby się jéj lepiéj przypatrzeć. Podobała mi się szalenie, ale zrazu ani było do niéj przystąpić! Widząc ja, że to się tam zwala w ciężkiéj pracy, albo gdzie wyjdzie za jakiego rzemieślnika, począłem używać wszelkich środków, aby ją do siebie ściągnąć. Prawdę powiedziawszy, trzewików wówczas porządnych nie miała, ani też wielkiéj ochoty zarabiania na nie pracą — bo była bardzo delikatna.
Z pomocą usłużnéj, jednéj poczciwéj bardzo kobiety, udało mi się przekonać ją nareszcie, że nie wiele zyska upierając się przy swoim magazynie, i powoli, powoli... dostała się do mnie.
Wyporządziłem jéj apartamencik, co się zowie, obok mojego mieszkania, i mogę powiedzieć żem kilka miesięcy spędził z nią dosyć szczęśliwie. Ale zaledwie ustały wiekuiste żale po Narębskim i wspomnienie téj głupiéj z nim miłości, ledwie się to odżywiło i w pierze porosło, postrzegłem, że długo z nią nie wytrwam, opanowała ją jakaś ambicja.
— A już to ambicją to my mamy wszyscy wrodzoną, — dodał Kirkuć, tylko że się nam nie udaje dopiąć celu z wyjątkiem tego brata, o którym mówić nie lubię; ten bez ambicji, żadnéj, ona wprawdzie wyszła na porządną niby kobietę i w dodatku na Jenerałową, ale co to ją kosztowało?
— Nie wiem czy pomiędzy mną a Jenerałem było tam jakie intermedjum, kończył Pluta, czy nie, rzecz niedocieczona. Pomieszkawszy u mnie, coraz kwaśniejsza, coraz bardziéj nieukontentowana, znikła mi jak kamfora... mylę się, kamfora nie zostawia śladu, a ona po sobie rzuciła pod łóżkiem najstarszą parę trzewików. Przyznaję się, że bardzo mi to było nieprzyjemnie, bo jakkolwiek bądź, i mało piękniejszych kobiet znaleść można, nawet w Warszawie gdzie rojami chodzą, i dużo mnie do licha kosztowała, i byłem się tak przywiązał, że o mało dla niéj nie pomyślałem zostać porządnym człowiekiem; powiadam ci Kirkuć, napadły na mnie takie paroxyzmy cnoty, żem myślał o wiejskiém zaciszu, pracy, ustatkowaniu. Sądziłem, że się przywiąże do mnie, ale co daléj to gorzéj szło, charaktery się nasze nie zgadzały. Wtém drapnęła mi, żem się ani dopatrzył, to tylko wiem, że z oficerem. Czy ten oficer został Jenerałem, co być może, bo i to się trafia, czy ów kochanek ustąpił przez uszanowanie przed wyższéj rangi osobą, niewiem.
— Mnie się zdaje, że ja to będę wiedział, — rzekł Kirkuć. Wiem, że tam było tylko dwóch wojskowych co się jéj losom zajmowali; oficer, który ją wykradł i stary jenerał co się z nią ożenił. Pierwszy postrzegł ją przejeżdżającą w alejach i szalenie się w niéj rozkochał. Człowiek był prosty, pełen wiary i nieumiejący się dla jakichś światowych względów powstrzymać. Miał być przystojny mężczyzna, młody jeszcze i jak mówią, bardzo do Narębskiego podobny, w którym się ona kochała. Gdzie się oni porozumieli niewiem, dość, że pojechała z nim, a w rok potém poszła za starego Jenerała, który dla niéj ze wszystkiém oszalał. Oficer miał ten rozum, że pretensji o to nie rościł, i usunął się szlachetnie, a ona także nie głupio zrobiła, że się gołego młokosa nie trzymała. Pan Bóg ją za to wynagrodził, bo śliczny po nim odziedziczyła majątek, chociaż mówią, że familja dotąd się procesuje o to, upatrując jakieś nieformalności w ślubnéj metryce. Ale Jenerałowa ma plecy!
— Ratuje się jak może! — dodał Pluta, — nic jéj nie zrobią. Co do mnie, złego jéj nie życzę, i owszem, bylebym ją mógł na drogę moralności wprowadzić. Wszak dzieci nie ma? sama jedna dziś na świecie, a od całego świata się odwraca, ażeby żyć z tymi, do których wcale nie była stworzona. Powiedzże mi szczerze, jednak nie zapomina ona o Waćpanu?
— Radaby zapomniéć, tylko ja się nie daję, odezwał się Kirkuć wzdychając — i jak zacznę przez Bzurskiego, przez pannę służącą, różnemi instancjami szturmować, czasem się uda coś wycisnąć. I dać da zresztą choć niewiele w miarę moich potrzeb, ale żeby kiedy poczciwie chciała się rozmówić ze mną, gdzie tam! u drzwi stoję i zaraz mnie żegna, jakby moja przytomność, choć chwała Bogu wszędzie się znaleść umiem, wstyd jéj robiła. Jużto sobie wbiła koniecznie w głowę, jak widać, żeby się wcisnąć w wyższe towarzystwo i zostać koniecznie uczciwą kobietą; a niech Bóg broni żeby jéj teraz przeszłość przypomnieć, choć to rzecz któréj pozbyć się nie można. Zrobiła się extra pobożną, przeciwko czemu ja nic nie mam, kiedy jéj z tém dobrze, ale po cóż kłamie i swoich się zapiera? Hm? Najczęściéj teraz przesiaduje w Warszawie, a mnie znowu wypycha i wysyła i radaby widzieć o sto mil.
Kirkuć mówił to z widoczną przykrością przerywanemi wyrazy, zżymając się niekiedy i okazując uczucie wielkie, które zarówno sercu jak wódce i piwu przypisać było można. Pluta poglądał nań potakująco.
— WPan masz słuszność zupełną, rzekł, całe jéj postępowanie potrzebuje sprostowania, a ja się tego podejmuję... mam passją do uczenia moralności takich ludzi, co nosa drą niepotrzebnie... Teraz nic nie pozostaje, tylko, żebyś WPan przeszedł pod moją opiekę i słuchał rady, a zobaczysz że tak pokieruję rzeczy, iż siostra ci musi więcéj uczynić... niż dotąd. Będę twoim adwokatem... tylko nic bez mojego zezwolenia, ani kroku.
— A jak WPan, przerwał Kirkuć, narazisz mi ją tak że potém całkiem mi drzwi zamknie?
— Gdyby nawet zamknęła... na to jest wytrych dowcipu i obcęgi postrachu... rzekł kapitan. Z WPana widzę bardzo prosty i niedoświadczony człowiek; nie widzisz tego że kobieta, która się obawia skandalu, gotowa uczynić największą ofiarę, byle usta zamknąć, byle usunąć co ją napawa nieustanną obawą... A! a! zacierając ręce dodał Pluta... co za komedja? Nie dosyć mnie... com już dosyć straszném widmem dla niéj... jeszcze jéj przywiozę szanownego Kirkucia! To wybornie! to doskonale! a tak się składa jakby w tém szatan ogon umoczył!
P. Mateusz westchnął popijając i spojrzał z ukosa na ożywioną fizjognomją swojego towarzysza, który wąsa rudego pokręcał.
— A! bodajby to dobrze było — rzekł, ale ja nieśmiem się już spodziewać, bo mi się dziwnie nie szczęści...
— Czémże się WPan zwykle zajmujesz? spytał kapitan...
— Ja.. teraz niemogę powiedzieć nawet żebym miał jaki regularny kawałek chleba — westchnął Kirkuć... ot tak... szukam zajęcia... chwytałem się różnych, ale nic mi nie idzie... Tu i owdzie człowiek ma przyjaciół po święcie, przylgnie do którego, pożyje... W karty też gram nieźle... i wygrywam nieraz po jarmarkach, ale choć jaki grosz kapnie, nie potrzyma się... i często jeszcze przez niesprawiedliwość ludzką i oszczerstwo się cierpi, choć zawsze gram uczciwie...
— Niemasz więc żadnego stałego zajęcia... nie pozostaje ci tylko przywiązać się do mnie... a możesz być spokojnym.
P. Mateusz się skłonił, westchnął ale po chwili dodał nieśmiało.
— Ale proszęż pana pułkownika, chociaż bardzo mi jest droga jego protekcja... człowiek czasem przy najlepszych chęciach...
Tu się zająknął, Pluta nań spojrzał.
— Kochany Kirkuć, rzekł — zemną po żołniersku, potrzeba zawsze otwarcie i jasno; ja rozumiem co chciałeś, a czego przez wrodzoną delikatność nie śmiesz mi powiedzieć... Chodzi o to, że ci się zda iż człowiek, który sam sobie nie bardzo umiał dać rady, nie potrafi pomódz skutecznie drugiemu? prawda? Widzisz mnie w ubraniu pełném prostoty i zaniedbania ale nie sądź mnie z tego! To po prostu fantazja! trafia się zemną różnie, wszakże nigdy z głodu nie mrę...
I dobył z zanadrza garść assygnat, które na stoliku rozsypał.
— Widzisz, dodał — chodzę w butach nie zupełnie świeżych, ale mógłbym ich sobie sprawić par dziesięć... wprost tylko fantazja... Czasem mi przyjdzie ochota do zbytków... to znowu zabrukać się pragnę i czynię maleńkim umyślnie, niech więc pozory te nie ustraszają ciebie. Wiary i ufności we mnie! Wiary! wiary! dorzucił z patetycznością, a wszystko będzie dobrze...
Kirkuć przekonany, zbałamucony, przejęty uszanowaniem na widok pieniędzy, skłonił głowę i zamilkł... łza czułości zakręciła mu się w oku.
— Pójdę, rzekł, za tobą, choćby na koniec świata... oto ręka moja, czyń zemną co chcesz... prawdę rzekłszy nigdy sam sobie nie poradziłem dobrze... zawsze ludziom się dałem wodzić i zawiedziony zostałem okrutnie.
Tu zaszlochał i otarł łzy rękawem. Pluta spoglądał nań z politowaniem szyderskiém.
— Nieoszacowany talent, odezwał się, umiesz widzę płakać, a w twojém położeniu to rzecz droga i pożyteczna... na ten raz możesz się nie expensować, bo mnie to wszystko jedno... Wypij jeszcze kieliszek wódki, to cię wzmocni... ale nie pozbywaj się téj łatwości do łez, bo nam się to przydać może... Kirkuć płakał ciągle.
— A! kapitanie czyli pułkowniku, zawołał z głębi duszy — gdybyś znał życie moje, nie dziwiłbyś się rozranionemu sercu! Niesprawiedliwość ludzka! prześladowanie losu...
— Przyznaj się, przerwał Pluta, ty musisz mieć jakiś defekt, jakąś słabość... co ciebie gubi?
— Przyznam ci się, powiem! tak powiem wszystko! niechcę dla ciebie mieć żadnych tajemnic... Ginę zawsze przez to nieszczęśliwe kochanie.
— Ale ba! otóż jest! krzyknął Fryderyk... a niewiesz tego, że kogokolwiek kochać, szczególniéj zaś kobietę, rzecz ze wszystkich aktów słabości najgłupsza... i prowadzi... prowadzi...
— Czyż ja niewiem tego, odparł p. Mateusz, ale natura! serce! panie Pułkowniku... sto razy przysięgałem sobie, a nigdym dłużéj dwóch godzin przysiędze wierności nie dochował! Natura, nieszczęśliwa natura taka że abym twarzyczkę nieszpetną zobaczył, szaleję... Ot i teraz... rzekł rozlewając się we łzy i smutnie kiwając głową... ot i teraz, dałem się zwieść jak student... A! ale coż bo to były za oczy!
— Ale ba! czarne czy niebieskie? spytał śmiejąc się Pluta.
— A! czarne! czarne! i czarna w nich zdrada mieszkała.
— Ona i w niebieskich czasem się lokuje, a w ogóle ile jest oczów, wszystkie dla niéj dobre... Stary WPan już jesteś, a tak się łapać dajesz.
— Nie stary, przerwał Mateusz... ale to mi się zdała bardzo przyzwoita kobieta; miała własny magazynik strojów przy ulicy Freta, — gdyby licho nie przyniosło artylerzysty...
— Jakże bo WPanu chciało się mierzyć z siłą zbrojną i walczyć z mundurem?
— A! to już taka dola moja... zawsze ktoś mi w drogę wlezie, nie może być inaczéj, przeznaczenie, smutnie zwieszając głowę nad szklanką dodał Kirkuć — człowiek wierzy i zawsze zawiedziony zostaje... a serce nigdy nie starzeje... Człowiek ma i talenta... a do niczego dojść nie może.
— Czybyś uchowaj Boże, rzekł przestraszony kapitan — grać miał na fortepianie?
— Ale nie, ja to mówię... skromnie dodał Kirkuć, względem kart... w nie jednym porządnym banku ciągnąłem... ale cóż to tam! nic się nie zarobiło nawet na porządne odzienie.
— A! prawda, zawołał kapitan, pociągnij no mi WPan sztosa.
— A jakiego? spytał Kirkuć któremu oczy zabłysły, biorąc rzucone karty w ręce, i zaczynając je przerzucać tak iż dostrzedz nie było można młynków, które pod jego palcami przewracały.
— Ułóżno lisa.
— E! lisa, zawołał zgorszony Kirkuć rzucając talją z niechęcią... Niema na co rąk walać! WPan myślisz żem student... ja tego nie potrzebuję... lisa łapią i może wyniknąć nieporozumienie... na co mnie to, kiedy ja każdą kartę znam na wylot i sfiluję którą zechcę.
Fryderyk wstał z uśmiechem i ukłonił mu się.
— Z WPana widzę istotnie mistrz, zawołał skłaniając jeszcze raz głowę, cieszy mnie mocno że takiego poznaję artystę. Ja, powiem panu, środków tych używać niechciałem, choć umiem je szacować, gdy chodzi o nauczenie rozumu i naprowadzenie na drogę moralności młokosów... którzy się rzucają do kart... Talent masz WPan istotnie... użycie tylko jego ograniczyć należy, gdyż ludzie zaraz posądzają o interessowność i oszustwo... choćby pobudki były najszlachetniejsze.
Kirkuć, który nic podobnego nie słyszał, szeroko gębę otworzył.
— Tak jest, — zawołał kapitan, w rękach rozumnego człowieka sztuka taka może być środkiem wielce zbawiennym przeciwko rozpuście. Młodzi naprzykład ludzie rzucają się namiętnie i nierozważnie na szulerkę, cóż piękniejszego jak dać im przestrogę dobitną na kieszeniach i powstrzymać od brzydkiego nałogu, którego szpetotę my najlepiéj znamy, bo sami go mamy. Prawda panie Kirkuć?
— Prawda, panie Pułkowniku.
— Jedziesz więc WPan ze mną, — dodał Pluta — i pracować będziesz pod moim kierunkiem, gdyż dowiedziona rzecz, że ci co sobą rządzić nie umieją, najlepiéj drugiemi potrafią... dam ci zajęcie i utrzymanie, może się trafić i okazja okazania talentu... Masz WPan co lepszego do roboty?
— Jak na teraz, nic, — odparł Kirkuć, — chciałem się tylko oddalić od Warszawy i ulicy Freta, aby mi się moje nieszczęście nie przypominało.
— A! to dzieciństwo, — zawołał Pluta... jużeś się Pan przewietrzył; zresztą nie wątpię, że WPan znajdziesz zaraz drugi jaki przedmiot zapałów w sąsiedniéj ulicy... i o tamtym zapomnisz; jedziemy więc razem do Warszawy. Ale — ale, jeśli wolno spytać, cóż teraz dzieje się z Kacprem, bratem pańskim.
Kirkuć smutną zrobił minę.
— Przyznam się panu, że od dawna się z nim nie widujemy, nie chciałem się o rzemieślnika ocierać; nawet w gorącéj potrzebie butów nigdym się do niego nie uciekł, wolałem gdzieindziej szukać kredytu. Człek bez żadnego uczucia honoru! Słyszałem jednak, że mu się powodzi, żonaty, dzieci kilkoro, pracuje.... niewarto o tém wspominać.
— Nie zgłaszał się nigdy do siostry?
— Nigdy... podobno ona sama z obawy aby do niéj kiedy nie przyszedł, starała się o nim wywiedzieć, ale wzgardził jéj troskliwością i nie był nawet u niéj... Ja w imieniu całéj familii, zaparłem się go wiekuiście.
Kapitan pomyślał coś i zamilkł.
— Jedziemy więc razem, rzekł po chwili...
— Na koniec świata, odparł Mateusz... No, to trzeba było takiego szczęścia! — coraz czuléj dodał wzdychając Kirkuć, który jadł, pił i w niedostatku innego zajęcia, na Paulinkę posługującą im poglądał wzdychając i czując już, że gdyby okoliczności sprzyjały, we dwie godziny mógłby się w niéj tymczasowo zacząć kochać — to trzeba było takiego szczęścia, żebym ja rychtyk tu pana spotkał.
— Tylko co nie widać omnibusu z Lublina, dodał kapitan, byleby w nim dwa miejsca znaleść wolne, zarazbyśmy ruszyli do Warszawy... a daję WPanu słowo, że przymierza zemną żałować nie będziesz... zobaczysz jakie wesołe i uczciwe życie prowadzić będziemy.
Domawiał tych słów, gdy spodziewany właśnie omnibus nadciągnął i po sprawdzeniu okazało się, że było jedno miejsce, ściśle biorąc, we środku, a pół miejsca przy woźnicy, trochę na przyczepku, ale z pięknym widokiem na okolicę.
Zamówiono więc natychmiast i opłacono miejsca oba. Pluta naturalnie posadził Kirkucia na wolném powietrzu, a sam wszedł do wnętrza, aby się lepiéj wyspać niż nocy poprzedniéj... Brzemienny dwóma sprzymierzeńcami omnibus, jak koń Trojański kryjąc w sobie wojowników, opuścił Garwolin, kierując się ku Warszawie.
Jakkolwiek żal nam bardzo opuszczać hotel Warszawski miasta Garwolina, w którym wcale było nieźle, musimy jednak zmienić dekoracyą i razem z dyliżansem, omnibusem i powozami które nas poprzedziły, pośpieszyć do Warszawy.
Tu już rodzina państwa Narębskich: pan Feliks, Samuelka, Elwira i Mania, po krótkim bardzo przystanku w hotelu Angielskim, zaczęli rozgospodarowywać się w najętém mieszkaniu, w jednym z piękniejszych domów Nowego Świata.
Trzeba albowiem wiedzieć, że pan Feliks wybrany (staraniem żony jak się zdaje) do Towarzystwa Kredytowego, zmuszony przez to żyć jakiś czas w Warszawie, choć był i odwykł od miasta i wygodniéj mu było na wsi — posłuszny woli swéj połowicy, krzątał się aby przyzwoite tu zająć stanowisko.
Pierwsze dni w podobnych razach, dla przybywających ze wsi, a pragnących aby tego na nich widać nie było, są pełne trudu, mozołu, złych humorów, i ten na kim się w domu skrupiać zwykło, niepospolity dźwiga ciężar. Tu zaś skrupiało się na panu Feliksie, który latał jak oparzony, a w niczem dogodzić nie mógł; krupiło się na sierotce Mani, bo Samuelka i Elwira siedząc cały dzień w krzesełkach, narzekały tylko i gderały siłami wspólnemi, ale się do niczego nie brały. Sama pani była niezmiernie słabego zdrowia gdy szło o jaką robotę; wytrzymywała zabawę i towarzystwo da zadziwienia, wszystko co jéj czyniło przyjemność znosiła cudownie dźwigając się siłą woli, ale roboty, zajęcia i w ogóle tego w czém się drugiemi wyręczyć mogła, nie umiała przenieść, i najmniejszy w tém przymus fatalnie oddziaływał na jéj zdrowie. Słaba ta istota, nerwowa i wrażliwa, apetyt miała doskonały sen wyborny, na oko nawet wyglądała jakby nic nie cierpiała, ale nerwy jéj były rozdrażnione, i najmniejsze sprzeciwienie się wprawiało ją w stan tak okropny, że cały dom truchlał od niego. W wielkich wypadkach umiała z kolei przetrwać kilka nocy bezsennych, a nawet przetańcować je bez widomego sił upadku, ale najlżejsza praca zabijała wątłą istotę. Znając też siebie z tej strony, Samuelka przyzwoitą zachowywała troskliwość o zdrowie swoje.
Córka także zdawała się silna, czerstwa, rumiana i wytrwała, ale to był tylko pozór łudzący; wzięła po matce tęż samą nerwów drażliwość i zupełną niemożność zajęcia jakiegokolwiek.
Do roboty oczy miała słabe, siedzenie jéj długie szkodziło, dostawała palpitacji serca, spazmy objawiały się w niéj już często ziewaniem, które jak wiadomo, jest z niemi w pokrewieństwie — a matka troskliwa o jej zdrowie nie dopuszczała, aby Elwirka czemkolwiek się zamęczała.
— Nic gorszego jak niemieć na siebie uwagi, mawiała córce; — tak to ja w młodszych latach straciłam zdrowie, i niedozwolę na to aby moja Elwirka tak jak ja męczyć się miała.
Elwirka też wcale się nie zajmowała niczém, jedynie przez posłuszeństwo dla matki i wyręczała wszystkiemi znając jak praca fatalne dla niéj może mieć skutki.
Dwie panie w ogóle, jeśli się nie bawiły, odpoczywały, a gdy je spoczynek znużył, wzajemnie nad stanem nieszczęśliwym zdrowia swojego ubolewały. Czuły one fatalne położenie swoje, ale nie było ratunku! nie było sposobu. Sama pani utrzymywała stale że w jéj rodzinie nikt nigdy zdrowia niemiał takiego aby mógł pracować. Miejscowy lekarz wzywany do rady, wzdychał i kiwał głową, ale znajdował, że medycyna jeszcze jest w stanie dzieciństwa... i na tego rodzaju słabość niema lekarstwa.
Wody zagraniczne, koniecznie zagraniczne, klimat łagodniejszy, a nadewszystko pilna baczność na siebie aby się niczém nie obciążać, nigdy nie martwić i umysłu nie zaprzątać... stale tylko zalecał doktór.
Przybywszy do Warszawy i czyniąc tę ofiarę dla męża, od którego oddzielać się nie chciała; pani Samuela przeczuwała z góry, ile ją pobyt w tém mieście pełném ruchu i wrzawy kosztować będzie; ale czując swe obowiązki, z westchnieniem głębokiém poddawała się wyrokom opatrzności! Mówiła zawsze, że wolałaby w cichym gdzieś zakątku samotnie ten czas przepędzić, ale słusznie bardzo zauważyła razem, że pozycja męża i przyszłość córki, któréj w zamknięciu trzymać nie godziło się, na to nie pozwalały. Z przykładną więc rezygnacją jęła się zaraz tego, aby dom na przyzwoitéj postawić stopie.
Dziwna w tém ludzka natura, która z pokrewieństwa naszego z małpami wynikać musi, jak się zdaje, że zawsze pragniemy zastosować się do tego co nas otacza i przebrać się za kogo innego.
Niech kto w pradziadowskiéj szaraczkowéj kapocie przyjedzie do miasta, a zobaczy czarny surdut, natychmiast w kąt kapota, surduta już potrzeba mu koniecznie. Mody Garwolińskie nieuchodzą w Warszawie, ani Warszawskie w Paryżu. Nikt nie ma odwagi pozostać jak był, dla téj ważnéj przyczyny, że reszta wygląda inaczéj.
Jedni w Europie Anglicy z przykładną obojętnością, przesuwają się mimo pyramid, na bulwarach włoskich Paryża i po ulicach Florencji, zawsze w swoich domowych paletotach. U nas gdy kto przybędzie do miasta, uchowaj Boże, żeby miał na sobie typ prowincji zachować; co prędzéj pozbyć się go spieszy, zrzuca odzież, fryzuje włosy, wstydzi się że nie ma dosyć długiego fraka, ani dość krótkich u surduta rękawów. Panie lecą co najprędzéj do sklepów, kupują krynoliny, wdziewają kapelusze i nazajutrz niepoznasz, że przypłynęły z prowincji, chyba potém że zanadto udają Warszawianki.
Pani Narębska, która niegdyś wychowywała się na jednéj z pierwszych pensji w Warszawie i miłą zachowała pamięć lat spędzonych w stolicy, choć obawiając się o swe zdrowie, albo poczuwając do obowiązków, nieomieszkała zapotrzebować od męża, aby dom co najspieszniéj na przyzwoitéj stopie postawił. Bieganina więc wszczęła się wielka, niecierpliwości nerwowych zrodziło się mnóstwo, bo w takim stanie zdrowia, trudno mieć wyrozumienie. Narębski w pocie czoła spełniał rozkazy żony, aby w ten sposób pokój okupić.
Wiadomo, że podróż zawsze działa na żółć i wątrobę i wyrabia pewną dozę złego humoru, który tak rychło rozproszyć się nie daje; pomimo więc usiłowań jak najtroskliwszych, p. Feliks cierpiał, wzdychał, a Mania sierota, która szczególniéj na to była w domu aby miano w potrzebie na kim zły humor spędzić, na kogo gderać — zarówno od Samueli i Elwiry znosić wiele musiała. Ale to był jéj chleb powszedni.
Sparte na balkonie nowego mieszkania swojego, dwie panie osłabione, przez pół dnia starały się nieco rozerwać przypatrując ruchowi ulicznemu, a gdy je słota lub chłód spędził z tego stanowiska, żartowały lub moralizowały przyjemnie z biednego Kopciuszka.
Niewiem kto Manię nazwał tém imieniem i dla czego ono przy niéj zostało: Elwira bardzo często uśmiechając się je powtarzała, a postępowanie zresztą usprawiedliwiało je zupełnie.
Nikt cichszym i posłuszniejszym nie był nad biedną sierotkę, nikt lepiéj dziwactw i niesprawiedliwości nawet znosić nie umiał. Nie obwiniam o nie tych pań, bo stan ich zdrowia nieszczęśliwy, wszystkiego był przyczyną, któż zresztą nie popełnia niesprawiedliwości nawet najmocniéj pragnąc być sprawiedliwym?
Mania zdawała się stworzoną do cierpienia, i napiętnowaną do niedoli. Nawet rysy jéj twarzy i postawa nieśmiała zwiastowały, że nigdy myślą i nadzieją innego w społeczeństwie stanowiska zająć nie pragnęła. Elwira zwała się jéj przyjaciółką, przysięgała, że ją nad życie kocha, ale w wielkich jak w małych rzeczach, nie omieszkała nigdy cieniem Mani podnieść swojego światła. Był w tém wreszcie wysoki cel moralny, aby nie psuć dziewczęcia; obie panie pojmowały go doskonale. Wszyscyśmy ludzie, może i odrobineczka zazdrości przyczyniała się do tego. Elwira hoża, zdrowa, na oko świeża, była jednak tak pospolitą i nie uderzającą, tak mało miała charakteru czy życia, któreby oczy i serce pociągnąć mogły, że w domu każdy nowo przybywający zaraz się jakoś zwracał do kątka, w którym na uboczu siedziała Mania milcząca.
Córce i matce nie mogło się to podobać — pozbywano się sieroty, usiłowano ją uczynić śmieszną, zawsze z obawy aby ją to w dumę nie wbiło i na jéj przyszłość nie wpłynęło szkodliwie. W domu, na łasce, przejęta dobrodziejstwem jakie na nią spłynęło, że wychowanie córki podzielała i miała przytułek, Mania używaną była jak zwykle takie niepłatne sługi, do wszystkiego, wszędzie, na wszystkie strony, aby ją do pracy wdrożyć. Same panie dla słabéj konstytucji swéj nie mogąc pracować, czuły jak wielkiém było nieszczęściem, zarazić biednę istotę podobném usposobieniem, i starały się temu zapobiedz.
Posyłała więc ją pani Feliksowa, pędzała Elwira w imie przyjaźni, czasem przykładem państwa zachęceni posługiwali się nią słudzy. Mania biegła gdzie kazano i prawie zawsze wracała po to, ażeby się z niéj naśmiano lub ruszono ramionami.
Niechciano, bardzo słusznie, nigdy pochwalić ją w oczy, wiedząc jak to jest szkodliwém, zwłaszcza dla osób tego stanu i położenia, które potrzebują surowości w obejściu.
Nie zbywało jéj na bystrości i dowcipie, ale zahukanéj istocie, popisywać się z niemi było trudno. Lubiła bardzo muzykę, ale że przeszła w niéj nieostrożnie córkę domu, zabraniano jéj prawie grać i śpiewać, utrzymując nie bez racji, że to biednemu dziewczęciu na nic przydać się nie może; lubiła czytanie, odbierano jéj książki utrzymując, że sierocie dosyć się modlić i ręcznemi zajmować robotami. Musiała ukradkiem po nocach pracować nad sobą a pilnować dobrze, aby nigdy się w domu z tém co umiała nie pokazywać. Uczyło ją to potrzebnéj bardzo skromności. W domu jeden pan Feliks starał się bronić sieroty, ale często to zbyteczne interesowanie się nią jego, rozżarzało jeszcze niechęć ku niéj i pilnował się, aby zbyt otwarcie nie okazać serca dziewczęciu.
Pani Samuela dostawała od tego bólu głowy, bicia serca i ataków żółciowych, bardzo niebezpiecznych.
— Dla czegóż bo cię ta głupia Mania tak zajmuje bardzo, mawiała wówczas czerwieniąc się, co tam w niéj widzisz tak szczególnego? Bardzo piękne jest miłosierdzie nad sierotami, ale własnych dla tego dzieci osierocać nie ma potrzeby? Ty Elwirkę mniéj kochasz od niej? Gdybym nie wiedziała z pewnością od mamy nieboszczki o pochodzeniu Mani, mogłabym posądzać pana.
Pan Feliks ruszał ramionami, a Jejmość nie ustawała, coraz głos podnosząc:
— Ty ją psujesz! chcecież ją koniecznie pochlebstwami i tą litością ślamazarną wprowadzić na złą drogę, ty, Elwirka także...
Elwirkę obwiniano wcale niesłusznie, gdyż wdrożona przez matkę, ściśle pilnowała swoich obowiązków.
Po takim wybuchu zwykle następował kaszel. Pan Feliks dzwonił, zbiegali się wszyscy, panna służąca z wodą, Elwirka z kolońską wódką, Mania z pomarańczowym extraktem, dziewczynka garderobowa z laurowemi kroplami, lokaje z nagrzanemi serwetami, pani Samuela traciła siły, odpychała jednych, łajała drugich, niecierpliwiła się na wszystkich, i nierychło po téj burzy uspakajało się w domu.
Do koła kanapy stał długo w milczeniu dwór oczekujący nowych rozkazów, śledzono wejrzenia i skinienia, popychano się, szeptano, aż w końcu westchnąwszy kilkakroć, w formie epilogu, pani wstała i wyszła na balkon trzymając się za głowę. Z podziwieniem zauważano, że po takich kryzach na wieczerzę miewała jeszcze lepszy apetyt, ale jadła w milczeniu, z pewną jakąś passją chorobliwą, która niezwykły stan zdrowia i podrażnienie ukryte objawiała.
Biedna istota!
Pan Feliks jako sprawca tego nieszczęścia, zawsze się pod koniec sceny wymykał, gdyż przytomność jego pogorszała jeszcze stan zdrowia pani Samueli.
Manię rzadko kto słyszał mówiącą: z sobą, z myślami, z uczuciem, ze wszystkiém ukrywać się musiała; siadała w najciemniejszym kątku, a zapytana zbywała grzeczném pół słówkiem, i to trzymanie się na wodzy, wielce dla niéj było zbawienne. Nie pozwalano wszakże pokornemu Kopciuszkowi uchylać się zbytecznie od towarzystwa, i zamknąć w swoim pokoiku z myślą, pracą i tęsknotą. Sierota była pokazem serca, była dobroczynności domu zaletą, godziło się nią przecie pochlubić, i choć obawiano się aby nie przyćmiła Elwiry, sama pani rachowała na to że bez imienia, bez posagu, wielkiéj szkody im wyrządzić nie może — trzymała ją przy sobie i wiedziała w jakich okolicznościach można ją było przywołać do towarzystwa.
Tak naprzykład gdy młodzi ludzie przybywali, którzyby nadaremnie bałamucić ją mogli i siebie, odsyłano Manię przez troskliwość o nię samą, wiedząc, że Elwira daleko wytrawniejsza niepodlegnie niebezpieczeństwu; gdy przyjeżdżali starzy panowie i panie, przywoływano ją, aby módz przecie pokazać, że dom miał rezydentów i wychowanice. Pani Samuela miała na to oko i troskliwość niezmierną, a jeśli kto przypadkiem przemówił do dziewczęcia, patrzał na nią zbytecznie i zajmował się mniéj przyzwoicie, już pewnie przy nim Mani nie pozwolono nigdy pokazać się w salonie.
Tą macierzyńską pieczą broniła pani Narębska sierotę, od nieprzewidzianych uczuć, któreby ją w przyszłości goryczą napoić mogły. Pomimo to, często bywały sceny w domu z przyczyny lub pod pozorem Kopciuszka; kilka razy już Mania po nich oblawszy się łzami, chciała się oddalić, myślała w świat iść — pracować i przyjąć te ciężkie obowiązki nauczycielki, które na tak fałszywym dotąd stopniu stawią w społeczeństwie te, co je zajmować muszą; ale Elwira i Samuelka naówczas łączyły się razem, by tego nie dopuścić, coby cień na dom rzucić mogło. Czuły przytém, że przy ich niemożności pracy i słabém zdrowiu, ciężkoby było kimś płatnym zastąpić Manię, która robiła wszystko, kontentowała się tém co jéj dano i nie skarżyła nigdy.
W mieście i na wsi ona była wszystkiem, ona jedna potrafiła podołać temu mnóstwu zatrudnień, które zewsząd na nią spadały. Chodziła z kluczami, pilnowała kuchni, robiła stroje, smażyła konfitury, przepisywała nuty, w potrzebie zastępowała służącą i sznurowała Elwirę. Nigdy jéj za to nie podziękowano, zapewne aby nie psuć, nie pochwalono nigdy roboty, choć rączki te zręczne, wykonać umiały każdą rzecz pręciuchno i wdzięcznie, a czego nie umiały dziś jeszcze, nauczyły się pewnie jutro.
Pierwsza w domu wstawała Mania, bo jéj szczególniéj, jak utrzymywano, sen szkodził bardzo; ostatnia się kładła jeżeli położyć mogła, ubierała na prędce, a wiedząc z góry, że zawsze z niéj i z tego co zrobi nie będą radzi, że zapłakanych oczów nie lubią, przyjmowała nagany jakby były zasłużonemi, z pokorą i wdzięcznością.
W nich i w ogóle gdy szło o danie nauczki sierocie, pani Narębska okazywała takt niesłychany; nigdy naprzykład wprost, ostro i grubijańsko nie rzuciła się na Manię; ale umiała słodziuchno, niby nieznacznie, zdaleka alluzjami, półsłówkiem powtarzaném, mówiąc niby o czém inném, tak dokuczyć, tak dojeść, tak uszczypnąć, że zawsze dopięła celu i głęboko wraziła w pamięć i serce swą macierzyńską przestrogę.
Czasem przy ludziach obcych, w obec sług nawet, gdy tego wymagała potrzeba, aż do łez dopiec umiała, ale to pochodziło, jak sama powiadała z tego przywiązania i miłości, które miała ku biednéj sierocie.
Nie okazywała go wprawdzie w ten sam sposób swojéj własnéj córce, ale z nią nie miała potrzeby obrachowywać środków, a Elwirka tak była słabowita!!
Mania obywszy się ze swoim stanem od dzieciństwa, znosiła go jak tylko mogła najweseléj i najswobodniéj, a osładzało go trochę skryte, ale serdeczne, rodzicielskie przywiązanie pana Feliksa, który, jakkolwiek w domu mało znaczył, zawsze mógł nieco ulżyć biednéj sierocie.
Nie mamy tu potrzeby długo zastanawiać się nad charakterami Samuelki i p. Feliksa i przyczyną dla któréj ten człowiek przez obawę walki, przez zamiłowanie spokoju domowego, przez jakieś zobojętnienie na wszystko, poddał się kierunkowi, gderaniu i kaprysom żony. Raz pochwycona przez nią władza prymacjalna, któréj część dla ulżenia matce wzięła córka, już w rękach ich pozostała bez oporu ze strony p. Feliksa. Ale p. Feliks w miarę jak nim zawładywano, obojętniał dla żony, ostygał dla dziecka i stał się jakąś w domu machiną zajmującą swe miejsce, bez żadnego w niem serca udziału.
Człowiek ten niegdyś ożywiony, pełen ducha, czynny gospodarz, obywatel biorący chętny udział w każdéj ogół obchodzącéj sprawie, powoli zastygał, tył, obojętniał, bladł, opuścił ręce i siadywał całe dnie w fotelu z cygarem w ustach, czytając coś lekkiego, aby się tylko życia pozbyć. Sypiał czasem po dwanaście godzin i kładł się często po obiedzie; mało go co obchodziło w świecie, a siadłszy do preferansa zapominał o wszystkiem, i grał póki tylko znalazł ochotnych partnerów.
Panowanie żony tymczasem, zrazu w ciaśniejszych ramach objęte, co dzień nowemi powiększając się zdobyczami, rozciągnęło się z powodu téj apatji mężowskiéj od salonu do gospodarstwa, interessów i wszelkich spraw życia. On spał i jadł, ona władała i narzekała na to, że cały ciężar rządów państwa dźwigać musiała, choćby go była za nic w święcie się nie wyrzekła. Za wymówkę doskonałą służył jéj charakter męża.
Między niemi dwojgiem panowała zresztą zgoda pozorna okupowana z jego strony wszelkiego rodzaju ustępstwami, z jéj strony milczeniem, gdy go widziała uciśnionym do ostatka, ale miłości nie było i być nie mogło. Feliks ożenił się dla dogodzenia matce, która po wygnaniu z domu Julji, co najrychléj syna przyzwoicie ożenić pragnęła, i był dla narzuconéj mu żony grzecznym, przyzwoitym małżonkiem, ale serce dla niéj miał zamknięte.
Narębscy w stolicy mieli gotowe już jak najświetniejsze i jak najrozleglejsze stosunki, spodziewali się więc czas jak najprzyjemniéj przepędzić. Dom też stosownie do tych nadziei urządzić wypadało, aby czasem i u siebie módz przyjąć dostojnych gości.
Stosunki u nas, jak prawie wszędzie na świecie, choć łączą wypadkowo różne stany i klassy społeczne, najczęściéj ograniczają się jedną sferą towarzyską, którą wyznacza pochodzenie, wychowanie, majątek...
Nigdzie jednak w żadnym kraju, klassy społeczeństwa tak ostro i dobitnie nie odcinają się jak u nas. Choć chwilowo zbliży je stosunek, grzeczność pociągnie, choć interes zmusi do znajomości poufalszéj, zawsze pomiędzy rozerwanemi ostatkiem przesądów starych, panuje ta niedowierzająca polityka która staléj i serdeczniéj, nawet ludziom z sobą sympatyzującym, połączyć się nie daje. Widzieliśmy przykłady małżeństw takich heterogenjalnych, które związały jeśli nie dwa serca, to dwie dole, a niepotrafiły związać rodzin i zasypać przepaści jaka je dzieliła. Wszędzie na świecie ludzie jednych pojęć, wychowania, ukształcenia, czują że sobie są braćmi, u nas się to mówi, na chwilę nawet przez zapomnienie przyjmuje się braterstwo, ale lada słówko, ruch, natychmiast żywioły niepojednane rozdziela.
Przypatrzywszy się społeczeństwu naszemu, widzimy że na pozór jednolite, rozkłada się na tysiące warstw, barw, odcieni, tak, co chwila strach przejmuje by się ta całość nie rozsypała na części składowe. Gdzieindziéj albo się już zjednoczyły cywilizacją wyższą te massy, lub na mniéj dzielą się jeszcze szeregów; u nas kół i kółek towarzyskich bez końca, a antagonizmów bez liku. Na pozór wszystko to zgodne i złączone, ale w głębi kipi jeszcze walka i wre nieprzyjaźń wiekowa...
Samo wymaganie ducha czasu, w pewnych warunkach na oko łączy przeciwników, każe im podać sobie dłonie, mówić, żyć, jeść i pić razem, ale wyszedłszy za drzwi ten który ściskał się serdecznie, wie doskonale iż po jego pocałunku usta obetrą. Nikt nikomu nie wierzy, nikt nieufa nikomu, a nieustanna ostrożność i obawa wpływają na ogólny nawet charakter kraju. Przyczyn tego stanu badać nie będziemy, zaprowadziłoby nas to zbyt daleko, pozostał on z prastarych czasów, a ci co sercem do nich przylgnęli słusznie, nie postrzegli iż pokochali za piętno narodowe to co było całéj niegdyś Europy usterkiem wieku; co nie właściwością jest naszą, ale zabytkiem starego porządku świata, z którego reszta się już dźwignęła, w którym my pozostaliśmy, zrobiwszy zeń sobie cechę przeszłości.
Ale to nie na dobie w powieści; szło nam o to by powiedzieć jakim sposobem p. Feliks rozleglejsze a nadewszystko różnorodniejsze nad innych miał stosunki.
Naprzód na wsi sąsiadowali z kilku wielkimi panami przyjeżdżającymi czasem dla przepędzenia paru miesięcy w majątkach.... i tu z nimi łatwiejszą zawsze zrobili znajomość. Pani Narębska na pensji znajdowała się z kilkoma panienkami bogatszych rodzin warszawskich różnego stanu, i nie zerwała z niemi stosunku z którym się łączył urok młodości. Feliks miał towarzyszów szkół i uniwersytetu... różnie rozłożonych po świecie. W ten sposób znajomości ich wielkie zajmowały koło, a choć sympatje pani Narębskiéj krążyły w sferze arystokratycznéj, w szlacheckiéj raczyła dopuszczać łaskawie i inne istoty do oglądania swojego oblicza. Chciała być na wysokości swojego wieku, ale napadały ją czasem zgryzoty sumienia, przypomnienia antenatów, skruchy serdeczne i naówczas składała na męża winę spospolitowania się, wracając do sfery, którą miała za właściwą sobie.
Szczególniéj gdy który z wielkich panów, oddał wizytę lub zaprosił Narębskich, gdy z niemi być raczył poufale i grzecznie, pani Samuela po odjeździe miała regularnie recydywę arystokratyczną i przypominała Dziada, wielkiego kuchmistrza koronnego i Babkę kasztelanowę. Po czem następowały westchnienia, narzekanie na czas, na ogólne zepsucie, na zamiłowanie złota, na zasady demokratyczne i krupiło się na panu Feliksie, który ruszywszy ramionami odchodził.
W innych razach, napadały panią Feliksowę wybuchy cale innego koloru i narzekania na stare przesądy, na panów i t. p. ale to tylko jeśli który z nich lub się nie odkłonił, albo zapomniał jéj przysłać zaproszenie.
Wówczas pan Feliks znosił równie cierpliwie wyrzuty, że niepotrzebnie do nich się cisnął, że nieumiał się szanować, że hołdował starym przesądom... na co także ruszywszy ramionami, pokorny mąż, milczeniem tylko odpowiadał.
Położenie pana Feliksa, po przyjeździe do Warszawy nie było zbyt miłe; musiał latać, krzątać się, zamawiać meble, znosić sprzęty i fraszki, ściągać tapicerów, kupować kwiaty, stroić pokoje... i choć to dlań było jakąś rozrywką, męczyło go, bo nadto już przywykł do spokoju.
A choć równie z Manią pracował, i on i ona pewni zawsze byli, że Mama i Elwira nigdy z tego co zrobią, nie będą rade.
Jakoż gderano nań doskonale.
— A mój Boże, mówiła po cichu Elwira — jakiż ten Papa powolny! czyżby już do téj pory w Warszawie nie można urządzić wszystkiego? Ja pewną jestem, że gdybyśmy się do tego wzięły.. byłoby dawno skończone...
— O! już to ten poczciwy Feliks nie grzeszy zbytkiem pośpiechu, odpowiedziała matka, ale mu to potrzeba darować, moje dziecko... ma już w naturze tę powolność! A i jego protegowany Kopciuszek także probuje naszéj cierpliwości! Wszakże to do téj pory nie rozpakowała jeszcze naszych sukien...
— O! zachciała Mama... to zbyt wielka pani, żeby się tak małemi rzeczami zająć chciała! ona już myśli o fortepianie, o książkach których dostanie w Warszawie, niewiem tam o czem, może o swoich sukcessach, bo się ciągle przegląda w lusterku, ale pewnie nie o tem co dla nas zrobić potrzeba. A! jaka to nieszczęśliwie przewrócona główka...
— O! to prawda, że gdyby nie opieka nasza i ciągłe a pilne na nią oko, dawno już niewiem coby się z nią stało... Nic gorszego, powtarzam zawsze, dodała Samuelka, jak takim biedakom dawać świetniejsze wychowanie, nad stan ich i przyszłość... to nigdy do niczego dobrego niepoprowadzi...
— Proszę Mamy.... przerwała córka — jak Papa mógł pozwolić na te portjery?
— Ale ty wiesz przecie, że on niema najmniejszego gustu...
— A! mój Boże to okropność.
— Powiada że teraz taka moda!
Tak całemi dniami dwie owe nieszczęśliwe istoty, to układały projekta zabaw i urządzenia domu, to gderały na Feliksa i Manię, to znużywszy się wyglądały z balkonu na ulicę.
Pan Feliks tymczasem z długiemi notatkami, jeździł od fabrykantów do sklepów, pocił się zmuszony wchodzić na piętra i w brudne wciskać dziedzińce, a Mania pracowała w garderobie lub swojej izdebce.
Właśnie oczekując na powrót któregoś z kupców, który był wyszedł do miasta, pan Feliks siadł wypić czekoladę u Lursa i machinalnie od kwadransa mieszał ją łyżeczką, spoglądając jak szumowała a nie mając odwagi ani wielkiej ochoty począć pić, gdy drzwi się z trzaskiem otwarły i wszedł niespodzianie pan kapitan Fryderyk Pluta.
Zdziwił się mocno w Garwolinie pan Feliks ujrzawszy tego niegdyś świetnego lwa stolicy, w takich łachmanach i spodleniu; ale tak niedawno jeszcze zapłaciwszy zań w bufecie konsumpcją, bardziej się dziś zdumiał widząc go nagle przywróconym do tego stanu elegancji i dobrej miny jaką z dawniejszych pamiętał czasów.
W istocie zmiana nie mógła być ani szybką, ani zupełniejszą; Fryderyk wyglądał do niepoznania..... Ubrany był ze smakiem, i z kroju widać było że się u pierwszego krawca ustroił, że jeśli nie Starkmann dał mu odzież, to ktoś niedaleko od niego stojący i smakiem i drożyzną wyrobów; kapelusz paryzki miał na głowie, laskę z gałką z kości słoniowéj rzeźbioną, rękawiczki duńskie i ranne angielskie buciki. Maleńka lornetka na czarnéj wstążce spadała mu z szyi.
Całe ubranie nosiło na sobie cechę ludzi lepszego towarzystwa i niepokaźną wytworność.
Ale i twarz dostroiła się do ubrania, bo włosy cudownie na nowo zostały poczernione, poznikały siwizny, wąs się nastrzępił do góry, cera obmyta i wykosmetykowana umiejętnie straciła nieco blizn ognistych i czerwoności, które ją szpeciły stygmatami rozpusty. Zawsze tam cóś zostało z przeszłości, biegły badacz z pod tych pięknych sukien byłby dobył odartego włóczęgę, ale na pierwszy rzut oka, był to bardzo przyzwoity człowiek. W sposobie obejścia, chodzie, mowie, wyszedł także z dyogenesowego zaniedbania.
Jakim sposobem dokonała się odzyskanemi cudownie trzystą rublami, ta metamorfoza kosztowna, jak Fryderyk miał już przyzwoite mieszkanie, kredyt, i potrafił puścić tam i owdzie, popartą ostrożnie użytym biletem bankowym wieść o spadłéj na niego w Bessarabji sukcessji po stryju, którego nigdy nie miał, zrozumieją ci tylko co wiedzą jak poczciwa Warszawa jest często dobroduszną i łatwowierną, choć oba te przymioty drogo opłaca.
Z owemi trzechset rublami w kieszeni i Kirkuciem w odwodzie, kapitan Fryderyk zajechał naprzód na ustroni do Hotelu Smoleńskiego przy Bednarskiej Ulicy. Tu potrafił naprzód niepostrzeżony zrzucić z siebie liberją nędzy, a przywdziać co najpilniéj odzież przyzwoitego człowieka. Wiedział on dobrze iż od sukni wiele i najwięcéj zawisło, nie myślał też żałować na jak najporządniejszą choć najdroższą. Potem dokonawszy tinkury włosów pokryjomu, poszedł przez miasto odświeżony, wstąpił do kilku magazynów, mówił od niechcenia z kilku osobami wziętemi, kogoś na przekąskę zaprosił, jeden odwieczny zapomniany dłużek głośno zapłacił i nim dwa dni minęły, manewrując w prawo i lewo, gdy się przeniósł wraz z Kirkuciem do Saskiego Hotelu za pocztą, już był znowu owym świetnym kapitanem Fryderykiem, którego dostatek, rozrzutność i hulanki znała cała Warszawa, zwłaszcza trakt od Lursa do Bouquerelea, a w jednym z najpopularniejszych dzienników stolicy, stało pod rubryką w któréj o świeżych serach, stokfiszu i śledziach pocztowych drukują się wiadomości: Znany naszemu miastu z gościnności i staropolskiéj otwartości charakteru oraz innych przymiotów zdobiących zwykle ludzi, którzy młodość spędzili na polu walk i sławy. Pan Fryderyk Pluta, który był wesołe nasze przyjacielskie zebrania osierocił, jak słychać, przybył znowu do Warszawy i zamierza jakiś czas przebyć tu, póki swych interesów spadkiem po stryju powiększonych nie ureguluje. Spieszy o tem oznajmić wszystkim przyjaciołom p. Pluty, w których pamięci imie jego pozostało; oraz licznym znajomym, jako też towarzyszom miłych zabaw, których był duszą.
Wyczytawszy to w dzienniku, wszyscy byli najpewniejsi, że kapitan Pluta istotnie odziedziczył majątek i że znowu wieczory dawać będzie; kłaniali mu się więc i ściskali go jak najserdeczniéj.
Z Kirkuciem, którego puścić ani się pozbyć nie chciał Pluta, bo mu w jego zamiarach mógł być użytecznym, trudniéj mu daleko było niż z sobą.
Kirkuć był jednym z tych ludzi, których powierzchnie nawet przyzwoitemi uczynić niepodobna prawie; nie miał on najmniejszego instynktu elegancji, a gusta najopłakańsze; bez czerwonéj lub niebieskiéj chustki na szyi żyć mu było trudno, wierzył w siłę fascynacyjną jaskrawych kamizelek, i gdyby mu dano się nieco wyemancypować, włożyłby pewnie popielatą węgierkę z czarnemi potrzebami.
Towarzystwo tak ubierającego się człowieka dla kapitana Pluty mogło być kompromitującém; musiał więc naprzód zakląć go pod posłuszeństwem, aby się wyrzekł autonomii w ubiorze i sam postarał się go odziać, a okrywszy na nowo, i nieco wyuczywszy chodzić i siedzieć, pilnować jeszcze musiał nieustannie, żeby gdzie się do jakiéj bawaryi lub kawiarni pokątnéj za jakiemi wyrazistemi oczyma nie zbłąkał i nie zaprzepaścił.
Kirkuć przy stoliku z talją kart w ręku, był w swoim rodzaju nieporównanym artystą, ale w życiu pospolitém, nie umiał sobie dać rady.
Dosyć powiedzieć, że czternaście razy się zaręczał, pięć razy ogłaszał po rozwodzie, a niezliczoną liczbę razy służył do zrobienia wyprawy i obrączek na cudzy rachunek. Serce miał dla kobiet tak łatwe, iż nawet stare i nie ładne, gdy się pod wieczór podchmielił, robiły z nim co się im podobało; wyrozumowywał sobie naówczas, że wiek i piękność są rzeczami względnemi... Ulubionem jego schronieniem i rajem były kawiarnie i ogródki, i od tych użycia powstrzymać go było niepodobna; Pluta tylko wymógł że się ograniczył trzema czy czterema, aby na wypadek wiedzieć było można gdzie go szukać.
Tymczasem sam, jakeśmy to widzieli, puścił się na zwiady.
Pan Feliks osłupiał na widok porzuconego przed kilką dniami bez grosza w Garwolinie włóczęgi, który teraz u Lursa żądał śniadania z miną zwykłego konsumenta, przyzwyczajonego aby był natychmiast i gorliwie usłużonym. Jakoż ruszyli się zaraz chłopcy, a kapitan podawszy rękę panu Feliksowi, któréj ten wzięcia uniknął dosyć niezręcznie, zasiadł przy jego stoliku na przekorę.
— Dziwi cię to? zapytał śmiejąc się i pokazując na siebie.
— Nie przeczę...
— A cóż? chodzą po ludziach wypadki... powszechnie tu mówią że otrzymałem sukcessją na Bessarabii...
Potém nagle zmieniając ton i przechylając się z przesadzoną dla uczynienia przykrości Feliksowi poufałości, szepnął mu na ucho...
— Ta panienka... maleńka, wiesz, co to z państwem jechała? nie byłby to czasem owoc miłości pańskiéj dla jenerałowéj? hm? Pluta chciał dojść tego, czego się zaledwie domyślał, trzeba wyznać, dosyć trafnie.
Feliks podniósł głowę z gniewem i przestrachem razem.
— Co takiego? zapytał...
— Powiedz lepiéj szczerze, że rozumieć nie chcesz, nie mam pretensji do zaufania i wyznań, ale są rzeczy których się zaprzeć trudno?
Pan Feliks głową i ramionami poruszył.
— Tajemnica jest zapewne dobrze zachowaną, ale dla tych co jak my dwaj (przycisnął na tych wyrazach) znali Julkę za młodu — jest cóś w rysach dziewczęcia, co ją niezmiernie przypomina... odgadłem, domyśliłem się od razu...
Feliks się zniecierpliwił.
— Chęć zrobienia mi chyba przykrości mogła WPana na taką myśl naprowadzić, odezwał się Feliks sucho ale z gniewem, który dla Pluty miał znaczenie. W tem niema żadnéj tajemnicy...jest to sierota wzięta przez matkę moją na wychowanie, córka jednego ze sług naszych... ale nie potrzebuję się tłomaczyć...
— Nie tylko że niepotrzebujesz się tłomaczyć, odparł Pluta śmiejąc się, ale zważ jakeś się poplątał. Na napaść takiego Pluty jak ja, którym w duszy brzydzisz się i gardzisz, nie odpowiedziałbyś tylko ruszeniem ramion i śmiechem, gdyby to była napaść tylko... tu te faches, donc tu a tort...
Zresztą, dodał, mów sobie komu chcesz o sierocie i oficjaliście... jaż przecież wiem od niéj saméj, onego czasu, że Bóg waszą gorącą miłość pobłogosławił dzieciątkiem... niewiedziałem tylko czy synkiem czy córeczką...
Narębski mimowolnie się jakoś zmięszał i spuścił oczy zakłopotany.
— Nie taję, rzekł po chwili namysłu — ani błędu mojego, ani nawet faktu o którym WPan jesteś tak dobrze uwiadomiony. Ale to dziecię, o którém wspominasz... umarło... Miarkujesz WPan sam, że gdyby ono żyło, matka dziś, będąc wolną, pewnieby je do siebie zabrała.
Fryderyk zaciął usta i pomyślał.
— Na pozór, rzekł, jest niby racja, i tak z daleka na rzeczy patrząc, nic prawdopodobniejszego. Ale ja... dodał, znam Julją lepiéj od WPana, panie Feliksie. Tyś ją znał pełną wiary i marzeń dzieweczką, ja znękaną i przeszłą ogień upokorzeń i cierpienia kobietą... Jest jeszcze któś trzeci co ją zna lepiej od WPana i odemnie z dzieciństwa, a z siebie i od niego wiem doskonale, że dziś by się nawet dziecka wyrzekła, byle tylko ten świat do którego tak przylgnęła, chciał zapomniéć zkąd wyszła i przyjął ją między wybranych... No, a w dodatku, możebyś i WPan dla niéj się dziecka nie wyrzekł.
Feliks ruszył ramionami gorączkowo.
— Niezły jest istotnie koncept zrobić ją sierotą, choć ma ojca i matkę... dodał Pluta.
— Niemam się potrzeby tłomaczyć i przekonywać, myśl WPan co zechcesz...
— Na to pozwolenia twojego bynajmniéj nie potrzebuję, odparł Pluta... Gadaj zdrów, ja wiem co wiem... to jéj dziecię i twoje! A winszuję ci, bo dzieweczka śliczna, nie ma co mówić. Chciałem ci tylko dowieść tém oznajmieniem, że tracąc dawną skórę, którą dziś na nowo przywdziewam, nie straciłem nosa i węchu...
Spostrzegł się Narębski, że istotnie dłuższem tłomaczeniem mógł się podać w podejrzenie, i nie okazując aby go to wielce obchodzić mogło, zaczął pić czekoladę, nagle uczuwszy ku niéj wielki apetyt.
Fryderyk zamilkł, zamyślił się a szyderczo wciąż na towarzysza spoglądał... Czuł że mu samą swą przytomnością dokucza i z przyjemnością tą małą zemstą się napawał. Było to w jego charakterze, że figle płatać lubił, i zwał je zawsze naprowadzaniem na drogę moralności...
— Musisz to wiedzieć, dodał po chwili upierając się siedziéć przy milczącym Narębskim, że Jenerałowa z Garwolina nazad powróciła do Warszawy.
— To mi tam wszystko jedno, odparł Feliks niecierpliwie, pragnąc się go widocznie pozbyć i odwracając głowę.
— No! jakkolwiekbądź, zawsze to przyjemnie w towarzystwie spotkać tak starą dobrą znajomość... Słodkie są w ogóle przypomnienia tych nieszczęsnych błędów młodości, zwłaszcza, gdy się ma tę pociechę wewnętrzną, że na dobre wyszły... Ot i z téj naszéj Julki, patrz, proszę jaka teraz poważna i przyzwoita kobieta... a gdyby nie my? poszłaby była za jakiego obszarpańca i zestarzała się w perkaliku. Teraz tak zdaleka wygląda jakby ją Bóg do atłasu stworzył! Ręczę, że na wizytowych biletach, pewnie nie musi pisać née Kirkuć, chybaby się dowiodło, że Kirkucie pochodząc z jakichś książąt litewskich, co znowu nie trudno, bo tych książąt było bardzo wielu i diable się dziwnie zwali.... mógł tam być i Kirkuć.
Zamilkł a po chwili męcząc na wolnym ogniu Feliksa, mówił daléj półgłosem.
— To wiesz zapewne, że nasza Julka wszędzie teraz bywa, że najtrudniejsze do roztwarcia drzwi stoją dla niéj na rozcież...
Niemożna nam odmówić, żeśmy sumiennie zajmowali się jéj wychowaniem!
P. Feliks który milczał, choć oczy mu krwią nabiegały, poszedł prędzej za czekoladę zapłacić, wziął laskę i kapelusz i bez ceremonji pozbywał się natręta, sam uchodząc z pałacu, gdy powóz zaturkotał przed kolumnami.
Ciągnęła go para prześlicznych rosłych koni białych, a liberja i ekwipaż zwiastowały jakąś znakomitość miejską. Szory kapały od srebra, lokaje iskrzyli się od galonów, baronowskie korony szyte i malowane okrywały do koła powóz i jego akcessorja.
Z kocza lekko, zaledwie się opierając na lasce, wyskoczył mężczyzna średnich lat, wygolony świeżuchno, strojny choć nieco siwiejący, z uśmiechem pełnym słodyczy, z oczyma przymrużonemi, trochę na zwiędłego jesiennego dandysa zakrawający... Minę miał tak nieznośnie słodką, że straszno było aby po niéj cukiernia Lursa kwaśną się nie wydała. Nie zdejmując kapelusza rannego z głowy, wszedł, zajrzał jakby tam kogoś szukał co go miał czekać, i postrzegłszy Feliksa zdaleka, pośpieszył ku niemu z otwartemi rękami.
— A! wszak to kochany pan Narębski. Comment ça va t-il? Bien? n’est-ce pas? Jakże się cieszę! przecież przyjechaliście państwo? a pani? Madame Samuele? a śliczna Elwira? no? jakże? zdrowie? humor? j’espère que tout va bien?
To mówiąc poufale i protektorsko poklepał go po ramieniu, po bokach i przypatrzywszy mu się przez lornetkę, gdy mimochodem zobaczył Fryderyka, mocno się skrzywił, jakby go przykry zapach zaleciał.
Pluta, który tylko tego czekał i rosł z ukontentowania, że będzie mógł kogoś na drogę moralności wprowadzić, kiwnął mu głową naśladując pańską minę jego i z krzesła zawołał:
— Barona Dunder!... a! uniżony sługa!
— A! — zmrużając oczy rzekł kwaśno Baron, — serviteur! I odwrócił się impertynencko.
Tego tylko było potrzeba Plucie, który grzecznością czułby się związany, a afrontem ucieszył się jak zdobyczą, rozplątującą mu język.
— Patrzcie no tego zucha, zawołał, niby mnie nie zna, a przecież doskonale i dawno jeszcze z ojcem jegomości byliśmy znajomi i w stosunkach; nieraz mi sukno sprzedawał i trzeba mu przyznać, że umiał zręcznie małego łokcia używać.
Wyrzekł to tak głośno, a rumieniec wytrysły na twarz Dundera, tak wymownie poświadczał, że to wziął do siebie, iż nieuchronna zdawała się grozić burza, ale baron umiał być głuchym w potrzebie.
— I gdyby, — dodał Fryderyk, — sprzedawał sukno po bożemu nie zleżałe i nie dziurawe, dobrą miarą, nie widziałbym w tém nic tak złego? Ale ludzie utrzymywali, że mało kto od niego nie dostał dziury i mało kto się miary dopytał... bo téż syn dziś paraduje i głowę zadziera, a taki był tatunio jegomości słodki, grzeczny i miluteńki jak dziś widzicie syna; z tą różnicą, że tamten wszystkim służył a temu się zdaje, że jemu służyć wszyscy powinni... Nie dziw! ma prawo być dumnym kto łokciem baronowstwa się domierzył...
Mówił to sobie na głos umyślnie, słuchali wszyscy kto chciał, ale Dunder nie słyszał i nie rozumiał. Chwilami żywsza czerwoność występowała mu na twarz, ale się witał z Feliksem i tak żywo śmiejąc się rozmawiał, taki był wesoły, jakby do koła niego tylko turkot powozów słychać było, — owszem im dotkliwiéj kąsał go kapitan, tém głos podnosił swobodniéj.
Powoli jednak cofali się oba z Narębskim ku progowi i wyszli nieznacznie pod teatralne kolumny.
— Mam dwa słowa do ciebie, — rzeki Dunder oddychając tu swobodniéj, dobrze żeśmy się spotkali, jest to mój osobisty interes, liczę na jego dyskrecyą, a proszę o szczerość.
Pan Feliks skłonił się w milczeniu.
— Mówiono mi, — rzeki Baron przymrużając oczy, sam już nie wiem kto, ale najpewniéj, że pan Narębski zna oddawna panią Jenerałową Palmer?
Feliks milczał.
— Mogę ci się przyznać między nami? Wiesz, że jestem wdowcem, widzisz żem nie stary? Hę?
I nie czekając odpowiedzi, ciągnął daléj trzymając za guzik Narębskiego.
— Nie potrzebuję ukrywać, że ta kobieta, mimo nie pierwszéj młodości, podoba mi się bardzo. Vous entendez? Serce mam trochę młode, głowę trochę zapaloną! Ba! Któż wie? gdybym był pewien, co to jest za jedna... Ona potrafiłaby stanąć na czele takiego jak mój domu; robić honory, Vous entendez?
— Jak to? Baron byś się chciał ożenić? — zapytał Feliks zdziwiony.
— Ale, — rzekł trochę urażony wrażeniem, jakie uczynił Dunder, zdaje mi się, że to nie jest tak bardzo dziwném? Co? znajdujesz mnie tak bardzo starym, dla tego, że trochę siwieję?
— Ale gdzież znowu.
— Są ludzie co posiwieli we dwudziesta latach?...
— Ale po cóż się żenić? — zawołał Narębski.
— A! masz słuszność! masz największą w świecie słuszność! — rozśmiał się Dunder, — ja bo się nie żenię dla tego, żeby miéć żonę, ale żeby dostać gospodynię? Jenerałowa ślicznie pozuje za stołem, elle a une prestance... un maintien... powagę i ton tak dystyngowany. Ale powiedz mi szczerze, kto ona jest z domu?
Feliks jakoś był pomięszany, laską po kamiennych płytach coś kreślił.
— Nie powiem Baronowi, kto ona jest z domu, wybąknął powoli, — nie wiem tego doprawdy. W istocie znałem ją trochę w młodości, zdaje mi się, że pochodzi z ubogiéj i mało znanéj rodziny, ale z pewnością nie wiem.
— A familją jaką ma? nic?
— I tego nie jestem pewny... nie zdaje mi się, słyszałbym o niéj.
— Bo przyznam ci się, entre nous, że ta kobieta bardzo, bardzo mi się podobała. Co za takt! Trochębym jéj tę przesadną pobożność zarzucił, mais c’est bien porté, jest to rzecz dobrego tonu; ona to dobrze pojęła. Umiała tego bardzo zręcznie użyć na swoją korzyść, cela lui donne un vernis de distinction, une air de grande dame patronesse, to ją wymawia zupełnie. Przez tę pobożność weszła w stosunki z najpierwszemi domami; żaden zakład dobroczynny nie obejdzie się bez jéj opieki, imie jéj stoi wszędzie obok najświetniejszych, kobieta z głową, kobieta z taktem, mogłaby mi dom postawić na przyzwoitéj stopie.
Feliks nic wcale odpowiedziéć nie umiał, stał niemy.
— Nie zdaje mi się, — rzekł w końcu, — aby ona za mąż jeszcze iść chciała.
— No! c’est selon — jak za kogo! — rzekł z pewną próżnostką skromną baron Dunder, — Jenerałowa, cela sonne bien, ale Baronowa c’est plus solide! Vous m’entendez? Mnieby zapewne nie odmówiła... takbym sądził i mam do tego pewne powody.
— Jedna tylko rzecz, — dokończył biorąc pod rękę Feliksa i prowadząc go powoli wzdłuż kolumnady, — jedna tylko rzecz mnie wstrzymuje. Są ludzie złośliwi co szepczą bez fundamentu, ale szepczą... chodzi jakaś pogłoska głupia, o pochodzeniu bardzo gminném, o burzliwéj młodości. Jestem przekonany, że to potwarze tych co się do jéj domu docisnąć nie mogli, lub zimno byli przyjęci, ale zawsze rzecz nieprzyjemna... Powiesz mi żem dumny, mais, Vous savez, je dis comme l’autre, la femme de Cesar.
Baron z lornetką w oku i ręką w kieszeni miał istotnie minę Cezara; Narębski nawet lekko się jakoś uśmiechnął, choć na duszy było mu bardzo smutno.
— Nic nie wiem, odparł powoli, z Jenerałową nie widziałem się od lat kilkunastu... a pochodzenia jéj nie znam wcale.
— Więc przyznaj mi się, zkąd tam imie twoje, w téj téż staréj tajemnicy, zdaje się tak ważną grać rolę? poszeptają coś? ha? une ancienne amourette.
— Ale gdzież znowu! — przerwał Narębski, — ja sobie tego nie umiem wytłumaczyć! potwarze! potwarze!
— Być może! on dit tant des choses!
Baron ostygł, stanął i wierząc, że się nic nie dowie, stanął nakoniec.
— Nie mogę cię gdzie podwieść? zapytał.
Skłonili się sobie i rozeszli się czule podając ręce.
— Przyjmuję we środy wieczorami, proszę cię nie zapominaj o mnie. A może kiedy a la fortune du pot. Jem zwykle o szóstéj ćest une heure distinguée, bardzo będę szczęśliwy. Francuza z sobą przywiozłem z Paryża, który gotuje jak Caréme...
Feliks ukłonił się w milczeniu i na tem się rozstali.
Zdala dłubiąc niedbale w zębach stał patrząc na nich Fryderyk, ręką się pod bok ujął, sparł na laseczce i pokręcał głową.
Był już po śniadaniu, które twarzy jego dało koloryt ciepły, i namyślał się co z sobą robić.
Feliks spiesznie już z pod kolumn uciekał, aby drugi zaraz się z nim nie spotkał, gdy toczący się powoli przeciwko niemu bardzo otyły mężczyzna, rozstawił ręce, podniósł głowę i zastąpił mu drogę z uściskiem i krzykliwem pozdrowieniem.
— A! a! a! pana Feliksa! co za zjawisko na bruku naszym, co za gość? Jakże mi się masz?
— A! pana Justyna!
— Drogiego Feliksa?
Justyn Gała ów wielki i otyły mężczyzna, z miną żartobliwą i usty szerokiemi stworzonemi do śmiechu, dobrze już łysy choć jeszcze młody, był jedną z tych postaci, które zawsze w okolicach teatru, traktjerni, gdzieś koło Boucquerell’a, Loursa, Krzymińskiego i Lipkau’a lub Stoczkiewicza, gdzie ludzie jedzą i piją spotkać można.
Mieszkańców miasta, pod tym względem, można podzielić, jak ptaki, z których jedne zamieszkują na błotach, inne na drzewach, inne w gęstwinach lub na polu i ścierniskach. Są tacy, którzy w pewnych tylko miejscowościach żyją, karmią się i rozmnażają; jedni, jak Justyn, żerują w okolicy gastronomicznych zakładów, inni przeciągają, jak słomki po nad wybranemi ulicami, a każdy ciągnie się namiętnością, nałogiem, potrzebą, w pewne strefy właściwe. Przyszły monografista miasta, ma w tém łatwy temat do klassyfikacyi dwunogich istot, których z charakteru paletotów i czapek trudniéj daleko metodycznie ułożyć. Wnoszę, aby ten system mógł być przyjęty, i spodziewam się, że nie zawiedzie.
Pan Justyn zamożny niegdyś obywatel, posiadacz kilku wiosek w Kaliskiém, naprzód był sobie przyjechał tak tylko, trochę pohulać do Warszawy, potém do niéj przywykł, daléj wszystko co miał prześwistał i został z nader enigmatycznym majątkiem, a ogromnym apetytem, przyrosłym do bruku skorupiakiem, wiekuistym pasożytem i koniecznym każdéj uczty dodatkowym półmiskiem.
Zamawiano go, jak orkiestrę, gdzie się chciano bawić wesoło, i choć już do stracenia nic nie miał, mieszkał w jakiéj niedopytanéj dziurze, a pieniędzy nigdy nie pokazywał, — tak sobie żył, jakby jeszcze miał kilkadziesiąt tysięcy dochodu.
Winien to był minie nadzwyczaj przyzwoitéj, zawsze bardzo starannemu i czystemu ubraniu, obcisłym białym rękawiczkom i krawatowi, których użycie znał doskonale, niewyczerpanéj usłużności, przedziwnemu zawsze na zawołanie humorowi, nieprzebranym konceptom, manji opowiadania nie stworzonych rzeczy w sposób dosyć zajmujący i dobroduszności takiéj, że się nigdy za nic nie gniewał.
Więc chociaż zawsze wychodził z domu w zupełnéj nieświadomości śniadania i z obiadem spuszczając się na nieprzebraną Opatrzność Bożą, żył wygodnie rosą niebieską, tę tylko zachowując ostrożność, że oszczędzał fatygi Opatrzności i krążył tam, gdzie go ręka jéj najłatwiéj spotkać mogła; jednym zręcznym manewrem około ognisk gastronomicznych, wyrabiając sobie czasem po dwa śniadania, obiad, herbatę i wieczerzę, nie licząc pomniejszych intermedjów, które spożywał dla ochłodzenia gdy było gorąco, dla ogrzania się gdy było chłodno.
Justyn skutkiem rozszerzonych wielce stosunków swoich i znajomości z całym światem, skutkiem zupełnie wolnego czasu, który mu dozwalał słuchać, badać, czytać afisze i zbierać nowiny po bruku, był rozumie się po Kurjerku, najlepszą miejską gazetką. Jednakże nigdy nowiny żadnéj, ba! najprostszéj nawet wiadomostki niepowtórzył jak była, każdą ukwiecił, przyozdobił, przerobił i przysmażył nie troszcząc się wcale o prawdopodobieństwo, i głównie na smak i potrzebę podniebień zwracając uwagę.
Kłamstwa jego a raczéj poemaciki, wychodziły już z rzędu prostych blag, nie mając najmniejszéj pretensyi aby im wierzono, ani się téż ubierały na serjo, trzeba było prostoduszności już się nie trafiającéj, aby przypuścić na chwilę, że uczynione były, aby im wierzono.
Były to historyjki, koncepta, epopeje żartobliwe, osnute na tle współczesném, jak mawiał znany jeden literat, który nigdy na żadném tle nic nie osnuł, ale języka urzędowego krytyki zręcznie umiał używać. W potrzebie do wiwatów i toastów Justyn dorabiał wiersze, śpiewał je nawet i mówił oracje ex promptu, stylem tak do przyjętego podobnym, że można je było wziąść na serjo.
On wszakże ani siebie, ani utworów swoich tak nie cenił, śmiejąc się z ludzi, śmiał się też i z tego co sam zrobił.
Na tym chlebie próżniaczym, pracując tylko gębą i żołądkiem, a bardzo niewiele nogami, utył i rozrósł się niezmiernie; dziwną jednak igraszką natury z piersi jego i szerokich warg różowych, dobywał się głosik malutki, cienki, dziecinny, który śmieszył już tém, że nie zdawał się stworzony dla niego, ale jakby zapożyczony i cudzy. Miał on czasem podobieństwo do chrypki, czasem stawał się krzykliwy, ale nigdy go jednak nie zabrakło, choć co chwila zdawało się, że to ostatni nieszczęśliwego wysiłek.
— A! kochanego Feliksa — zaśpiewał cieniuteńko Justyn Gała — a tu nam powiedzieli, żeś ty pojechał do Afryki z Barthem, żeś szukał nowych ziem i nowego rodzaju kartofli, poświęcając się dla ludzkości, żeś zamiast kartofla, odkrył nowy gatunek ogórka, któremu nadano imie twoje, i jużeśmy się spodziewali nowéj potrawy, gdy... A więc nie pojechałeś do Afryki i nie odkryłeś ogórka!
— Nie jeździłem niestety! nigdzie, ani nawet do Pacanowa, i nie mam na sumieniu żadnego odkrycia.
— I oglądamy cię w Warszawie!
— Na stalsze kilku miesięczne mieszkanie.
— Ot to ślicznie! Witam cię nawróconego na zbawienniejsze zasady! Zobaczysz, przekonasz się co to jest żyć w Warszawie... powiadam ci, warto, warto dla samych śledzi pocztowych i bruku... który wzmacnia dziwnie żołądek.
Śmiejesz się? to rzecz dowiedziona i doktorowie zaczynają osłabione żołądki wysełać do nas w tym celu.
Zaraz ci to dowiodę: kto raz przyzwyczaił się trząść po tym bruku, już mu potem nic w świecie zaszkodzić nie może. Że jednak mogłoby to przez zbyteczne hartowanie nadto znowu podziałać na trawienie i wyrobić apetyt ogłodzeniem krajowi zagrażający, mówią że w roku przyszłym pociągną niektóre ulice warstwą grubą gumy elastycznéj.... Co ty na to? A co mówisz o fontannach?.. pyszne kiedy się z nich leje, a że nie zawsze się leje, nie można mieć pretensji... jużciż w niebie wody nie brak... jednak deszcz pada... nie zawsze wychodzimy ze zdrowéj zasady. Co mówisz o oświetlaniu gazowem, które ma ten przymiot, że i świeci i śmierdzi, przypominając znikomość rzeczy ludzkich....
— Warszawa wznosi się i upięknia.
— Widziałeś przecie okna sklepów na Senatorskiéj i Miodowéj? Wyższość sztuki zależy jak wiesz, na tém, żeby jéj nie było uczuć, i doskonałość okien na tém, by się zdawać mogło, że ich nie ma. Doszliśmy do tego, że prosty człowiek co chwila gotów plunąć przez szybę, któréj istnienia się nie domyśla. Ale to nic jeszcze, robią słyszę teraz taflę, która cały Saski ogród przykrywać będzie. Wiesz także zapewne o wynalazku nowego jadła dla ubogich, z trocin sosnowych, które zastąpi zupę rumfordzką. Wiesz o utworzeniu nowéj olbrzymiéj garkuchni, w któréj machina parowa zwijać będzie zrazy? A piłeś już wodę sodową.
— Nic jeszcze nie wiem, nic nie jadłem i nie piłem, odparł Feliks.
— A no! to przedziwnie, ja także głodny jestem jakbym się dziś urodził, idziesz pewnie jeść lub pić, ja z tobą i pozwolisz mi, że ci wskażę miejsce i ludzi.
— Daruj! na drugi raz, powracam do domu, żona czeka.
— W Warszawie żony są przyzwyczajone do czekania i tak wyrozumiałe, że w końcu nie czekają już wcale, umiejąc się obejść bez mężów. Wynaleziono na to sposób doskonały. Ale o tém inną razą. Moglibyśmy tym czasem obejrzeć niektóre osobliwości natury i sztuki. U Stoczkiewicza jest szynka bajońska warta największego podziwienia z obu tych względów; natura wydała tego jegomości, z którego bioder została uczynioną, sztuka spreparowała ją.
— A! gastronomie niezmordowany! — zawołał Feliks uśmiechając się, — czyż sądzisz że my tu tylko jeść i pić przyjeżdżamy?
— Nie, ale przedewszystkiem obowiązki! Obowiązkiem zaś najświętszym jest utrzymać się przy siłach, przy życiu, zatem jeść i pić. Kto czyni inaczéj, popełnia powolne samobójstwo! winien morderstwa avec premeditation! Klejek na wsi jest wystarczający i mówią nawet, że tuczy, ale w mieście powietrze insze, człek zużywa się ogromnie i wymaga silnych, a nadewszystko często powtarzanych pokarmów. Nieuwierzysz jak one nawet na umysł i umysłową działają produkcyą. Pewien fizjolog francuzki doszedł do tego probując na zającach, że mu nie tajno, jakie pokarmy do jakich dają popęd idei. Kiedy robaki jedwabnicze karmiąc się morwowemi liśćmi, różny wedle ich rodzaju jedwab’ wydają, czemużby człowiek nie miał być posłuszny temu co zjada? Powiadam ci, że to rzecz wyprobowana na zającach, które do wszystkich służą doświadczeń. Otóż ów fizjolog mówi, a nawet pisze, że na wszystko ma pewne recepty. I tak: chcesz stworzyć poemat opisowy, jedz zieleninę; piszesz dramat krwawy, spożywaj bifsztyk surowy popijając winem czerwonem; potrzebujesz filozofować, służy mocne piwo, które głowę robi ciężką i przysposabia do logicznego, ścisłego rozumowania; piszesz historyą.. zapuść naprzód wąsy.... to już metafizyki trochę ale bardzo potrzebne.... potém jedz zrazy zawijane i popijaj starym węgrzynem; rachujesz i matematyką się zatrudniasz, sztukamięsa z chrzanem i fasolą, makaron, ciasteczko lane i t. d. Gdy raz odkryją cały szereg takich specyficznych jadeł, nie będzie potrzeba szukać jeniuszów i talentów, weźmiesz kogo zechcesz, pierwszego osła z brzegu, dasz mu dobrze jeść to co wskaże teorya, włożysz mu pióro za ucho i papier pod łokieć i musi urodzić co nauka postanowiła. Zważ tylko co to za potężny wynalazek! Wiek jest w wyraźnym postępie, a jak wszystko się upraszcza! symplifikuje! Dziwi mnie że dotąd balonów nie wynaleziono, ale to musi lada moment nastąpić, są znaki zwiastujące.... ludzie ledwie chodzą, więc pewnie będą latali.
Tak mówiąc szli powoli ulicą Wierzbową, a Feliks słuchał szczebiotania Justyna, nie bez przyjemności jakiejś. Cienki głosik brukowca jak nakręcona pozytywka odegrywał piosneczkę swą, bez przerwy, bez wahania.... niekiedy tylko właściciel jéj obejrzał się na słuchacza, jak mu téż z tém było.
Justyn mając w tém jakąś rachubę żołądkową, szczerze pracował nad zabawieniem Feliksa, popisywał się z dowcipem, z językiem i widocznie wysilał na koncepta, które się nie zawsze szczęśliwie udawały. Natura ma to do siebie, że gdy ją ku czemu zmuszają, opiera się i zacina jak koń narowisty.... i ona chce miéć swobodę; ale człowiek znowu ile kroć mu odmawia posługi, usiłuje przymusić i postawić na swojém, choć nie zawsze zwycięża.
— Więc tedy, dodał po chwili, uważając że Feliks się rozchmurza... przybywajcie państwo na kilka miesięcy do Warszawy... powietrze wielce zdrowe dla przybyłych z prowincyi, działa jak tran rybi na suchotników, choć śmierdzi, ale ożywia.
I począł wyliczać rozmaite domy przyjmujące, bawiące się, reputowane, lub dobijające reputacyi talerzami i butelkami, aż nawiasem natrafił na Jenerałowę...
— Jenerałowa Palmer, — rzekł, — jest dla mnie zagadką... kobieta... ale ty ją znasz Feliksie?
— Ja? odparł Narębski trochę zmięszany, — ja? trochę, znałem ją, ale od tak dawna nie widziałem, nie słyszałem nawet o niéj, że dziś ona dla mnie całkiem jest nową postacią.
— I enigmą do rozwiązania, — dodał Justyn, — najpilniéj badając, trudno o niéj dośledzić czegoś więcéj nad to, że była żoną Jenerała i dla tego zowie się Jenerałową, a z oczów jéj patrzy, że tam przed tém wojskiem musiała być awangarda. Już to samo że dziś taką stała się pobożnisią, dozwala się domyślać, że musi mieć za co kupować. Skutek nie może być bez przyczyny, chociaż przyczyna może pozostać bez skutku....
Spodziewam się, dodał, że i państwo z jéj domem, który otwiera się tylko pour la fine fleur towarzystwa naszego zawiążecie stosunki. Herbaty Jenerałowéj są niezmiernie poszukiwane.
— Ja herbaty mało pijam, — rzekł Feliks, a żona moja jéj nie zna, bardzo wątpię, czy zrobimy z nią znajomość.
— O! gdybyście nawet nie chcieli, zrobi się sama. Jeżeli jeszcze znałeś ją kiedy dawniéj, to nieuchronna rzecz odnowienie stosunków i studjum ciekawe. Czy téż i przedtém wyglądała tak zawsze upięta, zamurowana, zimna, milcząca i nieprzystępna?
— O! to bardzo dawne czasy, i niewiele ją znałem, ledwie sobie przypomnieć mogę, wybąknął Feliks.
— Coś bo ty to tak mówisz, jakby ci nie zbywało na wiadomościach, ale raczéj na chęci popisywania się z niemi! — odparł Justyn mrugając oczyma znacząco, co dawało do myślenia, że i on więcéj wiedział, niżeli chciał wyznać.
— Widzę, że tylko co rozstał się z tym kochanym Baronem, który ma w istocie najlepszego w mieście kucharza. Coś już przebąkują, że go widziano z bukietem u Jenerałowéj, że mu się podobała. Kto wie? może mu potrzebny ten mebel do palisandrowéj kanapy i marmurowego stołu, kupionego we Florencyi. Ale wątpię, żeby mimo przymiotów Barona i jego kucharza wyjść chciała na chińską lalkę w salonie, któréj całym obowiązkiem kiwać głową, gdy ją ruszą...
Feliks już nic na to uparte szczebiotanie nie odpowiadał, czém Justyn wcale się nie zrażając, podwajał tylko usilności, aby go rozdobruchać i do rozmowy przymusić; a ciągnął za nim uparcie do ostatniéj granicy zwykłych przechadzek, za hotel Europejski ku François. Po za tą liniją, nie było dla Justyna świata i ludzi... pustynia.
— No, i tego nie wiesz, — zapytał po chwili, — że kapitan Pluta odrodzony przybył do stolicy, zapewne aby w niéj znowu się dobić? Znasz przecie tego człowieka?
— Jak my wszyscy, byłem z nim nawet bardzo dobrze, niegdyś — rzekł Feliks, — ale gdy się zwalał i upadł tak szkaradnie....
— Tak wszyscyśmy go naówczas odstąpić musieli, — przerwał Justyn Gała. A wiesz, tak la main sur la conscience, grał w karty, pił, hulał; więcéj jednak doprawdy już niewiem co zbroił? Nikt mu nie zada nieuczciwości żadnéj, nie złapano go na żadném szachrajstwie, towarzysz miły i dowcipny, powiem ci, że jeżeli mnie kiedy poprosi, nie znajdę powodów odmówienia mu choć go wszyscy potępili. To nie był zły człowiek, cała rzecz, że nielitościwie cyniczny i ma pasyą prześladowania ludzi, a jak się do kogo uczepi, jak pijawka. Świat się go obawiał i odskoczył od niego, to darmo; kto chce żyć w zgodzie ze wszystkiemi, musi trochę pochlebiać... a tego on nigdy nie umiał.
— Toby było najmniejsza, — przerwał Feliks, — ale ta gra w karty, to walanie się w najgorszych towarzystwach....
— Znudził się życiem, potrzebował wzruszeń gwałtownych, — rzekł Justyn wzdychając; ja go nie uniewinniam wcale, ale i potępić nie mam powodów. Boję się go jak drudzy, obchodzę gdy mogę, rzucić nań kamieniem nie mam serca, zwłaszcza, dodał śmiejąc się sam z siebie, jeśli odziedziczył co grubego w Bessarabji.
Chciał jeszcze mówić coś więcéj, ale w téj chwili gruby głos przybyłego ze wsi szlachcica Kaliszanina, niegdyś sąsiada Justyna, przerwał rozmowę. Wieśniak rzucił się na szyję Gale, objął go i począł śmiejąc się całować serdecznie.
— Justyś, kochany Justyś! ot to szczęście że cię spotkałem, a wiesz żem nie miał z kim zjeść śniadania.
— Nieoszacowana wiejska natura, piszczącym swym głosikiem drżącym ze wzruszenia zawołał Justyn, oni jeszcze jedni w Kaliskiem pradziadowskich trzymają się tradycyi i sami ani jeść ani trawić nie umieją! O sancta simplicitas! Patrz panie Feliksie i bierz przykład z niego.
Poczém zaraz musiała nastąpić prezentacya.
— Pan Feliks Narębski, mój przyjaciel z Lubelskiego.
— Pan Kazimierz Potrzebiński z Kaliskiego, towarzysz szkolny i najlepszy z ludzi, zawołał Justyn,
Nowo poznajomieni pocałowali się wąsami i ścisnęli dłonie z tém poczciwem uczuciem braterskiem, które bodajby się umiało szczerzéj po za szranki dotychczasowe rozciągnąć.
— A! Narębski, moja ciotka Potrzebińska była za Narębskim, czy nie krewnym?
— Nie, — odparł Feliks, posłuszny zwyczajowi przypomnień kolligacyjnych, ale prababka moja była Potrzebińska.
— Tak! córka Jana Kantego, to wiem, a więc jesteśmy nawet trochę krewni.... Chodźmyż razem na śniadanie, ale gdzie?
Feliks z największą trudnością potrafił się ledwie wymówić, wiedział bowiem, że takie śniadanie gościnnego wieśniaka, mogło się łatwo z pomocą Justyna pociągnąć do kolacyi, a żona czekała!! żona czekała!
Musiał to jednak uczynić z jak największą ostrożnością, aby Kaliszanina nie obrazić i na świadectwo wezwał Justyna, modlącym się błagając go wzrokiem, aby potwierdził, że mu się już wprzódy wyrywał.
Tak się jakoś rozstali grzecznie i bez urazy, po nowym pocałunku z obu stron twarzy, a Justyn powiódł pod rękę gościa tłumacząc mu jako śniadania gdzieindziéj prócz Bouquerel’a jeść nie było podobna, pod strachem najokropniejszéj niestrawności, choroby, a kto wie? może nawet nagłéj śmierci.
Nie bez wewnętrznéj obawy jakiejś zbliżył się biedny Narębski do domu — wiedział on co go tam zawsze czekało — wymówki żony poparte milczeniem znaczącém córki, kwasy i widok uciemiężenia jakie znosić musiała Mania; nie bez trwogi więc i coraz smutniejszy wszedł powoli na wschody.
W salonie, swoim obyczajem, siedziały matka z córką, pani Samuela wpatrzona w sufit, znudzona i jak zawsze mocno chora, choć kolory zwodnicze zdrowia miała na twarzy i Elwirka przez okno bacznie okiem uzbrojoném w lornetkę studjująca ulicę i przechodniów. Zaledwie się Feliks ukazał, obie zwróciły się ku niemu.
— A! przecież powracasz! — zawołała żona, — to szczęście — jak pójdziesz do miasta, doczekać się ciebie nie można. Co wy tam robicie? co wy tam robić możecie, mój kochany Feliksie? — ze zwykłą sobie słodyczą wzdychając powtórzyła czuła żona.
— Ale zmiłuj się Samuelko, tyle miałem sprawunków, przytém złapał mię w ulicy Justyn i pół godziny zatrzymał....
— Ale zmiłuj się panie Feliksie, — przerwała niedosłuchawszy do końca pani, — tyle téż zmarnowałeś czasu? Czyż się natręta pozbyć nie można? Dom do téj pory nie urządzony, jestem w śmiertelnym strachu; spuściłam się na ciebie, wszyscy wiedzą kiedyśmy przyjechali, dotąd żadnéj nie oddałam wizyty, bo bym jéj przyjąć nie miała gdzie, a ty to bierzesz tak lekko!
— Proszę cię, nie siadam od rana do wieczora, — rzekł Feliks ocierając pot z czoła, który świadczył o pracy.
— Tak, a jednak skutku nie widać.
— Wie papa — dodała Elwirka odchodząc od okna, — wszak tapicer nie przyszedł znowu, firanek nie przynieśli, stolika nam nie odmienili; w drugim pokoju posadzka nie wyfroterowana, nic ale to nic, a mamę to męczy, i dziś już był taki atak nerwowy....
— Dajże pokój! — ruszając ramionami z rezygnacyą dobrze odegraną odparła żona, co go tam moje biedne zdrowie obchodzi.
— Możeby papa choć posłał?
— Sam byłem dwa razy, aleście panie wczoraj odmieniły projekta i rozdysponowały trzeci raz co innego: muszą przerabiać, to potrzebuje czasu.
— Cóż nam do tego! na to są czeladnicy! na to są pieniądze, — zawołała Samuela, — na to jest miasto? Ale nie mówmy już o tém, proszę nie mówmy o tém, mnie to dziwi, mnie to zabija, mnie to....
Niedokończyła, bo wielki kaszel porwał ją z większéj jeszcze niecierpliwości i córka czyniąc umyślną demonstrancyą, pobiegła do dzwonka. Na głos jego zbiegli się natychmiast ludzie, panny służące, woda, krople, serwety i cały przybór zwyczajny, ale pani Samuela wszystko i wszystkich odepchnęła jedném skinieniem ręki. Była widocznie w najokropniejszym humorze.
— Gdzież ta, ta Mania? — zawołała, — może nie bez myśli pomszczenia się na mężu, który siedział przybity i milczący, gderając na jego ulubioną.
— Mania, pewnie albo gdzie w kościele, albo zaczytana w jakiéj książce! — szepnęła Elwira.
— Zawsze na drugim świecie w marzeniach swoich, ruszając ramionami odezwała się matka, wciąż mowę przerywając kaszlem który był wymówką spadającą na sumienie pana Feliksa, — ale ona domarzy jakiegoś głupstwa pewnie! O! mimo troskliwości mojéj, to nie uchronne. A pan Feliks tak jest słaby dla niéj, tak ją podtrzymuje i broni tego kochanego gagatka, że czując go za sobą, stoi przy swojem i psuje się do reszty.
— Ja! ja! — ruszając ramionami przerwał mąż, — wszakże nie odzywam się ani słowa!
— Tak, w téj chwili, chociaż i milczenie bywa znaczącem, ale zwykle, ale zawsze, my nigdy z Elwirką nie mamy słuszności w twojem przekonaniu, tylko ona.
— Milczę! milczę! — powtórzył mąż ciszéj coraz.
— Wiem, ale przyznaj się co myślisz? — kończyła uparcie Samuela.
Feliks już był do ostatka zniecierpliwiony.
— Przyznaję się, — rzekł wstając, że myślę iż probujecie mojéj cierpliwości, do jakiego téż ona stopnia wytrzymać może! Dajcież mi pokój, ustępuję z placu!
To mówiąc drzwi zatrzasnął i wyszedł. — Był to jego środek ostateczny i gwałtowny, którego używał rzadko tylko w razach krytycznych. Matka i córka spojrzały po sobie znacząco.
— Ależ papa w humorze! — zawołała śmiejąc się Elwirka.
— A moje dziecko! dla mnie to przynajmniéj nie nowina, — rozczulając się nad sobą westchnęła matka, — znasz moje opłakane życie! Twój ojciec — dobry, najzacniejszy człowiek, ale widzisz co ja z nim cierpię. Niech ci to będzie nauką gdy za mąż przyjdzie iść: najlepsi ludzie nie zawsze są najlepszemi mężami.
Elwira na wspomnienie tego, że jéj może przyjść pójść za mąż, okazała wstręt nadzwyczajny do stanu małżeńskiego, ruszyła ramionami, zrobiła minę pogardliwą, mającą być manifestacyą przeciwko całemu rodzajowi męzkiemu i westchnęła nad losem kobiety przeznaczonéj na wiekuiste męczarnie! Obie panie byłyby się rozpłakały nad sobą, nad teraźniejszością j przyszłością, gdyby w téj chwili Elwira nie postrzegła oknem bardzo pięknego ekwipażu i nie krzyknęła nagle:
— Otóż to, takbym jeździć chciała!
Matka choć chora przez współczucie dla córki, wstała z krzesła i pobiegła do okna, i rozprawą nad powozem i końmi skończyła się pod tak złą wróżbą rozpoczęta rozmowa.
Pan Feliks chwilkę postał za drzwiami, ogarnęła go niezwykła jakaś odwaga, któréj na wsi nigdy nie miał, zaczerpnięta z warszawskiego powietrza — poszedł wprost do pokoiku Mani.
Najmując mieszkanie, wcale naturalnie nie myślano nad tém, gdzie sierota się pomieści, dano jéj wychowanie panienki dobrego towarzystwa, bo to nic nie kosztowało, guwernantki podejmowały się go bezpłatnie, — ale obchodzono się z nią jak ze sługą i często prawie zawsze wyznaczano kątek ze sługami.
Nigdy też ona nie skrzywiła się na to, umiała wszędzie się pomieścić i ze wszystkiemi pogodzić. Szczęściem jakiémś teraz, znalazł się pod wschodami osobny kącik dla Mani, w najętym apartamencie. Była to malutka ciupeczka przytykająca do ciemnego przedpokoju, ciasna tak, że nie każde łóżko stanąć w niéj mogło, a więcéj nad tapczanik, stolik i parę krzeseł pomieścić nie było podobna... Jedno jéj okienko na niewesoły wychodziło dziedzińczyk, ale dostarczało tyle światła, ile go było potrzeba, żeby o południu czytać można. Mania, która z niczego zawsze zrobić umiała rzecz wdzięczną i największą pustkę przystroić, nie mając czém nawet przybrała sobie pokoik, tak, że wyglądał schludnie i miło. Łóżeczko zasłane biało, na stoliczku kilka książek, firaneczka na prędce zgrabnie rzucona w okienku, sukienki zawieszone na ścianie, przystrajały izdebkę ubogą, do któréj wszedł Feliks wprost idąc od żony. Mania siedziała przed stoliczkiem i szyła spiesznie falbany oberwane wczoraj od sukni Elwiry. Zobaczywszy pana Feliksa skoczyła ku niemu zarumieniona cała, z dziecięcém uczuciem zawieszając się na szyi.
— A! mój drogi opiekun!
— No! ja! odparł Feliks, całując ją w czoło, ale cóżeś tam znowu zbroiła wczoraj, mój aniołku, dodał siadając na łóżeczku z westchnieniem — zkąd takie złe humory u pań naszych?
— Złe humory?
— A! kwaśne bardzo! zmyły mi głowę, choć doprawdy nie wiem za co?
— O! bo pan tak bardzo na wszystko uważasz! przerwała Mania wesoło, aby go rozchmurzyć — to przejdzie... Możem, doprawdy, a temu trochę winna... Elwira kazała mi sobie co najprędzéj poprawić suknią, a ja rano poszłam do kościoła, i opóźniłam się trochę... A! miała słuszność.
— Dla czegoż tego sama zrobić sobie nie mogła, kiedy jéj tak było pilno?
— Ale ja bo sama prosiłam oto... naparłam się... tak miło mi jéj czémś się przysłużyć, ona tak dobrą jest dla mnie... a tak słabe ma oczy.
Mówiąc to z największym pośpiechem, minkę miała wielce zafrasowaną, skłopotaną, zdawało się że więcéj daleko powiedzieć pragnęła, że jéj coś ciężyło, a zebrać się na wyznanie nie umiała.
Zamilkli oboje. Feliks poruszył ramionami.
— Mój opiekunie drogi! dodała po chwili ośmielając się dzieweczka całując go w rękę, mój ojcze kochany, kiedy mi się tak czasem pozwalasz nazywać, ja się obawiam żeś ty do mnie od nich przyszedł.... i mnie i tobie — nadewszystko tobie mogą to wziąść za złe, a twoja spokojność tak mi jest drogą....
— Niech już sobie biorą jak chcą, odparł Feliks, to mi zupełnie wszystko jedno... nigdy nie potrafię im dogodzić.
Mania smutnie pokręciła główką.
— Ale na cóż się narażać.... i im robić przykrość.
— Cierpię do czasu — rzekł Narębski, — ale każdemu, nawet mnie, w końcu się cierpliwości przebierze.
Mania pocałowała go w rękę.
— Uspokój się, uspokój, rzekła łagodnie, to małe chmurki, które i najjaśniejsze niebo przebiegać muszą.... Naturalnie, tyle jest do zrobienia, pani taka słaba, zmęczona, musi się czasem trochę zniecierpliwić.... Cóż ona temu wina, to jéj zdrowie, wierzcie mi.... a w sercu tak jest dobrą!
Feliks tylko westchnął, bo znał tę dobroć od dawna.
— No! ale kiedyś tak dobry żeś już tu przyszedł, wahając się trochę dodało dziewczę, pozwól że mi drogi opiekunie, dla którego nie mam tajemnic, poprosić ciebię o radę — O radę? jakiéjże to rady potrzebować możesz moje dziecko?
— Jestem bardzo niespokojna. Ale mogęż powiedzieć wszystko? nie weźmiesz mi za złe? Jestem zmuszona cię spytać....
I znowu pocałowała go w rękę.
— Bo do kogóż się udam, i kto mi jak ty potrafi z serca słówko powiedzieć?
— Mów, pytaj, radź się, proszę — w istocie prócz mnie, nie masz nikogo! Westchnął wspomniawszy matkę — proszę cię na Boga, bądź zemną szczerą.
— No, to posłuchajże cierpliwie, niech ci powiem naprzód wszystko jak to było...
— Więc ci się coś przytrafiło? zawołał niespokojny pan Feliks.
— A! miałam awanturę, — z przymuszonym uśmiechem odparło dziewczę żywo, pierwszą w życiu...
Dziś rano, ale nawet bardzo rano, wyszłam według mojego zwyczaju, do kościoła. Przyznaję ci się mój drogi ojcze, dodała spuszczając oczy, że jakoś u Ś-go Krzyża, do którego od nas najbliżéj, nie mogę się dobrze modlić.
Kościół taki ogromny, taki surowy i straszny, nigdzie nic co by mi przemówiło do serca, a ja potrzebuję nawet do modlitwy zaczerpnąć wrażenia od tego co mnie otacza, tak słabą jestem istotą. Z siebie dobyć nie mogąc siły, czerpać ją muszę z ołtarza. Poszłam więc, choć to trochę daléj, do kościoła Wizytek....
Ale zaraz od samego progu domu, postrzegłam kogoś idącego za sobą. Z początku to mnie nie uderzyło, myślałam że przypadkiem w jedną idziemy drogę. Naprzeciw naszego mieszkania jest tu zaraz jakaś traktjernia i bilard, jegomość ten pochylony i trochę garbaty stał w progu jakby na co czekał. Gdy mnie zobaczył wychodzącą z bramy, skoczył nazad do traktjerni wyciągnąwszy kogoś drugiego wyraźnie mu mnie pokazywał... Coś z sobą poszeptali, i ten który wprzód stał w progu, żywo się posunął krok w krok postępując za mną. Widząc go tak ścigającego mnie po tém pokazywaniu, zaczęłam być niespokojna, chciałam wrócić, alem pomyślała potém, że mi się to przywiduje i nieoglądając się, szłam daléj.
— Jak ten człowiek wygląda? — przerwał niespokojnie Feliks.
— Tak, już nie młody, trochę przygarbiony.... twarzy się jego nie przypatrywałam, a ubrany był dość dziwnie.
— Nierozumiem! — zawołał Narębski, — no, ale cóż dalej?
— Ponieważ dość szybko gonił za mną, zwolniłam kroku, sądząc że spieszy i minie mnie, ale przybliżywszy się, ukłonił mi się dość zgrabnie i stanął...
Jam się bardzo zmieszała...
— Za pozwoleniem pani — rzekł, — czy nie mógłbym pomówić z nią chwileczkę?
— Zemną? — zapytałam zdziwiona.
— Tak, z panią.
— Ale ja pana nie znam.
— To nic, ja panią znam lepiéj niż sądzisz. Wszak pani jesteś od dzieciństwa w domu Narębskich?
— Tak jest.
— Wszak jesteś wychowanicą ich, sierotą?
— Tak jest, — powtórzyłam.
— Wieszże pani o twojém urodzeniu? — zapytał znowu.
— Jakto! — przerwał pan Feliks, — zapytał cię temi słowy — coż to jest? co to ma znaczyć? Mówże daléj. Doprawdy jestem ciekawy! Niepojmuję, cóż by to miało znaczyć, miałżeby... ale mów... słucham, powtórz mi co do słowa jak to było.
— Wiem tylko żem sierotą po biednych i ubogich rodzicach... powiedziałam mu.
— Jakież ci dano nazwisko? — rzekł powoli.
— Marya Jordan.
— Marya! Jordan! — powtórzył, rozśmiał się i ruszył ramionami.
Narębski widoczną okazywał niespokojność, kropliwy pot okrywał mu czoło, spoglądał na Manię, nieśmiał jéj już przerywać opowiadania, ale wzrok jego wlepiony w nią wyrażał pomieszanie i ciekawość bojaźliwą.
— Przyznaję ci się kochany ojcze, dodała Mania, że mnie to tak żywo zajęło, iż mimo wstrętu jaki we mnie ten człowiek obudzał, bo twarz miał jakoś dziwnie nie miłą, mimo obawy i niedowierzenia, zatrzymałam się chcąc z nim pomówić obszerniéj. Ty wiesz żem nieznała rodziców, że co dziwniéj, nikt mi nigdy, nawet ty, na usilne o nich pytania, odpowiedzieć nie chciał; nie dziw téź, że tak chciwie pochwyciłam nadzieję dowiedzenia się czegoś o nich.... ja jestem sierotą!
Zamilkła na chwilę, łzy popłynęły jéj z oczów.
— Wiedziałżebyś pan co o moich rodzicach? — zapytałam go niespokojna.
— Może... może..., może wiem coś o nich, odparł powoli... ale dziś tego jeszcze WPannie powiedzieć nie mogę... kto wie, późniéj może, bo spodziewam się, że jeszcze się zobaczymy.
I powtórzył kilkakroć ruszając ramionami:
— Marya Jordan! Marya Jordan!
Potém chciał zaraz odejść, ale zawrócił się raz jeszcze.
— Znałaś, WPanna kogo z krewnych, z familji? masz tam kogo jeszcze?
— Nikogom nieznała i nie mam nikogo na świecie, odpowiedziałam, prócz moich dobroczyńców co mnie przytulili, co wychowali sierotę.... prócz państwa Narębskich.
Na to jakoś dziwnie znowu uśmiechnął się, pokiwał głową i rzekł mi:
— Ale to jednak osobliwsza rzecz! przecież czy po ojcu, czy po matce, ktoś by się zgłosić powinien! A to tak wszyscy wymarli.
— I na tém, — dodała Mania, — rozmowa się nasza skończyła, gdyż zaraz uszedł żywo ledwie mi się skłoniwszy... i obejrzawszy się widziałam jak do téj saméj traktjerni powrócił, z któréj w chwilę potém wyszedł z drugim jakimś mężczyzną. Nie mówiłam o tém dotąd nikomu, mój ojcze, ale przed tobą, mogłażbym mieć tajemnicę? ona by mi ciężyła jak grzech.
— Żeś mi o tém powiedziała, to bardzo dobrze, — odparł zadumany pan Feliks, — ale więcéj o tém nikomu ani słowa, moja Maniu! proszę cię, zakazuję! To być może jakaś miejska intryga, oszukaństwo... w mieście o to nie trudno wcale... ja spodziewam się dośledzić tego. Jeżeliby drugi raz zaczepił cię kto jeszcze, staraj się dobrze mu przypatrzeć, abyś mi go mogła opisać.... wskazać, a nie taj nic przedemną?
— Przed tobą? — przerwało dziewczę składając rączki! — przed tobą! czyżbym ja mogła i potrafiła!
Obawiając się oby zbyt długi pobyt w izdebce Mani nie powiększył złego humoru żony, Feliks pożegnawszy sierotkę, pospieszył wyjść chmurny i niespokojny.
Jenerałowa Palmer zajmowała najęty na rok cały, na Krakowskiém Przedmieściu apartament, w jednym z najpiękniejszych nowo wzniesionych domów, a choć zwykle hołdując powszechnemu zwyczajowi, latem na wieś lub do wód wyjeżdżała, aby nie być w mieście kiedy ludzie wyższego towarzystwa znajdować się w niem niepowinni, dom jéj zawsze stał na przyjęcie i nie odnajmowała go jak drudzy, aby coś na cenie lokalu zaoszczędzić. Była tu jak u siebie na wsi, szeroko i wygodnie rozgospodarowana, a im mniéj jak wiemy, mogła mieć pretensyi do państwa, tém naturalnie staranniéj okazywać pragnęła, że do niego stworzoną została.
Służba, pokoje, przyjęcie, powozy, konie i dwór Jenerałowéj, nieustępowały najwytworniejszym. Ścisła oszczędność i ład przewodniczyły wszędzie, ale nie zaniedbano okazać światu wielkich dostatków i nawyknienia do zbytkownego życia na wielką stopę. Nic się tu nie świeciło dorobkowiczowskim blaskiem, ale każda rzecz była dobrym smakiem i kosztowna choć nie pokaźna. Najsurowsi sędziowie przyzwoitości i tonu oddawali jéj tę sprawiedliwość, że umiała tak dom prowadzić, iż udzielnych książąt przyjmować mogła nie wstając z kanapy, nie pokazując zakłopotania.
W tym roku, nie wiem dla jakich pobudek Jenerałowa nie wybrała się ani do Ems, gdzie czasem bywała, ani do Ostendy, którą jéj doktór doradzał, ale lato chciała spędzić na wsi w Lubelskiem, gdzie gospodarstwo potrzebowało podobno pańskiego oka, a ona i na niém się znała. Tymczasem spotkanie garwolińskie, zwróciło ją z drogi, nazad do stolicy.
Nagły jéj powrót, choć mocno zadziwił służbę, która właśnie zabierała się do przepędzenia wakacyi w słodkiem far niente i świętéj swobodzie, — nie zrobił jednak zamięszania wielkiego, i w parę godzin wszystko znowu gotowém było na przyjęcie dostojnéj pani. Po humorze tylko pozostałych sług doznających nieprzyjemnego zawodu, w chwili gdy się układali do słodkiego spoczynku, poznać było można, iż zdejmowanie pokrowców z mebli i odmykanie szaf hermetycznie zamkniętych, nie bardzo im smakowały. Byli tacy, którzy usiłowali dowieść Jenerałowéj, iż ich powrót jéj uszczęśliwiał, ale gdyby nie spuszczone ostrożnie ich oczy, łatwo z nich można było wyczytać, jak kłamali bezczelnie.
Jak bardzo często się trafia, powrót ten niespodziany do odkryć równie nieoczekiwanych był powodem. Okazało się, że dziewczę pod rozkazami panny Adelajdy zostające, oddając się zbytnio rozkoszom światowym i próżności, nie zawsze we dnie bywało w domu, w nocy sypiało pieszcząc ciałko we własném łóżku garderobianéj, pod jéj pawilonem, a co gorsza ubierało się przed toaletą p. Palmer i używało jéj pudru ryżowego, czego niewątpliwie zostały ślady... że kredencerz zjadał nie sam, ale w dobranem towarzystwie różne przysmaki, o których zmniejszenie obwiniano psy, koty, suszę, wilgoć i rozmaite kataklizmata piwniczne; że wreszcie osoba bardzo miła i bez przesądów, z którą pan Bzurski zostawał w ścisłych stosunkach, pod niebytność jego rozpaczą wiedziona zapewne, pocieszała się sam na sam pędząc godziny tęsknicą tkane z panem Edwardem, prostym lokajczykiem, człowiekiem czarnego wąsa, ale uczuć bardzo lekkich i niewiele wykształconych; co pana Bzurskiego niezmiernie na świat, ludzi i kobiety obruszyło, w pannie Adelajdzie wzbudziło uśmiech zadowolnionéj zemsty. Nie był jednak bez owoców w przyszłości ten powrót pani z Garwolina, gdyż zaledwie uspokojono się po pożegnaniach łzawych — wiele rzeczy w ostrzejsze wzięto karby. Kredencerz został oddalony, klucze pod ściślejszą wzięto kontrolę, a co się tyczy dwóch niewiast oskarżonych, bliższe rozpoznanie sprawy wykryło ich niewinność, którą obfitemi skropiły łzami. Justysia wróciła do łask panny Adelajdy, i piękna brunetka pojednała się z Bzurskim przekonawszy go o wierności swéj tak, że nawet pan Edward odprawiony nie został.
Na drugi czy trzeci dzień zdawało się jakby pani Palmer tylko na krótką wyjechała przejażdżkę, z któréj wróciwszy dawny tryb życia rozpoczęła na nowo, udając się naprzód na nabożeństwo do świętego Krzyża, gdzie od ósméj do dwunastéj przesiedziała, budując wiernych swą gorliwością religijną. W mieście nawet z powodu tego zniknienia jéj i powrotu zjedzono kilka śniadań wygranych w zakłady, czém przyłożyła się mimowolnie do wzrostu bogactwa krajowego, jak dowodził znakomity jeden ekonomista.
Wszyscy bowiem byli najpewniejsi, że Jenerałowa odjechała na wieś na kilka miesięcy, ktoś ją nawet z ekwipażami i tłumokami spotkał na pragskim moście i pan Justyn Gała uroczyście o zamknięciu jéj domu w mieście objawił, gdy nagle ujrzano karetę jej i konie w godzinie zwykłéj stojące przed świętym Krzyżem... Rozumie się, że wypadek tak ważny i tak niespodziany, do wielkich komentarzów, gawęd i sprzeczek dał dowód. Wpadano na różne domysły, i byli tacy, którzy z tego wnosząc, prorokowali blizką i krwawą wojnę dowodząc, że Jenerałowa lepiéj od innych będąc uwiadomioną, zmieniła projekt nie bez ważnego powodu i postanowiła pozostać w Warszawie dla grożących chmur na horyzoncie politycznym.
Jak się to jednak stało, że postanowiła nie wyjeżdżać nigdzie, my spełna objaśnić nie potrafimy. To pewna, że pierwszych dni po powrocie z Garwolina była jeszcze mowa chwilami i o Ems i o Ostendzie, że późniéj tylko o kąpielach morskich w dalekiéj przyszłości ewentualnie coś poszeptywano, że w końcu zawieszone zostały projekta wszelkie i więcéj myśleć zaczęto o urządzaniu się w mieście. Jenerałowa zamilkła, zasiadła, rozpakowała się zupełnie i zdawała przyjmować z rezygnacyą jakąś konieczność spędzenia lata i jesieni w Warszawie, nie ruszając się z miejsca, co tém bardziéj dziwić musiało, że ją nawet kompromitowało w oczach świata. Osobie lepszego tonu, pytam jak zostać, kiedy wszyscy, u których bywa, z którymi żyje, wyjeżdżają? Oceńmy przynajmniéj ofiarę, a mierząc nią powody, dojdziemy do wniosku, że ważnemi być musiały.
Nie wiem jak do tak ważnych przyszło postanowień, ale panna Adelaida opowiadała o swéj pani, że od powrotu z tego niepojętemi skutkami brzemiennego noclegu garwolińskiego, poznać jéj nie mogła, i jakąś dziwną upatrywała w niéj zmianę. Wedle słów jéj p. Palmer w osobliwszym stanie umysłu i serca znajdować się miała.
Zwykle spokojna i pani siebie, teraz w ciągłych rozmysłach i jakimś niepokoju, którego nawet modlitwa uśmierzyć nie mogła, spędzała dnie i noce jakby czemś żywo zajęta a nieumiejąca stanowczo sobie poradzić. Kilka razy wydawała rozkazy najprzeciwniejsze do podróży za granicę i pozostania w Warszawie, panna Adelaida schodziła ją płaczącą, z załamanemi rękami, kroczącą po salonach i dowiadującą się o ludzi i rzeczy, które ją wprzódy wcale nie zajmowały.
Utrzymywała nawet (zawsze jeszcze panna Adelaida, która była niesłychanie dyskretną, ale dla przyjaciołek od serca, nie mogła mieć sekretów), że parę razy Jenerałowa zerwała się przez sen z rękami do góry podniesionemi wołając z płaczem:
— Dziecię moje! moje dziecko!
Ale że Jenerałowa dzieci urzędowych nie miała, pokojówka domyślała się, iż wybuch ten stosował się do ubogich, których była gorliwą opiekunką, i dziećmi ich swemi przywykła niekiedy nazywać. Z resztą była to osoba, nawet w największych boleściach serca i strapieniach ducha, nie zdolna znijść z drogi przyzwoitości i obyczajów przyjętych w dobrém towarzystwie, i jakkolwiek może cierpiała, nie odmieniła ani na włos życia, które wiodła od lat kilku. Nabożeństwo, opieka nad zakładami, które osoby jéj stanowiska w świecie protegowały, trochę wizyt i obowiązków światowych, zajmowały ją jak przed tém, przerwane nawet niedzielne herbaty na nowo oznajmione zostały dla współpracownic w dziełach miłosierdzia i do jednego koła należących osób.
Na takiéj stopie były rzeczy w tym domu, którego otwarcie na nowo w téj porze, było dla stolicy wypadkiem niezmiernie szczęśliwym, gdy dnia jednego wagnerka świeżo lakierowana, zatrzymała się przed domem Jenerałowéj i Bzurski, który w sieniach z przekradanem cygarem pędził godziny miłemi rozmyślaniami zaprzątnione, ujrzał z niéj wysiadającego mężczyznę, którego zrazu poznać nie mógł.
Wziął go za rodzonego młodszego brata włóczęgi garwolińskiego, ale przeistoczenie z obdartusa zabrukanego na przyzwoitego człowieka, było tak nagłe, dziwne i niepojęte, że nie sam Bzurski na widok jego osłupiał.
Patrzał jeszcze z niejaką trwogą na tę postać, gdy pan Fryderyk Pluta, on to był bowiem, odezwał się do niego uśmiechając, aby go pani zaanonsował.
Zmięszał się kamerdyner, gdyż i on i panna Adelaida puszczając się w domysły, zjawieniu się tego jegomości przypisywali stan w jakim pani od niejakiego czasu zostawała, ale przypomniawszy garwolińskie posłuchanie, wyszedł zaraz do Jenerałowéj, zwiastując jéj po cichu to niespodziane zjawisko.
Po głosie przekonał się, że dwaj bracia rodzeni, byli jedną i tąż samą osobą, pierwszy tylko po podróżnemu, drugi po miejsku i jakkolwiek metamorfoza zdziwiła Bzurskiego, powątpiewać nie mógł o tożsamości.
Zwykle marmurową nieprzebitą maską okryta twarz pani Palmer, na ten raz oblała się dawno na niéj niewidzianym rumieńcem, ale to była purpura gniewu, oburzenia, przestrachu i zniecierpliwienia, niż skutek innego jakiego uczucia.
Bzurski, niewielki ludzi znawca, poznał się nawet na tém.
— Czegóż jeszcze może chcieć odemnie? zawołała jakby mimowolnie Jenerałowa, — to go prosić? — prosić! — dodała — przecie raz skończyć to potrzeba!
I dumna, gniewna, zasiadła w najobszerniejszym z salonów na kanapie, rachując może na to iż przepych ją otaczający, atmosfera państwa i przyzwoitości, natręta może onieśmieli, uprzytomni. Ale to była rachuba niestety! mylna i płonna, bo Plutę nic dotąd w świecie zbić z tonu nie mogło, ze straszniejszemi spotykał się nieraz wojskami.... wszedł też, wprowadzony grzecznie, ze swobodą człowieka przyzwyczajonego do woskowanych posadzek i ścian marmoryzowanych. Natomiast Jenerałowa spodziewająca się ujrzeć obdartego opoja, zmięszała się postrzegając przed sobą prawie eleganta, którego Ess Bouquet otaczał wonną atmosferą. Fryderyk skłoniwszy się bardzo ceremonialnie, zajął zaraz miejsce w krześle z poufałością przyjaciela domu, który nie czeka, aby go proszono siedzieć i wybiera sam najbliższy gospodyni fotel.
Pani Palmer patrzała nań tak w czasie tych pierwszych obrzędów, pół gniewnemi, na pół zadziwionemi oczyma, że Fryderyk, który myśli jéj łatwo się mógł dorozumiewać, uśmiechnął się odgadując uczucie jakie budził.
— Widzę, że pani zdumiewasz się nad metamorfozą jakiéj liszka garwolińska uległa w Warszawie; jest to jedna z tych tysiąca przemian, na którą nie potrzeba zwracać uwagi, choć się nam co chwila przed oczy nawijają. Alboż mniejsza ta, któréj uległaś pani z Julki, stając się w aksamity oprawną Jenerałową?
— Panie Pluta, — stłumionym od gniewu duszącego ją głosem, przerwała gospodyni, — proszę mi jak najprościéj powód swéj bytności wytłumaczyć i wstrzymać się od wszelkich podobnych przypomnień...
— Za pozwoleniem, — odparł zimno i powoli Kapitan, jakby się nasycał przysmaczkiem, — powód bytności, która zbyt prędko nastąpiła po pierwszem naszem widzeniu się, zaraz się tu wyjaśni... Co się tyczy postrzeżeń, — godziż się krępować do tyla swobodę, wszystkim nam drogą, aby i myśleć i wspomnieć zakazać?
— Pan zapominasz się pan — i słów zabrakło p. Palmer, któréj ruchy dowodziły tylko jaki nią miotał niepokój.
— Prawa kobiety, — dodała po chwili, — kapitan milczał wyczekując, ale znowu zabrakło jéj wyrazów.
— Prawa kobiety? — powtórzył uśmiechając się, — owszem! owszem! znam to dobrze, że kobiety mają prawo robić bezkarnie co im się podoba, dla tego, iż powiadają, że są słabsze. Jestto powszechnie uznany aksiomat, że zepsutym dzieciom wolno ciągnąć za nosy, a słabym niewiastom i za nosy i za włosy nawet nie wywołując oporu. Ale ja nie myślę praw uświęconych uznaniem całéj ludzkości łamać zuchwale, ani nadwerężać tak szanownych aksiomatów. Powoli! idźmy do rzeczy! Pani uprzedzasz się mojéj względem siebie życzliwości! uznasz to gdy jéj dowiodę, że nietylko dla niéj, ale dla wszystkich członków najdalszéj rodziny, pani Jenerałowéj Dobrodziejki, serce mam przejęte najżywszą czułością.
Jenerałowa wzdrygnęła się, on cedził daléj powoli.
— Przypadek, dziwny zbieg okoliczności, który pani ze swym religijnym poglądem na sprawy ludzkie, nazwiesz zapewne zrządzeniem Opatrzności, — czemu ja się nie sprzeciwiam, — nadarzył mi zręczność poznania osoby bardzo z blizka nierozerwanym węzłem krwi z panią połączonéj.
Tu się zatrzymał widząc jak p. Palmer płonie przelękła i dodał po chwilce milczenia.
— Osoby skutkiem nieszczęść i prześladowania losu, zostającéj dziś w dość smutném położeniu.
Znowu pauza, powiększająca grozę, a kapitan nasycał się skutkami złowrogiego milczenia.
— Chcę tu mówić, tym czasem, o znanym jéj bracie rodzonym p. Mateuszu Kirkuciu, a dodaję tym czasem, gdyż zawsze jedném wiedziony uczuciem, nie rozpaczam, bym i innych członków rodziny, która panią tak niegodziwie opuściła i jéj się zaparła, nie wynalazł i w koło niéj nie zgromadził....
Uczucia, które się odmalowały na licu kobiety, nie potrafimy opisać; usta jéj zacięły się, oko błysnęło, ale utrzymało milczenie i wyprostowawszy się nagle, jakby panowanie nad sobą objęła na nowo, słuchała chłodniéj.
Pluta tak daléj mówił
— Brata pani, Kaspra, niemiałem dotąd przyjemności poznać i uścisnąć pracowitej jego dłoni, która tylko w niedzielę i dni świąteczne bywa dostatecznie do uścisku, mydłem umytą — ale pana Mateusza znam i kocham już serdecznie. Poczciwe to człowieczysko, rady sobie dać na świecie nie może, tłucze się, bije, pracuje w pocie czoła i sumienia częstokroć, a ledwo mu starczy na czerwoną chustkę i obrzydliwie niebieską kamizelkę. Juścić komu jeśli nie pani wypadałoby zająć się jego losem?
Jenerałowa nagle porwała się z kanapy i wyprostowała.
— Na Boga! powiedz mi pan, powiedz co zrobiłam abyś mnie tak nieludzko, nielitościwie, tak barbarzyńsko prześladował?
— Ja? prześladował? panią! A godziż się tak nazwać czysto chrześciańskie postępowanie i gorącą żądzę połączenia rodziny, którą losy rozszarpały? zjednoczenia serc i dłoni.... Wszakże daję dowód przyjaźni wyszukując pani rodzonych jéj braci? Jestli to prześladowanie! Lepiejżeby było, aby ten nieszczęśliwy, którego lekkość charakteru i kieszeni przywieść może do ostateczności, nie mając środków do utrzymania życia, zaczął chodzić od drzwi do drzwi za jałmużną, rekomendując się jako brat pani Jenerałowéj Palmer?
— Pan nie wiesz ilem dla niego uczyniła?
— W istocie, mało bardzo znam historją tajemną p. Mateusza, ale wiem że serce pani to złote serce tak oddane Bogu, tak wylane dla ludzi, im więcéj czyni, tem mocniéj pragnie. Zgodzisz się pani na to, że rodzonemu bratu jak lada żebrakowi mierzyć i ważyć grosza i rumfordzkiéj zupy jakoś nie wypada! Jestem pewny że gdyby miał stale sobie wyznaczony fundusz?..
Jenerałowa targnęła na sobie aksamitną mantyllę tak, że część czarnych jéj koronek oderwana smutnie obwisła. Pluta to postrzegł zaraz, wskazał palcem i szepnął.
— Pani! cóż winne koronki? mnie należałoby poszarpać! Ale mam nadzieję, że czystość mych chęci i prawość zamiarów uznawszy, przebaczysz, będziesz mi nawet wdzięczną, a tymczasen szkoda koronek...
— Mościpanie, dosyć już tych żartów, — przerwała p. Palmer, — chcesz Wpan nadużyć téj siły, którą przypadek dał ci w ręce, ale ja pastwą ludzi na mnie spikniętych nie chcę być i nie będę...
— Zawsze, słodziutko i z westchnieniem dodał Kapitan, — zawsze ten sam błąd w pojmowaniu naszych stanowisk, ten sam pogląd mylny na uczucia, które mnie ożywiają... widzisz pani nieprzyjaciela w człowieku przejętym dla niéj czcią i uszanowaniem.
— Panie Pluta!
— Milczę i słucham...
— Ja ucieknę, ja wyjadę, ja się oddalę.
— A ja ścigać ją będę ze łzami, gonić z tęsknotą.
To mówiąc ręce położył na piersi, przymknął oczy i umilkł w extatycznéj postawie zrozpaczonego kochanka.
— Zresztą, wołała, przerywanym głosem kobieta, na taką napaść znajdą się przecie środki, jest obrona prawa, policja, opieka, władza.
— Pani! Pani! — rzekł Pluta, — jakże mnie to boli, że tak zapoznajesz człowieka wylanego dla ciebie.... Uciekając się do podobnych środków ostatecznych, musiałabyś narazić się na potworne sądy często uprzedzonych ludzi. Ja znam rodzinę tę i nikomu tylko jéj przypisuję rozdział, rozłąkę niemoralną, odosobnienie pani; ale ludzie gotowiby ją przypisać komu innemu a świat tak jest do potępienia skory! Na cóż się to narażać? Do czego te gniewy i groźby, ochłońmy, mówmy po przyjacielsku, poufnie, cichutko, jak na starych a dobrych przystało znajomych; na wszystko jest jakaś rada — nie potrzeba uciekać i wyjeżdżać! trzeba zapobiedz fałszywym wykładom. Zresztą gdybyś pani téj chwili pierwszego wzruszenia uległszy oddaliła się, ja wiem, że powrócisz, stolica nasza bez niéj, pani bez stolicy, obejść się nie możesz, ja poczekam i pan Mateusz poczeka. Chętnie podzielę z nim mój chleb i wódkę.
— Więc czego chcesz odemnie nielitościwy człowieku? — zawołała Jenerałowa znowu tracąc przytomność, — mów Wpan! ile, jak, dam ostatek byleście zeszli mi z oczów!
— Nigdy! — odparł Pluta, — co z oczów to z myśli i serca, a my, ja i pan Mateusz w jéj sercu życzemy sobie pozostać! Mielibyśmy tak przykre czynić na niéj wrażenie? doprawdy?....
Łza pokazała się w zaognionem oku kobiety, kapitan zaciął usta i wstał drżący, głos jego mowy się zmienił.
— Tak jest, — rzekł, — chciałabyś uciec, pozbyć się nas, pojmuję to, ale dziś dla mnie jedno pozostało tylko.... słodka zemsta szyderstwa.... téj sobie odmówić nie mogę. Widzisz we mnie zepsutego do głębi człowieka; jestem nim w istocie, ale rozpacz przyczyniła się do zrobienia mnie takim jakim jestem; raz w życiu kochałem szczerze, głęboko, wierzyłem mocno i tyś mi odebrała wiarę, miłość, wszystko; muszę żyć choćby to gorzką zemstą. Myślisz że upadły i zwalany nie mam serca ni pamięci, że się bawię okrutnie, że się pastwię na zimno! O nie! mnie smakuje zemsta, bo serce jeszcze oburza się na zdradę i pragnęłoby uwierzyć choć w trochę cnoty, choć w odrobinę uczucia! Chcę w tobie wywołać nie taką łzę gniewu, ale żalu i wspomnienia.... Chcę....
Tu umilkł, powiódł ręką po czole.
— Chcę niepodobieństwa, to prawda, — rzekł zimniéj, — więc dajmy pokój! do rzeczy do rzeczy! Co zrobiemy z bratem pani, przecież coś z nim uczynić należy?
Palmerowa złożyła ręce, spuściła głowę i znowu usiłując się opanować, słuchała milcząca, bezbronna, ale tężejąc w posąg bez czucia i myśli, co Fryderyk mówił na przemiany gorąco, szydersko, chłodno.
— Przyszedłem w interesie Mateusza, a podjąłem się go, aby sprobować czy jeszcze tleje choć iskra na starem popielisku....
Zimno, więc zimno rachujmy, ja odstąpię. Wchodźmy w traktaty i dyplomatyczne układy. Ja stawię ultimatum, oparte na dzisiejszem statuo quo.... ale nie wyrzekam się prawa zakołatania jeszcze i jeszcze do tego stwardniałego serduszka. Jeżeli późniéj zmuszą okoliczności do rewizyi naszego tymczasowego przymierza, lub złamie je przeważna siła.... tem lepiéj.... Dziś potrzeba mi czegoś dla Mateusza.... nieodstąpię, lub wezmę go pod rękę i będę prezentował w mieście nieszczęśliwego brata Jenerałowéj.
Widząc że żadnéj nieodbiera odpowiedzi, Pluta po małym przestanku na nowo mówić zaczął.
— Temu poczciwemu Kirkuciowi, dużo razem do rąk dać niemożna, bo serce ma zbyt słabe względem niewiasty w ogóle, względem kawiarek w szczególności, a trunek nie jest mu także obojętny w chwilach rozpaczy miłosnéj, które go często spotykać muszą... cożbyś mu też pani miesięcznie lub tygodniowo wyznaczyć raczyła? Naprzykład zróbmy sobie propozycje w drodze dobrowolnych układów.
Jenerałowa nic nie odpowiadała.
Pluta zdjął powoli rękawiczki, postawił kapelusz, rozsiadł się wygodniéj w fotelu, spojrzał na sufit i począł się bawić, składając palce na krzyż, to obracając je w kółko, od lewéj do prawéj strony i od prawéj ku lewéj.. Jestto rozrywka w chwilach oczekiwania lub nudy dość miła, ale wymaga pewnéj wprawy.... Milczeli oboje, nareszcie Jenerałowa wstrzęsła się i pierwsza zawołała:
— Proszę pana, dyktuj mi warunki... mów, żądaj, przystaję na wszystko, ale nie trzymaj mnie na torturach... ulituj się nade mną.
— Jéj własnemi słowy przemówię także... zlituj się pani nad człowiekiem który przyszedł ją prosić choć o łzę żalu... choć o odrobinkę serca. P. Mateusz poczeka...
Wyrazy te przeciwny całkiem zrobiły skutek, pani Palmer ostygła, zamknęła się zdumiała; Pluta począł się śmiać szydersko.
— Dziwniem głupi na starość, rzekł do siebie. Wróćmy do pana Mateusza... Stojemy w téj chwili razem z nim i serdeczna łączy nas już przyjaźń... ja sam za niego nie chcę tu działać ostatecznie... zresztą nie miło by mi było skończyć na jednem widzeniu się z panią i do drugiego niemieć przyzwoitego pretextu... więc... namyślim się, naradzim... pomówiemy i służyć jéj nieomieszkamy.„
Na dziś ma dosyć rzekł w duchu kapitan. I widząc, że odpowiedzi się nie doczeka a na rozmowę nie wyciągnie, Pluta postał chwilę, rozpatrzył się po salonie i od ust pocałunek przesyłając z przesadnie grzecznym układem, dodał:
— Do widzenia, kochana Julko!
Jenerałowa nie dała znaku życia, Fryderyk po cichu wyniósł się i drzwi ostrożnie zamknął za sobą.
W humorze, który mógł za bardzo dobry uchodzić, choć w głębi jego była gorycz żółciowa, Pluta udał się wprost do mieszkania swojego w Saskim Hotelu, nie liczę tego bowiem, że dwa razy po drodze na wódkę wstępował.
Użyta jako medykament przeciwko robakowi wewnętrznemu wódka podziałała dzielnie i rozjaśniła mu czoło, a humorowi dodała sprężystości na chwilę straconéj. Z piosenką na ustach wszedł do pokojów które zajmował.
Hotel Saski za pocztą, w wązkim przesmyku ulicy, która się nie odznacza elegancją, i nie zbyt powabnym położony kątku, jak to wszystkim wiadomo, którzy badali fizjognomją naszéj stolicy — mieści w sobie wielką ilość pomieszkań różnéj ceny i wygody, które kryją też w sobie najrozmaitszych gości i najdziwniejsze często, tajemnicze i zagadkowe postacie płci obojga.
W głębi dziedzińca, na górze, kapitan Pluta obrał był sobie schronienie, w którem, że niepotrzebował wiele światła, ani do zbytku świeżego powietrza, znajdował że mu było wcale dobrze.
Ograniczył by się był może parą pokojami z przedpokojem gdyby nie towarzysz Kirkuć, którego musiał trzymać przy sobie, a chwalić się z nim i mieć go nieustannie na karku, nie było podobna.
Kirkuć nie był wcale wygodnym, a często kompromitującym w najwyższym stopniu.
Pluta wprawdzie ile razy go los dotknął i obszarpał, sam się opuszczał i wyglądał jak ostatni odartus uliczny, ale zaledwie poczuł grosz w kieszeni, zaraz na przyzwoitego wychodził człowieka i wolał nim być, niż żyć w brudzie i zaniedbaniu... kilka już tak razy w życiu, z tego diogenesowego, jak je nazywał rzemiosła, przechodził na dandysa ale zawsze go potem los nielitościwie strącał w otchłanie. Teraz właśnie nastąpiła znowu metamorfoza i kapitan usiłował lepsze swe stosunki porwane trochę na nowo zawiązać, a obawiał się by Kirkuć swoją powierzchownością cienia nań nie rzucił. Ale z Kirkuciem nie łatwo sobie było dać rady... ani go odziać, ani chodzić i mówić nauczyć, ani od tysiąca, zdradzających stary obyczaj życia nałogów, odprowadzić.
Pluta wszakże nie był pospolitym nauczycielem i nawet z takim uczniem, jako tako sobie dał radę. Naprzód sam sporządził mu garderobę, z zakazem aby od pąsowych chustek i szafirowych kamizelek, a zielonych kraciastych spodni wstrzymywał się całkowicie: powtóre wiedząc jaką gęba jest zdrajczynią, przy ludziach mówić mu zakazał inaczéj jak mruczeniem i kiwaniem głowy, przez tak lub nie co najwięcéj. Pozwolono mu też było uśmiechać się znacząco, w wielkich wyjątkowych wypadkach.
Kirkuć, który biedy zażył i rad był trochę odpocząć, poddał się całkowicie kapitanowi; a była to natura tego rodzaju, że koniecznie kierunku potrzebowała i chętnie zapisywała się w sługi.
Wieczorkami, gdy kapitan potrafił do siebie ściągnąć dawnych znajomych, młodzież lubiącą rozrywkę, szlachtę przybyłą z prowincji lub namiętnych graczów, Kirkuć wychodził z kąta i dla zabawy czasem banczek pociągnął.
Tu on królował i był nieopłacony... a zalety jego w tym zawodzie kapitan ocenić umiał i przed zręcznością, któréj jednak użyć niedawał — chętnie skłaniał głowę. Niekiedy tylko dla dania skutecznéj nauki moralnéj śmiałkom i zarozumialcom, trafiło się, że tam coś maleńkiego poszachrowano... ale to było pół żartem i bardzo rzadko na trzeźwo.
Żyli więc z sobą ci dwaj panowie w zgodzie i pokoju, a nawet w dostatkach, bo im z miejscowéj traktjerni dwuzłotowe obiady o pięciu potrawach, z tyląż zawiesistemi sosami dawano jeszcze na kredyt... i choć Pluta na jadło nosa krzywił, bo gębę miał popsutą, pamięć o jutrze zmuszała go woleć najtwardszą sztukę mięsa bezpłatną, niż najlepszy befsztyk za gotówkę.
Dla Kirkucia owe obiady były postępem, pachniały mu zdaleka, dla kapitana upadkiem i wyczekiwaniem.
Marzył on ciągle o najęciu mieszkania i wystąpieniu znów w sfery, któremi więcéj i szerszym strumieniem, przepływało pieniędzy; ale powstrzymywał się obmyślając środki dojścia do swojego celu. Niefortunnych pokuszeń kilka, czyniły go bardzo ostrożnym.
Jakich miał użyć sposobów do podźwignienia się, było tajemnicą niezbadaną; to pewna że na zapas, gdyby los niedopisał, wiedząc jak różnemi drogami chodzi fortuna, trzymał i los na loterją.
Wróciwszy tego dnia od Pułkownikowéj, zastał Fryderyk swojego towarzysza w progu zajętego już rozmową ze służącą traktjerni, żywą brunetką, któréj Kirkuć naprędce ofiarował serce, rękę i kolczyki tombakowe, byleby mu wiekuiste, niezłomne przywiązanie poprzysiądz chciała.
Czułą tę parę rozpędziwszy Fryderyk, wszedł do pokoju, za połę z sobą ciągnąc Kirkucia.
— W Pan siebie i mnie kompromitujesz, zawołał Pluta — jakże można w korytarzu w dzień biały, — zacząć się umizgać do Karolinki takiéj, którą na dzień przynajmniéj trzydziestu lokajów ściska i całuje... Kirkuć drażliwy gdy się kochać poczynał, zawołał oburzony:
— To fałsz jako żywo! to jest osoba uczciwa, najlepszego wychowania... mówi nawet trochę po francuzku... którą tylko nieszczęścia strąciły...
Rodzice jéj byli obywatelami ziemskiemi i miałaby była półmiljona posagu, gdyby ojciec nie umarł wprzód nim jakiś tam krewny...
Pluta ruszył ramionami.
— No! daj pokój! historja znajoma.. to niezawodnie przebrana królewna lub arcyksiężniczka najmniéj, ale mimo to wdawać ci się z nią nie życzę... a przynajmniéj, zrób mi tę łaskę, romansuj gdzie w kącie o szaréj godzinie. Siadasz zemną do stołu, uchodzisz za mojego przyjaciela, bądźże tak dobry nie kompromituj mnie sobą...
Kirkuć zamilkł, ale głęboko westchnął, dał uczuć Plucie że ranił jego serce, wyrażając się w ten sposób.
— No powiem ci, że byłem u twojéj siostry, dodał po chwili, zdaje mi się że dla ciebie żądane subsidium wytargujemy... zjawi się tu ktoś pewnie z propozycyami... Jeśliby przyszło do podpisywania czego i układów, bądźże WPan ostrożny, to reguła ogólna; — brać gdy daje, potrzeba zawsze, ale podpisywać się, to nigdy.
A bezemnie WPan nieczyń nic, bo zrobisz głupstwo.
— No to ja wiem i sam, odparł Kirkuć.
— Jeżeli się co zrobi z Jenerałową, będziesz WPan miał kawałek chleba zapewniony, spodziewam się jednak że mnie nie opuścisz, bo ci opieka potrzebna i pierwsza Karolinka z brzegu kieszeń ci do dna wysuszy, jeśli sam zostawiony będziesz instynktom własnym.
— No to chwała Bogu sumienie ją ruszyło — rozśmiał się p. Mateusz, boć to niesłychana rzecz, żeby siostra rodzona miała milijony a brat nic? gdzież sprawiedliwość? przecie ja wiem że i prawo mówi do równego działu.
— No jużto prawem jak widzę, rzekł Fryderyk, nie wiele byś wskórał, jeśli go tyle znasz co słyszę.... daj pokój.... ale jest sprzyjająca ci reguła ogólna, że ludzie za wszystko opłacać się powinni, nic darmo!... kieszenią, sumieniem, czołem, grzbietem, spokojem, a tak zawsze płacić trzeba... Niech pani Jenerałowa płaci.
— Niech płaci! powtórzył Kirkuć, bo tak każe sprawiedliwość... ale ja bym wolał do równego działu.
Pluta zaczął się śmiać do rozpuku.
Il n’est pan degouté! zawołał nalewając sobie wódki... o tem potem, wracam do rozporządzenia groszem który dostaniesz. Przyjacielu! jeszcze raz ci powtarzam nieusuwaj się z pod opieki mojéj, chcesz li być cały... przestrzegam! Zasmakuje ci swoboda ale pamiętaj że stracisz co ci los da we dwa dni i znowu głodem mrzeć będziesz. Królewnę i księżniczki posługujące po kawiarniach wydrą ci ostatnią złotówkę. Zemną jesteś przynajmniéj bezpieczny od słoty i głodu...
Kirkuć pokiwał głową; ale znać było że mu ta kuratela w smak nie szła.
— No tak! rzekł, ale mnie kapitanie bardzo męczyć nie będziesz, bo znowu...
— Czy jestże na świecie więcéj pobłażający guwerner nade mnie? spytał Pluta.
— No! no! ale zaraz krzyczysz!
— Wszystko co robię, dla twojego własnego dobra i spokoju.
— Naprzód, rzekł Kirkuć, któremu się zebrało na żale — czemuż mi nawet odziać się niepozwalasz do mojego gustu?
— Dziecko jesteś, odparł Pluta, muszę ci to wyłożyć zrozumiale. Widzisz, odzienie jest to taka rzecz co jak tytuł książki naprzód każdemu w oczy wpada. Naprzykład kiedyśmy byli w Garwolinie, gdzie tego tytułu nikt czytać nie myślał, ja ci nic nie mówiłem za chustkę czerwoną... ale tu gdzie wszyscy jesteśmy jak dzieła na pólkach księgarza i nieustannie ktoś na nas patrzy, musimy sobie na grzbiecie wydrukować żeśmy ludzie porządni. Widzisz, że ja sam zmetamorfozowałem się też zupełnie, i jeślim ci kraciastą odzież i chustkę skonfiskował, powtarzam to dla twojego własnego dobra. Mogli by cię wziąść za to czem jesteś w istocie, a ja tego nie chcę.
— No! no! jak kapitan zaczniesz, to ja nie przegadam... rzekł Kirkuć desperacko ręką machając — ale dlaczego wy mi zawsze milczeć każecie kiedy by się czasem coś powiedziało?
— I to dla twojego dobra, bo przyznaj uderzywszy się w piersi, że często od rzeczy pleciesz, a tego nie rozumiesz, że byleby człowiek chciał, i najgłupszy za wielką głowę uchodzić może. Milczenie mój kochany Mateuszu, jest wielką tajemnicą, a słowo największym zdrajcą... Zważ tylko że kiedy milczysz, każdy co cię słucha, domyśla się niezmiernie pięknych rzeczy w twojéj głowie a byleś gębę otworzył, zaraz spostrzeże że tam ich niema... Powiedzże mi tak szczerze czy nie lepiéj głową kiwać?
Kirkuć ruszył ramionami.
— Przecież ja tak głupi nie jestem, rzekł z cicha.
— Wszystko jest, widzisz, względne, odparł kapitan któremu się na gawędę zebrało.. możesz w pewnem towarzystwie używać słowa tak jak w Garwolinie chustki czerwonéj, ale są miejscowości w których milczeć wypada. Nie jesteś jeszcze tak głupi abyś nigdzie nie mógł gadać, ale w Warszawie puścić ci się... to trudno...
— No! no! toż milczę, rzekł Kirkuć.
— I bardzo dobrze robisz.
— No tak... no tak, przerwał pierwszy, albo i to.. niepodoba mi się że mnie już tak na pasku wodzicie i sercu nawet nie dajecie dogodzić, a ja się kochać lubię..
— Są ludzie co lubią ostrygi, a są co lubią kochanie, odparł Pluta, ja ci tego nie bronię, są różne gusta, może ci to na piersi pomaga, albo na wątrobę... kochaj się zdrów... Znałem takich co lubili cebulę i dobrze im z tém było, ale zamykali się na zamek, aby ich to nie kompromitowało. Umizgaj się sobie jeżeli ci to służy, ale w biały dzień na korytarzu kochanie, to już rzecz lokajska, kochany Kirkuć.
Nie jestem tak srogim moralistą, abym nie wchodził w potrzeby i ułomności natury ludzkiéj.
Kirkuć głową pokiwał, ale posmutniał dużo.
— Widzisz WPan... rzekł, uprzedzasz się względem panny Karoliny...
— Bynajmniéj... zawołał kapitan...
— To jest osoba tylko nieszczęśliwa... zdaje się że mówiłem ci iż była na pensyji i mówi po francuzku.
— Wiesz że znalem stróża który w piecu palił i mówił po angielsku... expedite, to nic nie dowodzi, przerwał kapitan... panna Karolina jest zapewne bardzo przyzwoitą osobą ale nieprzyzwoitą jest rzeczą kochać się w niéj na korytarzu...
— Ale dajże bo mi pokój...
— Wiesz co, chcesz być swobodnym? przerwał nagle kapitan.
— I owszem...
— Możesz nim być... jedź dla odetchnienia na wieś na czas jakiś, to ci posłuży.
— Ja? na wieś! spytał Kirkuć — ja?
— Znalazł bym missją dla ciebie...
— Ale cóż znowu missja?
— Nie bierz dosłownie tylko, wysłałbym cię w interesie...
— Koniecznie?
— Nie, jeśli zechcesz... kwestja jest tylko czy ty dla interesu a interes dla ciebie przystał? Potrzeba by użyć wszelkich środków, aby się przekonać, czy w istocie sierota Jordanówna wychowana w domu Narębskich, jest Jordanówną czy Jenerałówną a następnie siostrzenica pana dobrodzieja. Rzecz starannie ukrytą, należałoby odgrzebać.
— E! na to potrzeba głowy! rzekł Kirkuć.
Kapitan się rozśmiał.
— No, a ty się nie czujesz...
— Nie! nie! zawołał Mateusz... to trzeba i tego i owego... nie!
— A jednak rzecz jest nie równie ważna.. możnaby na drogę moralności kilka osób naprowadzić, dodał Pluta... pojechałbym sam gdybym miał czas.
— Jedź sam... otóż to! dodał Kirkuć.
— A WPan tu zostaniesz także sam, i figle sobie będziesz płatał?
Odgadniony Kirkuć pokazał kilka zębów w rodzaju nieforemnego uśmiechu... poskrobał się w głowę i ruszył ramionami.
— To nieszczęście że i sam jechać teraz nie mogę i WPan się do tego nieprzydałeś... niezmiernie mi się to uśmiecha, miałby zabawkę dla Julki i doskonały orzech do zgryzienia dla tego cnotliwego Feliksa, który tak oczy spuszcza gdy mu się rękę podaje... Należałoby popracować, bo masz wiedzieć kochany Kirkuć, że praca jest zadaniem życia... i wszyscyśmy do zdechu pracować obowiązani.
Wyrzekł to z westchnieniem, a Mateusz zawtórował mu drugiem, przypatrując się melancholicznie rękom swoim.
— WPan tedy nie chcesz na wieś jechać i pracować? spytał Pluta.
— Nie... ale ja WPanu mówiłem, że na to potrzeba głowy.
— A prawda! Więc możebyśmy posłali? nie znasz kogo zdatniejszego od siebie?
Kirkuć mocno się zamyślił, znać obcować lubiąc z równemi sobie, nie znajdował tak od razu w szeregu swych znajomych, odpowiedniéj kwalifikacji.
— Ale poczekajcież, mruknął z nienacka jakby porywając się ze snu, jabym takiego może znalazł człowieka... mam przyjaciela jednego, który długo był urzędnikiem do łapania kontrabandy, człek z takim nosem że z pod ziemi dobędzie; został bez zajęcia, można by go użyć.
— A nie mógłbyś mi go pokazać?
— Ja już kapitanowi powiadam, że słyszy jak trawa rośnie, a kiedy mu potrzeba w prawo, zawsze mierzy w lewo... aby go ludzie nie odgadli, o! to meternicha kawałek...
— Masz go pod ręką?
— No tak, bo wiem gdzie go znaleść... lubi trochę bawara, ale teraz goły, pije tylko po sześć kuflów i siedzi tu blizko kawiarni przy koziéj ulicy... czasami i cały dzień... Cóż ma począć nieszczęśliwy bez zajęcia?
— Idź go zawołaj....
Kirkuć wziął czapkę, ale w progu się zastanowił.
— Hm, rzekł, tylko to bieda że nie gada...
— Jakto!
— Albo nie umié, albo nie lubi...
— O! to idź po niego, niechybnie człek nie głupi. P. Mateusz nasunął czapkę i wymknął się zaraz, a kapitan powtórzywszy dozę wódki zwyczajną, siadł z cygarem na kanapie, różową przed sobą rozsnuwując przyszłość w marzeniach.
Niedługo jednak dano mu swobodnie bawić się temi planami, gdyż w kilka minut, otworzyły się drzwi z lekka, ukazał się w nich bardzo poważny mężczyzna w okularach, którego fizjognomja zwiastowała interes i głos wyrazisty zapytał:
— Pan Fryderyk Pluta?
— Ja jestem...
— W imieniu pani Jeneralowéj Palmer.
— Z domu Kirkuć? — zapytał szydersko kapitan, — czy tak, bo jest podobno dwie panie Palmer.
— Jenerałowéj! — powtórzył marszcząc się mężczyzna, co na Plucie najmniejszego nie zrobiło wrażenia.
— Z domu Kirkuć? — dodał uparcie, — przyjmuję i proszę siadać, gotówem na usługi.
Pośrednik ów majestatyczny i znać dla zaimponowania wybrany, był, jak się zapewnie domyślacie, poufnym Jenerałowéj plenipotentem, należał on jak ona do najpobożniejszych i najgorliwszych w praktykach religijnych gromadki, któréj ozdobą była pani Palmer. Nie tylko przez nią, ale przez wielu w delikatnych sprawach był używany, gdyż miał tę cnotę, któréj Kirkuciowi brakło, umiał milczeć, a przytem nic go w świecie nie dziwiło, nawet takie pokrewieństwo jak szewca z Jenerałową; miał wielką znajomość świata i wyrozumiałość niezmordowaną.
Dla niego téż nie chodziło tak koniecznie o wewnętrzną wartość człowieka, a raczéj o stronę jego jawną i pozory, a co tam grzeszne ciało zbroiło, sąd zostawiał Bogu i milczeniem pokrywał, wiedział, że wszyscy ułomni i jeśli nie chromiemy na nogę, nie ślepiśmy na oczy, za to w nas zawsze coś choruje, potajemnie.
Był to przytem człowiek tak przyzwoity jak mało, milczący jak grób, żadnego towarzystwa nie kompromitujący, bezpieczny jak sztaba złota. Wszystkich chwalił, każdego znalazł z czego wynieść a wady umiał tak zmniejszać, tak osłaniać, że dla niego każda z nich wychodziła prawie na cnotę.
Jednéj tylko nie cierpiał rzeczy i złowrogiem milczeniem mijał ludzi, którzy się jéj dopuszczali, do szczerego i otwartego postępowania nieroztropnych, biednych prostaczków, co zgrzeszywszy nie umieją płaszczyka świętości zarzucić na ramiona i uchodzić za wzory cnoty. Dodajmy, że tych którzy do gromadki wybranych nie należeli, nie cierpiał.
Niby prawnik, niby przyjaciel domu, grał wszędzie rolę jakąś obojętną, cichą, nieznaczną, wchodził tylnemi drzwiami, stale oznaczonego nie miał zajęcia, czasem się prawnictwa zapierał, a że posiadał dom własny przy ulicy Żelaznéj, częściéj uchodził za niewinnego obywatela kapitalistę. Na twarzy jego codzień gładko i świeżo wygolonéj, okrągłéj, księżycowéj, w szarych oczach zmrużonych często, i ustach, bladą linijką niby nie dobrze zabliźnionego cięcia, przekreślających policzki, najbystrzejsze oko nie mogło dostrzedz śladu uczucia ani myśli, która pod niemi się kryła. Był jak dobrze potynkowany mur, nie wiadomo kamienny, ceglany, czy z gruzów zlepiony; a tynk z niego nie opadał nigdy.
Imie mu było Oktaw Pobracki.
Siadł, otarł czoło z potu, który na nie wystąpił w pospiesznéj drodze dla oszczędności odbytéj piechotą, i obrócił się do kapitana pokaszlując aby miał czas lepiéj mu się przypatrzeć i grunt wprzódy wyprobować, zanim stąpił nogą.
Nigdy może dwie mniej do siebie podobne jednostki nie spotkały się i nie starły, Fryderyk umyślnie nadrabiał bezwstydem przeczuwając istotę konwencjonalną i zapiętą. Pobracki otulił się flegmą i tajemnicą nieprzebitą. Siedzieli na przeciw siebie i milczeli.
— Przychodzę tu, — rzekł powoli pan Oktaw dając sobie czas do rozmysłu i rozpatrzenia, przychodzę...
— Tak, domyślam się, że piechotą. — przerwał Pluta.
— W imieniu...
— Pani Jenerałowéj Palmer, rozumiem, a ja siedzę tu jako umocowany na krzesełku, od jej rodzonego brata, pana Mateusza Anastazego dwóch imion Kirkucia, — rzekł Pluta, — mamy tedy założenie jasne.
Pobracki zamilkł, zaczął ze złotéj, maleńkiéj tabakiereczki dobywać tabaki, która się w sam kącik jakoś zbiła i zatrzęsła, nim dostał się do albanki, upłynęła dobra chwila; kapitan czekał cierpliwie, zajrzał tylko do flaszki.
— Mogę mu służyć? — spytał.
Z oburzeniem prawie, ale dostojnem i chłodnem, Pobracki odtrącił wniosek, ruchem ręki.
— Nie? jak się podoba.
Milczeli znowu.
— Rzecz niby, — zaczął Pobracki zażywszy tabaki nareszcie, niby na tym jest stopniu, iż brat p. Mateusz Kirkuć czyli téż tam ktoś go przedstawiający...
— To ja, — rzekł kapitan, — proszę się nie żenować.
— Że brat, powiadam, chce korzystać z tego, iż siostra się go wstydzić może. Zostawiam panu ocenienie faktu, lecz nie zaprzeczysz iż tak jest!
— Coś nakształt tego, — zaśmiał się Fryderyk, — każdy żyje jak może, drogi panie, jeden z tego, że się nim chwalą, drugi, że się nim brzydzą lub że się go wstydzą, ten sprzedaje cnotę, inny brudy, zawsze to handel, a przemysł i handel są rzeczą szlachetną.
Pobracki oczy trochę otworzył, lekki półrumieńca obłoczek oblał mu twarz i jak powiew wiosenny zniknął; byłby okazał może jak dalece to go wzruszyło, gdyby twarz jego nie miała tego tynku, o którym wspomnieliśmy wyżéj. Więc połknął argument nie drgnąwszy.
— Jenerałowa, — rzekł mijając niebezpieczną jamę argumentu, jenerałowa wcale się nie ma powodu wstydzić, iż wyszła z niższych klas społeczeństwa... los i przymioty serca i duszy, przeznaczyły ją tam dokąd doszła.
— No! a trocha i śliczna twarzyczka! — dodał Pluta, — bo nieuwierzysz pan jak była ładna.
Pobracki zbył to milczeniem, zajrzał do tabakierki, albanka zbiła się znowu w ten sam kątek, począł ją wytrząsać, ale niema nic upartszego nad tabakę, wyjąwszy niektórych ludzi... nie rychło dała mu się ująć, tymczasem kapitan oglądał pana Oktawa z największą uwagą jak jaki fenomenalny potwór.
— Jenerałowa, — dodał pierwszy, wychodząc z téj zasady że...
— Jenerałowa ma zasady? — spytał Pluta.
— Z téj zasady, — powtórzył prawnik, — że pochodzenie nie czyni ujmy nikomu.
— To jest prześliczna zasada! — wtrącił kapitan.
— Nie myśli wcale opłacać się bratu, aby się go pozbyć... dokończył Pobracki.
— A zatem nie mamy nic do mówienia, — rzekł Fryderyk, — rzecz skończona.
— Nie, przerwał pan Oktaw, za pozwoleniem.
— Pozwalam.
— Zaraz okaże się, że mamy mówić o czém.
— Mówmy, ja mam dużo czasu, — dorzucił Pluta.
— Nie chcemy używać środków żadnych gwałtownych aby się pozbyć natręta, — kończył zbić się nie dając plenipotent, — mamy litość nad jego położeniem.
— Wszystko to chwalebne, szczytne, namaszczone, — przerwał kapitan, — ale radbym posłyszeć de quibus.
Pobracki udał że nie słyszy lub nie rozumie.
— Tknięci politowaniem, wchodząc z resztą w położenie nieszczęśliwego człowieka moglibyśmy coś uczynić?
— O te coś mi właśnie chodzi? czekam — rzekł kapitan.
— Ofiarujemy...
— Ofiarujcie! ofiarujcie! wznieć WPan w sobie ducha ofiary choćby tabaką, aby prędzéj! — zawołał Pluta.
— A! poczekaj, — powiedział sobie w duchu plenipotent, kiedy tak to cię wynudzę...
I odchrząknąwszy głośno, jakby mu co stanęło w gardle, dobrał się znowu do tabakierki, która zdawała się na to stworzoną, aby z niéj niucha tabaki bez kilka minut pracy wziąść nie można.
Kapitan pił wódkę i stukając nogą o podłogę, śpiewał „Wlazł kotek.“
— Moglibyśmy naprzykład, — odezwał się wreszcie Pobracki, dać dworek na wsi, mieszkanie, stół, opranie i coś na rozchody drobne z warunkiem aby pan Kirkuć nie oddalał się ze wsi....
— Jakkolwiek powietrze wiejskie bardzo jest przyjemne, — uśmiechając się rzekł kapitan, i czarowne to ustronie uśmiecha się nam ale pan Kirkuć przywykł do miasteczka i pewnieby się nudził w towarzystwie nowem, z którem nie jest oswojony. O tém niema co mówić. Nie sądzę przytem żebyście państwo chcieli tak tyranizować człowieka i przykuwać go na wygnaniu, odejmując mu najdroższą człowiekowi swobodę ruchu.
Pobracki pomyślał i westchnął głęboko, jakby nad zepsuciem natury człowieczéj.
— Ale wymagania państwa są niesłychane! dyktujecie nam co czynić mamy.
— Istotnie! — odparł Pluta, ciśniemy, — ale musiemy, coż robić? głód gorzéj ciśnie.
— Chleb przecie dajemy.
— Suchy chleb ma i żebrak, myśmy do niego chcieli choć odrobinę masełka...
Plenipotent zatrzymał się zdając namyślać jak daléj mówić z człowiekiem, który nic, nawet jego nie umiał poszanować.
— Kochany panie, dodał Fryderyk — wodę warzyć woda będzie, jeśli nam nie podacie innych warunków, możemy tu rok siedziéć napróżno. Racz mi WPan Dobrodziéj powiedzieć tylko, a nim noc zajdzie każę mu łóżko przygotować i wieczerzę sporządzić.
Plenipotent spojrzał i milczał, dając do zrozumienia, że się na takie nieodpowiada szyderstwa.
— Zważ WPan sam, — dodał po chwili Fryderyk — co mi po chlebie suchym, gdy mi każesz siedziéć przywiązanemu w kącie i nie ruszyć się, lepiéj mrzeć z głodu, i robić co się podoba...
— Nie narzucam warunków, — odezwał się nareszcie Pobracki, — daję jakie mam, wola ich przyjąć lub odrzucić, Jenerałowa czyni co może.
To mówiąc bardzo powoli wstał, wyprostował się, nakładał rękawiczki i dawał oznaki chęci rychłego odejścia, a kapitan mimo wielkiéj życia wprawy, mimo uznanéj potrzeby przemożenia nieprzyjaciela cierpliwością, poruszył się niemogąc pochamować gniewu.
— Jak chcecie, — rzekł, — dobra nasza bez marjasza!! co będzie to będzie! proszę się kłaniać pani Jenerałowéj...
Przybyły nie okazując nic po sobie, przyjął wykrzyknik dość zimno, nie przerywając przygotowań do podróży, które kończył obciągając rękawy sukni, strzepując poły, gładząc kapelusz, ujmując gałkę laski wyciągniętą dłonią. Kapitan niemógł się domyśleć czy to się już skończyło na tém, czy dopiero rozpocząć miało.
— Zatém, nie pozostaje nam jak pożegnać się, — rzekł Pobracki.
— Czy pan życzyłbyś sobie pocałować się? — spytał kapitan, najchętniéj, tylko ostrzegam, że ślinię.
Pan Oktaw cofnął się krokiem, ale nie szedł jeszcze.
— Ma jeszcze inne propozycje w kieszeni! pomyślał kapitan i usiadł.
— No! a gdyby Jenerałowa zgodziła się wreszcie uczynić coś inaczéj — czegobyście panowie wymagali? — pytał pomaleńku cedząc Pobracki.
— A to siadajmyż i mówmy, bo jeszcze ze dwadzieścia cztery godziny potrwa, — zawołał kapitan.
Ale na te słowa wszedł i Kirkuć z drugim jakimś jegomością, jakby na poparcie i odsiecz kapitanowi.
Przybyły z nim był jedną z tych postaci, które możnaby nazwać częścią składową tłumu. Spojrzmy na wielką ludu ciżbę; pewne wyborowe indywidua zaraz się z niéj wyróżniają, reszta tylko tło i podściół stanowi. Otóż do tego beztwarzego tła, które na to jest aby z niego powstała massa, należał skromny przyjaciel Kirkucia, nazwiskiem Pętelka. Najtrudniéj w święcie odmalować istotę podobną.
Rysów jéj pochwycić nie można, ani charakteru oznaczyć, jest w niéj wszystko co stanowi człowieka, a niema nic coby go od innych odróżnić mogło. Maluczki, blady, starty jak pieniądz zdawkowy, żółtéj i pomiętéj cery, oczów zagasłych, włosów niepewnéj barwy żółtawéj, ubrany jak Bóg dał w jakieś suknie stare i oszarpane, Pętelka mógł uchodzić zarówno za porządnego stróża, nieporządnego lokaja, lub za miljonowego pana, który się trochę zaniedbał.
Wszedłszy ukłonił się, potarł głowę, a że z powodu trzeciéj osoby nie sądził się zaraz potrzebny, usunął się w głąb pokoju, trafnie postrzegłszy, iż mógł bardzo stać się zawadą i nie miłym świadkiem. A niechcąc okazać iż go zajmuje to co się dzieje do koła, przedsięwziął natychmiast postrzeżenia nad rozbitą w oknie szybą, która musiała przedstawiać godne obserwacyi fenomena.
— Ale o to, sam ten pan Kirkuć, o którym mowa, dodał Pluta spostrzegłszy go, niech się panowie rozmówią.
Kirkuć ruszył ramionami dając znak, że to wcale nie było potrzebném.
— A to od mojéj siostry? zapytał.
— Tak jest, — rzekł żywiej Pobracki, spodziewając się go ująć, — od siostry, która panu ofiaruje mieszkanie, zaspokojenie wszelkich jego potrzeb i pensyjkę, z warunkiem zamieszkania na wsi.
Kirkuć obrócił oczy na Fryderyka z zapytaniem co mu robić należało, ale zaraz potrząsł głową milczący, domyślając się szczęśliwie, że wniosek ten już odrzucony został.
— Daj mi tam pan pokój, — mruknął po chwili, — to nie moja rzecz, — ja na wsi żyć nie umiem... To głupstwo z pozwoleniem, niech panowie sobie gadają i robią co chcą z moim przyjacielem, ja się w to wdawać nie chcę...
— Siedźże pan sobie gdzie w mieście, ale przynajmniéj wyjedź z Warszawy, — rzekł Pobracki.
— A jak ja niechcę? — spytał Kirkuć podburzony wzrokiem Pluty, ja wolę żyć w Warszawie.
Plenipotent ruszył ramionami.
— Ha! więc nic nie zrobiemy, — dodał biorąc znowu kapelusz.
— Zrobiemy coś pewnie my z panem Kirkuciem, tylko nie wiem czy w współce z panem dobrodziejem, — przerwał Pluta, — jakoś to będzie...
Zaczęli się sobie kłaniać zabierając już rozchodzić, jednak bardzo zawsze powoli, a poseł raz jeszcze się wstrzymał.
— Gdybyśmy co skończyli na tych warunkach, — wybąknął, — jakąż mieć będziemy rękojmię, że pan Kirkuć siostrze się więcéj naprzykrzać nie zechce dla nowych jakichś wymagań.
— A słowo nasze! — dumnie wykrzyknął Pluta, — przecież słowo uczciwych ludzi.
— No tak! słowo, — powtórzył Kirkuć, to jest verbum.
Pobracki ruszył ramionami.
— Zważ tylko WPan, — dorzucił Pluta, — że koniec końcem na słowie zawsze gołem poprzestać będzie potrzeba, czy na wsi czy w mieście. Jeżeli słowu nie zawierzycie wypadnie chyba związanego trzymać przyjaciela mojego Kirkucia, aby się ze wsi nie wyrwał, lub wywieść jak kota w worku żeby nazad drogi nie znalazł.
P. Oktaw zastanowił się głęboko.
— Zatem ile p. Kirkuć chce za słowo, — zapytał.
— W Warszawie utrzymanie ciężkie, życie drogie, a musiemy przecie żyć na stopie przyzwoitéj, niech pani Jenerałowa da na próbę trzy tysiące, nie jestem wymagający a zobaczymy czy wystarczą.
— Jabym wolał do równego działu! — mruknął Kirkuć.
— Ale to ogromnie wiele, to procent szósty od piędziesięciu tysięcy.
— Trzy tysiące! — uśmiechnął się Pluta ruszając ramionami, — wiele? no! niechże da cztery, to lepiéj, liczba równiejsza...
I odwrócił się zniecierpliwiony.
— No zgoda na trzy ale rękojmia.
— Żadnéj, — odparł Pluta, — słowo i kwita, będziecie płacić dopóki my będziemy milczeć i siedzieć cicho...
Pobracki popatrzył, pomyślał, pomruczał coś z cicha, skłonił się i nic nie rzekłszy wyszedł.
— Z temi ślimakami, zawołał rozgniewany kapitan, nic zrobić nie można po ludzku, probuje jeszcze, niechże się parę razy przespaceruje, i niech go tam djabli biorą.
Ale Kirkuciowi chodziło już o przedstawienie stojącego w kontemplacyi okna przyjaciela Pętelki, i zapomniawszy o interessie z bezprzykładnem wyrzeczeniem się, pociągnął go przed kapitana.
— Panie Pętelka, chodźno tu! — zawołał, — oto już jesteśmy wolni, pogadajmy, jesteś pan nam potrzebny.
Pętelka nagle odwrócił się cały jak stał i przyszedł milczący a posłuszny w gotowości na zawołanie; Pluta mierzył go już oczyma nie dowierzająco.
Chwilę trwał ten egzamen dosyć przykry, który Pętelka zniósł z heroicznem wytrwaniem, kapitan ruszył w końcu ramionami.
— Mówiono panu o interessie? daszże pan sobie radę?
Pętelka milczał trzęsąc głową;
— E! proszę nie zważać, — przerwał Kirkuć, któremu o wybór chodziło, — proszę na to nie zważać, że taki niepozorny; już ja ręczę, że drugiego takiego jak on człowieka nie ma na świecie, jeszcze nigdy żadnego interessu nie popsuł. Nie szczęści mu się, to prawda, on jednak temu nie winien; passją ma do kart i co zrobi sprytem to przepuści u zielonego stolika, a taki fryc!!
Począł się śmiać niezmiernie; Pętelka zawstydzony niby spuścił głowę i otarł czoło.
— A że gadać nie umié, to nic! — dodał Mateusz, w tém w istocie nie mocny, choć do roboty nie ma człowieka jak on.
Niewiele znać ufając zaręczeniom przyjaciela, Fryderyk zasiadł rozmyślając.
— Posłuchajno pan, — rzekł, — jest rzecz taka... Pewna dama w młodym wieku swoim miała słabość do pewnego mężczyzny, i miłość tych obojga kochanków z nad brzegów Wieprza, skończyła się tem, czem się kończą tego rodzaju czułości. Pan Bóg dał córeczkę bardzo naturalną. Dziecię to znikło. Z różnych okoliczności domyślać się można, że owa sierota przezwana inaczéj, znajduje się na wychowaniu w pewnym domu. Owa pani niechce znać swojego dziecięcia lub nie wié o niem, wstydzi się może przeszłości. My nie mamy pewności czy dziecię to żyje, czy umarło, czy wychowanica, o któréj mowa jest niem lub nie. Starano się pozacierać ślady, potrzeba je odszukać, trzeba odkryć koniecznie co się stało z dziecięciem? dojść i znaleść dowody, jakbyś się WPan wziął do tego?
Pętelka się zamyślił.
— No tak, — rzekł po chwili (miał przysłowie tego i chętnie go używał) — alboż ja mogę tego, wiedzieć jakbym się, tego, wziął do tego? Bo widzi pan, tego, potrzeba pojechać na miejsce tego, i tam, tego, a jeśli się okaże, tego, to, tego.
Pluta aż się zerwał, ale go Kirkuć pohamował.
— Ale proszę pana kapitana nie zważać na to, że on nie gada, ja uprzedzałem, że nie umie, poślij go na miejsce z dobrą informacją, a przysięgam, że wyszpera z pod ziemi.
— Ha! niech probuje, — rzekł Pluta z niedowierzaniem, — niech probuje.
Pętelka z pewną dozą zarozumiałości się uśmiechnął, usta mu się rozwiązały.
— Pan widzę, tego, myślisz że tylko ten robi, tego kto, tego, gada; a to jest przysłowie, że krowa co wiele tego, mało tego, da je.
Postrzegłszy się, ze i przysłowie trudno mu, było zacytować, splunął z niechęcią i otarł usta zniecierpliwiony.
Widząc, że w istocie rozmowa była niepodobieństwem z przybyłym, i zmiarkowawszy że potrzeba coś poryzykować téż, gdy nie ma w czém wybierać, kapitan rozpoczął na obszerniejszą skalę wykład sprawy, otwierając go parą kieliszkami wódki dla odżywienia intelligencyi i zwrócenia uwagi; dał informacją szczegółową, wbił dobrze w głowę milczącego Pętelki imiona, nazwiska i daty i opatrzywszy na drogę, wypuścił na zwiady.
Nazajutrz wysłaniec żydowską budą odjechał rozmyślając po drodze jakby zobowiązaniom swym zadość uczynić, a kapitan rzekł do Kirkucia:
— Słuchaj, jak mu się nie uda, ty będziesz winien, boś mi go dał i zaręczył; ale pamiętaj, że odtąd tracisz u mnie wiarę na zawsze.
— No, zobaczymy! — uśmiechając się odparł p. Mateusz, nie mówiąc złego słowa, — WPan wierzysz w tych co gadają, — dla tego, że sam pięknie masz w gębie, ale co na tem wygrałeś wżyciu? proszę?
— Tyle tylko, że mogę zażartować z tego świata, na którym mi się nie wiedzie, — rzekł kapitan, a i to nie mała rzecz! z resztą i ja mówię z WPanem — zobaczemy!!

Koniec tomu pierwszego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.