Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga

Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI

Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
CZĘŚĆ DRUGA.
ROZDZIAŁ I.

Bezdroża wyobraźni.

I znowu zawitała wiosna na Zielone Wzgórze, owa piękna, choć kapryśna i ociągająca się kanadyjska wiosna! Zwlekała cały kwiecień i maj, wysyłając na przemiany dni chłodne lub ciepłe, o purpurowych zachodach słońca i cudach zmartwychwstania natury. Klony w Alei Zakochanych pokryte były czerwono-brunatnemi pąkami, a wokoło Źródła Nimf leśnych wykwitały drobne kędzierzawe listki paproci. Dalej w gaiku poza domkiem pana Slone kwitły białe konwalijki, roztaczając słodki zapach. Wszystkie dzieci uczęszczające do szkoły spędziły już raz cudne popołudnie na zrywaniu ich i powróciły o zmierzchu do domów z rękami i koszykami pełnemi kwiecia.
— Tak mi żal ludzi, mieszkających w krajach, gdzie niema konwalijek — mówiła Ania. — Djana twierdzi, iż posiadają zapewne natomiast coś lepszego ale czyż może istnieć coś piękniejszego nad konwalijki? Jak Maryla sądzi? Przecież nie! I Djana mówi, że jeśli nie znają konwalijek, to i nie tęsknią za niemi. Ale mnie to właśnie wydaje się najsmutniejszem. Uważam, że byłoby wprost tragicznem nie znać ich i nie tęsknić do nich! Czy Maryla wie, jak ja sobie wyobrażam, czem są konwalijki! Sądzę, że muszą to być duszyczki kwiatów, które zwiędły poprzedniego lata i tutaj znalazły swój raj. Ale też spędziliśmy dziś rozkoszne popołudnie, Marylo! Jedliśmy podwieczorek w zacisznym parowie, porosłym mchami, niedaleko starej studni. Co za romantyczne miejsce! Karolek Slone wyzwał Artura Gillis, aby przeskoczył rów, i Artur był zmuszony to uczynić, bo wszakże nie mógł nie przyjąć wyzwania. Nikt w szkole nie ważyłby się odmówić. Wyzywać jest u nas bardzo w modzie. Pan Philips oddał wszystkie zebrane przez siebie kwiaty Prissy Andrews i wyraźnie słyszałam, jak wyrzekł: „Słodkie dla słodkiej!“ Wyrażenie to wyjęte było z książki, wiem dobrze, ale, bądź co bądź, dowodzi, że posiada on trochę polotu, jeśli potrafił je odpowiednio zastosować. Mnie także ofiarował ktoś wiązankę konwalijek, lecz odrzuciłam je z pogardą. Nie mogę powiedzieć imienia tej osoby, bo uroczyście przyrzekłam, iż imię to nigdy nie przejdzie przez moje usta. Uwiliśmy wianki z zebranych kwiatków i przystroiliśmy niemi nasze kapelusze. A kiedy nadeszła chwila powrotu do domu, ruszyliśmy, śpiewając głośno, para za parą, wielkim gościńcem, z wiązankami i wieńcami w rękach. Ach, jakież to było wspaniałe! Wszyscy mieszkańcy dworku pana Slone wybiegli, by się nam przypatrzeć, a każdy spotkany na drodze zatrzymywał się i spoglądał za nami. Zwracaliśmy powszechną uwagę...
— Nic dziwnego! Małoż jest gapiów! — zauważyła Maryla.
Po konwalijkach nastąpiły fiołki i cała dolina Fiołków pokryła się niemi. Ania dążyła pośród nich do szkoły, ostrożnie stąpając i obejmując je wzrokiem pełnym miłości, jakgdyby chodziła po poświęconej ziemi.
— Nieraz — zwierzała się Djanie — kiedy przechodzę tędy, najzupełniej jest mi obojętne, czy Gil... czy ktokolwiek inny w klasie zajmie pierwsze miejsce. Lecz kiedy jestem w szkole, doznaję zupełnie innych uczuć i staję się znowu ambitną. Takie to są we mnie dwie rozmaite Anny. Nieraz przychodzi mi na myśl, że dlatego zapewne jestem takim niespokojnym duchem! Jeśli byłabym tylko jedną Anią, życie płynęłoby mi wprawdzie daleko spokojniej, lecz ani w części tak zajmująco.
Był piękny wieczór czerwcowy. Drzewa sadów stały znowu w pełni różowego kwiecia, żaby rechotały chórem w błotach, okalających Jezioro lśniących wód, a powietrze pełne było słodkich zapachów pól koniczyny i balsamicznej żywicy lasów. Ania siedziała u okna swego pokoiku. Zajęta była odrabianiem lekcyj. Gdy ściemniło się w tym stopniu, że nie mogła już dłużej czytać, pogrążyła się w zadumie, zatopiwszy wzrok w gałęziach Królowej Śniegu, osypanej znowu pąkami wspaniałego kwiecia.
Właściwie pokoik na facjatce nie zmienił swego wyglądu. Ściany pozostały równie białe, poduszka do igieł równie twarda, zaś żółte krzesła tak samo żółte jak ongi. A jednak charakter pokoiku uległ pewnej zmianie. Pełen był jakiegoś nowego żywego i silnie pulsującego ducha, zdającego się go przenikać, a duch ten był absolutnie niezależny od książek szkolnych, mundurka i wstążek dziewczęcia tu mieszkającego, a nawet od pękniętego niebieskiego dzbana, napełnionego kwiatem jabłoni. Zdawaćby się mogło, że wszystkie sny i marzenia, snute we śnie czy na jawie przez niezwykle żywą mieszkankę tego pokoiku, oblekły się w widoczną, choć niematerjalną formę, i osnuły nagie ściany najwspanialszemi tkaninami barw tęczowych i blasków księżyca.
W tej chwili właśnie do pokoju weszła nagle Maryla, trzymając w obu rękach świeżo uprasowane szkolne fartuszki Ani. Zawiesiwszy je na krzesełku, usiadła znużona i westchnęła. Przebyła właśnie ciężką, od czasu do czasu nawiedzającą ją migrenę, po skończeniu której czuła się zwykle bardzo osłabiona i wyczerpana. Ania przyglądała się swej opiekunce oczami pełnemi przywiązania.
— Naprawdę, życzyłabym sobie, abym to ja, zamiast Maryli miewała migrenę. Poddałabym się jej z radością — rzekła.
— Uważam, żeś już dość uczyniła, zastąpiwszy mnie w zajęciach i tem samem pozwalając mi wypocząć — zauważyła Maryla. — Wydaje mi się nawet, że ci się wcale nieźle powiodło i popełniłaś mniej błędów, niż kiedykolwiek. Zapewne, że niekoniecznem było ukrochmalić chustki do nosa Mateusza! I większość gospodyń, wstawiwszy pierog z mięsem dla odgrzania do pieca, wyjmuje go, gdy jest ciepły, zamiast pozwolić mu się spalić na węgiel. Widocznie jednak ty innego jesteś zdania.
Po migrenie Maryla bywała zwykle nieco ironicznie usposobiona.
— Ach, jakże mi przykro! — rzekła Ania ze smutkiem. — Nie myślałam ani trochę o tym pierogu od czasu, gdym go wstawiła w piec aż do chwili obecnej, pomimo, żem instynktownie czuła, iż brak czegoś do obiadu. Dziś rano, kiedy mi Maryla powierzyła gospodarstwo, postanowiłam niezłomnie nic sobie nie wyobrażać, a myśli moje zaprzątać tylko rzeczywistymi faktami. Zachowywałam się też odpowiednio aż do czasu, gdy wstawiłam pierog do pieca, lecz wtedy wzięła mnie nieprzezwyciężona ochota wyobrażenia sobie, iż jestem zaczarowaną księżniczką, uwięzioną w wysokiej odosobnionej wieży i że nagle zjawia się elegancki rycerz, pędzący na czarnym, jak węgiel rumaku dla oswobodzenia mnie. W ten sposób zapomniałam o pierogu. Nie przypominam też sobie wcale, bym krochmaliła chustki do nosa Mateusza! Prasując je, bezustannie myślałam, jakieby imię nadać nowej wysepce, którą wraz z Djaną odkryłyśmy poza strumieniem. Jest to wyjątkowo urocze miejsce, Marylo! osłonięte dwoma wspaniałemi klonami, a strumień toczy swe wody wokoło. Wreszcie wpadło mi na myśl nazwać je „Wyspą Wiktorji“, bośmy ją odkryły w dzień urodzin królowej. Obie, Djana i ja, jesteśmy niezwykle lojalne... Lecz pierog i chustki do nosa bardzo mnie martwią. Pragnęłam być dziś niezwykle dzielną i rozważną, bo to rocznica. Czy Maryla przypomina sobie, co się właśnie stało rok temu?
— Nie, nie pamiętam nic niezwykłego.
— Ach, Marylo, wszakże był to dzień mego przybycia na Zielone Wzgórze. Nigdy tego nie zapomnę. Był to przełom w mojem życiu. Zapewne, że dla was nie była to taka ważna chwila. Spędziłam tutaj rok życia i byłam przez ten czas taka szczęśliwa! Bez wątpienia miewałam i smutki, ale starałam się je zapomnieć. Czy Maryla żałuje, że mnie zatrzymała?
— O nie, nie mogę powiedzieć, że żałuję — odrzekła Maryla, która już niejednokrotnie zastanawiała się nad tem, jak mogła żyć, zanim Ania przybyła na Zielone Wzgórze. — Nie, nie żałuję.. Jeśli skończyłaś już odrabiać swe zadania, Aniu, skocz do pani Barry i poproś, aby mi pożyczyła wzoru fartuszka.
— Ach... jest... jest tak ciemno — broniła się Ania.
— Tak ciemno? Cóż znowu! Zmierzch ledwie zapadł. A zresztą, przecież często biegłaś tam o wiele później, w ciemną noc.
— Pójdę tam rano — opierała się Ania gorąco. — Wstanę o wschodzie słońca i natychmiast tam pójdę.
— Co za pomysły, Aniu! Fartuszek muszę skroić dziś wieczorem jeszcze. Idź natychmiast i wracaj czemprędzej.
— W takim razie wolę pójść gościńcem — rzekła Ania, sięgając niechętnie po kapelusz.
— Iść gościńcem i zmarnować pół godziny czasu! To mi się podoba, wistocie!
— Ależ, Marylo, ja nie mogę przejść Lasem Duchów! — wybuchnęła Ania rozpaczliwym płaczem.
Maryla osłupiała.
— Las Duchów! Czyś ty oszalała? Gdzież u licha istnieje Las Duchów?
— Jest to lasek sosnowy po drugiej stronie strumienia — wyszeptała Ania.
— Co za głupstwa! Nigdy i nigdzie nie istniał w Avonlei Las Duchów!... Któż to wmówił ci takie bajki?
— Nikt — tłumaczyła się Ania. — Djana i ja wyobraziłyśmy sobie, że las jest zaczarowany. Wszystkie miejsca tu w pobliżu są tak bardzo... tak bardzo... pospolite. Więc ułożyłyśmy sobie tak dla przyjemności. Wpadłyśmy na ten pomysł już w kwietniu. Las Duchów to takie romantyczne, Marylo. Wybrałyśmy lasek sosnowy, dlatego że jest w nim ciemno. Ach, wyobrażałyśmy sobie najbardziej wstrząsające obrazy. Oto np. właśnie o obecnej porze przechadza się wzdłuż strumienia biała dama, załamując dłonie i wydając żałosne jęki. Ukazuje się ona wówczas, gdy w rodzinie ma nastąpić wypadek śmierci. Gdzieindziej znowu błąka się duch maleńkiego zamordowanego dzieciątka. Podkrada się poza ciebie i zimnemi palcami dotyka się twojej ręki... ot tak. Ach, Marylo, drżę cała, gdy myślę o tem. Tam znowu po ścieżce idzie, chwiejąc się, jakiś mężczyzna bez głowy... szkielety wychylają się z pomiędzy krzaków. Ach, Marylo, za nic w świecie nie odważę się przejść w ciemności poprzez Las Duchów. Jestem pewna, że białe postacie wypadłyby z poza drzew i pochwyciły mnie..
— Czy słyszał kiedy kto coś podobnego! — zawołała Maryla, słuchająca dotąd w milczącem zdziwieniu. — Nie chciałabyś wszakże, Aniu, przekonywać mnie, że wierzysz w te wszystkie głupstwa, powstałe w twej wyobraźni.
— Wierzę nie zupełnie — wyznała Ania. — Wreszcie nie wierzę podczas dnia. Ale w nocy, Marylo, to co innego. Wtedy właśnie duchy przechadzają się po lesie.
— Niema duchów na świecie, Aniu.
— Ależ są, Marylo, bez wątpienia — zawołała Ania z żywością. — Znam osoby, które je widziały. Osoby bardzo godne szacunku. Karolek Slone opowiada, że babka jego widziała pewnego wieczora dziadka, zapędzającego krowy do obory, podczas gdy rok minął od czasu, gdy go pochowano. A przecież Maryla wie dobrze, że babka Karolka Slone nie opowiadałaby bajek. Jest to bardzo religijna osoba. Zaś ojciec pani Tomas był którejś nocy ścigany przez baranka z uciętą głową, zwisającą się na strzępie skóry. Mówił, że z pewnością był to duch jego brata, ostrzegający go, że umrze za dziewięć dni. Co prawda, nie umarł wtedy, dopiero po dwóch latach. Ale Maryla widzi, że to była prawda. A Ruby Gillis mówi...
— Aniu! — przerwała Maryla surowo. — Nie pozwalam ci opowiadać takich bredni. Dawno już twierdziłam, że nie trzymasz na wodzy swej wyobraźni, a dziś widzę że miarka się przebrała i wybryków tego rodzaju dłużej tolerować nie wolno. Pójdziesz natychmiast do państwa Barrych i pójdziesz właśnie przez lasek sosnowy. Niechaj ci to posłuży za nauczkę i za przestrogę. A pamiętaj nigdy już nie powtarzać bajek o Lesie Duchów.
Napróżno Ania błagała... a czyniła to nie na żarty... bo wistocie była bardzo strwożona. Bujna jej wyobraźnia spłatała jej tym razem niemiłego figla, i strach niewymowny ogarniał ją na myśl o przejściu przez lasek sosnowy po zapadnięciu nocy. Lecz Maryla pozostała nieubłagana. Sama odprowadziła drżącą wywoływaczkę duchów do strumienia i kazała jej pójść prostą drogą poprzez most w ciemne schronienie jęczących białych dam i duchów bezgłowych.
— Ach, Marylo, jakże można być tak okrutną! — płakała Ania. — Co Maryla uczyni, jeśli tu nagle okaże się jakiś biały cień, który mnie porwie i uniesie?
— Będę za to odpowiedzialna — odrzekła Maryla bez litości. — Wiesz dobrze, że zawsze mówię to, co myślę. Wyleczę cię z manji zaludniania lasu duchami. Proszę, idź naprzód!
Ania poszła dalej. Właściwie nie szła, a chwiała się na mostku i drżąca przebiegła okropnie ciemną dróżkę poza nim. Nigdy w życiu nie zapomniała tej przechadzki. Gorzko żałowała, iż tak nie potrafiła utrzymać na wodzy swej wyobraźni. Widziadła, twory jej własnej fantazji, czyhały za każdym krzakiem, wysuwając swe chłodne, kościste dłonie, by pochwycić strwożone dziewczątko, które je powołało do życia. Kawał kory brzozowej, porwany podmuchem wichru i ciskany tam i z powrotem po zwiędłych, szeleszczących liściach, sprawił, że na chwilę serce w niej zamarło. Przeciągły jęk dwóch starych gałęzi, trących się o siebie, sprowadził krople potu na jej czoło. Łomocące w ciemnościach skrzydła nietoperzy wydawały jej się skrzydłami nieziemskich postaci.
Kiedy wreszcie dobiegła do otwartego pola pana Bella, popędziła niem na przełaj, niby ścigana przez hufiec białych cieni, i dopadła drzwi kuchni rodziny Barrych zziajana, bez tchu prawie, ledwie zdolna wyjąkać prośbę o pożyczenie wzoru fartuszka. Djany nie zastała w domu, nie było więc powodu do zatrzymywania się tam dłużej. Należało natychmiast udać się w powrotną tak bardzo przerażającą drogę. Ania przebyła ją z zamkniętemi oczami; wolała raczej rozbić sobie głowę o wystające gałęzie drzewa, niż ujrzeć jakąś białą postać.
Kiedy wreszcie chwiejnym krokiem przebyła deski kładki, z piersi jej wydobyło się długie westchnienie ulgi.
— No, i cóż, nikt cię nie porwał? — spytała nielitościwa Maryla.
— Ach Marylo! — jęknęła Ania. — Będę się już teraz zadowalała pospolitemi miejscami.





ROZDZIAŁ II.

Nowe zastosowanie kropli walerjanowych.

— Całe życie składa się li-tylko z powitań i pożegnań — jak mówi pani Linde — zauważyła żałośnie Ania, chowając ostatniego dnia czerwca swe książki i zeszyty do szuflady stołu i ocierając zaczerwienione oczy bardzo wilgotną chustką do nosa. — Czyż nie dobrze się złożyło, żem dziś do szkoły zabrała specjalną chustkę do nosa? Przeczuwałam, iż będzie potrzebna.
— Nie sądziłam, abyś była tak bardzo przywiązana do p. Philipsa, że trzeba ci będzie aż dwóch chustek do ocierania łez z powodu rozstania się z nim — zauważyła Maryla.
— Nie utrzymuję, że płakałam dlatego, że pan Philips jest mi drogi — odpowiedziała Ania. — Płakałam, bo inni płakali. Ruby Gillis zaczęła. Zawsze dowodziła, że nienawidzi pana Philipsa, a tu, gdy on tylko wymówił pierwsze wyrazy swej pożegnalnej mowy, wybuchnęła płaczem. Wtedy wszystkie dziewczęta, jedne za drugiemi, rozpłakały się. Ja próbowałam się powstrzymać. Starałam się przypomnieć sobie ową chwilę, gdy pan Philips kazał mi usiąść obok Gilberta Blythe i tę chwilę, gdy napisał na tablicy imię moje „Andzia“, i kiedy powiedział, że byłam najbardziej tępa uczennica z geometrji, i śmiał się z mojej ortografji. Przypominałam sobie te wszystkie chwile, w których on bywał taki ironiczny i niemiły, a jednak nie potrafiłam zapanować nad sobą i także rozpłakałam się. Wszakże Janka Andrews już od miesiąca głosiła bezustannie, jak bardzo się cieszy, że pan Philips nas pożegna, i zapewniała, że nigdy nie uroni łzy z tego powodu. A tymczasem!... właśnie ona była bardziej rozżalona, niż my, i musiała pożyczyć chustki od swego brata — rozumie się, iż chłopcy nie płakali — bo nie przyniosła swej własnej, nie przypuszczając, iż jej będzie potrzebna. Ach, Marylo, była to rozdzierająca serce scena! Pan Philips miał prześliczną mowę pożegnalną, zaczynającą się od wyrazów: „Nadeszła dla nas chwila rozstania!“ Było to niezmiernie wzruszające. On także miał łzy w oczach. Ach, i mnie było strasznie smutno na duszy i czyniłam sobie wyrzuty za te wszystkie lekcje, podczas których rozmawiałam w szkole, rysowałam jego karykatury na mojej tabliczce i żartowałam sobie z niego i z Prissy. Naprawdę, w owej chwili żałowałam, iż nie byłam tak wzorowa pod względem sprawowania się, jak Mimi Andrews. Ona nie ma nic na sumieniu. Dziewczęta płakały podczas całej powrotnej drogi do domu. Carrie Slone powtarzała raz po raz: „Nadeszła dla nas chwila rozstania!“
Było mi strasznie smutno. Marylo! Ale czyż można pogrążyć się w bezdnię rozpaczy, gdy mamy przed sobą dwa miesiące wakacyj? Czy można, Marylo? A przytem spotkaliśmy nowego pastora z żoną, wracających z dworca. Pomimo iż tak niezmiernie przejęta byłam pożegnaniem z panem Philipsem, nie potrafiłam nie zwrócić choć trochę uwagi na nowego pastora. Żona jego jest bardzo ładna. Rozumie się, że nie królewsko-cudna... przypuszczam, że to nie byłoby nawet odpowiednie, aby pastor miał królewsko-cudną żonę, gdyż dałby tem zły przykład. Pani Linde mówi, że żona pastora w Newbridge daje bardzo zły przykład, dlatego że się zbyt modnie ubiera. Żona naszego nowego pastora miała na sobie niebieską muślinową suknię ze ślicznemi bufiastemi rękawami, a na głowie kapelusz, przybrany wiankiem róż. Jania Andrews uważała, że bufiaste rękawy to zbyt świecki strój dla żony pastora, lecz ja nie sądziłabym ją tak surowo, bo wiem dobrze, co to znaczy tęsknić do takich rękawów. Prócz tego, wszakże żoną pastora jest ona od niedawna dopiero, więc należy to uwzględnić, czyż nie? Jadać obiady będą tymczasowo u pani Linde, bo mieszkanie ich jest jeszcze nie gotowe.
Jeśli Maryla, zaszedłszy tego wieczoru do pani Linde, za powód swych odwiedzin podała konieczność zwrócenia pożyczonego od niej zeszłej zimy wzoru pikowania kołdry, to dla sprawiedliwości przyznać należy, że i większość mieszkańców Avonlei użyła podobnież niewinnego pretekstu. Niejeden przedmiot, pożyczony ongi przez panią Linde, bez nadziei odzyskania go kiedykolwiek, powrócił tego wieczoru do rąk właścicielki. Nowy pastor, a co ważniejsza pastor z żoną, był to słuszny powód do ciekawości w spokojnej, o monotonnym trybie życia osadzie, gdzie wrażeń bywa tak mało.
Stary pan Bentley, o którym Ania twierdziła, że mu brak wyobraźni, był pastorem w Avonlei przez lat osiemnaście. Przybył tam wdowcem i wdowcem pozostał, pomimo że kumoszki bezustannie żeniły go to z tą, to z ową. Ostatniej zimy ustąpił ze swego stanowiska, żegnany szczerym żalem parafjan, których przywiązanie, pomimo swych niewielkich zdolności mówcy, potrafił pozyskać swym serdecznym długoletnim stosunkiem. Od chwili jego wyjazdu parafjanie Avonlei nacieszyli się niezmierną rozmaitością, słuchając wielu i bardzo różnych mówców, przybywających niedzielę po niedzieli, aby przemawiać z kazalnicy. Utrzymywali się oni lub padali, stosownie do opinji, jaką wypowiadali o nich ojcowie i matki gminy. Pozatem zdanie swe o nich wyrażała też pewna mała, czerwonowłosa dziewuszka, siedząca spokojnie w kącie starej ławki Cutbertów. Swobodnie roztrząsała te sprawy w rozmowie z Mateuszem, bo Maryla z zasady stale unikała krytykowania pastorów.
— Nie sądzę, aby pan Smith był odpowiednim, Mateuszu — zadecydowała ostatecznie Ania. — Pani Linde twierdzi, że mowa jego była zbyt uboga, lecz mnie się wydaje, iż największą jego wadą, zarówno jak i pana Bentleya, jest brak wyobraźni. A pan Ferry ma jej zbyt wiele! Pozwala jej się rozbujać tak samo, jak to ja uczyniłam, opowiadając o Lesie Duchów. Zresztą pani Linde mówi, że teologja pana Ferry jest niezdrowa. Pan Gresham to bardzo dobry i bardzo religijny człowiek, lecz opowiadał zbyt wiele zabawnych historyj i ludzie śmieli się w kościele. Nie miał dość godności, a pastor powinien umieć zdobyć sobie szacunek, czy nie, Mateuszu? Uważałam, że pan Marshall był stanowczo niezmiernie pociągający, lecz pani Linde mówi, że jest on nieżonaty, a nawet niezaręczony. Wywiadywała się o to specjalnie i twierdzi, że niema sensu, aby w Avonlei był młody nieżonaty pastor, bo musiałby sobie szukać żony pośród swoich parafjan, a to dałoby powód do wielu nieporozumień. Pani Linde jest to bardzo daleko widząca osoba, czy nie, Mateuszu? Cieszę się, że wybrano pana Allana. Lubię go, bo kazanie miał zajmujące i modlił się z przejęciem, a nie czynił tego z przyzwyczajenia jedynie. Pani Linde mówi, że on nie jest znakomity, ale że nie możemy spodziewać się znakomitego pastora za siedemset pięćdziesiąt dolarów rocznie, a bądź co bądź jego nauka religji jest zdrowa, gdyż wypytywała go bardzo dokładnie o rozmaite kwestje. Zna także rodzinę jego żony: mężczyźni są ludzie godni szacunku, a kobiety znakomite gospodynie. Pani Linde mówi, że zdrowe poglądy męża i gospodarność żony stanowią idealne połączenie dla pastorstwa.
Nowy pastor i jego żona było to młode, o miłej powierzchowności małżeństwo, żyjące jeszcze w swym miodowym miesiącu, natchnione dobrocią i gorącym zapałem do obranego zawodu. Avonlea odrazu przyjęła ich z wielką serdecznością. Starzy i młodzi polubili szczerego, wesołego młodzieńca o szczytnych ideałach i jasną, śliczną młodą gosposię. Ania także wkrótce serdecznie pokochała panią Allan, znalazłszy w niej nową pokrewną duszę.
— Pani Allan jest wistocie godna miłości — zauważyła pewnego niedzielnego popołudnia. — Prowadzi naszą klasę i jest znakomitą nauczycielką. Przyznaje otwarcie, że nie uważa za słuszne, aby tylko nauczyciel miał prawo do zadawania pytań. Maryla pamięta zapewne, że to jest moje własne zdanie. Pozwala dzieciom pytać, ile tylko chcą. To też ja stawiam jej bardzo dużo pytań. Ja bo potrafię zasypywać pytaniami, prawda, Marylo?
— O, co to, to bez wątpienia — skwapliwie potwierdziła Maryla.
— Nikt prócz mnie więcej nie pytał, z wyjątkiem Ruby Gillis, która pragnęła się dowiedzieć, czy będzie tego lata zwykła niedzielna wycieczka szkolna. Mnie takie zapytanie wydało się nieodpowiednie, bo wszakże nie miało najmniejszego związku z lekcją — czytałyśmy legendę o Danielu w lwiej paszczy — lecz pani Allan uśmiechnęła się tylko i rzekła, że przypuszcza, iż wycieczka się odbędzie. Pani Allan ma śliczny uśmiech; posiada takie czarujące dołeczki w policzkach. Jabym także bardzo pragnęła mieć dołeczki, Marylo. Nie jestem już ani w części tak chuda, jaką byłam, przybywszy tutaj, ale dołeczków nie mam jeszcze. Być może, iż gdybym je posiadała, potrafiłabym mieć dobry wpływ na ludzi. Pani Allan twierdzi, że powinniśmy zawsze starać się dobrze wpływać na innych. Ona tak ładnie mówi o wszystkiem. Czuję, że cieszy się tem, że jest dobra. Gdybym ja mogła być dobrą, tańczyłabym i śpiewała z radości dzień cały. Pani Allan jest zbyt poważna, by tańczyć i śpiewać, a zresztą nie byłoby to może odpowiednie dla żony pastora, czy nie?
— Sądzę, że wkrótce należałoby zaprosić państwa Allan na herbatę — rzekła Maryla w zamyśleniu. — Byli już prawie wszędzie, prócz u nas. Zastanówmy się nad tem. Sądzę, że przyszła środa byłaby odpowiednia. Nie wspominaj jednak o tym planie Mateuszowi, bo gotów znaleźć sobie jaką wymówkę, aby dnia tego być poza domem. Do starego pana Bentleya przywykł już, ale za ciężkie przejście uważać będzie zapoznanie się z nowym pastorem, a już odwiedziny jego żony napędzą mu śmiertelnego strachu.
— Będę milcząca jak grób — zapewniła Ania. — Ale czy Maryla pozwoli mi upiec ciasto na tę uroczystość? Chciałabym przyrządzić coś dla pani Allan, a wszakże w ostatnich czasach nauczyłam się tak dobrze piec!
— Owszem, możesz upiec.
Poniedziałek i wtorek minęły na wielkich przygotowaniach na Zielonem Wzgórzu. Przyjęcie pastorstwa herbatą było niezmiernie doniosłym wypadkiem, a Maryla postanowiła nie dać się prześcignąć tym razem żadnej z gospodyń Avonlei. Ania żyła w gorączce zachwytu i oczekiwania. We wtorek wieczór opowiadała o wszystkiem Djanie, siedząc z nią na wielkich czerwonych kamieniach, niedaleko Źródła Nimf leśnych i maleńkiemi gałązkami robiąc tęczę w wodzie.
— Wszystko jest już gotowe, Djano, prócz mego tortu, który upiekę jutro rano, i maleńkich biszkopcików z piany, które Maryla przygotuje w ostatniej chwili, tuż przed podaniem herbaty. Wierzaj mi, Djano, żeśmy z Marylą przeżyły dwa niezmiernie pracowite dni. Wszak nie drobnostka przyjęcie pastorstwa herbatą! Gdybyś zajrzała do naszej śpiżarni, niewątpliwie ślinka napłynęłaby ci do ust. Najpierw kurczęta w galarecie i ozór na zimno; następnie dwa rodzaje marmelad, czerwona i żółta, bita śmietanka, biszkopty z cytryną i wiśniami, trzy rodzaje pasztecików, owe sławne konfitury ze śliwek, które Maryla przechowuje tylko dla gości, tort mojej roboty i biszkopciki z piany, o których wspominałam. Nadto świeżutki chleb i dawniejszy też, specjalnie dla pastora, gdyby przypadkiem nie był zupełnie zdrów na żołądek. Pani Linde mówi, że pastorowie najczęściej źle trawią, ale mnie się zdaje, że pan Allan jest jeszcze chyba zbyt krótko pastorem, aby to już miało taki zły wpływ nań wywrzeć. Zimny dreszcz mnie przejmuje, gdy myślę o moim torcie! Ach, Djano, jeżeliby się nie udał! Ostatniej nocy śniło mi się, że gonił mnie jakiś straszny duch z wielkim tortem zamiast głowy.
— Ależ będzie dobry, przepyszny — zapewniała Djana, zawsze gotowa pocieszać swych przyjaciół. — Wierzaj mi, ów kawałek ciasta, którem się podzieliłaś ze mną dwa tygodnie temu na podwieczorku w Zaciszu Słowika, był wyśmienity, a przecież tyś go piekła!
— Tak, to prawda, lecz ciasta mają tę szkaradną własność, iż właśnie nie udają się wówczas, gdy pragniemy, aby były jak najlepsze — westchnęła Ania, maczając w wodzie przesiąkniętą żywicą gałązkę. — Wreszcie powierzę wszystko dobrym losom i będę uważała, wstawiając tort do pieca. Ach, spójrz, Djano, jaka wspaniała tęcza! Czy nie sądzisz, że gdy stąd odejdziemy, nimfa leśna zjawi się, aby ją sobie wziąć na szarfę?
— Wiesz wszakże, iż niema nimf na świecie — rzekła Djana.
Matka jej zasłyszała także o Lesie Duchów i surowo nakazała dziewczynce trzymać na wodzy swą imaginację. To też Djana uważała za słuszne nie zajmować się nawet niewinnemi nimfami.
— Ależ to tak przyjemnie wyobrażać sobie, iż one istnieją — rzekła Ania. — Codziennie wieczorem, zanim się kładę spać, spoglądam przez okno i zdaje mi się, że widzę nimfę, jak rozczesuje swe loki nad źródłem, służącem jej za zwierciadło. Czasami rozeznaję ślady jej stóp na rosie porannej. Ach, Djano, nie trać wiary w nimfy!
Nadszedł poranek środowy. Ania wstała o wschodzie słońca; była zbyt podniecona, aby móc spać dłużej. Poprzedniego wieczoru, przemoczywszy nogi w stawie, nabawiła się wprawdzie silnego kataru, lecz jedynie ciężka jaka choroba potrafiłaby ją tego rana powstrzymać od zajęć w kuchni. Natychmiast po śniadaniu zabrała się do przygotowywania tortu, a kiedy wreszcie zamknęła drzwiczki piecyka, z piersi jej wyrwało się głębokie westchnienie ulgi.
— Jestem pewna, że tym razem nie zapomniałam o niczem, Marylo! Ale czy wyrośnie? Czy aby proszek, zastępujący drożdże, jest świeży? Wzięłam go z zapieczętowanego słoiczka. Lecz pani Linde twierdzi, że w obecnych czasach, kiedy wszystko fałszują, nie można być pewnym, że proszek jest świeży. I pani Linde mówi, że rząd powinienby się wtrącić w tę sprawę; lecz ona pewnie nie doczeka takiej chwili, dopóki partja konserwatywna pozostanie u steru. Marylo, a jeśli ciasto nie wyrośnie?
— Będziemy mieli dość i bez niego — zauważyła Maryla z niezamąconym spokojem.
Ale ciasto wyrosło i wyjęte z piecyka było pulchne i żółciutkie jak złota piana. Ania pokraśniała z zachwytu, przystroiła je czerwoną galaretką i w wyobraźni swej już widziała panią Allan ze smakiem spożywającą jeden kawałek i proszącą o drugi!
— Maryla każe zapewne nakryć najpiękniejszą zastawę do herbaty — rzekła. — Czy mogłabym przystroić stół paprociami i polnemi różyczkami?
— Uważam to za niemądre — mruknęła Maryla. — Mojem zdaniem, smaczne potrawy są najważniejsze, nie zaś przystrajanie stołu.
— Pani Barry przystroiła swój — odpowiedziała Ania sprytnie — a pastor wynagrodził jej trudy bardzo zręcznym komplementem. Powiedział, że jest to takaż uczta dla oka jak i dla podniebienia.
— Więc uczyń, jak ci się podoba — przyzwoliła wreszcie Maryla, stanowczo zdecydowana nie dać się prześcignąć w przyjęciu ani pani Barry, ani komukolwiek innemu. — Nie zapomnij zostawić dość miejsca dla półmisków i salaterek.
Ania przystroiła stół w ten sposób, iż pani Barry nigdy nie byłaby w stanie jej dorównać. Mając obfitość paproci i różyczek, z natury zaś obdarzona niezmiernie artystycznym smakiem, potrafiła przeobrazić stół podwieczorkowy w coś tak pięknego, że pastor i żona jego, zasiadłszy do herbaty, nie potrafili się powstrzymać od wykrzyków zachwytu.
— To Ani zasługa — przyznała Maryla, zawsze sprawiedliwa.
A Ania uczuła, że przychylny uśmiech pani Allan było to zbyt wiele szczęścia na ziemi.
Mateusz nie wydalił się z domu dzięki wymowie Ani. Odwiedziny te wprawiły go w taki stan nieśmiałości i zdenerwowania, że Maryla porzuciła nadzieję przekonania go, by zasiadł przy stole. Lecz Ania potrafiła tak szczęśliwie nań wpłynąć, iż oto w swem świątecznem ubraniu i białym kołnierzyku siedział obok pastora, zagłębiony w bardzo zajmującej rozmowie o rolnictwie. Rozumie się, iż nie bawił pani Allan, lecz tego przecież nikt nie śmiał od niego wymagać.
Wszystko szło jak z płatka, dopóki nie nadeszła chwila częstowania ciastem roboty Ani. Pani Allan, mając przed sobą talerzyk najrozmaitszych ciasteczek, podziękowała za tort. Lecz Maryla, widząc rozczarowanie na twarzyczce Ani, rzekła z uśmiechem:
— Ale pani nie odmówi skosztowania tego tortu. Ania upiekła go specjalnie dla pani.
— W takim razie muszę go spróbować — roześmiała się pastorowa, biorąc spory trójkącik, co też uczynili mąż jej i Maryla.
Pani Allan wzięła kęs do ust i dziwny wyraz odmalował się na jej twarzy. Nie wyrzekła ani słowa, powoli żując trzymany w ustach kawałek. Maryla, zauważywszy to, pośpieszyła także skosztować ciasto.
— Aniu! — krzyknęła — coś ty dodała do tego ciasta?
— Nic, prócz tego, co przepis nakazuje — zawołała Ania przerażona. — Czy niesmaczne?
— Niesmaczne? Ależ wstrętne! Niechże go pani nie je, pani Allan! Aniu, skosztuj, proszę. I powiedz, coś dodała do mąki?
— Wanilję — odpowiedziała Ania, spłoniona z przerażenia po skosztowaniu ciasta. — Tylko wanilję. Ach, Marylo, to z pewnością proszek, zastępujący drożdże. Miałam podejrzenia co do tego pr...
— Proszek, nie proszek! Pójdź, przynieś mi natychmiast słoik z wanilją, której użyłaś.
Ania, skoczywszy do spiżarni, powróciła ze słoiczkiem, napełnionym do połowy brunatnym płynem i opatrzonym żółtą etykietą: „Najlepsza wanilja“.
Maryla odkorkowała go i powąchała.
— Na litość Boską, Aniu! Toć dodałaś kropli walerjanowych. W zeszłym tygodniu stłukłam buteleczkę z temi kroplami i wlałam pozostałość do starego pustego słoiczka od wanilji. Przyznaję, że to poczęści moja wina — powinnam cię była uprzedzić — lecz, na miłość Boską, czemu nie powąchałaś?
Ania rozpłakała się rzewnie.
— Nie mogłam... nie czułabym, miałam taki straszny katar! — i z temi słowy pobiegła na górę, do swego pokoiku, gdzie padła na łóżko, szlochając, jak ten, kogo już nikt nie zdoła pocieszyć.
Po chwili na schodach rozległy się lekkie kroki i ktoś wszedł do pokoiku.
— Ach, Marylo — jęknęła Ania, nie podnosząc głowy z poduszki. — Jestem na zawsze unieszczęśliwiona. Nie potrafię tego przeżyć. Wypadek ten stanie się głośny... w Avonlei każda drobnostka staje się głośną. Djana zapyta, jak mi się udało ciasto i będę zmuszona wyznać jej prawdę. Będę na zawsze napiętnowana jako dziewczynka, która dodała do ciasta kropli walerjanowych, zamiast wanilji. Chłopcy w szkole nie przestaną wyśmiewać się ze mnie. Ach, Marylo, jeśli posiadacie choć odrobinę litości, nie każcie mi teraz powrócić do stołu. Posprzątam wszystko, gdy pastor z żoną odjadą, lecz nie mogę teraz spojrzeć w oczy pani Allan. Może myśli, że próbowałam ją otruć... Pani Linde opowiadała, że zna dziewczynkę sierotę, która chciała otruć swą opiekunkę. Ale wszakże krople walerjanowe to nie trucizna. Zażywa się na wewnątrz... rozumie się, że nie do ciast. Czy Maryla zechce to wszystko powiedzieć pani Allan?
— Czy nie mogłabyś wstać i sama jej to opowiedzieć? — rzekł wesoły głosik.
Ania zerwała się. Obok jej łóżka stała pani Allan, spoglądając na nią figlarnym wzrokiem.
— Moje kochane dziewczątko, nie płaczże tak bardzo! — rzekła, zasmucona nieszczęśliwą miną Ani. — Toż to jedynie komiczna pomyłka, mogącą się każdemu przytrafić.
— O nie, wszakże to mnie tylko wydarzają się tego rodzaju pomyłki — skarżyła się Ania zrozpaczona. — A tak bardzo pragnęłam, by ciasto się udało właśnie dla uczczenia odwiedzin pani.
— Wiem o tem, kochanie! I zapewniam cię, że potrafię uznać i ocenić twoje dobre chęci i starania zupełnie tak samo, jak gdyby tort był jak najlepszy. No, przestańże płakać i chodź na dół pokazać mi twój ogródek kwiatowy. Panna Cutbert mówiła mi, że posiadasz swój własny kawałek gruntu. Pragnęłabym przypatrzyć się twoim roślinom, bo niezmiernie lubię kwiaty.
Ania pozwoliła się sprowadzić i pocieszać, rada, że w pani Allan znajduje znowu pokrewną duszę. O torcie nie było więcej mowy, a kiedy goście pożegnali gospodarstwo, Ania zauważyła, iż popołudnie to upłynęło jej o wiele przyjemniej, niż można tego było oczekiwać ze względu na przykre wydarzenie. Niemniej jednak westchnęła głęboko.
— Czyż to nie cudownie, Marylo, że jutro następuje nowy dzień, w którym jeszcze nie uczyniłam żadnego głupstwa?
— Mam nadzieję, że popełnisz niejedno — rzekła Maryla. — Pod tym względem nikt ci nie dorówna.
— Wiem o tem — przyznała Ania z pokorą. — Ale czy Maryla zauważyła u mnie ten objaw pocieszający? Nigdy dwukrotnie nie popełniam tego samego błędu!
— Niewiele na tem zyskujesz, jeśli wymyślasz coraz to nowe.
— Ależ, Marylo! Wszakże musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba jest w stanie uczynić, więc kiedy spełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.
— Tak, tak, ale oto teraz pójdź raczej zanieść to ciasto dla wieprzków — rzekła Maryla. — Żaden człowiek nie potrafiłby tego przełknąć.





ROZDZIAŁ III.

Odwiedziny Ani u pastorstwa.

— Czemuż to oczy twoje, Aniu, błyszczą taką radością? — spytała Maryla dziewczynkę, gdy powracała z poczty. — Czyś może znowu znalazła jaką pokrewną duszę?
W rzeczywistości cała postać Ani promieniała radością, która tryskała z jej oczu i ujawniała się w każdym ruchu. Zbliżała się aleją, podskakując niby lekki duch leśny, unoszący się pośród łagodnych promieni słonecznych i leniwych cieni zapadającego sierpniowego wieczoru.
— Nie, Marylo, ale czy to do uwierzenia? Jestem zaproszona na jutro popołudniu, na podwieczorek, do pastorstwa! Pani Allan pozostawiła dla mnie ten oto list na poczcie. Proszę spojrzeć, Marylo! „Panna Ania Shirley na Zielonem Wzgórzu“. Po raz pierwszy w życiu nazwano mnie „panną“. Jakiegoż uczucia doznałam! List ten zachowam na zawsze pomiędzy memi najdroższemi skarbami.
— Pani Allan wspominała mi, że ma zamiar zapraszać z kolei na podwieczorek wszystkie dzieci ze szkoły — rzekła Maryla, bardzo chłodno przyjmując to cudowne wydarzenie. — Niepotrzebnie się tak gorączkujesz. Naucz się brać rzeczy spokojniej.
Lecz dla Ani nauczyć się brać rzeczy spokojniej znaczyło zmienić jej naturę. Jej żywe i uczuciowe usposobienie przyjmowało troski i radości życiowe z potrójną siłą. Nie uszło to uwagi Maryli i było źródłem jej niepokoju. Przewidywała, że przeciwności życiowe niejednokrotnie mocno zranią tę impulsywną duszę, lecz przeoczyła zarazem, że jednocześnie ta zdolność silnego odczuwania i rozkoszy potrafi to wynagrodzić dziewczynce. To też Maryla uważała za swój obowiązek nakłaniać Anię do spokoju i równego usposobienia, czegoś zarówno obcego jej naturze, jak promieniowi słonecznemu, igrającemu na falach strumienia. Ze smutkiem więc przyznawała, iż dotychczasowe jej starania były najzupełniej bezowocne. Ilekroć np. jakaś nadzieja lub długo żywiony plan spełzł na niczem, Ania pogrążała się w „głębię rozpaczy“. Jeśli się natomiast życzenia jej spełniły, rozpływała się w morzu szczęścia. Maryla utraciła już prawie nadzieję przekształcenia swej pupilki kiedykolwiek w dziewczę wzorowe o skromnem obejściu i nieśmiałem zachowaniu. Nigdyby też nie uwierzyła, iż właściwie kochała Anię daleko więcej taką, jaką była z natury.
Tego wieczoru Ania udała się na spoczynek smutna i zgnębiona, gdyż Mateusz oznajmił, że wiatr zmienił kierunek na północno-wschodni i wobec tego jutro możliwa jest niepogoda. Szmer liści topolowych wokoło domu niepokoił ją, wydawał jej się odgłosem spadających kropli deszczu, zaś głuchy, daleki szum zatoki morskiej, któremu zazwyczaj przysłuchiwała się z rozkoszą, zachwycona jego oryginalnym, dźwięcznym, podnoszącym się i opadającym rytmem, teraz wydawał się przepowiednią burzy i klęski dla dziewczynki, pragnącej wyjątkowo pięknej pogody. Zdawało się Ani, że ranek nigdy nie nadejdzie.
Lecz wszystko na świecie ma swój koniec, więc i noc, poprzedzająca dzień, w którym jest się zaproszonym na podwieczorek do pastorstwa, również się skończyła. Wbrew nieprzychylnym przepowiedniom Mateusza, ranek był prześliczny, a z tem usposobienie Ani nad wyraz wesołe.
— Ach, Marylo, jest mi dziś tak na duszy, iż pragnęłabym kochać wszystkich wokoło — wybuchnęła z przejęciem, zajęta zmywaniem naczyń od śniadania. — Nie możecie mieć pojęcia, jaką się dobrą czuję! Gdybym mogła taką zostać! Wydaje mi się, iż potrafiłabym być wzorową, jeślibym codziennie bywała zapraszana na podwieczorek. Bądź co bądź, jest to bardzo wielka uroczystość, czy nie, Marylo? I lękam się niezmiernie, czy też potrafię znaleźć się odpowiednio? Maryla wie wszakże, iż jeszcze nigdy nie byłam na podwieczorku na probostwie i niemam pojęcia o rozmaitych prawidłach etykiety, pomimo że, zanim tu przybyłam, przeglądałam codziennie w „Ognisku Domowem“ dział „Wskazówki dobrego ułożenia“. Obawiam się tak bardzo, że uczynię coś niestosownego lub zapomnę zrobić coś takiego, co powinnam. Czy np. wypada wziąć sobie drugą porcję czegoś, na co się ma niezmierną ochotę.
— Wadą twoją, Aniu, jest, że zbyt wiele myślisz o sobie samej. Powinnaś myśleć o pani Allan i o tem, co dla niej będzie miłe i przyjemne — rzekła Maryla, trafiwszy może pierwszy raz w życiu na zdrową i rozumną przestrogę. Ania natychmiast ją pojęła.
— Maryla ma słuszność. Spróbuję wcale o sobie nie myśleć.
Widocznie pierwsze te odwiedziny minęły dla Ani bez wielkich błędów przeciw „etykiecie“, gdyż o zmierzchu, gdy niebo wieczorne kąpało się w cudnych blaskach złotych i różowych, powróciła do domu rozweselona i szczęśliwa. Usiadłszy na kamiennych schodkach u drzwi kuchni, złożyła swą znużoną kędzierzawą główkę na kolanach Maryli i zaczęła opowiadać.
Świeży wietrzyk przypływał z rozległych łąk, ciągnących się poza skrajem lasu, i szumiał pomiędzy topolami. Wielka jasna gwiazda błyszczała ponad sadem, a pomiędzy paprociami i kołyszącemi się gałązkami uwijały się świętojańskie robaczki. Ania, mówiąc, śledziła za niemi wzrokiem, a wietrzyk, robaczki świętojańskie i gwiazdy zlewały się w jej oczach w coś niewymownie słodkiego i czarującego.
— Ach, Marylo, przeżyłam uroczą chwilę. Czuję, że nie żyłam napróżno... Kiedy przyszłam na probostwo, pani Allan przywitała mnie już u drzwi. Miała na sobie suknię z jasno różowego muślinu, z krótkiemi rękawami, przybraną całemi tuzinami falbanek. Wyglądała zupełnie jak anioł! Wie Maryla, iż zdaje mi się, że chciałabym zostać żoną pastora, gdy dorosnę. Pastor nie zwracałby uwagi na moje rude włosy, bo wszakże nie obchodzą go takie światowe sprawy. Lecz wobec tego, że jako pastorowa musiałabym być niezwykle dobrą i łagodną, a być nią nie potrafię, niema o czem myśleć. Jedni ludzie bywają dobrzy z natury, prawda? Inni zaś nie. Ja należę do tych innych. Pani Linde mówi, że mam wiele błędów wrodzonych.
Jakkolwiek bardzo staram się być dobrą, nie potrafię nigdy zostać taką, jaką bywają osoby już z natury dobre. Jest to poczęści to samo, co z geometrją, sądzę. Ale czyż starania nie powinny także być cenione? Pani Allan należy do ludzi dobrych z natury. Kocham ją szalenie. Jest to naprawdę niezmiernie dziwne, że niektóre osoby, jak np. panią Allan i Mateusza, można pokochać odrazu, od pierwszego wejrzenia; inne zaś, jak panią Linde, trzeba się dopiero przyzwyczajać kochać.
To pewne, że powinno się je kochać, bo zasługują na to, jako rozumne i czynne działaczki, ale należy bezustannie mieć się na baczności, by o tem nie zapomnieć. Jeszcze jedna dziewczynka ze szkoły niedzielnej w Białych Piaskach była na tym podwieczorku na probostwie. Nazywa się Lauretta Bradley, bardzo ładna dziewczynka. Zapewne, że nie pokrewna dusza, ale jednak bardzo milutka. Podwieczorek był niezmiernie elegancki, i zdaje mi się, że nie uchybiłam przepisom etykiety. Po herbacie pani Allan grała i śpiewała, i nam również kazała śpiewać. Zauważyła, iż mam ładny głos i powiedziała, że, przekonawszy się o tem, przyłączy mnie do chóru szkoły niedzielnej. Na samą tę myśl drżę ze wzruszenia! Tak bardzo pragnęłam śpiewać w chórze wraz z Djaną, ale zawsze lękałam się, iż tego zaszczytu nie dostąpię.
Lauretta musiała wcześnie powrocie do domu, bo w Białych Piaskach odbywa się dziś koncert, na którym występuje jej siostra. Lauretta opowiadała, że Amerykanie, do których ten hotel należy, urządzają co dwa tygodnie koncert na korzyść szpitala w Charlottetown i proszą młodzież z Białych Piasków o współudział. Mówiła także, że i ona ma nadzieję być w najbliższych dniach zaproszoną. Naprawdę, że spoglądałam na Laurettę z szacunkiem.
Po jej odejściu gawędziłyśmy z panią Allan bardzo serdecznie. Opowiedziałam jej wszystko... o pani Thomas i o bliźniętach, o mojej Kasieńce i o Violecie, o mojem przybyciu na Zielone Wzgórze i tych ciężkich kłopotach z geometrją. I czy Maryla uwierzy? Pani Allan mówi, że i ona była tępa w geometrji. Trudno sobie wyobrazić, wiele mi to dodało otuchy!
Gdy opuszczałam probostwo, nadeszła pani Linde i niech Maryla posłucha, co za nowina! Rada szkolna wybrała nowego nauczyciela, kobietę! Nazywa się Marjela Stacy[1]. Czy to nie romantyczne imię? Pani Linde powiada, że nigdy dotąd nie bywało w Avonlei nauczyciela płci żeńskiej i że się lęka, że to niebezpieczna inowacja. Lecz mnie się wydaje, iż to będzie cudnie mieć nauczycielkę, i nie wyobrażam sobie wcale, jak ja przeżyję te dwa tygodnie, dzielące nas od rozpoczęcia nauki w szkole. Tak niecierpliwie radabym zobaczyć pannę Stacy.





ROZDZIAŁ IV.

Ofiara Ani dla sprawy honorowej.

Niestety, Ania była zmuszona czekać dłużej, niż dwa tygodnie. Wobec tego, że miesiąc minął od chwili ostatniego wypadku z ciastem, czas już był na jakąś nową niezwykłą przygodę. O drobnych pomyłkach tego rodzaju, jak że w roztargnieniu wylała garnuszek zbieranego mleka zamiast do szaflika ze strawą dla trzody, do koszyka z wełną lub że na przechadzce, zatopiona w marzeniach, zeszła z mostku wprost do strumienia — i wspominać nie warto.
W tydzień po podwieczorku na probostwie Djana Barry zaprosiła gości do siebie.
— Nie liczne ale dobrane towarzystwo — zapewniała Ania Marylę. — Tylko dziewczęta z naszej klasy.
Panienki bawiły się doskonale, i nic niezwykłego nie zakłóciło wesołego nastroju aż do podwieczorku, po którym zebrały się w cienistym ogrodzie Barrych, nieco znużone monotonnością gier, gotowe podjąć każdy figiel, jakiby się nadarzył. To też po chwili zaczęła się gra w „wyzywankę“.
„Wyzywanka“ była to w obecnej chwili niezmiernie modna zabawa pośród młodzieży szkolnej w Avonlei. Wprowadzili ją chłopcy, ale wkrótce zajęła ona i dziewczęta, i odtąd wszystkie szalone figle, jakie tego lata miały miejsce w Avonlei, były następstwem „wyzywanki“, uprawianej gorliwie przez młodzież szkolną. Opisy ich zapełniłyby niewątpliwie całą książkę.
Pierwsza Carrie Slone oświadczyła, że Ruby Gillis nie odważy się wdrapać do pewnej wysokości na wielką starą topolę, stojącą przed domem. Rozumie się, że Ruby Gillis wykonała tę śmiałą próbę, pomimo śmiertelnego lęku, jakim ją przejmowały wielkie zielone liszki, zamieszkujące to drzewo i pomimo obawy gniewu matki w razie rozdarcia nowej muślinowej sukienki. Carrie Slone zawstydziła się niezmiernie.
Potem Józia Pay zauważyła, że Janka Andrews nie potrafiłaby obejść ogrodu, skacząc na lewej nodze, nie zatrzymując się ani na chwilę i nie dotknąwszy prawą nogą ziemi. Janka z wielką pewnością siebie spróbowała to uczynić, lecz już na trzecim skręcie zatrzymała się i musiała uznać swą porażkę.
Wobec tego, że Józia triumf swój wyraziła mniej delikatnie, niżby koleżanka winna to uczynić, Ania Shirley wyzwała ją aby się przeszła po płocie, okalającym ogród ze wschodniej strony. „Przejście“ po płocie wymaga więcej zręczności i zimnej krwi, niż przypuścić może ten, co tego nigdy nie próbował. Lecz Józia Pay, choć pozbawiona pewnych zalet, zdobywających sympatję otoczenia, posiadała natomiast wrodzony i starannie pielęgnowany talent chodzenia po płotach. To też Józia przeszła się po płocie z miną lekceważącą, zdającą się twierdzić, że podobna drobnostka nie warta była „wyzywanki“. Ogólny podziw nagrodził jej zręczność; większość dziewcząt umiała ją ocenić, gdyż same nieraz bezskutecznie starały się wykonać podobną próbę. Józia zeskoczyła z ostatniego pala, rozpromieniona swem zwycięstwem, rzucając Ani wyzywające spojrzenie.
Ania skubała swe rude warkocze.
— Nie uważam, aby to było coś tak niezwykłego przejść się po krótkim i niskim płocie — rzekła. Znam dziewczynkę w Maryville, która potrafi przejść po szczytowej desce dachu.
— Nie wierzę temu — odpowiedziała Józia bez wahania. — Nie wierzę, aby ktokolwiek potrafił przejść po szczytowej desce dachu. Ty przynajmniej nie umiałabyś tego uczynić!
— Nie umiałabym? — zawołała Ania.
— A więc pokaż, jeśli umiesz! — rzekła Józia wyzywająco. — Ja wyzywam cię, byś weszła na dach i przespacerowała się po desce szczytowej nad kuchnią państwa Barrych.
Ania zbladła, lecz nie było rady. Zwróciła się ku domowi, gdzie stała drabina, oparta o daszek kuchni. Rozległ się okrzyk wszystkich piątoklasistek „O!“ — okrzyk poczęści przerażenia, poczęści podziwu.
— Nie czyń tego, Aniu! — błagała Djana. — Spadniesz i zabijesz się! Nie zwracaj uwagi na Józię Pay. Nieuczciwie jest wyzywać kogoś na niebezpieczeństwo.
— Muszę to uczynić. Honor mój tu w grę wchodzi — rzekła Ania uroczyście. — Przejdę po desce szczytowej lub zginę w tej próbie, Djano. A jeśli zginę, zatrzymaj na pamiątkę mój pierścionek z perełek.
Głuche milczenie zapanowało, gdy Ania wchodziła na drabinę, dosięgła deski szczytowej, wyprostowała się i stanęła, by osiągnąć równowagę. I zaczęła wędrówkę, nabrawszy nagle przeświadczenia, że posuwanie się na tej wysokości jest wcale nie łatwem zadaniem, przy którem bogactwo wyobraźni nic a nic pomóc nie może. Pomimo to udało jej się uczynić szczęśliwie kilka kroków. Lecz nagle straciła równowagę, zachwiała się i upadła, staczając się po rozgrzanym przez słońce dachu i rozdzierając wijące się po nim sploty dzikiego wina. Stało się to w mgnieniu oka, zanim przerażone koło widzów zdołało wydać chóralny, pełen trwogi okrzyk.
Jeśliby Ania spadła była z dachu po stronie, od której weszła, bez wątpienia Djana zostałaby spadkobierczynią pierścionka z perełek. Szczęściem, ześlizgnęła się po stronie przeciwległej, gdzie dach był bardzo niski i dotykał prawie ziemi, co czyniło upadek w tem miejscu wcale nie tak bardzo niebezpiecznym. Jednakże gdy Djana i wszystkie dziewczęta — prócz Ruby Gillis, która pozostała jak wryta w ziemię, zalewając się łzami — popędziły na drugą stronę domu, znalazły Anię bladą i bezsilną, leżącą pośród poniszczonych pędów dzikiego wina.
— Aniu, czyś zabita? — krzyknęła Djana, rzucając się na kolana obok przyjaciółki. — O, Aniu, droga Aniu, powiedz choć jedno słóweczko, powiedz, czy żyjesz jeszcze?
Ku wielkiemu uspokojeniu wszystkich dziewcząt, specjalnie zaś Józi Pay, która, pomimo braku wyobraźni, oczami duszy widziała się już w przyszłości zhańbioną piętnem winy przedwczesnej tragicznej śmierci Ani Shirley, Ania uniosła się, chwiejąc, i odpowiedziała słabym głosem:
— Nie, Djano, nie zabiłam się, lecz zdaje mi się, że zemdlałam.
— Jakto? — zaszlochała Carrie Slone. — Jakto, Aniu?
Lecz zanim Ania zdążyła odpowiedzieć, pani Barry ukazała się na progu domu.
Spostrzegłszy ją, Ania spróbowała wstać, ale natychmiast z lekkim okrzykiem bólu opadła na miejsce.
— Co się stało? Gdzieżeś się zraniła? — spytała pani Barry.
— W kostkę nogi — jęknęła Ania. — Ach, Djano, błagam cię, poszukaj twego ojca i poproś, by mnie odwiózł do domu. Czuję, że nie potrafiłabym sama tam zajść. I jestem pewna, że nie udałoby mi się tego dokonać, skacząc na jednej nodze, skoro Janka nie potrafiła w ten sposób okrążyć nawet ogrodu.
Maryla była właśnie w sadzie zajęta zbieraniem letnich jabłek, gdy spostrzegła pana Barry, jak, przeszedłszy kładkę, zbliżał się ku Zielonemu Wzgórzu. Na rękach niósł Anię, której głowa spoczywała na jego ramieniu. Obok szła pani Barry, a za nimi cała gromada dziewcząt.
W owej to chwili dopiero Maryla uświadomiła sobie swój stosunek do przybranego dziecka. Nagłe uczucie bólu, jakie ją przeniknęło, przeświadczyło ją, czem Ania dla niej była. Zawsze gotowa przyznać, że lubiła Anię... nawet, że była do niej przywiązaną, teraz, biegnąc, strwożona w dół wzgórza, zrozumiała, że Ania była jej droższa nad wszystko.
— Panie Barry, co jej się stało? — wybuchnęła bledsza i bardziej wzruszona niż to kiedykolwiek zdarzyć się mogło owej rozumnej i trzeźwej Maryli.
Ania uniosła głowę i sama odpowiedziała:
— Niech się Maryla nie przeraża. Chodziłam po desce szczytowej dachu i spadłam. Zdaje mi się, że zwichnęłam nogę w kostce. Ale, Marylo, mogłam była kark skręcić. Należy zawsze brać rzeczy z dobrej strony.
— Powinnam była przewidzieć, że coś podobnego się stanie, gdy ci pozwolę znowu wziąć udział w zabawie — rzekła Maryla, nie potrafiwszy powstrzymać się od szorstkiej uwagi. — Proszę tędy, panie Barry! Złóżcie ją na sofie. Na miłość Boską, toć ona zemdlała!
Była to istotnie prawda. Ziściło się jedno z najgorętszych życzeń Ani; znużona cierpieniem zemdlała.
Mateusz, szybko odwołany od żniwa, pośpieszył po doktora, który natychmiast przybył, aby stwierdzić, iż wypadek był cięższy, niż przypuszczano. Noga Ani była w kostce złamana.
Tegoż wieczoru, kiedy Maryla udała się do pokoiku na facjatce, gdzie blade dziewczątko spoczywało w łóżku, przywitał ją żałosny okrzyk:
— Czy Maryli bardzo mnie żal?
— Była to twoja własna wina — odpowiedziała Maryla, spuszczając roletę i biorąc się do zapalenia lampy.
— Właśnie dlatego powinna mnie Maryla żałować — skarżyła się Ania. — Wszakże przeświadczenie, że wszystko stało się z mojej winy, czyni dzisiejsze przejście takiem ciężkiem. Gdybym miała prawo złożyć winę na kogo innego, byłoby mi o wiele lżej. Ale coby też Maryla uczyniła, gdyby ją „wyzwano“ na przejście się po desce szczytowej dachu?
— Pozwoliłabym się „wyzywać“, ileby tylko chciały, a sama stałabym na pewnym gruncie. Co za szalone pomysły!
Ania westchnęła.
— Ale bo też Maryla posiada taką siłę woli!... Ja nie mam jej wcale. Czułam, że nie potrafiłabym przenieść pogardy Józi Pay. Pyszniłaby się ze swego zwycięstwa nademną przez całe życie. I zdaje mi się, że zostałam już tak surowo ukarana, iż Maryla nie powinna się na mnie gniewać. Przedewszystkiem zemdlenie nie jest wcale przyjemne. I doktór sprawił mi okropny ból, nastawiając nogę. Nie będę mogła chodzić przez jakieś sześć, siedem tygodni i przez ten czas nie zobaczę nowej nauczycielki. Kiedy znowu zacznę uczęszczać do szkoły, ona nie będzie już nową. A każdy kolega będzie mógł mnie prześcignąć i zająć pierwsze miejsce w klasie. Ach, jestem srodze przez los prześladowana. Lecz postaram się wszystko przenieść odważnie, aby tylko Maryla nie gniewała się na mnie.
— Dobrze, dobrze, nie gniewam się — odrzekła Maryla. — Jesteś nieszczęśliwe biedactwo, nie ulega wątpliwości. Lecz, jak sama przyznałaś, sama zawiniłaś. A teraz uspokój się i zjedz cokolwiek.
— Czyż to nie szczęśliwie, że posiadam bogatą wyobraźnię? — rzekła znowu Ania. — Mam nadzieję, że ona mi się teraz przyda. — Co czynią ci, co nie mają wcale wyobraźni, kiedy im się zdarzy złamanie nogi. Jak Maryla myśli?
Wistocie Ania miała zupełną słuszność błogosławienia swej imaginacji w ciągu długich nudnych sześciu tygodni. Co prawda, nie pozostawała jedynie na jej łasce. Miewała bowiem wielu odwiedzających i żaden dzień nie minął, by jedna lub parę koleżanek nie wpadało do niej bodaj na chwilę, przynosząc kwiaty, książki oraz rozmaite drobne nowinki z młodzieńczego światka Avonlei.
— Wszyscy byli dla mnie tacy dobrzy i mili. Marylo — westchnęła Ania z zadowoleniem w dniu, w którym po raz pierwszy mogła przejść się po pokoju. Pozostawanie w łóżku nie jest bardzo miłe, zapewne, lecz posiada swoją jasną stronę. Wtedy, Marylo, możemy się przekonać, wielu posiadamy przyjaciół. Wszakże nawet rektor szkoły niedzielnej, pan Bell, przyszedł mnie odwiedzić, a jest to przecież niezmiernie ważna figura!
Zapewne, że nie jest on pokrewną duszą, lecz lubię go, i jest mi naprawdę przykro, żem zawsze krytykowała jego sposób odprawiania modlitwy. Teraz wierzę, że on ją pojmował, tylko przywykł odmawiać ją tak, jakby jej nie rozumiał. Mógłby wszakże mówić inaczej, gdyby był sobie zadał trochę trudu. Dałam mu do tego maleńką wskazówkę. Zwierzyłam mu się, jak bardzo starałam się uczynić moje własne osobiste modlitewki zajmującemi. On znowu opowiadał mi, jak kiedyś sam też złamał nogę w kostce, będąc małym chłopcem.
Tak dziwnie jest wyobrazić sobie Bella jako chłopca. Nawet moja wyobraźnia nie potrafi coś podobnego odmalować sobie. Kiedy myślę o nim, jako o dziecku, widzę go z siwemi bokobrodami, w okularach, zupełnie takiego samego jak na katedrze w szkole, tylko małego. Natomiast panią Allan jest bardzo łatwo przedstawić sobie jako dziewczynkę. Pani Allan odwiedziła mnie czternaście razy. Czy to nie powód do dumy, Marylo? Pastorowa, która jest tak wyjątkowo zajęta! A jakże miły gość z niej! Nigdy nie twierdzi, że to była moja wina i że to będzie nauczką na przyszłość. A takie jest zawsze zdanie pani Linde, ilekroć przychodzi mnie odwiedzić. I mówi w ten sposób, iż czuję, że ma nadzieję, że się zmienię na lepsze, ale wcale nie jest tego pewna. Józia Pay odwiedziła mnie także. Przyjęłam ją tak uprzejmie, jak tylko potrafiłam, bo zdaje mi się, że żałuje, iż wyzwała mnie na ową próbę. Gdybym się była zabiła. Jakież ciężkie wyrzuty sumienia dręczyłyby ją przez całe życie!
Djana była wierną przyjaciółką. Przychodziła codziennie, aby mi osłodzić moją samotność... Ale jakże będę szczęśliwa, gdy wreszcie pójdę do szkoły! Słyszałam tyle zajmujących szczegółów o nowej nauczycielce. Wszystkie dziewczęta twierdzą, że jest niezmiernie słodka. Djana mówi, że ma cudne, jasne wijące się włosy i pełne wyrazu oczy. Ubiera się bardzo ładnie, a rękawy ma bardziej bufiaste, niż którakolwiek z pań w Avonlei.
Co drugi piątek po południu urządza zebranie, na którem miewa pogadankę, i każdy z uczestników deklamuje lub przyjmuje udział w dialogu. Ach, z jaką rozkoszą myślę o tem! Józia Pay mówi, że niecierpi tych zebrań, ale to tylko dlatego, że Józia nie posiada ani źdźbła wyobraźni.
Djana, Ruby Gillis i Janka Andrews przygotowują na przyszły piątek dialog p. t. „Odwiedziny poranne“... Zaś w te piątki, gdy niema zebrań, panna Stacy zabiera wszystkie dziewczęta do lasu na „wycieczkę” i wtedy zajmują się ptakami, kwiatami i paprociami. Każdego wieczoru i każdego rana odbywają się ćwiczenia gimnastyczne. Pani Linde mówi, że nigdy nie słyszała o podobnych inowacjach i że to wszystko odbywa się dzięki temu, że nauczycielem jest kobieta. Mnie się to jednak wydaje cudowne i zaczynam przypuszczać że w pannie Stacy znajdę pokrewną duszę.
— Jedno jest pewne, — Aniu — rzekła Maryla. — Oto nie ulega wątpliwości, że przy upadku z dachu język twój nie odniósł najmniejszego uszkodzenia.





ROZDZIAŁ V.

Wychowańcy Panny Stacy urządzają koncert.

Październik już był zawitał, gdy Ania o tyle powróciła do zdrowia, iż mogła znowu zacząć chodzić do szkoły. Cudny październik w czerwieni i złocie, o chłodnych porankach, gdy doliny stały pełne delikatnych mgieł, niby rozwieszonych przez wieszczkę jesieni, aby słońce mogło je wysuszyć. Mgły te mieniły się wspaniałemi barwami: ametystową, perłową, srebrną, różową i niebieskawą. Roztaczały się one gęste i ciężkie, i niby srebrne szaty okryły pola.
W lesie przechodzień stąpał po stosach zwiędłych trzeszczących liści. W Alei Brzóz utworzyły się żółte sklepienia, a paprocie, zeschnięte i brunatne, słały się pomiędzy drzewami.
W powietrzu unosił się ostry orzeźwiający zapach, którym rozkoszowały się dziewczątka, dążące wcale nie jak ślimaki, lecz żwawo i chętnie do szkoły.
Jakże przyjemnie było Ani zasiąść znowu za ciemnym pulpitem obok Djany, z Rubą Gillis, życzliwie uśmiechającą się ku niej, poprzez przejścia między ławkami, z Carrie Slone, przesyłającą jej miłe bileciki, i z Julją Bell, ofiarowującą koleżance najdelikatniejsze kawałki żywicy.
Ania, temperując swój ołówek i układając zeszyty w szufladzie, westchnęła z zadowoleniem.
— Życie wistocie jest bardzo zajmujące — myślała.
W nowej nauczycielce znalazła Ania prawdziwego i pomocnego przyjaciela. Panna Stacy była to wesoła i niezmiernie sympatyczna młoda osoba, ze szczęśliwym darem zjednywania sobie i zachowywania uczuć swoich uczennic, oraz umiejętnością wydobywania z tych młodych istot wszystkich zalet umysłowych i moralnych. Ania rozwijała się jak kwiat pod jej dobroczynnym wpływem i roztaczała w domu przed podziwiającym ją Mateuszem i krytycznie usposobioną Marylą pełne zachwytów opisy zajęć i planów szkolnych.
— Kocham pannę Stacy, całem sercem, Marylo. Jest taka delikatna i przemawia słodkim nad wyraz głosem. Kiedy się zwraca do mnie, czuję instynktownie, że powie „Aniu!“ Dziś po południu deklamowałyśmy poezje. Żałuję bardzo, żeście nie słyszeli, gdy mówiłam „Marja królowa szkocka“. Włożyłam w ten utwór całą moją duszę. Kiedyśmy wracały do domu, Ruby Gillis wyznała mi, że gdym mówiła ów wiersz

„serce kobiety zamiera we mnie“,

zimny dreszcz ją przeniknął.
— Musisz mi to zadeklamować którego dnia, gdy będę w polu — zauważył Mateusz.
— Bardzo chętnie — odpowiedziała Ania zamyślona — lecz nie wiem, czy potrafię równie dobrze. Nie będę wszakże tak wzruszoną, jak wówczas, gdy czułam, że cała szkoła, zaparłszy oddech, słuchała mnie. Jestem prawie pewna, że nie potrafię wywołać u Mateusza zimnego dreszczu.
— Pani Linde mówi, że ona doznała też zimnego dreszczu, widząc, jak wasi koledzy wdrapywali się w piątek po południu na wierzchołki wielkich drzew, szukając gniazd wronich — wtrąciła Maryla. — Dziwi mnie bardzo, że panna Stacy pozwala na to.
— Ależ gniazdo wronie było nam koniecznie potrzebne do pogadanki przyrodniczej — objaśniła Ania. — Było to podczas popołudniowej wycieczki. Nasze wycieczki są wspaniałe, Marylo. Panna Stacy objaśnia wszystko prześlicznie. Następnie piszemy wypracowania, których treścią są właśnie te wspólne przechadzki. Koleżanki mówią mi, że moje ćwiczenia bywają zwykle najlepsze.
— Jesteś bardzo zarozumiała, twierdząc coś podobnego. Jedynie nauczycielka mogłaby sąd o tem wydać.
— Właśnie i ona to powiada. Ale pomimo wszystko nie jestem wcale zarozumiała. Jakże mogłabym nią być, skoro jestem tępa w geometrji! Chociaż w ostatnich czasach zaczynam trochę więcej pojmować. Panna Stacy wykłada tak jasno! Jednakże nie łudzę się wcale, że kiedykolwiek będę mocna w tym przedmiocie, a zapewniam Marylę, że to bardzo poniżające uczucie. Lecz szalenie lubię pisywać wypracowania. Najczęściej panna Stacy pozwala nam wybierać dowolnie tematy, ale w przyszłym tygodniu będziemy pisali o jakiejś sławnej osobistości. Trudno jest wybrać znakomitego człowieka z pośród tak wielu, którzy żyli. Ach! jakże to przyjemnie mieć przeświadczenie, że się jest znakomitym i że po naszej śmierci dzieci w szkołach będą pisały o nas wypracowania! Jakże pragnęłabym być sławną! Kiedy dorosnę, zostanę pielęgniarką i udam się na pole bitwy, jako siostra miłosierdzia. Rozumie się, o ile nie wyjadę, jako misjonarz. Byłoby to niezmiernie romantyczne, ale na misjonarza trzeba być bardzo dobrym, a ja dobrą, niestety, być nie potrafię... Wie Maryla? Codziennie rano mamy ćwiczenia gimnastyczne. Wyrabia to zręczność i podobno ułatwia trawienie.
— Ułatwia trawienie! — powtórzyła z przekąsem Maryla, przekonana, iż te wszystkie inowacje są warjactwem.
Wkrótce jednak popołudniowe wycieczki, piątkowe deklamacje i ćwiczenia gimnastyczne zbladły wobec projektu, jaki panna Stacy w listopadzie przedstawiła swym wychowańcom. Otóż powzięła myśl, aby młodzież szkolna w Avonlei urządziła w święto Bożego Narodzenia koncert, z którego dochód mógłby być użyty na kupno chorągwi szkolnej. Cała szkoła jednogłośnie przyklasnęła temu projektowi i wszyscy zabrali się natychmiast do układania programu. Z pośród rozentuzjazmowanych artystów amatorów najbardziej zapalona była, rozumie się, Ania Shirley, która całą duszą i sercem oddała się tej sprawie, hamowana bezustannie przez sceptyczną krytykę Maryli, uważającą cały pomysł za nowe warjactwo.
— Zapełniają wam głowy głupstwami i zabierają czas, przeznaczony na odrabianie lekcyj — mruczała. — Nie uznaję potrzeby urządzania koncertów przez dzieci, które wskutek tego stają się próżne i zarozumiałe.
— Ale jaki ważny cel! — broniła Ania. — Wszakże chorągiew będzie pielęgnowała ducha patrjotyzmu.
— Banialuki! Miłość ojczyzny najmniej zajmuje w tej chwili wasze myśli. Pragniecie tylko przyjemnej rozrywki!
— Być może. Ale cóż to złego, jeśli rozrywka da się połączyć z miłością ojczyzny? Zapewne, że to bardzo przyjemnie móc urządzić koncert. Będziemy mieli sześć chórów, a Djana zaśpiewa solo. Ja biorę udział w dwóch dialogach: „Towarzystwo zwalczania plotkarstwa“ i „Królowa Elfów“. Chłopcy także wypowiedzą dialog. Będę deklamowała dwa razy. Drżę cała, gdy myślę o tej chwili, ale jest to jakiś przyjemny dreszcz. Wkońcu będzie żywy obraz: „Wiara, miłość i nadzieja“, które wyobrażać będą: Djana, Ruby i ja, wszystkie trzy w bieli, z rozpuszczonemi włosami. Ja będę Nadzieją z rękami splecionemi... ot tak... z oczami wzniesionemi w górę. Ról moich będę się uczyła na strychu. Nie zatrwóżcie się aby, słysząc westchnienia i jęki. W jednej z ról powinnam rozpaczać głosem, rozdzierającym duszę, a to naprawdę trudno artystycznie rozpaczać!
Józia Pay dąsa się, że nie wyznaczono jej roli, jakiej się spodziewała; chciała być królową elfów. Ależ to byłoby śmieszne, bo czy widział kto kiedy, aby królowa elfów była taka tłusta, jak Józia? Przecież elfy powinny być smukłe! Jania Andrews będzie królową, a ja jedną z jej dam dworu. Józia twierdzi, że rudowłosy elf jest równie śmieszny, jak i tłusty elf, ale nie zwracam uwagi na jej zdanie.
Na głowie będę miała wianek z białych róż, a Ruby Gillis pożyczy mi pantofli. Nie mam przecież własnych, a elfy muszą mieć pantofelki. Czy Maryla może sobie wyobrazić elfa w trzewikach? Niepodobna, prawda? I to w dodatku w trzewikach z okutemi nosami.
Przystroimy salę koncertową gałązkami świerku i wieńcami z choiny, które będą poprzetykane różami z czerwonej jedwabnej bibułki. Gdy wszyscy słuchacze się zbiorą, wejdziemy parami, a Emma White zagra na organach marsza. Ach, wiem dobrze, że Maryla ani w części nie cieszy się tym koncertem tak jak ja, lecz czy Maryla nie żywi przypadkiem trochę nadziei, że wasza Ania może się wyróżni?
— Sądzę, że zachowasz się odpowiednio. Będę bardzo rada, gdy cały ten gwałt się skończy i wreszcie spokojnie zabierzesz się do przerwanej pracy. Teraz jesteś wistocie niezdolna do żadnego zajęcia, mając głowę przepełnioną dialogami, obrazami i westchnieniami. Nie pojmuję nawet, jakim sposobem język twój dotychczas nie skołowaciał.
Ania westchnęła i udała się w podwórze, dokąd księżyc zaglądał z seledynowych zachodnich obłoków poprzez ogołocone z liści gałęzie topoli i gdzie Mateusz rąbał drzewo. Zasiadłszy na stosie polan, dziewczynka znowu zaczęła mówić o koncercie, pewną, iż tutaj znalazła sympatycznie usposobionego i zdolnego zrozumieć ją słuchacza.
— Wistocie uważam, że będzie to bardzo ładny koncert i ty się z pewnością wyróżnisz — rzekł Mateusz z uśmiechem, rozjaśniającym jego poczciwe, pełne wyrazu oblicze.
Ania odpowiedziała mu także uśmiechem. Tych dwoje byli to najlepsi przyjaciele, i Mateusz nieraz dziękował swej szczęśliwej gwieździe, że był wolny od wychowywania tej dziewczynki. Zadanie to było wyłącznym przywilejem Maryli. Gdyby on był wychowawcą Ani, bez wątpienia niejednokrotnie musiałby staczać walkę z uczuciem lub obowiązkiem. W obecnych warunkach wolno mu było „psuć Anię“ — wedle wyrażenia Maryli — ile mu się podobało. Nie było w tem jednak nic tak bardzo szkodliwego. Nieco „uznania“ od czasu do czasu oddziaływa równie dodatnio jak „najrozumniejsza“ uwaga.





ROZDZIAŁ VI.

Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów.

Wszedłszy do kuchni, o zmroku chłodnego, szarego wieczoru grudniowego, Mateusz zasiadł w kącie obok skrzyni z drzewem, aby ściągnąć z nóg ciężkie swe buty. Nie miał pojęcia o tem, że Ania z kilku koleżankami powtarzały w bawialce dialog z „Królowej Elfów“. Właśnie przebiegły gromadką przez przedpokój i weszły do kuchni, śmiejąc się i gawędząc wesoło.
Nie zauważyły Mateusza, który nieśmiało usunął się w cień poza skrzynię z butem w jednej dłoni, a pachołkiem do butów w drugiej, i ukradkiem przyglądał się dziewczynkom, które, kładąc na siebie płaszczyki i mufki, rozprawiały o dialogu i o koncercie. Ania stała pośród nich, zapalona, z roziskrzonym wzrokiem, jak one wszystkie.
Lecz Mateusz zauważył nagle, że było w niej coś różniącego ją bardzo od towarzyszek, i, jak mu się wydawało, coś takiego, co nie powinno było istnieć. Wszakże Ania posiadała jaśniejszą cerę, większe, bardziej błyszczące oczy i delikatniejsze rysy od tamtych. Nawet nieśmiały, niezbyt spostrzegawczy Mateusz zauważył te szczegóły.
Jednak różnica, która go uderzyła, miała inne źródło. Na czemże ona polegała?
Pytanie to prześladowało Mateusza jeszcze długo potem, kiedy dziewczęta parami odeszły, a Ania, samotna, zasiadła do książki. Nie chciał mówić o tem z Marylą, która, był pewnym, uśmiechnie się pogardliwie i zauważy, iż jedyna różnica, jaką widzi pomiędzy Anią i jej koleżankami, jest ta, że one nieraz milczą, gdy Ania bezustannie miele językiem. Takiego wyjaśnienia Mateusz nie pożądał.
Ażeby swobodnie zastanowić się nad tą sprawą, uciekł się Mateusz tego wieczoru do swej fajki, jak zwykle ku wielkiemu niezadowoleniu Maryli. Po dwugodzinnem paleniu i namyśle Mateusz wreszcie rozwiązał to pytanie. Oto Ania nie była ubrana jak inne dziewczęta!
I im dłużej rozmyślał, tem pewniej dochodził do wniosku, że Ania nigdy dotąd nie bywała tak ubierana, jak inne dziewczęta, nigdy, od chwili przybycia na Zielone Wzgórze. Maryla sprawiała jej sukienki z gładkich, ciemnych materjałów, wszystkie skrojone wedle jednego, bardzo prostego fasonu. Mateusz nie miał pojęcia o tem, co jest modne lub niemodne, lecz oto zwrócił uwagę, że rękawy u sukni Ani nie były wcale podobne do rękawów innych dziewcząt. Przypomniał sobie gromadkę koleżanek, w otoczeniu których widział Anię dzisiejszego wieczoru — wszystkie w jasnych bluzeczkach, różowych, białych, czerwonych i niebieskich — i nie mógł zrozumieć, dlaczego Maryla ubierała Anię stale ciemno i gładko.
Zapewne musiało to być słuszne, Maryla wiedziała najlepiej, co czyni, ona wychowywała Anię. Prawdopodobnie rządziła się jakiemiś rozumnemi, nieprzeniknionemi powodami. Lecz cóż byłoby zdrożnego, gdyby dziecko miało jedną ładną sukienkę... coś bodaj w tym rodzaju, jak codzienne ubranie Djany Barry. I oto Mateusz postanowił taki strój kupić dla Ani. Nie może to przecież być uważane za wtrącanie się do nieswoich rzeczy. Za dwa tygodnie nadejdzie Boże Narodzenie. Ładna nowa sukienka będzie bardzo odpowiednim podarkiem na Gwiazdkę. Mateusz z westchnieniem ulgi odłożył swą fajkę i poszedł spać.
Następnego popołudnia sam udał się do Carmody dla kupienia owej sukienki. Pragnął czemprędzej zbyć tę sprawę z głowy. Czuł, że nie przyjdzie mu to łatwo. Istniały przedmioty, które Mateusz potrafił kupić i ocenić nie gorzej od niejednego kupca, lecz w tym wypadku wiedział doskonale, że gdy będzie chodziło o kupno sukienki dla dziewczęcia, znajdzie się na łasce sprzedającego.
Po długich rozmyślaniach Mateusz postanowił pójść do sklepu Samuela Lawsona zamiast do Wilhelma Blaira. Co prawda, Cutbertowie zawsze załatwiali wszelkie zakupy u Wilhelma Blaira. Było to równie naturalne, jak należenie do kościoła prezbiterjańskiego lub głosowanie za kandydatem konserwatywnym. Lecz w sklepie Blaira zdarzało się nieraz, że dwie córki właściciela usługiwały kupującym, a Mateusz lękał się pań sklepowych, jak ognia. Ostatecznie spróbowałby pomówić z niemi, gdyby dokładnie wiedział, czego chce i mógł to określić, ale w danym przypadku, wymagającym porady i objaśnienia, Mateusz wolał mieć do czynienia z mężczyzną. Pójdzie więc do Lawsona, gdzie sam właściciel lub syn jego obsługują klientów.
Niestety! Mateusz nie wiedział wcale o tem, że wobec ostatnio wzmożonego ruchu w sklepie, Lawson przyjął sklepową. Była to siostrzenica jego żony, panna ubrana bardzo szykownie, o wysokiem uczesaniu à la Pompadour, dużych, żywych oczach i bardzo głośnym, onieśmielającym śmiechu. Ubrana zręcznie, na rękach miała wiele bransoletek z wisiorkami, które brzęczały, błyszczały i dzwoniły przy każdym jej ruchu.
Gdy Mateusz wszedł do sklepu, zmieszał się niezmiernie, zastawszy tę damę tutaj, a brzęk bransoletek oszołomił go do reszty.
— Czem mogę dziś panu służyć, panie Cutbert? — spytała panna Lucylla Harris, nagle, bez ceremonji, oparta obu rękami na ladzie sklepowej.
— Czy pani ma... ma... czy są grabie ogrodowe? — wyjąkał Mateusz.
Panna Harris spojrzała na niego trochę zdziwiona, niezupełnie pewna, czy dobrze zrozumiała, że ktoś w połowie grudnia zapytuje o grabie ogrodowe.
— Zdaje mi się, że zostały nam jedna czy dwie sztuki — rzekła — lecz znajdują się na strychu w składzie. Pójdę się przekonać.
Podczas jej nieobecności Mateusz postarał się skupić swoją rozproszoną uwagę.
Kiedy panna Harris powróciła z grabiami i uprzejmie spytała:
— Ozem mogę jeszcze służyć, panie Cutbert?
Mateusz zebrał całą odwagę, jaką posiadał, i rzekł:
— A więc, ponieważ mi pani przypomniała, chciałbym dostać... to jest... rozumie się... chciałbym kupić... trochę nasion traw...
Panna Harris słyszała, iż Mateusza nazywali oryginałem; obecnie przyszła do wniosku, że to skończony warjat.
— Nasiona sprowadzamy tylko na wiosnę — zauważyła wyniośle. — Obecnie nie posiadamy żadnych na składzie.
— Bez wątpienia, bez wątpienia... słusznie pani mówi — wyjąkał nieszczęśliwy Mateusz, chwytając grabie i zwracając się ku drzwiom. Lecz na progu sklepu przypomniał sobie, że nie zapłacił i powrócił. Podczas gdy panna Harris obliczała resztę, zebrał siły do ostatniej rozpaczliwej próby.
— Tak... jeśli nie zrobię tem wiele kłopotu... muszę... to jest... chciałbym prosić... o cukier.
— Jaki? biały? czy ciemny?
— O... zapewne... ciemny — odrzekł Mateusz słabym głosem.
— Oto jest jeszcze pozostała beczułka — wskazała panna Harris, pobrzękując bransoletkami. — Jest to jedyny gatunek, jaki posiadamy, białego narazie nie mamy.
— Poproszę... poproszę o dwadzieścia funtów tego gatunku — rzekł Mateusz, któremu wielkie krople potu wystąpiły na czoło.
Biedny Mateusz przebył już połowę powrotnej drogi do domu, zanim odzyskał panowanie nad sobą. Było to okropne przejście, lecz uważał, iż zasłużył na nie za niegodny czyn, jakiego się dopuścił, poszedłszy do obcego sklepu po zakupy. Za powrotem do domu umieścił grabie w wozowni, zaś cukier zaniósł Maryli.
— Ciemny cukier! — wykrzyknęła Maryla. — Pocóżeś tyle kupił? — Wiesz dobrze, że używam go tylko dla pastucha i do serów owocowych. Jerzy już dawno odszedł, a sery także leżą od kilku tygodni gotowe. To nie jest dobry gatunek cukru, ordynarny, a taki ciemny! William Blair zwykł mieć lepsze gatunki.
— Tak... sądziłem, że się przyda — rzekł Mateusz, pragnąc zatrzeć nieudaną wycieczkę.
Rozmyślając dłużej nad tą sprawą, Mateusz przyszedł do wniosku, że jedynie kobieta potrafi ją załatwić. O powierzeniu jej Maryli mowy być nie mogło. Mateusz był pewien, że ona projekt jego natychmiast odrzuci. Pozostawała pani Linde. Mateusz bowiem nie ośmieliłby się nigdy zapytać o radę jakąkolwiek inną kobietę w Avonlei. Udał się tedy do pani Małgorzaty, a ta poczciwina odrazu zdjęła ciężar z plec skłopotanego biedaka.
— Wybrać sukienkę dla Ani na Gwiazdkę? Zapewne, że chętnie to uczynię. W każdym razie jadę jutro do Carmody, więc zajmę się tem kupnem. Czy ma pan jakieś specjalne życzenie w kwestji materjału? Nie? A więc dobrze, wybiorę wedle własnego gustu. Sądzę, że w pięknym bronzowym kolorze będzie Ani do twarzy. Wiem, że William Blair otrzymał wybór bardzo ładnych rzeczy w bronzowym odcieniu. A nie życzyłby pan sobie, abym ja uszyła tę sukienkę? Jeśli Maryla się tem zajmie, Ania dowie się o podarku zbyt wcześnie, i niespodzianka będzie chybiona. Owszem, ja ją chętnie uszyję. Ależ nie sprawi mi to bynajmniej kłopotu. Lubię szyć. A zrobię ją wedle miary mojej siostrzenicy, Jenny Gillis, gdyż Ania i ona są prawie tego samego wzrostu.
— Dobrze, dziękuję bardzo — rzekł Mateusz — ale... ale... nie wiem... zdaje mi się... że teraz robią inne rękawy u sukien niż dawniej. Jeśliby to nie było zbyt śmiałe żądanie... pragnąłbym, aby one były uszyte wedle nowej mody.
— Bufiaste? Ależ naturalnie! Nie troszczcie się o to ani chwili. Uszyję ją wedle najświeższej mody — zapewniała pani Linde.
Kiedy Mateusz odszedł, rzekła do siebie:
— Przynajmniej raz biedne dziecko będzie ubrane, jak należy. Maryla wistocie ubiera ją wprost śmiesznie, i ja sama co najmniej dziesięć razy chciałam zrobić jej tę uwagę. Powstrzymałam się jednak, bo widzę, że Maryla uwag nie lubi, przekonana, że chociaż jest starą panną, zna się lepiej na wychowaniu dzieci, niż ja. Zawsze tak bywa. Tacy, co się zajmowali dziećmi, wiedzą dobrze, że niema stałych niewzruszonych metod, któreby się dały zastosować do wszystkich wychowańców. Ci zaś, co nie mieli potomstwa, sądzą, że wszystko jest równie proste i łatwe jak reguła trzech. Układasz trzy wiadome, a będziesz miał czwartą gotową.
— Jednakże ciało i krew nie dadzą się podciągnąć pod zasady arytmetyki i na tym właśnie punkcie Maryla popełnia błąd. Przypuszczam, iż ubierając Anię w sposób, w jaki to czyni, hartuje w niej ducha pokory, ale kto wie, czy natomiast nie rozwija w niej ducha zawiści i niezadowolenia. Jestem pewna, że biedne dziecko musi widzieć różnicę pomiędzy swoim strojem a ubraniem innych dziewcząt. Ale że też Mateusz zwrócił na to uwagę! Ten człowiek zbudził się po sześćdziesięciu latach snu!
Podczas następnych dwóch tygodni Maryla domyślała się, że Mateusz ma głowę zaprzątniętą czemś niezwykłem, lecz nie potrafiła odgadnąć, coby to być mogło. Zagadka wyjaśniła się nareszcie w wilję Bożego Narodzenia, gdy pani Linde przyniosła nową sukienkę. Maryla niczem nie zdradziła swego niezadowolenia, jakkolwiek zdawało się, że prawdopodobnie nie dowierzała dyplomatycznemu objaśnieniu przyjaciółki, jakoby podjęła się uszycia sukienki dlatego jedynie, iż Mateusz lękał się, aby Ania nie dowiedziała się zbyt wcześnie o niespodziance.
— Ach, tak, więc to z tego powodu Mateusz miał taką tajemniczą minę, szeptał i uśmiechał się pod wąsem w czasie ostatnich dwóch tygodni? — rzekła Maryla nieco oschle, lecz w tonie pobłażliwym. — Domyślałam się, że Mateusz ma zamiar popełnić jakieś głupstwo, bo muszę przyznać, że nie uważam, aby Ani potrzebny był nowy strój. Uszyłam jej na jesieni trzy praktyczne, ciepłe i ładne sukienki, a wszystko ponadto jest niepotrzebnym zbytkiem. Te rękawy wymagają tyle materjału, ile starczyłoby na całą bluzkę. Rozbudzasz w Ani próżność, Mateuszu, a toć ona i bez tego jest próżna jak paw. Wyobrażam sobie, jak teraz będzie zachwycona, bo wiem dobrze, że marzyła o tych rękawach już od czasu, gdy tu przybyła, chociaż ostatnio powstrzymywała się od wspominania o tem. Obecnie bufy są modne jeszcze większe i obszerniejsze, niż dawniej, tak wielkie jak nadęte balony. W przyszłym roku modnisie będą prawdopodobnie zmuszone bokiem przechodzić przez drzwi.
Poranek wigilijny zastał świat w białej, cudnej szacie. Grudzień był bardzo łagodny i oczekiwano Gwiazdki zielonej. Tymczasem w nocy spadł śnieg, który wystarczył dla nagłego przeobrażenia Avonlei. Ania zachwyconym wzrokiem rozglądała się wokoło przez zamarznięte okno swego pokoiku. Sosny w Lesie Duchów stały cudne niby opierzone, brzozy i dzikie wiśnie osypane perłami, pola jednostajnie pokryły się śniegiem. Powietrze czyste a chłodne dawało rozkosz ożywczego napoju. Ania zbiegła ze schodów, śpiewając wesoło, aż głos jej rozlegał się po Zielonem Wzgórzu.
— Wesołych świąt, Marylo! Wesołych świąt, Mateuszu! Czyż to nie cudne Boże Narodzenie? Cieszę się tak bardzo, że śnieg spadł! Nie lubię zielonej Gwiazdki! Bo wszakże zwykle niema zielonej... tylko brudna, szara i brunatna. Jakże mogli ludzie nazwać ją zieloną? Ależ... ależ... Mateuszu, czy to dla mnie? O, Mateuszu!
Mateusz niezręcznie rozwijał z papieru sukienkę, błagającym wzrokiem spoglądając na Marylę, która, niby to zajęta nalewaniem wody do imbryka, kącikami oczu z ukosa śledziła za Anią.
Ania wzięła sukienkę i przypatrywała jej się w uroczystem milczeniu. Ach, jakaż śliczna! Najmilszy bronzowy kolor, miękki materjał o jedwabnym połysku! Spódniczka o delikatnych zakładkach i falbankach, staniczek pracowicie wymarszczony z koronkowym kołnierzykiem u szyi. A rękawy! Te były koroną dzieła! Długie obcisłe mankiety, ponad niemi zaś dwie wspaniałe bufy, rozdzielone po środku wąziutkiemi zakładeczkami i kokardami z bronzowej jedwabnej wstążki.
— To gwiazdka dla ciebie, Aniu — rzekł Mateusz nieśmiało. — Ależ, Aniu... czy ci się nie podoba?... Cóż to!... cóż to!...
Bo oczy Ani nagle napełniły się łzami.
— Czy mi się podoba? O, Mateuszu!
Ania złożyła sukienkę na krześle i splotła ręce.
— Mateuszu, wszakże jest zachwycająca! O, nigdy nie potrafię dostatecznie wam podziękować? Patrzcie tylko na te rękawy! — Ach, wydaje mi się, że to sen uroczy!
— Dobrze, dobrze, ale teraz zabierzmy się do śniadania — przerwała Maryla. — Muszę dodać, Aniu, iż nie uważam wcale, aby ta sukienka była istotnie potrzebna. Lecz wobec tego, że Mateusz ci ją podarował, szanujże ją. Tutaj oto jest wstążka, którą pani Linde ofiarowuje ci do warkoczy. Jest bronzowego koloru, odpowiednia do sukienki. A teraz chodź i siadaj do stołu.
— Nie wiem, czy będę mogła jeść śniadanie — rzekła uszczęśliwiona Ania. — W tak niezwykłej chwili śniadanie wydaje się rzeczą zbyt prozaiczną. Wolę nasycić wzrok mój tą sukienką. Cieszę się tak bardzo, że bufiaste rękawy są jeszcze modne. Czułam, że nie potrafiłabym przeżyć tego, gdyby wyszły z mody, zanim doczekałabym się sukni z takiemi rękawami. Nie umiałabym zupełnie być zadowolona. Pani Linde postąpiła bardzo ładnie, ofiarowując mi tę wstążkę. Jestem pewna, że stanę się wkońcu dobrem dziewczęciem! Bywają chwile, że z przykrością myślę o tem, iż nie jestem wzorowa, ale ciągle postanawiam zostać nią w przyszłości. Jakto nieraz trudno jest dotrzymać postanowień, bo zdarza się, że nawiedzają nas nieprzezwyciężone pokusy. Postaram się, bezwarunkowo postaram zmienić się na lepszą!
W chwili gdy prozaiczne śniadanie dobiegało końca, na kładce, poniżej ośnieżonego pagórka, ukazała się drobna figurka Djany w czerwonym płaszczyku. Ania wybiegła naprzeciw niej.
— Wesołej gwiazdki, Djano! Ach, jakież cudne Boże Narodzenie! Pokażę ci coś wspaniałego! Mateusz ofiarował mi prześliczną sukienkę z takiemi rękawami! Nie umiałabym nawet wyobrazić sobie piękniejszej!
— I ja ci coś przynoszę — zawołała Djana bez tchu. — Oto masz... to pudełko. Ciotka Józefina przysłała nam skrzynkę z wielu drobiazgami... a to dla ciebie. Powinnam była przynieść ci je wczoraj, ale przesyłka nadeszła o zmierzchu, a nie lubię przechodzić Lasem Duchów, kiedy już noc zapadła.
Ania otworzyła pudełko i zajrzała. Na wierzchu spoczywała karta z napisem: „Dla Ani — Wesołej Gwiazdki“ a dalej para prześlicznych czarnych skórkowych pantofelków z atłasowemi kokardkami i błyszczącemi klamerkami.
— Ach, Djano! To zbyt wiele! Ja chyba śnię!
— A ja nazywam to zrządzeniem losu! — rzekła Djana. — Nie będziesz zmuszona pożyczać pantofli od Ruby; doskonale się składa, bo i tak byłyby za duże dla ciebie o całe dwa numery. Ładnieby to wyglądało: elf, człapiący w zbyt obszernych pantoflach! Józia Pay trjumfowałaby z pewnością!
Cała młodzież szkolna Avonlei była w gorączkowem podnieceniu tego dnia, gdy należało ostatecznie udekorować wielką salę i urządzić ostatnią jeneralną próbę.
Wieczorem odbył się koncert. Powodzenie było niewątpliwe. Sala przepełniona, a wszyscy występujący spisali się znakomicie. Jednakże gwiazdą wieczoru okazała się Ania, czemu nawet zazdrość w postaci Józi Pay nie odważyła się zaprzeczyć.
— Ach, jakiż to był rozkoszny wieczór! — westchnęła Ania, gdy po skończonem przedstawieniu powracała z Djaną do domu, zapatrzona w ciemne, gwiazdami usiane niebo.
— Zdaje się, że wyniki są jak najlepsze — rzekła praktycznie usposobiona Djana. — Jestem pewna, żeśmy osiągnęły więcej, niż dziesięć dolarów. Wyobraź sobie, że pan Allan uczyni o tem wzmiankę w dzienniku w Charlottetown.
— Ach, Djano, czy wistocie nazwiska nasze będą wydrukowane? Dreszcz mnie przejmuje, gdy pomyślę o tem. Twoje solo, Djano, było prześliczne. Kiedy bisowano, czułam się dumniejszą od ciebie. Pomyślałam sobie: „to moją serdeczną przyjaciółkę tak oklaskują!“
— A twoja deklamacja, Aniu! Zdawało się, że burza oklasków zerwie dach z domu. Ów smutny wiersz był wprost boski!
— Ach, ja byłam tak rozgorączkowana, Djano. Kiedy pan Allan wywołał moje nazwisko, nie pojmowałam, jak potrafię wejść na estradę. Czułam miljon oczu na sobie, i przez jedną chwilę, straszną chwilę, zdawało mi się, że głos zamarł mi w krtani. Lecz prędko oprzytomniałam i... nabrałam odwagi. Zaczęłam mówić i z początku doznawałam wrażenia, że głos mój przybywa zdala. Szczęście, że tak sumiennie uczyłam się tego wiersza i powtarzałam go tyle razy, inaczej byłabym przepadła. Czy rozpaczałam właściwie?
— Owszem, rozpaczałaś wspaniale — zapewniała Djana.
— Skończywszy, zauważyłam, że stara pani Slone ocierała łzy. Jakże miłą była mi świadomość, że wzruszyłam czyjeś serce. Czyż to nie romantyczne przyjmować udział w koncercie? O, będzie to dla mnie pamiętna chwila!
— A czy dialogi chłopców nie były świetne? — spytała Djana. — Gilbert Blythe był wprost niezrównany. Wiesz, Aniu, uważam, że ty zbyt surowo postępujesz z Gilbertem. Czekajże aż skończę. Kiedyś opuszczała estradę po dialogu elfów, jedna z róż, wplecionych w twoje włosy, wypadła. Widziałam, jak Gilbert podniósł ją i schował do kieszonki na piersiach. Oto widzisz! Przy twojem romantycznem usposobieniu taki fakt powinien ci się niezmiernie podobać.
— Obojętne są mi czyny tej osoby — odpowiedziała Ania wyniośle. — Myśli moje ani chwili nie są nią zajęte.
Tegoż wieczoru Mateusz i Maryla, którzy od lat dwudziestu nie byli na żadnym koncercie, zasiedli przed kominkiem, rozmawiając o doznanych wrażeniach. Ania udała się już na spoczynek.
— Wydaje mi się, że Ania wywiązała się ze swej roli znakomicie — rzekł Mateusz z dumą.
— Tak jest wistocie — przyznała Maryla. — Jest to utalentowana dziewczyna, Mateuszu. I ślicznie wyglądała, rzeczywiście! Byłam przeciwna całemu temu projektowi koncertu, lecz obecnie przyznaję, że nie było w tem nic nieodpowiedniego. Naprawdę byłam dziś wieczór dumna z Ani, chociaż nie powiedziałam jej tego.
— Ja również byłem dumny z Ani, lecz powiedziałem jej to, zanim poszła do swego pokoiku — rzekł Mateusz. — Będziemy musieli pomyśleć, co z nią dalej począć, Marylo. Przypuszczam, że szkoła Avonlei niezadługo przestanie jej wystarczać.
— Dość mamy czasu do pomyślenia o tem — odpowiedziała Maryla. — W marcu kończy ona dopiero lat trzynaście, chociaż dzisiejszego wieczoru zdawało mi się, że wyrosła na dużą dziewczynę. Pani Linde uszyła jej sukienkę cokolwiek za długą i dlatego Ania wydaje się wyższą. W naukach wykazuje dużo zdolności, i sądzę, że postąpimy najlepiej, kierując ją w przyszłości do seminarjum. Lecz nie należy jej o tem wspominać wcześniej, niż za rok lub za dwa.
— Jak zechcesz, ale nie uważam, by zastanawianie się nad tą sprawą mogło jej zaszkodzić — rzekł Mateusz. — Tego rodzaju plany dojrzewają lepiej, gdy się nad niemi więcej przemyśliwa.





ROZDZIAŁ VII.

Klub powieściowy.

Młodzieży avonlejskiej trudno było powrócić do jednostajności życia codziennego. Szczególniej Ani, po kilkotygodniowej atmosferze podniecenia, wszystko wydawało się monotonne, proste i nudne. Czy potrafi kiedykolwiek wrócić do spokojnego trybu życia, jakie wiodła przed owym koncertem? W pierwszej chwili, zwierzając się Djanie, uważała to za niemożliwe.
— Jestem pewna Djano, że życie nigdy już nie będzie mogło być takie, jakie było dawniej — mówiła smutnie, jakby miała na myśli czasy z przed lat pięćdziesięciu. — Być może, że kiedyś znowu przywyknę, lecz lękam się, iż koncerty odbierają ludziom ochotę do codziennego życia. Przypuszczam, iż to dlatego Maryla ich nie pochwala. Maryla jest niezmiernie rozumna. Jest to o wiele lepiej być rozumnym, jednakże ja nie pragnęłabym należeć do tej kategorji osób, są one tak nieromantyczne! Pani Linde mówi, że niema obawy, abym do nich kiedykolwiek należała, ale tego nie można przecież wcale przewidzieć. Teraz właśnie czuję, że mogę jeszcze wyrosnąć na rozumnego człowieka... chociaż być może, iż to tylko skutek zmęczenia. Ostatniej nocy wcale spać nie mogłam. Leżałam zupełnie rozbudzona i raz po raz przeżywałam znowu nasz koncert. Podobne sprawy mają i tę dobrą stronę, że z przyjemnością powracamy do nich myślą.
Powoli jednak młodzież Avonlei przywykła do dawnych zajęć i spraw codziennych. Niewątpliwie koncert pozostawił pewne ślady. Ruby Gillis i Emma White, które posprzeczały się z sobą o pierwsze miejsce na estradzie, nie siedziały już na jednej ławce, i obietnica przyjaźni na trzy lata została złamaną. Józia Pay i Julja Bell miały nie „mówić“ do siebie przez trzy miesiące, gdyż Józia Pay powiedziała Bessie Wright, że ukłon Julji Bell, gdy weszła na estradę deklamować, przypomniał jej ruch łebka kurczęcia; rozumie się, że Bessie powtórzyła to Julji. Żadne ze Slonów nie chciało mieć stosunków z Bellami, bo Bellowie oświadczyli, że Slonowie przyjmowali zbyt wielki udział w programie; natomiast Slonowie twierdzili, że Bellowie nie potrafili wykonać odpowiednio nawet i tej niewielkiej cząstki, jakiej się podjęli. Wreszcie Karolek Slone uderzył Mac Phersona, bo ten powiedział, że Ania Shirley od czasu swego występu zadziera nosa. To wystarczyło za powód, aby siostra jego Ella postanowiła „nie rozmawiać“ z Anią przez resztę zimy. Z wyjątkiem tych oto drobnych utarczek, praca w małem królestwie panny Stacy odbywała się ze zwykłą regularnością i spokojem.
Zima mijała. Była ona niezwykle łagodna, o tak małej ilości śniegu, że Ania z Djaną prawie codziennie udawały się do szkoły drogą poprzez Aleję Brzóz.
W dzień urodzin Ani dziewczynki szły lekkim krokiem, pomimo bezustannej paplaniny, patrząc i nasłuchując uważnie, gdyż panna Stacy zapowiedziała, że napiszą wypracowanie: „Przechadzka lasem w zimie“. Należało więc pilnie zwracać uwagę na wszystko.
— Pomyśl tylko, Djano, skończyłam dziś lat trzynaście — rzekła Ania z powagą. — Trudno mi uwierzyć, że jestem już pół dorosła. Kiedym się dziś rano zbudziła, wydawało mi się, iż wszystko musi być jakieś zupełnie inne. Tyś skończyła trzynaście lat przed miesiącem, więc zdążyłaś już przywyknąć do tego uczucia... Życie wydaje się o tyle bardziej ciekawe. Za dwa lata będę dorosła. Z przyjemnością myślę o tem, że wolno mi będzie wtedy używać górnolotnych wyrażeń, bez obawy, że mnie wyśmieją.
— Ruby Gillis powiada, że postara się o narzeczonego, gdy tylko skończy piętnaście lat — rzekła Djana.
— Ruby Gillis myśli jedynie o narzeczonych — odpowiedziała Ania pogardliwie. — Już obecnie jest uszczęśliwiona, gdy kto połączy jej imię ze swojem na tablicy w szkole. Co do mnie, lękam się zawsze takiego nielitościwego żartu. Pani Allan twierdzi, że nie powinniśmy nigdy pozwalać sobie na nielitościwe żarty. Tylko że one nieraz wymykają nam się prawie bezwiednie, czy nie? Ja wprost nie potrafię mówić o Józi Pay poważnie, to też staram się nie wspominać jej wcale. Zauważyłaś to prawdopodobnie. Chcę stać się podobną do pani Allan, uważam ją za doskonałość. Pan Allan jest również tego zdania. Pani Linde mówi o nim, iż on ubóstwia ziemię, po której jego żona stąpa, i nie uważa bynajmniej za słuszne, by pastor darzył taką miłością ziemską istotę. Ale, Djano, wszak i pastorowie są ludźmi i mają wady takie, jak wszyscy. Ostatniej niedzieli po południu miałam z panią Allan bardzo zajmującą rozmowę o wadach ludzkich. Moją np. jest zbyt bujna wyobraźnia i zapominanie obowiązków. Staram się gorliwie zwalczyć te błędy i sądzę, że teraz, gdy skończyłam lat trzynaście, łatwiej mi to pójdzie.
— Za cztery lata będziemy mogły upinać włosy — rzekła znowu Djana. — Alice Bell ma dopiero szesnaście, a dawno upina, lecz mnie się to wydaje śmiesznem. Ja poczekam, aż skończę siedemnaście.
— Gdybym miała garbaty nos Alicji — zawołała Ania stanowczo — nie odważyłabym się... Ale ot, nie chcę skończyć tego, com zaczęła mówić, bo byłby to znowu żart nielitościwy. Przytem porównywałam jej nos z moim, a już to samo było zarozumiałością. Lękam się, że myślę zbyt wiele o moim nosie, od czasu, gdy usłyszałam pochwałę, że jest wyjątkowo kształtny. Jest to dla mnie wielka pociecha. Ach, Djano, spójrz tylko, królik! Dobrze jest zapamiętać to sobie dla naszego wypracowania. Mnie się wydaje, że las jest równie piękny zimową porą jak i latem. Jest taki biały i cichy, jakby spał i śnił cudnie!
— Wypracowania o lesie nie obawiam się tak bardzo — westchnęła Djana. — Potrafię las opisać, ale za to wypracowanie poniedziałkowe będzie straszne. Co za pomysł panny Stacy, byśmy pisały opowiadania z własnej głowy!
— Cóż znowu, to nic trudnego! — przekonywała Ania.
— Łatwe jest dla ciebie, bo posiadasz wyobraźnię — rzekła Djana — ale cóżbyś zrobiła, gdybyś jej nie miała? Przypuszczam, że wypracowanie twoje jest już gotowe.
Ania skinęła głową, starając się o skromną minkę, ale jej się to nie udało.
— Napisałam je w zeszły poniedziałek, wieczorem. Nosi tytuł „Zazdrosny rywal“ albo „Śmierć ich nie rozłączyła“. Odczytałam je Maryli, która powiedziała, że jest głupie i nienaturalne, potem Mateuszowi, a on uznał, iż jest bardzo piękne. Właśnie jego rodzaj krytyki lubię. Jest to smutna, słodka opowieść. Pisząc ją, płakałam jak dziecko. Bohaterkami są dwie piękne młode dziewczyny, Cordelja Montmorency i Geraldina Seymour, mieszkające w tem samem miasteczku i ubóstwiające się wzajemnie. Cordelja była to słuszna brunetka o czole opasanem koroną włosów, ciemnych jak noc, i czarnych płomiennych oczach. Geraldina była to królewska blondynka z włosami jasnemi, jak złota przędza, i aksamitnemi purpurowemi oczami.
— Nie widziałam nigdy osoby o purpurowych oczach — rzekła Djana z powątpiewaniem.
— Ja również nie widziałam. Ale wyobraziłam je sobie. Pragnęłam wymyśleć coś niezwykłego. Geraldina miała prócz tego alabastrowe czoło. Wreszcie dowiedziałam się, co znaczy alabastrowe czoło. Z wiekiem nabywa się wiadomości. O wiele więcej umiemy, mając lat trzynaście, niż mając dwanaście.
— No, i cóż się stało z Cordelją i Geraldiną? — spytała Djana, którą losy tych dam zaczęły zajmować.
— Wzrastały piękne, jedna w pobliżu drugiej, aż skończyły lat szesnaście. Wtedy to do ich rodzinnego miasteczka przybył Bertram de Vere i zakochał się w czarującej Geraldinie. Ocalił jej życie, kiedy pewnego razu konie u jej powozu poniosły. Zemdlona upadła w jego ramiona, a on na rękach niósł ją do domu całe trzy mile, gdyż, jak się łatwo domyślisz, powóz został strzaskany w kawałki. Było mi bardzo trudno wymyślić jakiś sposób jego deklaracji, gdyż nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach. Pytałam Ruby Gillis, czy ma pojęcie o tem, jak mężczyźni starają się o narzeczone. Uważałam ją za kompetentną, bo wszakże ma tyle sióstr zamężnych. Ruby opowiedziała mi, że raz ukryła się w szafie śpiżarnianej, aby usłyszeć jak Malkolm Andrews oświadczał się jej siostrze, Zuzi. Malkolm zwierzył się Zuzi, że ojciec jego podarował mu folwark na własność, a potem spytał: „I cóż ty, moje ukochanie, czybyśmy nie mogli oboje tam zamieszkać?“ Zaś Zuzia na to: „Tak... nie... nie wiem doprawdy... zobaczymy“... — i odrazu byli zaręczeni. Jednakże taki rodzaj oświadczyn nie wydał mi się wcale romantyczny, więc postanowiłam wyimaginować sobie co innego. Ułożyłam to bardzo kwieciście i poetycznie: Bertram padł na kolana, choć Ruby Gillis mówi, że dziś nie robią tego. Geraldina przyjęła go, a odpowiedź jej zajęła mi całą stronicę.
— Muszę ci wyznać, że miałam dużo roboty z ułożeniem tej rozmowy. Pisałam i przerabiałam ją pięć razy, lecz obecnie uważam, że jest to mistrzowska scena. Bertram ofiarował swej przyszłej pierścień z brylantem i naszyjnik z rubinów i obiecał jej podróż poślubną po Europie, gdyż był szalenie bogaty. Lecz, niestety, cienie zaczęły wkrótce zalegać ścieżkę ich życia. Cordelja tajemnie kochała Bertrama i kiedy Geraldina opowiedziała jej o swych zaręczynach, wpadła we wściekłość, tem większą, że jednocześnie ujrzała pierścień i naszyjnik. Przywiązanie jej do Geraldiny przeszło w gorzką nienawiść, i przysięgła, że nie zezwoli nigdy na jej związek z Bertramem. Ale pozornie udawała nadal przyjaźń dla Geraldiny. Pewnego wieczoru, kiedy obie przyjaciółki stały na wąskiej kładce nad rwącym głębokim potokiem, Cordelja, przypuszczając, że są same, pchnęła Geraldinę do wody, śmiejąc się szyderczo: „Ha, ha, ha!“ Tymczasem Bertram, znajdujący się w pobliżu, spostrzegł to i rzucił się w fale, wołając: „Uratuję cię, moja niezrównana Geraldino!“ Niestety jednak, zapomniał, że nie umiał pływać, i utonęli oboje, trzymając się mocno w objęciach. Wkrótce potem fale wyrzuciły ich ciała na brzeg. Zostali pochowani we wspólnym grobie, a pogrzeb ich był wyjątkowo wspaniały, Djano. Uważam, iż daleko romantyczniej jest zakończyć powieść pogrzebem, niż weselem. Co się zaś tyczy Cordelji, wyrzuty sumienia przyprawiły ją o utratę zmysłów, i została umieszczona w domu zdrowia. Sądzę, iż to było poetyczne zadośćuczynienie za jej zbrodnię.
— Prześlicznie! — westchnęła Djana, należąca do szkoły krytyki Mateusza. — Nie pojmuję, jak ty, Aniu, potrafisz wymyślić takie wzruszające sceny. Pragnęłabym bardzo mieć tak bogatą wyobraźnię, jak twoja.
— Nic łatwiejszego, jeśli zechcesz ją tylko pielęgnować — zapewniała Ania tonem pocieszającym. — Powzięłam właśnie następujący plan. Słuchaj, Djano. Ty i ja założymy nasz własny klub powieściowy i będziemy pisywały powieści dla wprawy. Dopóki sama nie potrafisz, będę ci pomagała. Należy urabiać wyobraźnię, mawia panna Stacy. Tylko trzeba to uczynić rozumnie. Mówiłam jej o Lesie Duchów, ale uważała, żeśmy były w tym wypadku na złej drodze.
W ten oto sposób powstał Klub powieściowy. Początkowo ograniczał się jedynie do dwóch członkiń, lecz wkrótce rozwinął się, przyjąwszy na swe łono Jankę Andrews i Ruby Gillis, oraz jedną czy dwie z pośród koleżanek, uważających, że ich wyobraźnia także wymagała pielęgnowania. Chłopców nie dopuszczono — pomimo twierdzenia Ruby Gillis, że obecność ich ożywiłaby związek. — Każdy członek winien był napisać jedną powieść na tydzień.
— Jest to niezmiernie zajmujące — opowiadała Ania Maryli. — Każda z dziewcząt odczytuje swój utwór głośno, a następnie rozprawiamy o nim. Mamy zamiar zachować je, a w przyszłości odczytywać naszemu potomstwu. Pisujemy pod pseudonimami. Mój jest Rosamonda Montmorency. Wszystkie dziewczęta są bardzo zdolne. Ruby Gillis jest wyjątkowo sentymentalna. Wprowadza zbyt wiele miłości do swych opowiadań, a zbyt wiele jest gorzej niż zbyt mało. Janka znów pomija miłość, bo uważa, że to brzmi głupio przy głośnem czytaniu. Powieści jej są bardzo rozumne. Djana wprowadza zbyt wiele zbrodni do swoich opowiadań. Mówi, że najczęściej nie wie, co począć z rozmaitemi osobami, więc każe je zabić, by się ich pozbyć. Najczęściej ja podaję tematy do tych powieści, lecz dla mnie to nic trudnego, bo mam zawsze miljony pomysłów.
— Ja uważam, że taka pisanina to znowu warjactwo — rzekła Maryla pogardliwie. — Napełniacie sobie głupstwami głowy i marnujecie czas, potrzebny na odrabianie lekcyj. Czytanie powieścideł jest już złe, a cóż dopiero pisanie ich.
— Ależ my się staramy, aby każdy utwór zawierał jakiś morał, Marylo — broniła się Ania. — Ja wymagam tego nawet. Wszyscy szlachetni bywają wynagradzani, zaś wszyscy źli odpowiednio karani. Jestem pewna, że to musi wywrzeć dobroczynny wpływ na czytelnika. Morał to najważniejsze! Pan Allan tak twierdzi. Odczytałam jedną z moich powieści pastorstwu, i oboje przyznali, że morał był bardzo dobry. Tylko podczas wzruszających sytuacyj śmieli się serdecznie. Co prawda, ja wolę, jeżeli słuchacze płaczą. Janka i Ruby płaczą najczęściej, gdy odczytuję wzruszające okresy. Djana napisała o naszym klubie do ciotki Józefiny, a ta w odpowiedzi prosiła, byśmy jej przysłały niektóre nasze powieści. Przepisałyśmy więc cztery najlepsze i posłałyśmy jej. Panna Barry odpisała nam, że nigdy w życiu nie czytała nic równie zabawnego. Zdziwiło nas to niezmiernie, bo wszystkie owe opowiadania były bardzo wzruszające i prawie wszyscy w nich umierali. Lecz jestem zadowolona, że podobały się pannie Barry. Okazuje się, że nasz klub przyniósł jakąś korzyść ludzkości. A pani Allan powiada, że taki winien być nasz cel w każdej sprawie. Ja wistocie staram się o to, lecz zapominam, ilekroć jestem rozbawiona. Jednakże mam nadzieję, że kiedy dorosnę, będę trochę podobna do pani Allan. Czy Maryla uważa, że to jest możliwe?
— Nie powiem, że się na to bardzo zanosi — brzmiała dodająca otuchy odpowiedź Maryli. — Jestem pewna, że pani Allan nie była nigdy tak roztrzepana ani tak zapominalska, jak ty.
— Nie, ale też nie była zawsze taka dobra, jak obecnie — odrzekła z powagą Ania. — Sama mi to wyznała... opowiadała, że będąc dzieckiem, była wielką psotnicą i często sama ściągała na siebie przykrości. Dodało mi to wiele otuchy. Czy to bardzo brzydko, Marylo, że nabieram otuchy, kiedy słyszę od innych, że oni także bywali źli i niezręczni? Pani Linde tak twierdzi. Pani Linde mówi, że ona zawsze doznaje przykrości, ilekroć słyszy, że ktoś był niedobry, chociażby w młodym wieku, w dzieciństwie nawet. Mówiła mi, że kiedyś słyszała, jak pewien pastor opowiadał, iż będąc chłopięciem, ściągnął ciastko z poziomkami ze śpiżarni swej ciotki. Od owego czasu pani Linde nie potrafiła nigdy zdobyć się na szacunek dla tego pastora. Co do mnie, zapatrywałabym się inaczej na tę sprawę. Uważałabym, że postąpił szlachetnie, przyznając się do błędu, i przypuszczam, iż dużo otuchy powinna dodać małym chłopcom, postępującym źle i żałującym tego, myśl, że i oni, pomimo wszystko, mogą wyrosnąć na rozumnych pastorów. Ja tak uważałam, Marylo.
— Ja zaś uważam, Aniu — rzekła Maryla — że już dawno powinnaś była skończyć zmywanie naczyń. Z powodu twej paplaniny zużyłaś na tę robotę pół godziny czasu więcej, niż należało. Naucz się przedewszystkiem skończyć robotę, a potem rozprawiać.





ROZDZIAŁ VIII.

Próżność ukarana.

Pewnego wieczoru w końcu kwietnia Maryla powracała z posiedzenia w „Szwalni“. Świadomość, że zima wreszcie minęła, zbudziła w niej uczucie zadowolenia i nadzieje, jakie wiosna zwykła wywoływać zarówno w duszach ludzi starych i smutnych, jak i młodych i wesołych. Maryla nie dorosła do analizowania swych myśli i uczuć. Wyobrażała sobie prawdopodobnie, iż myśli jedynie o „Szwalni“, kasie misjonarzy i nowym dywanie dla zakrystji. Tymczasem poza temi rozmyślaniami ukrywało się rozkoszne poczucie różowiących się pól, rozpalających się w bladej purpurze mgieł zachodzącego słońca, wysokich, ostro zakończonych cieniów sosen, padających na łąki po drugiej stronie stawu, nieruchomych topoli o ciemno-czerwonych, nabrzmiewających pąkach wokoło zwierciedlanej tafli jeziora leśnego, bezustannego budzenia się świata i silnie pulsującego życia pod szarą powłoką ziemi. Wiosna szła, a powolny krok Maryli stawał się coraz lżejszy i szybszy pod wpływem głębokiej, wiośnianej radości.
Wzrok starej panny spoczął z miłością na Zielonem Wzgórzu, przezierającem poprzez młode liście drzew i odbijającem w swych oknach światło słoneczne w niezliczonej ilości świetlanych blasków. Przyśpieszając kroku po wilgotnej alei, Maryla dumała, jak miłą jest świadomość, że powraca do domu, do wesoło trzaskającego na kominku ognia i porównywała to uczucie z wrażeniem chłodnej pustki, jaką dawnemi laty, wracając z posiedzeń „Szwalni“ przed przybyciem Ani, zastawała na tem Zielonem Wzgórzu.
To też nic dziwnego, że gdy weszła do kuchni i nie zastała tam śladu ognia, ani też swojej wychowanki, uczuła się zirytowaną i rozczarowaną. Poleciła była Ani punktualne przygotowanie herbaty na piątą, a tymczasem sama będzie zmuszona szybko przebrać się i przygotować wieczerzę, zanim Mateusz powróci z pola, od orki.
— Rozmówię się z panną Anną, gdy powróci — mówiła Maryla gniewnie, łupiąc siekierką drzewo, z większą energją niż należało. — Ot i Mateusz już powrócił i cierpliwie czeka w kącie. A ona wyskakuje pewno z Djaną, pisze powieści, deklamuje dialogi lub inne bzdurstwa i ani myśli o godzinie i o swych obowiązkach. Trzeba będzie raz na zawsze skończyć z tem wszystkiem. Mało mnie to obchodzi, że pani Allan twierdzi, iż Ania jest najsłodsza i najzdolniejsza z dziewcząt, jakie zna. Niechaj sobie będzie słodką i zdolną, lecz w głowie roi się od głupstw i nigdy nie można z góry przewidzieć, na jaki szalony pomysł wpadnie. Ledwie zapomnisz o jednym jej wybryku, już gotów jest drugi. Ale masz tobie! Toć w tej chwili powtarzam mniej więcej słowa Małgorzaty Linde, która, rozmawiając ze mną po dzisiejszem posiedzeniu, w ten sposób krytykowała Anię. Rada byłam, że pani Allan broniła naszej małej, gdyż jestem pewna, iż w przeciwnym razie ja sama byłabym zbyt ostro odpowiedziała Małgorzacie, bez względu na obecność innych. Ania ma wiele wad, i daleka jestem od przeczenia temu. Przecież ja ją wychowuję, nie zaś Małgorzata Linde, która potrafiłaby znaleźć wady w samym Archaniele Gabrjelu, gdyby ten mieszkał w Avonlei... Lecz, bądź co bądź, skoro poleciłam Ani zająć się przygotowaniem wieczerzy, nie powinna była wyjść po południu z domu. Wprawdzie muszę przyznać, że, pomimo wszystkich jej wad, nigdy dotąd nie bywała nieposłuszna lub nieobowiązkowa, i smuci mnie bardzo, że się to dziś zdarzyło.
— Zapewne, tak jest — rzekł Mateusz, który, cierpliwy i rozsądny, lecz przedewszystkiem głodny, uważał za najodpowiedniejsze nie powstrzymywać Maryli od gderania. Doświadczenie nauczyło go, że siostra krząta się o wiele szybciej, jeżeli nie przeszkadzać jej w podobnej chwili przeciwnemi argumentami.
— Czy aby nie sądzisz jej zbyt pośpiesznie, Marylo? — rzekł powoli. — Nie nazywaj jej nieobowiązkową, o ile nie jesteś pewna jej winy. Być może, iż wszystko da się jeszcze wytłumaczyć... Ania potrafi wyjaśnić tę sprawę.
— Niema jej w domu, pomimo że kazałam jej pozostać — odrzekła ostro Maryla. — Sądzę, że trudno jej będzie się z tego wytłumaczyć. Z góry wiedziałam, iż ty będziesz jej bronił, Mateuszu. Szczęściem, ja ją wychowuję, nie ty.
Noc już zapadła, gdy wieczerza była gotowa, ale nie widać było małej winowajczyni, która powinna była pędzić już przez kładkę i wzdłuż Alei Zakochanych, ze świadomością niespełnionych obowiązków. Maryla, kwaśna, zmyła i pochowała naczynia stołowe. Następnie, potrzebując świecy do piwnicy, udała się na facjatkę, aby wziąć lichtarz, stojący zazwyczaj na stoliku Ani. Zapaliwszy świecę, nagle zauważyła dziewczynkę, leżącą na łóżku, z głową ukrytą w poduszkach.
— A to co znowu! — zawołała zdumiona — czyś ty spała, Aniu?
— Nie — brzmiała przytłumiona odpowiedź.
— Czyś więc chora? — spytała Maryla zaniepokojona, zbliżając się do łóżka.
Ania głębiej jeszcze zaryła się w poduszki, jakby pragnęła na zawsze ukryć się przed oczami śmiertelników.
— Nie. Ale, kochana Marylo, proszę odejść i nie spoglądać na mnie. Jestem pogrążona w otchłani rozpaczy i nic mnie nie obchodzi, kto jest prymusem w klasie, ani kto pisze najlepsze wypracowania, lub też kto śpiewać będzie w chórze szkoły niedzielnej. Podobne drobiazgi nie mają obecnie dla mnie najmniejszego znaczenia, bo nie sądzę, bym kiedykolwiek mogła się ludziom pokazać. Karjera moja skończona. Proszę nie patrzeć na mnie, niech Maryla odejdzie!
— Czy to słyszane rzeczy! — wykrzyknęła Maryla coraz bardziej zdziwiona. — Cóż to się dzieje, Aniu? Cóżeś ty uczyniła? Wstań natychmiast i odpowiedz. Natychmiast! powtarzam. A teraz mów, co się stało?
Ania zsunęła się z łóżka zrozpaczona, lecz posłuszna.
— Proszę spojrzyć na moje włosy, Marylo — szepnęła.
Maryla uniosła świecę i badawczo rzuciła okiem na włosy Ani, ciężką masą opadające na jej ramiona. W istocie miały one dziwny wygląd.
— Cóżeś ty zrobiła ze swemi włosami, Aniu? — spytała. — Toć one są zielone!
Zielonemi dałyby się nazwać, gdyby to był jakiś możliwy kolor... ten dziwaczny, brzydki, bronzowo zielony odcień, tu i ówdzie przetykany pasmami przyrodzonej rudej barwy, podnoszącej jeszcze bardziej wstrętne wrażenie. Nigdy w życiu Maryla nie widziała czegoś tak szkaradnego, jak włosy Ani w owej chwili.
— Tak, są zielone — jęknęła Ania. — Myślałam, że niema nic równie brzydkiego, jak rude włosy. Lecz teraz widzę, że dziesięć razy gorzej jest mieć zielone. Ach, Maryla nie może sobie wyobrazić, jak bezgranicznie jestem nieszczęśliwą!
— Nie pojmuję, co to się stało, lecz mam nadzieję, że się dowiem — rzekła Maryla. — Pójdź ze mną do kuchni — tutaj jest mi zbyt chłodno — i opowiedz coś ty znów urządziła. Już od pewnego czasu oczekiwałam jakiegoś niezwykłego wydarzenia. Dwa miesiące minęły od ostatniej awantury, więc byłam pewna, że ten spokój nie może dłużej trwać. No, i cóż takiego zrobiłaś ze swemi włosami?
— Ufarbowałam je.
— Ufarbowałaś? Ufarbowałaś włosy? Aniu, czyś ty nie wiedziała, że to czyn bardzo naganny?
— Owszem, wiedziałam, że to niewłaściwe — przyznała Ania. — Ale pomyślałam sobie, iż warto raczej popełnić coś trochę niewłaściwego, aby się wreszcie pozbyć czerwonych włosów. Obliczyłam wszystko, Marylo, i postanowiłam być niezmiernie staranną pod innemi względami, aby w ten sposób wyrównać ten błąd.
— Co prawda — rzekła Maryla ironicznie — gdybym się zdecydowała ufarbować włosy, ufarbowałabym je przynajmniej na jakiś ludzki kolor. Nie uczyniłabym ich zielonemi.
— Ależ ja nie miałam zupełnie zamiaru ufarbować je na zielono — broniła się Ania ze łzami w oczach. — Jeśli postąpiłam niesłusznie, pragnęłam przynajmniej osiągnąć tym sposobem jakąś korzyść. On mnie zapewnił, że włosy moje zyskają wspaniałą kruczą barwę... twierdził tak z największą stanowczością. Jakże mogłam wątpić o prawdzie słów jego, Marylo? Wiem dobrze, jak to boli, gdy nie ufają naszym słowom. I pani Allan powiada, że nie należy nigdy wątpić o czyjejś uczciwości, jeśli się niema na to dowodów. Teraz mam już dowód... zielone włosy to dowód, wystarczający dla każdego. Przedtem nie miałam go i wierzyłam ślepo jego zdaniu.
— Czyjemu zdaniu? Kto ci o tem powiedział?
— Handlarz wędrowny, który tu był po południu. Kupiłam tę farbę od niego.
— Ależ, Aniu, ileż razy prosiłam cię, byś nigdy nie pozwoliła żadnemu z tych Włochów wejść do domu! Nie lubię, gdy się tu włóczą.
— O, ja go też wcale nie wpuściłam do mieszkania. Pamiętałam o zakazie Maryli i wyszłam, starannie zamknąwszy drzwi. Wszystkie drobiazgi oglądałam na schodach. Zresztą, nie był to wcale Włoch... lecz Niemiec. Miał olbrzymie pudło, pełne bardzo ciekawych przedmiotów i opowiadał mi, że ciężko pracuje, by zarobić na sprowadzenie swej żony i dzieci z Niemiec. Mówił o tem z takiem przejęciem, że wzruszył moje serce. Pragnęłam kupić coś, aby mu pomóc w tak ważnej sprawie. Nagle spostrzegłam ową buteleczkę z farbą do włosów. Handlarz solennie zapewnił mnie, że farba ta zabarwi każde włosy na kruczy, czarny kolor, który się nigdy nie zmyje. W mgnieniu oka ujrzałam się w obramowaniu kruczo-czarnych włosów, i pokusa stała się nieprzezwyciężoną... Tylko, niestety, cena buteleczki była siedemdziesiąt pięć centów, ja zaś z moich oszczędności za kurczątka posiadałam jedynie pięćdziesiąt. Zdaje mi się, że handlarz miał bardzo dobre serce, gdyż rzekł, że dla mnie sprzeda ją za pięćdziesiąt, co znaczy tyle, jakby ją darował. Kupiłam więc, i gdy odszedł, pobiegłam na górę i natarłam włosy starą szczotką, wedle przepisu. Zużyłam całą buteleczkę, lecz kiedy ujrzałam straszny kolor, jakiego nabrały moje włosy, żałowałam szczerze, iż tak nagannie postąpiłam. I martwiłam się od tej chwili bezustannie.
— Mam nadzieję, że ci to posłuży za przestrogę — rzekła Maryla surowo — i wskaże, dokąd cię próżność zawieść może. Bóg raczy wiedzieć, co z tobą obecnie począć. Przypuszczam, że przedewszystkiem należy włosy bardzo starannie zmyć, tylko nie wiem, czy to się na co przyda.
Stosownie do tej rady, Ania zmyła włosy, szorując je bardzo silnie mydłem i wodą. Lecz daremne były wszelkie wysiłki: zielona farba nie dawała się zupełnie zetrzeć, tak samo jak naturalny rudy kolor włosów. Jakkolwiek uczciwość wędrownego handlarza mogła podlegać kwestji, pod jednym względem wyrzekł prawdę: farba była nie do zmycia.
— Co ja pocznę, Marylo? — pytała Ania, zalewając się łzami. — Nie potrafię przeżyć tego. Niezawodnie uległy już zapomnieniu moje poprzednie pomyłki, jak ciasto z kroplami walerjanowemi, spojenie wódką Djany i gwałtowne uniesienie się wobec pani Linde. Lecz tego nie zapomnianoby mi nigdy. Powiedzą, że nie jestem godna szacunku. Ach, jakże Józia Pay będzie się śmiała! Marylo, nie mogłabym spojrzeć w oczy Józi. Jestem najnieszczęśliwszem dziewczęciem na Wyspie Księcia Edwarda.
Rozpacz Ani trwała cały tydzień. Przez ten czas nie wychodziła wcale z domu i codziennie szorowała włosy. Djana była jedyną osobą, wtajemniczoną w tę nieszczęśliwą historję. Rozumie się, że solennie przyrzekła nie mówić o tem nikomu, i widocznie dotrzymała obietnicy.
Przy końcu tygodnia Maryla rzekła stanowczo:
— Niema rady, Aniu. Jest to trwała farba, nie do wywabienia. Włosy trzeba ściąć. Nic nie pomoże! Nie zechcesz wszakże wyjść tak na ulicę!
Usteczka Ani zadrgały, lecz zrozumiała, że Maryla ma słuszność. Z rozpaczy pełnem westchnieniem udała się po nożyczki.
— Proszę, Marylo, utnijmy je natychmiast... i będzie skończone. Ach, czuję, że mam zranione serce... Jest to takie nieromantyczne zmartwienie. Bohaterki powieści tracą włosy podczas chorób gorączkowych, lub sprzedają je, aby pieniądze poświęcić na jakiś dobry uczynek. Jestem pewna, że w podobnym wypadku nie bolałabym nad ich utratą ani w połowie tak, jak w tej chwili. Niema żadnej pociechy dla kogoś, co ścina włosy dlatego, że je ufarbował na wstrętnie brzydki kolor, czyż nie? Będę też płakała bezustannie podczas tej okropnej operacji. Jest to taka tragiczna przeprawa!
I wistocie Ania dotrzymała słowa; poczem, wróciwszy na górę do swego pokoiku i przejrzawszy się w lusterku, popadła w niemą rozpacz. Maryla bardzo skrupulatnie wypełniła swe zadanie, gdyż okazała się konieczność ścięcia włosów aż do skóry. Rezultat wypadł nie bardzo do twarzy... jeśli użyjemy najłagodniejszego wyrażenia. Ania szybko odwróciła lusterko do ściany.
— Nigdy już, nigdy nie zajrzę do lusterka, zanim mi włosy nie odrosną! — wybuchnęła rozpaczliwie.
Lecz już po chwili odwróciła lusterko od ściany.
— Owszem, będę, będę się przeglądała. Niechaj to będzie karą za próżność. Ilekroć wejdę do mego pokoiku, przejrzę się, by zobaczyć, jak brzydką jestem. Nigdy nie sądziłam, że jestem próżna co do moich włosów, teraz jednak przekonałam się, że tak było, bo chociaż rude, były długie, niezmiernie gęste i wijące się. Przypuszczam, że w najbliższej przyszłości wydarzy się jaki wypadek i mojemu nosowi.
Ogolona głowa Ani wywołała duże zdumienie w szkole, lecz ku pewnemu uspokojeniu dziewczynki nikt się nie domyślił istotnej przyczyny tego faktu. Pozostała ona tajemnicą nawet dla Józi Pay, która nie omieszkała jednak oświadczyć Ani, że wygląda, jak prawdziwe straszydło na wróble.
— Nic nie odrzekłam, kiedy mi to Józia powiedziała — zwierzała się tegoż wieczoru Ania Maryli, która po silnej migrenie leżała na kanapie. — Uważałam to za część kary, jaką powinnam cierpliwie znosić. Ciężko mi było usłyszeć, że jestem podobna do straszydła na wróble, i już-już miałam coś odrzec. Ale nie uczyniłam tego. Cisnęłam jej tylko pogardliwe spojrzenie, a potem wybaczyłam. Człowiek czuje się szlachetniejszym, gdy przebacza innym, czy nie? Mam zamiar w przyszłości wytężyć całą moją energję w celu uszlachetnienia się i nigdy nie usiłować stać się piękną. Bez wątpienia lepiej jest być dobrą! Wiem o tem! Lecz nieraz jakże trudno uczynić coś dobrego, nawet gdy wiemy, że obowiązkiem naszym jest tak postąpić. Z pewnością będę się starała zostać dobrą, taką jaką jest Maryla, pani Allan, panna Stacy, i wyrosnę wam na chlubę. Djana powiada, że kiedy włosy moje zaczną odrastać, powinnam opasać głowę czarną aksamitką z kokardką u boku. Pewna jest, że będzie mi bardzo do twarzy. Ale czy ja nie mówię zbyt wiele, Marylo? Może to źle wpływa na ból głowy?
— Lepiej mi jest teraz. Po południu strasznie mi głowa dokuczała. Te migreny stają się coraz cięższe. Będę musiała poradzić się lekarza. Co się tyczy twojej paplaniny, nie przeszkadza mi ona obecnie. Przywykłam do niej, Aniu — rzekła z uśmiechem Maryla.
Znaczyło to, że lubi jej się przysłuchiwać.





ROZDZIAŁ IX.

Niefortunne przedstawienie.

— Rozumie się, że ty, Aniu, będziesz Elaine — rzekła Djana. — Ja nigdybym nie miała dość odwagi, by zdać się na łaskę prądu.
— Ani ja — potwierdziła Ruby Gillis stanowczo. — Rozumiem, iż przyjemnie jest, siedząc we dwie lub we trzy w łodzi, kołysać się na falach. Tak, to jest duża rozkosz! Lecz leżeć na dnie i udawać umarłą... nie potrafiłabym nigdy! Umarłabym naprawdę ze strachu.
— Niewątpliwie byłoby to romantycznie! — dodała Janka Andrews. — Ale jestem pewna, iż nie umiałabym zachować się bez ruchu. Co chwila zerkałabym wokoło, aby się przekonać, gdzie jestem, i czy prąd nie uniósł mnie zbyt daleko. A rozumiesz przecież, Aniu, że popsułoby to zupełnie wrażenie.
— Ależ śmiesznie byłoby wybrać rudowłosą Elaine — zaoponowała Ania. — Ja nie lękam się bynajmniej zdania się na łaskę prądu i pragnęłabym gorąco odegrać rolę Elaine. Niemniej jednak uważam, iż byłoby to śmieszne. Ruby powinna być Elaine, gdyż jest taka biała i ma przepyszne długie, złote włosy. „Jasne włosy Elaine spływały w dół“, znacie ten wiersz!
— Ty masz cerę równie jasną jak Ruby — rzekła Djana poważnie — a włosy twoje znacznie ściemniały, odkąd je podcięłaś.
— Czy naprawdę tak uważasz? — zawołała Anią, rumieniąc się z radości. — I mnie samej niejednokrotnie tak się zdawało... lecz nigdy nie odważyłam się spytać o to kogokolwiek z obawy, aby mnie nie wyśmieli. Jak ci się zdaje, Djano, czy możnaby je nazwać kasztanowatemi?
— Owszem i wydają mi się naprawdę piękne — rzekła Djana, z podziwem przyglądając się krótkim jedwabistym lokom, okrywającym głowę Ani i opasanym wedle jej rady czarną aksamitką z kokardką u boku.
Dziewczęta stały na boku stawu, w dole Sosnowego Wzgórza, gdzie wrzynał się niewielki przylądek, wysadzony brzozami. Na jego cyplu zbudowany był drewniany pomost, wysunięty w wodę dla wygody rybaków i polujących na kaczki. Ruby i Janka przyszły dziś na całe popołudnie do Djany, i Ania nadbiegła, aby z niemi pogawędzić.
Ania i Djana spędzały tego lata prawie wszystkie wolne chwile na stawie lub w pobliżu. Zacisze Słowika należało już do przeszłości, gdyż pan Bell kazał na wiosnę bezlitośnie wyrąbać drzewka tego gaiku. Ania płakała, siedząc pomiędzy ściętemi pniakami, lubując się romantyczną stroną sytuacji. Pocieszyła się jednak wkrótce, bo pomimo wszystko musiała przyznać wraz z Djaną, że, jako podlotki w czternastej wiośnie, były już zbyt stare dla takich dziecinnych zabaw, jak urządzanie sobie domku. Zresztą o wiele bardziej zajmujący sport znalazł się wkrótce wokoło stawu. Z mostku znakomicie dawały się łowić pstrągi, i dziewczynki wkrótce nauczyły się samodzielnie wiosłować, płynąc w płytkiej łodzi, zakupionej przez pana Barry dla polowania na kaczki.
Ania wpadła na pomysł uscenizowania Elaine.
Poprzedniej zimy przestudjowały w szkole ten wzruszający poemat Tennysona. Zanalizowały go, podzieliły i rozebrały wszystkie zdania, aż dziw brał, że ani jedna myśl nie pozostała dla nich niejasna. Elaine, owo urocze dziewczę, Lancelot, Guinevére, król Artur, wszyscy przybrali w ich oczach cielesną postać, a Ania tajemnie martwiła się, że nie przyszła na świat w epoce rycerstwa. Owe czasy, mówiła, były o tyle romantyczniejsze od obecnych!
Pomysł Ani przyjęto z entuzjazmem. Dziewczęta przyszły do wniosku, że jeśli czółno zostanie odepchnięte od przystani, to prąd uniesie je aż pod mostek i wreszcie doprowadzi do drugiego przylądka, tam, na skręcie stawu. Niejednokrotnie już łódź niosła je w ten sposób, który teraz wydał im się świetny dla odegrania Elaine.
— A więc dobrze... będę Elaine — postanowiła Ania, zawsze jeszcze nieco opornie, gdyż pomimo, że gorąco pragnęłaby odegrać rolę bohaterki, jednak artystyczny zmysł jej opierał się temu, wskazując brak zewnętrznych warunków.
— Ty, Ruby, będziesz królem Arturem, Janka będzie Guinevére, zaś Djana Lancelotem. Ale przedtem odegracie role ojca i braci. Nie możemy wprowadzić starego niemego sługi, gdyż na dnie łódki nie będzie miejsca dla dwóch osób z chwilą, gdy ja się położę. Dno łódki wyłożymy czarnym aksamitem. Stary czarny szal twojej matki, Djano, będzie najodpowiedniejszy po temu.
Otrzymawszy żądany szal, Ania rozpostarła go w łodzi, a następnie położyła się na niem wyciągnięta, przymknęła powieki i złożyła ręce na piersiach.
— Ach, wygląda zupełnie jak umarła — szepnęła nerwowo Ruby Gillis, spoglądając na nieruchomą bladą twarzyczkę pod ślizgającemi się po niej cieniami brzóz. — Wiecie, dziewczęta, strach mnie ogarnia! Czy wogóle powinnyśmy bawić się w ten sposób? Pani Linde twierdzi, że teatralne przedstawienia są szkaradne.
— Ruby, nie powinnaś teraz wspominać o pani Linde — odezwała się surowo Ania. — Psujesz wrażenie, bo wszystko to działo się setki lat przed urodzeniem pani Linde. Janko, ty zarządzaj! Wszakże Elaine nie powinna mówić, jeśli umarła.
Janka chętnie usłuchała. Nie było złotej kapy do nakrycia leżącej dziewczynki, lecz stara serweta fortepianowa z żółtej japońskiej krepy znakomicie ją zastępowała. Nie było też pod ręką białej lilji, ale w zupełności wystarczył piękny szafirowy kosaciec, umieszczony w splecionych dłoniach Ani.
— Oto jest już gotowa! — zawyrokowała Janka. — Teraz ucałujcie jej czyste czoło, i ty, Djano, powiedz: „Żegnaj, siostro, na wieki!“ — a ty, Ruby, powiedz: „Żegnaj, miła siostrzyco!“. Tylko jaknajsmutniejszym głosem! Aniu, uśmiechnij się choćby leciutko! Przypominasz sobie zapewne „Elaine z bladym uśmiechem na ustach“. Tak, teraz jest lepiej. Możecie pchnąć łódkę!
I łódź została pchnięta, uderzywszy w tym ruchu mocno o jeden ze starych, wystających pali. Djana, Janka i Ruby czekały tylko, dopóki woda jej nie uniosła, poczem poskoczyły w las i pobiegły dróżką ku owemu oddalonemu przylądkowi, gdzie jako Lancelot, Guinevére i król miały być gotowe do przyjęcia Elaine.
Ania, powoli unoszona przez prąd wody, napawała się kilka chwil romantycznością swego położenia. Lecz nagle stało się coś bynajmniej nieromantycznego. Woda zaczęła się dostawać do łodzi. Po kilku minutach Elaine była zmuszona zerwać się ze swego łoża, unieść złotem haftowaną szatę i ściągnąć czarny całun, aby z rozpaczą przekonać się o istnieniu na dnie łodzi sporego otworu, przez który niewątpliwie przedostała się woda. Ostry pal u przystani przedziurawił łódź.
Ania nie miała pojęcia o tem, lecz niewiele czasu potrzebowała, aby się przekonać, że jest w niebezpieczeństwie. Łódź będzie się napełniała wodą i bez wątpienia zatonie, zanim zdąży się dostać do owego drugiego przylądka. Gdzież były wiosła? Pozostały prawdopodobnie w przystani.
Ania wydała krótki, przytłumiony, przez nikogo nie dosłyszany okrzyk, lecz nie straciła przytomności. Jedna tylko była rada, jedna, jedyna...
— Byłam okropnie przerażona — opowiadała Ania nazajutrz pani Allan i latami wydawał mi się czas, zanim łódź dotarła do mostu, podczas gdy woda coraz więcej napływała do środka. Zaczęłam się modlić bardzo gorąco, lecz nie przymykałam oczu, wiedziałam bowiem, że jedynym sposobem ratunku było, aby łódź zbliżyła się do pali u mostu, tak, iżbym zdążyła się uchwycić którego z nich. Pani wie, iż owe pale są to stare pnie drzew, ze sterczącemi odłamkami gałęzi i sękami. Słuszną rzeczą było się pomodlić, ale jednocześnie należało uważać i mieć oko zwrócone na wszystko. Powtarzałam bezustannie: „Kochany Boże, pozwól, niech tylko łódka przybliży się do pali!“ W takich okolicznościach nie można myśleć nad ułożeniem pięknej modlitwy. Jednakże moja została wysłuchana, gdyż łódka na chwilę zbliżyła się do jednego z pali, a wówczas, zarzuciwszy szybko serwetę i szal na ramię, wdrapałam się na wystający sęk. I tak pozostałam, przytulona do śliskiego pala, bez możności poruszenia się w tę lub ową stronę. Była to bardzo nieromantyczna sytuacja, ale w owej chwili nie myślałam o tem. Trudno jest zastanawiać się nad romantycznością, kiedy się tylko co wymknęło z mogiły pod wodą. Odmówiłam dziękczynną modlitwę i całą uwagę skierowałam na mocne trzymanie się sęka, wiedziałam dobrze, że bez pomocy ludzkiej nie potrafię wydostać się na ląd.
Tymczasem łódka przesunęła się koło mostu i szybko zniknęła pod wodą. Ruby, Janka i Djana, oczekujące jej u owego drugiego przylądka, ujrzały nagle, że łódź tonie i ani na chwilę nie wątpiły, że i Ania znalazła się pod wodą. Stanęły nieruchome, blade, zamarłe z trwogi. Potem z głośnym okrzykiem przerażenia pomknęły w szalonym pędzie przez las, nie rzuciwszy ani jednego spojrzenia na most. Ania, rozpaczliwie przytulona do swej zbawczej podpory, widziała poruszające się w biegu ich sylwetki i słyszała ich okrzyki. Niewątpliwie pomoc zjawi się wkrótce, tymczasem jednak położenie jej było niezmiernie trudne.
Minuty mijały, a każda z nich wydawała się godziną nieszczęśliwemu dziewczęciu. Dlaczegóż nikt się nie zjawiał? Dokąd pobiegły koleżanki? A jeśli zemdlały z przerażenia i nikt nie nadejdzie! A jeśli ona tak opadnie z sił i zdrętwieje, że nie potrafi się dłużej utrzymać? Ani spojrzała w roztaczającą się pod jej stopami głęboką zieloną przepaść, gdzie długie cienie przeciągały leniwie... i zadrżała. Wyobraźnia zaczęła stawiać przed jej oczami rozmaite straszne obrazy.
Wtem, w chwili, gdy poczuła, że nie potrafi dłużej pozostać w tej pozycji z powodu zmęczenia i bólu w ramionach i dłoniach, obok mostu ukazał się Gilbert Blythe w łodzi Andrews’a.
Chłopiec spojrzał w górę i, ku niezmiernemu swemu przerażeniu, spostrzegł drobną, bladą, lecz dumną twarzyczkę, patrzącą nań wielkiemi, trwożnemi, ale jednocześnie gniewnemi oczami.
— Ania! Jakim sposobem i skąd się tu wzięłaś? — zawołał.
I nie czekając odpowiedzi, podpłynął do pala i wyciągnął ku niej rękę.
Nie było innej rady. Ania, mocno wsparta na dłoni Gilberta, zsunęła się do łodzi, gdzie usiadła, przemoknięta i zła, trzymając w obu rękach ociekający z wody szal i mokrą serwetę. Niewątpliwie bardzo trudno było wystąpić z godnością w podobnej sytuacji.
— Cóż to się stało, powiedz, Aniu? — spytał Gilbert, ujmując wiosło.
— Chciałyśmy grać Elaine Tennysona — objaśniała Ania chłodno, nie patrząc wcale na swego wybawcę — i ja powinnam była popłynąć do Camelot w barce — to jest w łódce. Tymczasem łódka była uszkodzona i woda zaczęła się do niej przedostawać, więc gdy zbliżyła się do pala, ja wyskoczyłam i wdrapałam się na niego. Jednocześnie Djana, Ruby i Janka pobiegły szukać pomocy. Czy zechcesz być o tyle uprzejmym i podwieziesz mnie do przystani?
Gilbert chętnie podpłynął we wskazane miejsce, i Ania, odrzucając jego pomoc, sama zręcznie wyskoczyła na brzeg.
— Dziękuję panu bardzo — rzekła wyniośle, odchodząc.
Ale i Gilbert wyskoczył z łodzi i położył rękę na jej ramieniu, starając się ją zatrzymać.
— Aniu — rzekł śpiesznie — posłuchaj mnie! Czy nie moglibyśmy być przyjaciółmi? Bardzo mi jest przykro, żem wówczas zażartował z twoich włosów. Nie chciałem cię obrazić; powiedziałem ot tak sobie, dla żartu tylko. A zresztą to już tak dawno. Teraz włosy twoje są bardzo piękne... szczerze mówię. Bądźmy przyjaciółmi!
Ania zawahała się chwilę. Pomimo obrażonej dumy doznała nagle jakiegoś niezwykłego, dotąd nieznanego wrażenia, że ten na poły nieśmiały, na poły gorący wyraz ciemnych oczu Gilberta stał się jej miłym. Serduszko jej zaczęło uderzać szybciej i mocniej. Lecz gorżkie uprzytomnienie sobie zniewagi w szkole szybko odniosło zwycięstwo nad wahaniem. Scena, która się odegrała dwa lata temu, odżyła w wyobraźni Ani równie żywo, jak gdyby się wczoraj zdarzyła. Gilbert zawołał: „Marchewka!“ i okrył ją wstydem wobec całej szkoły. Gniew jej, który dojrzałym ludziom wydałby się równie śmiesznym jak i jego powód, nie ustąpił i nie złagodniał jeszcze. Nienawidziła Gilberta! Nigdy mu nie przebaczy!
— Nie — odrzekła chłodno. — Nigdy nie będzie przyjaźni pomiędzy mną a Gilbertem Blythe. Nie życzę sobie tego.
— Jak ci się podoba! — I Gilbert, zaczerwieniony z gniewu, wskoczył do swej łodzi. — Nigdy już nie poproszę cię o przyjaźń. Ja również dbać o nią nie będę.
Odepchnął łódź kilku szybkiemi, gniewnemi uderzeniami, a Ania odeszła stromą, paprociami osłoniętą ścieżką pośród topoli. Główkę trzymała wysoko, lecz w głębi duszy doznawała przykrego uczucia żalu. Żałowała teraz, iż nie odpowiedziała Gilbertowi inaczej. Prawda, że strasznie ją obraził, lecz.. Wogóle zdawało jej się, że najlepiej byłoby, gdyby mogła usiąść i serdecznie się wypłakać. Czuła się najzupełniej wytrąconą z równowagi; fizyczne zmęczenie i wzruszenie, wywołane niezwykłą przygodą, teraz dopiero dawały jej się we znaki.
W połowie ścieżki spotkała Jankę i Djanę, wracające nad staw. Dziewczynki były w najwyższym stopniu przerażone. Nie zastały nikogo na Sosnowem Wzgórzu, bo państwo Barry wyszli z domu. Ruby dostała napadu serdecznego płaczu, zostawiły ją więc w mieszkaniu, by się uspokoiła, same zaś pobiegły przez Las Duchów i przez most na Zielone Wzgórze. Tam także nie było nikogo, gdyż Maryla udała się do Carmody, a Mateusz był zajęty daleko w polu, zbieraniem siana.
— Ach, Aniu — wybuchnęła Djana, obejmując szyję przyjaciółki i płacząc z radości nad niespodzianem jej ocaleniem — ach, Aniu droga.. myślałyśmy... żeś utonęła... i miałyśmy się za zbrodniarki... bo myśmy cię namówiły... abyś była... Elaine...! Ruby ma atak płaczu...! Aniu, jakżeś się wyratowała?
— Wdrapałam się na pal — objaśniała Ania obojętnie — a Gilbert, który właśnie nadpłynął w łodzi pana Andrewsa, wysadził mnie na brzeg.
— Ach, Aniu, jakże on szlachetnie postąpił! I jak to romantycznie! — wykrzyknęła Janka, otrząsnąwszy się z wrażenia. — Teraz zapewne będziesz już z nim rozmawiała!
— Prawdopodobnie nie będę — wybuchnęła Ania, w mgnieniu oka powracając do dawnej pewności siebie. — I nie chcę nigdy więcej słyszeć wyrazu romantyczność. Martwi mnie bardzo, żeście się tak przeraziły. Przekonywam się, że jestem urodzona pod nieszczęśliwą gwiazdą. Wszystko, do czego się biorę, kończy się niedobrze dla mnie lub moich najbliższych. Łódź twego ojca, Djano, leży na dnie wody i mam przeczucie, że nie pozwolą nam już nigdy wiosłować po stawie.
Przeczucie Ani tym razem sprawdziło się ściślej, niż to się zwykle dzieje. Zarówno państwo Barry jak i Cutbertowie strapili się bardzo, gdy dziewczęta opowiedziały im ten wypadek.
— Czy też ty kiedykolwiek będziesz rozumna, Aniu? — skarżyła się Maryla.
— O, bezwarunkowo! jestem najzupełniej tego pewna, Marylo — odpowiedziała Ania optymistycznie.
Jednak w samotności swego pokoiku na facjatce Ania wypłakała się serdecznie, a płacz ten uspokoił jej nerwy i powrócił jej zwykły, pogodny pogląd na świat.
— Zdaje mi się, że nadzieja zostania rozumną jest teraz bliższą urzeczywistnienia, niż kiedykolwiek! — mówiła, zeszedłszy na dół.
— Nie pojmuję w jaki sposób — rzekła Maryla.
— Oto tak — objaśniła Ania. — Dziś znowu otrzymałam nową i cenną nauczkę. Odkąd przybyłam na Zielone Wzgórze, popełniałam bezustannie głupstwa, lecz każde z nich pomogło mi wyleczyć się z jakiejś wady. Zdarzenie z broszką ametystową nauczyło mnie nie ruszać rzeczy, nie będących moją własnością. Strach, jakiego doznałam w Lesie Duchów, wskazał mi, iż należy wyobraźnię trzymać na wodzy. Pomyłka z kroplami walerjanowemi wyleczyła mnie z nieuwagi przy zajęciach w kuchni. Ufarbowanie włosów wyleczyło mnie z próżności. Obecnie nigdy nie myślę o swoich włosach i swoim nosie... a przynajmniej bardzo rzadko. Dzisiejsza przygoda wypleniła ze mnie skłonność do romantycznych awantur. Przyszłam do wniosku, że nie warto teraz być romantycznym. Było to bezwątpienia bardzo piękne paręset lat temu, w otoczonym wieżami Camelocie, lecz obecnie romantyczność nie znajduje uznania. Jestem pewna, że Maryla wkrótce się przekona o wielkiej zmianie w mojem usposobieniu.
— Oby tak było! — uśmiechnęła się Maryla niedowierzająco.
Lecz gdy Maryla wyszła z pokoju, Mateusz, który dotąd milczący siedział w kącie, zbliżył się do Ani i położył swą dłoń na jej ramieniu.
— Nie zatracaj całej romantyczności, Aniu — szepnął nieśmiało. — Zapewne nie zbyt wiele... ale troszeczkę nie zawadzi.





ROZDZIAŁ X.

Epoka w życiu Ani.

Ania odprowadzała krowy z pastwiska do domu, szła Aleją Zakochanych. Był to wieczór wrześniowy i wszystkie szczeliny i polanki w lesie zalane były rubinowemi blaskami zachodzącego słońca. Tu i ówdzie przemknął po alei bladożółty promień, lecz cienie zmierzchu zapadały coraz bardziej pod sklepieniami klonów, a pomiędzy jodłami zalegał jasno fioletowy zmrok. Na wierzchołkach drzew igrały wiatry, a niema chyba na świecie słodszej muzyki nad tę, jaką wygrywa wieczorny wiatr, bujający pośród drzew jodłowych.
Krowy szły spokojnie kołyszącym krokiem wzdłuż alei. Ania postępowała za niemi zadumana, powtarzając głośno pieśń wojenną z „Marmion“. Kiedy poprzedniej zimy uczennice zaznajamiały się z utworami literatury angielskiej, panna Stacy poleciła im nauczyć się tej pieśni na pamięć. Oczami wyobraźni Ania widziała trjumfujące tłumy; zdawało jej się, że słyszy chrzęst lanc i zachwycona przymknęła powieki, aby wywołać silniejsze złudzenie. Gdy je podniosła spostrzegła Djanę, wychodzącą z furtki, wiodącej na pole Barrych. Djana miała poważny wyraz twarzy, więc Ania domyśliła się, iż przynosi jakieś niezwykłe nowiny. Postanowiła jednak nie zdradzić zbytniej ciekawości.
— Czy dzisiejszy wieczór to nie istny purpurowy sen, Djano? Cieszę się tak bardzo, że żyję! Rankiem wydaje mi się zawsze, że poranki są najpiękniejsze, a wieczorem jestem znowu zdania, iż wieczory są niezrównane.
— Wistocie wieczór jest bardzo piękny — potwierdziła Djana — ale, Aniu, jakie ja ci przynoszę nowiny! Zgadnij! Pozwalam ci trzykrotnie zgadywać.
— Karola Gillis, pomimo wszystko, weźmie ślub w kościele, i pani Allan poleci nam go przystroić.
— Nie. Narzeczony Karoli nie chce się na to zgodzić, gdyż obecnie biorą już tylko ślub cywilny i on uważa, że ślub w kościele przypomina pogrzeb. Żałuję, byłaby to duża przyjemność. Zgaduj dalej!
— Matka Janki pozwoliła jej wyprawić podwieczorek na urodziny?
Djana zaprzeczyła ruchem głowy, a jej szafirowe oczy wesoło się uśmiechały.
— Nie domyślę się, co to być może — rzekła Ania w rozpaczy. — Może Moody odprowadził cię wczoraj wieczorem do domu, co?
— O! — zawołała Djana z oburzeniem — z pewnością nie pochwaliłabym się tem, gdyby to uczynił.. ten nieznośny chłopiec! Widzę, że nie potrafisz zgadnąć. Otóż powiem ci, mama moja otrzymała dziś list od ciotki Józefiny, która zaprasza ciebie i mnie na przyszły wtorek do miasta dla zwiedzenia z nią wystawy. Cóż ty na to?
— Ach, Djano — szepnęła Ania, tak bardzo wzruszona, aż musiała się oprzeć o pień klonu — Czy to jest wistocie prawdą? Lękam się tylko, że Maryla nie zgodzi się na to. Bez wątpienia powie, żem nie powinna pozwolić na takie spacery. Tak właśnie wyraziła się w zeszłym tygodniu, gdy Janka zaprosiła mnie, abym pojechała wraz z nimi na koncert w hotelu na Białych Piaskach. Pragnęłam tego bardzo, lecz Maryla orzekła, że lepiej będzie, gdy pozostanę w domu i popracuję nad lekcjami. Niezmiernie mnie to dotknęło, Djano! Byłam tak zgnębiona, że, ułożywszy się do snu, nie zmówiłam nawet modlitwy. Lecz potem żałowałam tego i pośród nocy wstałam, żeby się pomodlić.
— Wiesz, co ci poradzę — rzekła Djana — poproszę mamę, by ona powiedziała o tem zaproszeniu Maryli. Wtedy z pewnością nie odmówi, a w takim razie użyjemy nielada przyjemności. Zobaczysz, Aniu! Ja nigdy jeszcze nie byłam na żadnej wystawie, i jest mi zawsze przykro, gdy inne dziewczęta opowiadają, co widziały.
— Nie chcę myśleć o tem wszystkiem, zanim będę wiedziała, czy pojadę lub nie — rzekła Ania stanowczo. — Jeślibym się cieszyła, a następnie doznała rozczarowania, nie potrafiłabym tego przenieść. Lecz jeśli pojadę, jak to dobrze, że teraz mój nowy płaszczyk będzie gotów. Maryla uważała, iż nowy płaszczyk jest mi niepotrzebny tej zimy i że powinnam się zadowolić nową sukienką. Sukienka jest naprawdę bardzo ładna, Djano... granatowa, a przytem jak modnie zrobiona! Maryla teraz sprawia mi wszystkie sukienki wedle modnych fasonów, bo mówi, że nie życzy sobie, aby Mateusz udawał się do pani Linde z prośbą o ich uszycie... Cieszę się tem bardzo! Zdaje mi się, że łatwiej jest być dobrym, kiedy się jest modnie ubranym; a przynajmniej ja tak czuję. Osobom, z natury dobrym, nie stanowi to może różnicy... Lecz Mateusz uważał, iż powinnam dostać nowy płaszczyk. Maryla kupiła więc sztuczkę granatowego cienkiego sukna i dała do uszycia prawdziwemu krawcowi w Carmody. Będzie gotów w sobotę wieczór. Staram się nie myśleć wcale, jak będę wyglądała, gdy w niedzielę wejdę do kościoła w nowej sukni i nowym płaszczyku, sądzę, że nie godzi się zaprzątać myśli takiemi rzeczami, ale pomimo woli wkradają mi się one do głowy. Moja czapeczka jest także śliczna! Mateusz kupił mi ją tego dnia, gdyśmy razem byli w Carmody. Jest ona maleńka, cała z granatowego aksamitu, objęta złotym sznurem z pomponami. Twój nowy kapelusz jest także bardzo ładny! A jak ci w nim do twarzy! Kiedym cię zobaczyła ostatniej niedzieli wchodzącą do kościoła, serce zabiło mi z dumy, że to moja najserdeczniejsza przyjaciółka. Czy ty uważasz, iż bardzo źle postępujemy, myśląc tak wiele o naszem ubraniu? Maryla twierdzi, że to naganne. Ale jakie przyjemne, czy nie?
Maryla przyzwoliła na wyjazd Ani do miasta i postanowiono, aby pan Barry następnego wtorku zabrał obie dziewczynki. Wobec tego, iż Charlottetown było odległe o trzydzieści kilometrów, a pan Barry pragnął tegoż samego dnia powrócić do domu, należało wyjechać o bardzo wczesnej godzinie. Dla Ani było to także powodem do radości; we wtorek rano zerwała się jeszcze przed wschodem słońca. Spojrzenie, rzucone z okna jej pokoiku, upewniło ją, że dzień był prześliczny, gdyż niebo poza jodłami w Lesie Duchów, niezamącone ani jedną chmurką, tonęło w srebrze. Poprzez szczelinę pomiędzy drzewami błyszczało światełko z facjatki na Sosnowem Wzgórzu: znak, że i Djana już wstała.
Zaledwie Mateusz zdążył rozniecić ogień, już Ania była na dole w kuchni, i gdy Maryla weszła, śniadanie zastała gotowe. Jednak dziewczynka była zbyt wzruszona, aby móc spokojnie zasiąść do jedzenia. Po śniadaniu w zręcznej nowej czapeczce i nowym płaszczyku Ania pośpieszyła przez most na stawie i poprzez las jodłowy na Sosnowe Wzgórze. Pan Barry i Djana czekali tu na nią i wkrótce wszyscy troje znaleźli się na gościńcu.
Była to długa droga, lecz dziewczynki rozkoszowały się każdą chwilą. Cudnie było sunąć tak po wilgotnych drogach, gdy wczesne purpurowe światło słoneczne rozpraszało się po ogołoconych, zżętych polach. Powietrze było świeże i czyste, a niewielkie błękitne mgły unosiły się po dolinach i spływały po wzgórzach. Nieraz droga prowadziła poprzez lasy, gdzie klony zaczynały właśnie przyodziewać się w szkarłatną szatę; nieraz przecinała mostki, na których Anię obejmowała dawna, dziecinna trwoga, że most załamie się „jak scyzoryk“, nieraz znowu wiła się wzdłuż wybrzeża i zatoki morskiej, gdzie mijali maleńką wioskę zrudziałych od niepogód i huraganów chat rybackich; to znowu wjeżdżali na wzgórza, z których widać było dalekie łańcuchy gór, spowite w mgły błękitne. W którąkolwiek zwrócili się stronę, wszędzie znajdowali bogaty i zajmujący temat do rozmowy.
Południe już się zbliżało, gdy przybyli do miasta i skierowali się ku „Beechwood“[2]. Był to poważny stary zameczek, oddzielony od ulicy szpalerem zielonych wiązów i rozłożystych buków. Panna Barry wyszła na ich spotkanie z życzliwem spojrzeniem w swych żywych czarnych oczach.
— Wreszcie przyjechałaś do mnie, Aniu kochana — przywitała dziewczynkę. — Zmiłuj się, dziecko, jakeś ty wyrosła! Wyższa jesteś ode mnie, naprawdę? Jesteś też o wiele ładniejsza, niż byłaś kiedyś. Ale o tem wiesz sama, nie potrzeba ci tego mówić.
— Właściwie nie wiedziałam — rzekła Ania rozradowana. — Wiem, że jestem mniej piegowata niż byłam dawniej, i z tego już jestem niezmiernie rada, lecz naprawdę nie odważyłam się sądzić, że inne zmiany zaszły w mojej powierzchowności. Cieszę się bardzo, że pani jest tego zdania.
Mieszkanie panny Barry było urządzone „bardzo wspaniale“ opowiadała później Ania Maryli. Obie dziewczynki, mieszkanki prowincji, zostały poprostu olśnione wykwintem saloniku, do którego wprowadziła je jego właścicielka.
— Czyż to nie istny pałac? — szepnęła Djana. — Nigdy dotąd nie byłam w mieszkaniu ciotki Józefiny i nie miałam pojęcia, że jest ono tak wspaniałe. Pragnęłabym tylko, aby Julja Bell mogła je zobaczyć... ona, co się tak chełpi, gdy mówi o saloniku swej matki.
— Pluszowy dywan — westchnęła Ania zachwycona — i jedwabne portjery! Marzyłam tylko o czemś podobnem, Djano. Ale wiesz, nie sądzę, abym się czuła dobrze pośród tego zbytku. Jest tak wiele przedmiotów w tym pokoju, a wszystko takie wspaniałe, iż niema tu już pola dla wyobraźni. Oto właśnie, co jest pociechą ubogich ludzi... więcej można roić.
Ten pobyt w mieście pozostał na długie lata w pamięci obu dziewcząt. Od początku do końca był on jednem pasmem miłych chwil.
W środę panna Barry zabrała je na wystawę, gdzie spędziły dzień cały.
— Cudnie tam było — opowiada później Ania swej opiekunce. — Wie Maryla, że ja nie potrafiłabym nigdy wyobrazić sobie coś równie zajmującego. Nie wiem doprawdy, który oddział na wystawie był najbardziej interesujący. Zdaje się, że jednak najwięcej podobały mi się konie, kwiaty i ręczne roboty. Józia Pay otrzymała pierwszą nagrodę za niciane koronki. Bardzo mnie to ucieszyło. I zadowolona byłam z tej swojej radości, jako dowodu, że stałam się lepszą, skoro potrafię cieszyć się powodzeniem Józi. Czy nie, Marylo? Pan Harmon Andrews otrzymał drugą nagrodę za jabłka, zaś pan Bell pierwszą za trzodę. Djana twierdzi, że to bardzo śmieszne, aby rektor szkoły niedzielnej otrzymał nagrodę za świnki, lecz ja nie widzę dlaczego? A Maryla jak uważa? Djana mówi, że będzie o tem pamiętała zawsze, ilekroć zobaczy pana Bella, odprawiającego uroczyście nabożeństwo. Klara Mac Pherson dostała nagrodę za malowidło, zaś pani Linde pierwszą nagrodę za masło i sery domowej roboty. W ten sposób Avonlea bardzo dobrze się zaprezentowała, prawda? Pani Linde także była na wystawie; nie wyobrażałam sobie, że ją tak bardzo lubię, i przekonałam się o tem dopiero, gdy ujrzałam jej poczciwą twarz pośród tych wszystkich obcych. Były tam tysiące osób. Marylo, i czułam się tak bardzo, tak strasznie nic nie znaczącą istotą. Panna Barry zaprowadziła nas na wielki plac, gdzie się odbywały wyścigi konne. Pani Linde nie chciała pójść z nami. Twierdziła, że wyścigi konne to ohydny pomysł i że jej obowiązkiem jest dawać dobry przykład unikaniem podobnego widowiska. Lecz były tam takie tłumy, że wątpię, czy nieobecność pani Linde mogła być zauważona. Co do mnie, nie sądzę, abym miała ochotę często przypatrywać się wyścigom, gdyż uważam, że zabawa ta wywołuje zbyt wielkie rozgorączkowanie. Djana była tak bardzo przejęta, że chciała założyć się ze mną o dziesięć centymów, iż kary koń wygra. Nie miałam pewności co do tego, lecz nie zgodziłam się na zakład, albowiem przyrzekłam pani Allan mówić jej o wszystkiem, a wiedziałam, że tego nie ośmielę się jej opowiedzieć. I dobrze zrobiłam, bo ów koń naprawdę wygrał, i byłabym straciła dziesięć centymów. W ten sposób cnota moja została wynagrodzona. Widziałyśmy lotnika, jadącego balonem. Ach, jakżebym chciała puścić się balonem! Jakież to byłoby oryginalne! I podszedł do nas jakiś człowiek, sprzedający wróżby. Za wpłacone dziesięć centymów maleńka ptaszyna wyciąga zapowiedź naszego przyszłego losu. Panna Barry dała Djanie i mnie po dziesięć centymów, abyśmy się też dowiedziały cokolwiek o naszej przyszłości. W mojej kartce była zapowiedź małżeństwa z ciemnoskórym człowiekiem, bardzo bogatym, i przepłynięcie przez ogromną wodę. Przyglądałam się uważnie wszystkim ciemnym mężczyznom, ale żaden z nich zbytnio mi się nie podobał... a zresztą sądzę, że to jeszcze zbyt wcześnie, aby się za nim oglądać. Ach, był to nigdy niezapomniany dzień, Marylo. A czułam się tak zmęczona, że w nocy nie mogłam spać. Panna Barry umieściła nas, wedle przyrzeczenia, w gościnnym pokoju. Był to bardzo elegancki pokój, Marylo, ale spanie w gościnnym pokoju nie jest wcale czemś osobliwem, jak sobie wyobrażałam. Zaczynam się przekonywać, że nie dobrze jest być dorosłym. To, czegośmy pragnęli tak bardzo, będąc dziećmi, nie wydaje się ani w części tak ponętne, gdyśmy to wreszcie zdobyli.
W czwartek dziewczęta odbyły przejażdżkę po parku, a wieczorem panna Barry zabrała je na koncert do Instytutu Muzycznego; występowała jakaś sławna śpiewaczka, Ani wieczór ten wydał się pięknym snem.
— O, Marylo, coś podobnego nie daje się opisać. Byłam do tego stopnia zachwycona, że nie mogłam mówić; możecie więc sobie wyobrazić stan mojej duszy... Siedziałam w milczącym zachwycie! Pani Selchy była to skończona piękność, w białej jedwabnej sukni i w brylantach. Kiedy zaczęła śpiewać, zapomniałam o całym świecie. O, nie potrafię wypowiedzieć, co czułam!... I zdawało mi się, że chyba już nigdy nie będzie mi trudno być dobrą. Czułam się tak, jak kiedy patrzę ku gwiazdom. Łzy napłynęły mi do oczu, ale były to łzy szczęścia! Skoro się wszystko skończyło, smutek mnie opanował, i rzekłam pannie Barry, że nie rozumiem wcale, jak powrócę do codziennego szarego życia... Odpowiedziała, że przejdziemy na drugą stronę ulicy, do cukierni, a porcja lodów bez wątpienia pomoże mi odzyskać równowagę. Brzmiało to bardzo prozaicznie, ale ku memu wielkiemu zdumieniu okazało się prawdą. Lody śmietankowe były wyśmienite, Marylo, a przytem jakże miło i elegancko siedzieć w cukierni o jedenastej przed północą. Djana twierdziła, że przekonywa się, iż jest stworzona do życia miejskiego. Panna Barry zapytała, jakie jest moje zdanie w tej kwestji, lecz odpowiedziałam, iż musiałabym się poważnie zastanowić, zanim mogłabym coś orzec. I rozmyślałam nad tem, położywszy się spać. Wtedy najlepiej jest roztrząsać wszelkie sprawy. Jednakże przyszłam do wprost przeciwnego wniosku, niż Djana. Oto, Marylo, ja wcale nie jestem stworzona do miejskiego życia i bardzo się tem cieszę. Przyjemnie jest od czasu do czasu zajadać lody śmietankowe w eleganckiej restauracji o jedenastej w nocy, lecz stale wolę stokroć przebywać o jedenastej na facjatce, uśpiona nawet, ale i we śnie czując, że gwiazdy błyszczą nade mną, a wiatr szumi pośród jodeł poza stawem. Nazajutrz rano przy śniadaniu oświadczyłam to pannie Barry. Śmiała się. Wogóle panna Barry śmiała się prawie zawsze ze wszystkiego, co mówiłam, nawet gdy mówiłam bardzo poważnie. Nie byłam wcale rada z tego, Marylo, bo nie starałam się być śmieszną. Bądź co bądź, jest to niezwykle gościnna dama i przyjmowała nas po królewsku.
W piątek nadeszła godzina wyjazdu, i pan Barry przyjechał po dziewczynki.
— Mam nadzieję, żeście się dobrze zabawiły? — rzekła panna Barry, żegnając się z niemi.
— Niewątpliwie — odpowiedziała Djana.
— A ty, Aniu?
— Cieszyłam się każdą chwilą, tu spędzoną — zawołała Ania, serdecznie zarzucając ręce na szyję panny Barry i całując jej pomarszczone policzki.
Djana nie odważyłaby się nigdy uczynić czegoś podobnego i przeraziła się nawet śmiałością koleżanki. Lecz panna Barry była temu najwidoczniej rada i pozostała na werandzie, dopóki powozik nie zniknął jej z oczu. Poczem z westchnieniem powróciła do swego obszernego mieszkania, które, pozbawione tych świeżych, wesołych dziewcząt, wydało się jej teraz puste i smutne.
Panna Barry była to, prawdę powiedziawszy, trochę oryginalna stara panna, zawsze sobą jedynie zajęta. Inni zajmowali ją tylko o tyle, o ile byli jej potrzebni lub bawili ją. Ania sprawiła jej dużo przyjemności i w ten sposób wkradła się w jej łaski. Lecz oto panna Barry doszła do przekonania, że mniej ujął ją naiwny sposób wyrażania się Ani, niż jej świeży zachwyt, jej jasne wzruszenia, jej uprzejme zachowanie i słodycz jej ust i oczu.
— Kiedym zasłyszała, że Maryla Cutbert przyjęła na wychowanie sierotę z przytułku, nazwałam ją w myśli starą warjatką — rzekła do siebie — lecz teraz widzę, że wcale nie postąpiła niemądrze. Gdybym ja miała w domu dziecko podobne do Ani, byłabym bezwątpienia lepsza i szczęśliwsza, niż jestem.
Dziewczętom jazda powrotna wydała się równie miłą jak poprzednia do miasta... milsza nawet, gdyż doznawały rozkosznego uczucia, że u celu podróży czeka je dom rodzinny. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy przejechali Białe Piaski i dostali się na wybrzeże. W dali na szafranowo-żółtych obłokach rysowały się ciemne wzgórza Avonlei. Poza jadącemi wyłaniał się wielki księżyc z wód morza, które w jego świetle stawało się coraz bardziej promienne i lśniące. Każda najmniejsza zatoka wzdłuż wijącego się wybrzeża stawała się istnym cudem drżących, rozkołysanych fal, które z przytłumionym hukiem rozbijały się o skały nadbrzeżne, a słony zapach morza przesycał chłodne, surowe powietrze.
— Ach, jakże cudnie jest żyć i powracać do domu! — westchnęła Ania.
Kiedy minęli mostek na stawie pod Zielonem Wzgórzem, światło z kuchni Cutbertów powitało ich przyjemnem migotaniem, a przez otwarte drzwi buchnął płomień z kominka, rzucając ciepły czerwony żar w chłodną noc jesienną. Ania wesoło zbiegła ze wzgórza i wpadła do kuchni, gdzie gorąca wieczerza czekała na stole.
— Powróciłaś wreszcie! — zawołała Maryla, odkładając swą robotę.
— Tak — zawołała Ania radośnie — jakże rozkosznie powrócić do domu!... Mogłabym ściskać i całować wszystko. Cóż to, Marylo, pieczony kurak? Nie sądzę, by był dla mnie przygotowany!
— Owszem, dla ciebie, Aniu — odpowiedziała Maryla. — Wyobrażałam sobie, jak bardzo głodna będziesz po tak długiej drodze i chciałam, byś zjadła coś bardzo smacznego. Zasiądziemy do wieczerzy, gdy tylko Mateusz nadejdzie. Muszę przyznać, iż cieszę się, żeś już powróciła. Straszna tu była pustka bez ciebie. Nie pamiętam wcale równie długich czterech dni.
Po wieczerzy Ania uklękła przed kominkiem pomiędzy Mateuszem i Marylą i opowiadała im szczegółowo o swej podróży do miasta i o tem wszystkiem, co tam widziała i czego doświadczyła.
Mateusz i Maryla słuchali jej uważnie i z zajęciem, prawie jej nie przerywając, mówiła bowiem, jak zwykle, jednym tchem, zato uśmiechając się często na jej naiwne spostrzeżenia.
— Przeżyłam śliczne chwile — zakończyła zachwycona Ania — i czuję, że stanowić one będą epokę w mojem życiu. Najmilsze jednak ze wszystkiego — to powrót do domu i do was, moi ukochani!





ROZDZIAŁ XI.

Utworzenie kompletu seminarzystek.

Maryla odłożyła robotę ręczną na kolana i oparła się w swym fotelu. Oczy miała zmęczone; przez głowę przemknęła jej myśl, że przy najbliższej bytności w mieście zmuszona chyba będzie zmienić szkła okularów na silniejsze. W ostatnich czasach tak często i łatwo wzrok jej się nużył.
Było prawie ciemno, gdyż listopadowy zmierzch otulił już Zielone Wzgórze i jedyne światło padało od czołgających się w kominku czerwonych języków ognia.
Ania siedziała na dywaniku przed kominkiem i spoglądała w resztki rozżarzonych głowni drzewa klonowego. Czytała, ale oto książka zsunęła się z jej rąk na podłogę, i dziewczynka zatopiła się w marzeniach, z uśmiechem na przymkniętych ustach. Z mgieł i tęczy jej bogatej wyobraźni wysnuwały się świetne zamki na lodzie; cudne czarowne przygody spotykały ją w krainie obłoków... przygody, które tam kończyły się zawsze szczęśliwie i nigdy nie przyprawiały jej o przykre sytuacje, jak to, niestety, zdarzało się często w życiu codziennem.
Maryla spoglądała na nią z czułością, na jaką nie pozwoliłaby sobie nigdy w świetle jaśniejszem, niż to harmonijne połączenie zmroku ze światłem zarzewia. Miłości, wyrażającej się w szczerej mowie i spojrzeniu oczu, Maryla nie potrafiła się nauczyć. Lecz umiała kochać to szczupłe, szarookie dziewczę uczuciem tem głębszem i silniejszem, iż tak mało na zewnątrz wyjawianem. Lękała się trochę, że to przywiązanie czyni ją może zbyt pobłażliwą. Doznawała przykrej obawy, czy takie gorące ukochanie jednej ludzkiej istoty nie jest niesprawiedliwością, i z tego powodu nieraz zadawała sobie pewien gwałt, starając się być surowszą i krytyczniej usposobioną dla swej wychowanki, niż czyniłaby to wtedy, gdyby była mniej do niej przywiązana. Niewątpliwie Ania sama nie miała pojęcia o tem, jak bardzo Maryla ją kochała. Niejednokrotnie myślała, że niezmiernie trudno jest zadowolić Marylę, która zapewne nie ma dla niej sympatji i zrozumienia. Lecz natychmiast z wyrzutem odsuwała od siebie myśl podobną, przypominając sobie, jak wiele zawdzięcza swej opiekunce.
— Aniu — rzekła nagle Maryla — panna Stacy była tutaj podczas twej nieobecności.
Ania drgnęła i z westchnieniem powróciła z dalekich światów.
— Była? Ach, jakże żałuję! Dlaczego Maryla nie zawołała mnie? Byłyśmy z Djaną tylko w Lesie Duchów. Cudnie jest teraz w lasach! Cały drobiazg leśny... paprocie, krzaczki jagód i trawy ułożyły się do snu, jak gdyby je kto nakrył kołderką z liści... poleżą tak do wiosny. Wyobrażam sobie, że mały popielaty elf, spowity w szal o tęczowych barwach, zakradł się ku nim, na paluszkach, ostatniej księżycowej nocy i pootulał je pieczołowicie. Djana nie bardzo temu wierzy. Nie zapomniała ona dotąd nagany, jaką w swoim czasie udzieliła jej matka za owe zaczarowane istoty w Lesie Duchów. Miało to bardzo zły wpływ na jej wyobraźnię... Djana i ja przyrzekłyśmy sobie zupełnie poważnie nigdy nie wyjść za mąż i mieszkać razem jako stare panny. Jednak Djana nie powzięła jeszcze absolutnie stanowczej decyzji, bo uważa, iż może szlachetniej byłoby zostać żoną jakiegoś zepsutego, rozrzutnego hulaki i nawrócić go na dobrą drogę. Djana i ja rozmawiamy obecnie najczęściej o poważnych sprawach. Uważamy, żeśmy na tyle już dorosły, iż nie powinnyśmy rozprawiać o kwestjach dziecinnych. To coś tak uroczystego — świadomość, że się ma lat czternaście. Panna Stacy zabrała nas, starsze, w środę nad staw i rozmawiała z nami na ten temat. Twierdziła, że żadne starania nie są zbyt wielkie, kiedy chodzi o urobienie charakterów i stworzenie ideałów w tym naszym wieku podrastających dziewcząt. Albowiem, gdy dojdziemy wieku lat dwudziestu, charaktery nasze będą już ustalone, i fundament na całe przyszłe życie założony. A jeśli fundament będzie niepewny, nie potrafimy nigdy zbudować na nim czegoś wartościowego — dodała — Djana i ja rozmawiałyśmy o tem długo, wracając ze szkoły. Byłyśmy bardzo poważnie nastrojone, Marylo. I postanowiłyśmy starać się urabiać w sobie dzielne charaktery, zdobywać rozsądne przyzwyczajenia, uczyć się jak najwięcej, rozwinąć w sobie dobroć, aby w dwudziestym roku życia być skończenie rozwiniętym człowiekiem. Strasznie jest pomyśleć sobie, że się ma lat dwadzieścia! To brzmi tak poważnie i staro. Ale dlaczego panna Stacy przyszła do nas?
— Właśnie chciałam ci to powiedzieć, Aniu, jeżelibyś pozwoliła mi wtrącić słówko. Mówiła ze mną o tobie.
— O mnie? — Ania zmieszała się nieco. Poczem zarumieniła się i zawołała:
— Aha, wiem już, co mówiła. Sama miałam zamiar opowiedzieć to Maryli, ale naprawdę zapomniałam. Panna Stacy zastała mnie wczoraj po południu w szkole nad czytaniem „Ben Hura“, zamiast nad lekcją historji Kanady. Pożyczyłam tę książkę od Janki Andrews. Czytałam ją podczas pauzy obiadowej i właśnie zaczęłam rozdział o wyścigach, gdy trzeba było powrócić do szkoły. Ginęłam z ciekawości dowiedzenia się o rezultacie — chociaż byłam pewna, że Ben Hur musi zwyciężyć, gdyż w przeciwnym razie nie byłoby sprawiedliwości powieściowej — więc rozłożyłam historję otwartą na pulpicie, a „Ben Hura“ położyłam na kolanach, oparłszy go o pulpit. Zdawało się wszystkim, że pracuję nad lekcją historji, a tymczasem czytałam spokojnie. Byłam tak bardzo zajęta, że nie zauważyłam nawet, iż panna Stacy przeszła pomiędzy ławkami i stanęła obok mnie. Dopiero spojrzawszy nagle w jej stronę, zobaczyłam ją, wzrokiem pełnem wyrzutu spoglądającą na mnie. Nie mogę wcale wypowiedzieć, jak bardzo zawstydziłam się, szczególniej, gdy usłyszałam za sobą chichotanie Józi Pay... Panna Stacy zabrała „Ben Hura“, ale nie wyrzekła ani słowa. Dopiero po skończonych lekcjach pomówiła ze mną i zwróciła mi uwagę, że postąpiłam niewłaściwie pod dwoma względami. Po pierwsze marnowałam czas, przeznaczony na naukę, po drugie oszukiwałam nauczycielkę, udając, że uczę się historji, gdy właściwie czytałam powieść. Nigdy przedtem nie miałam pojęcia, że to, co uczyniłam, było oszustwem... Zdumiałam się! Płakałam gorzko, prosząc pannę Stacy, by mi przebaczyła, a nigdy już nie uczynię nic podobnego. Przyrzekłam, iż za karę postanawiam cały tydzień nie zajrzeć do „Ben Hura“, nie przekonać się nawet, jak się skończyły wyścigi. Ale panna Stacy rzekła, że wcale nie wymaga takiej ofiary i wybacza mi. Dlatego sądzę, że niesprawiedliwie postąpiła, zwracając się z tą kwestją do Maryli.
— Panna Stacy nie wspominała mi nawet o tem, Aniu. To twoje nieczyste sumienie nie daje ci spokoju. Nie powinnaś zabierać powieści do szkoły. Ty i tak tracisz zbyt wiele czasu na czytanie nowel. Kiedy ja byłam w twoim wieku, nie wolno mi było nawet spojrzeć na powieść.
— Ach, jakże można nazwać „Ben Hura“ nowelą? Wszakże to prawie poważna książka! — zaprotestowała Ania. — Toć ja obecnie nie czytam nic, czego panna Stacy lub pani Allan nie uznają za odpowiednie dla dziewczęcia w wieku lat trzynastu i trzech kwartałów. Panna Stacy wzięła odemnie takie przyrzeczenie. Pewnego dnia zastała mnie zagłębioną w czytaniu „Strasznej tajemnicy Zamku Upiorów“. Pożyczyłam tę książkę od Ruby Gillis. Ach, Marylo, jakie to było okropne i przykuwające uwagę opowiadanie! Poprostu ścinało lodem krew w żyłach. Ale panna Stacy uważała, iż to niezmiernie głupia i szkodliwa książka i prosiła, bym już nigdy nie czytała podobnych bzdurstw. Rozumie się, że przyrzekłam, iż więcej tego nie uczynię, ale dużo siły woli trzeba było, aby nie dokończyć takiej ciekawej powieści i nie dowiedzieć się o losie jej bohaterów. Jednakże przywiązanie moje do panny Stacy zwyciężyło pokusę i dotrzymałam przyrzeczenia. Naprawdę, Marylo, zadziwiającem jest, ile można wymóc na sobie, gdy pragniemy sprawić przyjemność ukochanej istocie.
— Widzę, że mogę zapalić lampę i zabrać się do roboty — rzekła Maryla. — Zdaje się, iż nie ciekawa jesteś tego, co panna Stacy mówiła. Najbardziej zajmuje cię twoja własna paplanina.
— Ale cóż znowu, Marylo, ja bardzo pragnę usłyszeć o co chodzi! — wybuchnęła Ania przerażona. — Nie powiem już ani jednego wyrazu... nic wcale. Wiem, że mówię zbyt wiele, i staram się poprawić z tej wady. Gdyby jednak Maryla wiedziała, ile chciałabym powiedzieć i ile przemilczam, z pewnością miałaby dla mnie szacunek. Słucham więc, Marylo!
— Otóż panna Stacy ma zamiar zorganizować komplet z pośród najbardziej posuniętych uczniów i uczennic, pragnących zdawać egzaminy do Seminarjum. Chce ona dawać im specjalne lekcje, codziennie godzinę, po szkole. Przyszła więc zapytać Mateusza i mnie, czybyśmy zechcieli ciebie przyłączyć? Cóż ty myślisz o takim projekcie, Aniu? Czy chciałabyś pójść do Seminarjum i zdawać na nauczycielkę?
— O, Marylo! — Ania zsunęła się na kolana i złożyła dłonie. — Było to marzeniem mego życia... rozumie się od pół roku dopiero, gdy Ruby i Janka zaczęły rozprawiać o przygotowywaniu się do egzaminu. Lecz nie chciałam nic mówić, gdyż uważałam to za zupełnie niewykonalne. Jakże gorąco pragnęłabym zostać nauczycielką! Czyż to nie będzie jednak zbyt kosztowne? Pan Andrews mówił, że zdanie egzaminów przez Prissy kosztowało go sto pięćdziesiąt dolarów. A wszakże Prissy nie była tępa w geometrji.
— Nie niepokój się wcale tą stroną kwestji. Kiedyśmy z Mateuszem zaopiekowali się tobą, postanowiliśmy uczynić dla ciebie, co tylko będzie w naszej mocy i dać ci jak najlepsze wychowanie. Uważam, iż każde młode dziewczę powinno umieć zapracować na swe utrzymanie, bez względu na to, czy będzie tego potrzebowało, czy też nie. Dopóki Mateusz i ja będziemy żyli, Zielone Wzgórze nie przestanie być twem domowem ogniskiem. Lecz nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się stać może na tym niepewnym świecie, i dobrze jest być na wszystko przygotowanym. A więc jeśli tylko chcesz, możesz się przyłączyć do kompletu.
— O, Marylo, dziękuję! — Ania zarzuciła ramiona na szyję Maryli i poważnie spojrzała jej w oczy. — Jestem wam niewypowiedzianie wdzięczna! Będę pracowała tak gorliwie, jak tylko potrafię, i postaram się być waszą chlubą. Nie oczekujcie aby zbyt wiele co do geometrji. Za to w innych przedmiotach, ucząc się pilnie, niewątpliwie zrobię postępy.
— Przypuszczam, że dasz sobie radę. Panna Stacy twierdzi, że jesteś zdolna i pilna.
Za nic w świecie Maryla nie powiedziałaby Ani, jak gorąco panna Stacy ją chwaliła. Uważałaby to za schlebianie jej próżności.
— Tylko nie przesadzaj i nie przepracowuj się, zabijając się nad książkami. Wszakże niema pośpiechu. Nie będziecie zdawały egzaminów wcześniej, niż za półtora roku. Lepiej jest jednak zacząć naukę zawczasu i mieć mocne podstawy, twierdzi panna Stacy.
— Z pewnością będę pracowała z większem jeszcze zajęciem, niż dotąd — rzekła Ania uszczęśliwiona. — Teraz bowiem mam cel w życiu. Pan Allan powiada, że każdy winien mieć w życiu cel jakiś i dążyć do niego wytrwale. Tylko, twierdzi, należy się przedtem upewnić, że jest to cel godny zabiegów. Czyż to nie szlachetne dążenie zostać nauczycielką, taką, jak panna Stacy? Co, Marylo? Mnie się wydaje, że to musi być niezmiernie piękne powołanie!
Komplet przyszłych seminarzystów został zorganizowany we właściwym czasie. Należeli doń Gilbert Blythe, Ania Shirley, Ruby Gillis, Janka Andrews, Józia Pay, Karolek Slone, Moody Spurgeon i Mac Pherson. Djany brak było w tem gronie, gdyż państwo Barry nie mieli zamiaru wysłać jej do Seminarjum. Ania była zrozpaczona tym faktem. Od owej pamiętnej nocy, w której Mimi przechodziła krup, dziewczynki nie rozstawały się prawie. Owego popołudnia, gdy nowoutworzony komplet pozostał po raz pierwszy w szkole dla specjalnej lekcji z panną Stacy, Ania, widząc swą najdroższą przyjaciółkę, wychodzącą wraz z innymi, aby samotnie Ścieżką Brzóz i Doliną Fiołków udać się do domu, omal że nie zerwała się z miejsca, by pobiec za nią. Coś ścisnęło ją za gardło, i szybko zaczęła przeglądać kartki swej rozłożonej na pulpicie gramatyki łacińskiej, aby przed towarzyszami ukryć łzy, napływające do oczu. Za skarby świata nie zgodziłaby się, aby Gilbert Blythe lub Józia Pay spostrzegli te łzy.
— Wistocie, Marylo, wydało mi się, że zakosztowałam goryczy śmierci, jak to pan Allan się wyraził w swem niedzielnem kazaniu, widząc Djanę, odchodzącą samotnie — opowiadała tegoż wieczoru Maryli. — Wyobrażam sobie, jakby było pięknie, gdyby i Djana należała do naszego kompletu. Ale niema doskonałości na tym niedoskonałym święcie, mawia pani Linde, i chociaż nieraz nie miewa słuszności, bez wątpienia często wypowiada bardzo rozumne zdania. Wydaje mi się, że nasze wykłady będą niezmiernie zajmujące. Janka i Ruby chcą zdawać egzamin nauczycielski; jest to szczyt ich ambicji. Ruby mówi, że będzie dawać lekcje tylko dwa lata po ukończeniu, a potem zamierza wyjść za mąż. Janka chce całe życie poświęcić nauczycielstwu i nigdy, nigdy nie wyjść za mąż. Twierdzi bowiem, że jako nauczycielka będzie zarabiała, a mąż nie płaci żadnej pensji i w dodatku gniewa się, gdy żona żąda udziału w zarobkach z wyrobu masła i sprzedaży jaj. Domyślam się, że Janka mówi ze smutnego doświadczenia, bo pani Linde powiada, że jej ojciec jest skończony stary zrzęda i skąpiradło, jakich mało. Józia Pay dowodzi, że ona podejmuje studja dla samej nauki, bo przecież nie będzie potrzebowała zarobkować na swe utrzymanie. Twierdzi, że inaczej rzecz się ma z sierotami, żyjącemi z cudzej łaski... te muszą pracować. Moody Spurgeon ma zamiar zostać pastorem. Pani Linde mówi, że on nie może być niczem innem, jeśli ma przynieść zaszczyt nazwisku, jakie nosi[3]. Zdaje mi się, że nie jestem złośliwa, Marylo, ale naprawdę myśl o Moody Spurgeonie w roli pastora pobudza mnie do śmiechu. Jest on przecież taki pocieszny z tą tłustą okrągłą twarzyczką, z maleńkiemi niebieskiemi oczami i uszami odstającemi, jak dwie klapy. Może być jednak, że gdy podrośnie, zyska inteligentniejszy wyraz twarzy. Karolek Slone już postanowił obrać karjerę polityczną i zostać członkiem parlamentu, ale pani Linde twierdzi, że niema dla niego przyszłości na tej drodze, bo Slonowie są to uczciwi ludzie, a w obecnych czasach tylko łotrzy biorą się do polityki.
— A czemu Gilbert Blythe postanowił się poświęcić? — spytała Maryla, widząc, że Ania otwiera swego „Cezara“.
— Nie ciekawa byłam planów Gilberta Blythe... jeśli wogóle posiada jakiekolwiek — odrzekła Ania pogardliwie.
Pomiędzy Gilbertem a Anią zawrzało obecnie otwarte współzawodnictwo. Dawniej jasnem było, że tylko jedno z nich dąży do zajęcia pierwszego miejsca, ale teraz nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, że Gilbert na równi z Anią zdecydowany jest zostać prymusem. Wistocie był to przeciwnik, godny jej w zupełności. Wszyscy pozostali zgodnie, choć w milczeniu, uznali ich wyższość i nikomu nie wpadło na myśl stanąć z niemi do walki.
Od owej chwili, gdy nad stawem Ania odmówiła Gilbertowi wysłuchania jego prośby o przebaczenie, ten poza współzawodnictwem z nią w nauce, ignorował najzupełniej jej obecność w klasie. Gawędził i żartował z innemi koleżankami, pożyczał im książki, omawiał z niemi lekcje i plany, od czasu do czasu odprowadzał tę lub inną do domu. Tylko Ania Shirley nie istniała dlań.
Ania wkrótce przyszła do wniosku, że nieprzyjemnie jest być ignorowaną. Napróżno dumnie potrząsając głową, mówiła sobie w duchu, że to ją nic nie obchodzi. W głębi swego upartego kobiecego serduszka czuła jednak, że to ją bardzo obchodzi, i gdyby raz jeszcze powtórzyć się mogła owa sposobność nad Jeziorem lśniących wód, z pewnością odpowiedziałaby zupełnie inaczej.
I nagle z przerażeniem, które starała się zataić, poczuła, że dawna niechęć, jaką pielęgnowała w sobie ku Gilbertowi, znikła... znikła właśnie wówczas, gdy najbardziej potrzebna jej była dla znoszenia codziennych upokorzeń. Napróżno odświeżała w pamięci każdy szczegół owej pamiętnej sceny z „marchewką“ i starała się rozbudzić w sobie dawne oburzenie. Drgnęło ono po raz ostatni podczas owego spotkania w łodzi. Ania przekonała się, iż przebaczyła urazę i zapomniała, sama nie wiedząc o tem. Ale teraz było już za późno!
Szczęściem przynajmniej Gilbert, ani nikt inny, nawet Djana, nie domyślali się ani na chwilę, jak Ania bardzo na tem cierpiała i jak bardzo żałowała, iż okazała się wówczas tak dumną i nieubłaganą! Postanowiła „ukryć swe uczucia w najgłębszem zapomnieniu“, i należy przyznać, że udawało jej się to tak znakomicie, że sam Gilbert, prawdopodobnie tak niezupełnie obojętny, jak się to pozornie zdawało, nie mógł się pocieszyć ani jednym bodaj dowodem, że Ania żałowała swego pogardy pełnego odwetu. Jedyną jego pociechą było, że niemiłosiernie, bezustannie, acz niesprawiedliwie, żartowała z Karolka Slone.
Zima mijała w ciągłem kole przyjemnych obowiązków i poważnej nauki. Dla Ani dni prześlizgiwały się jak złote perły na naszyjniku roku. Była szczęśliwa, pilna, pracowała nad zdobywaniem zaszczytnych wzmianek, miała prześliczne książki do czytania, nowe pieśni, których należało się uczyć dla chórów szkoły niedzielnej. Sobotnie popołudnie spędzała zazwyczaj na probostwie w towarzystwie pani Allan, i zanim się spostrzegła, wiosna zawitała znowu na Zielone Wzgórze, cały świat ponownie stanął umajony.
Wtedy zapał do nauk ostygł cokolwiek. Przyszli seminarzyści, pozostający w klasie, podczas gdy reszta uczni i uczennic śpieszyła na zielone łąki, do cienistych gajów i wspaniałych alei, spoglądali smutnie poprzez okna i nagle przychodzili do wniosku, że czasowniki łacińskie i ćwiczenia francuskie utraciły do pewnego stopnia ów urok, jaki posiadały podczas surowych zimowych miesięcy. Nawet Ania i Gilbert wolniej i obojętniej posuwali się naprzód, i zarówno nauczyciele, jak i uczniowie byli bardzo radzi, kiedy nadszedł termin ukończenia lekcyj i radosne dni wakacyj ponętnie zajaśniały przed nimi.
— Uczciwie i sumiennie pracowaliście tego roku — rzekła panna Stacy, żegnając swój komplet na ostatniej lekcji — i zasłużyliście na przyjemne, wesołe wakacje. Używajcie do syta swobody na świeżem powietrzu i przygotujcie nowy zapas zdrowia, sił i ochoty do pracy w roku przyszłym. Będzie to przełomowa chwila w waszem życiu, ostatni rok przed składaniem egzaminów!
— Czy pani powróci do nas w roku przyszłym? — spytała Józia Pay.
Bo Józia nigdy nie ociągała się z zadawaniem pytań. Tym razem jednak klasa wdzięczną jej była za śmiałość, bo nikt nie odważył się spytać o to panny Stacy, pomimo że niecierpliwie wyczekiwano objaśnienia w tej kwestji. Od niejakiego bowiem czasu w szkole krążyły głuche wieści, że panna Stacy nie powróci po wakacjach, gdyż ofiarowano jej posadę nauczycielki w wyższej szkole w rodzinnem mieście, którą to propozycję bez wątpienia przyjmie. Więc przyszli seminarzyści w milczeniu, bez tchu, oczekiwali jej odpowiedzi.
— Owszem, sądzę, że tak — odrzekła panna Stacy. — Miałam zamiar objąć inną szkołę, lecz ostatecznie postanowiłam zostać w Avonlei. Przyznaję, że takem się do was przywiązała, że trudno mi będzie rozstać się z wami. Pozostanę więc, by doprowadzić was do celu.
— Wiwat! — wykrzyknął Moody Spurgeon.
Kandydat na pastora jeszcze nigdy nie pozwolił się tak dalece unieść swym uczuciom, i przez cały tydzień, ilekroć przypomniał sobie ową chwilę, czerwienił się z zakłopotania.
— Ach, jakże się cieszę! — rzekła Ania z rozpromienionym wzrokiem. — Kochana panno Stacy, byłoby to okropne jeśliby pani nas opuściła! Zdaje mi się, iż straciłabym wszelką ochotę do nauki, gdyby inny nauczyciel zajął pani miejsce.
Powróciwszy tego popołudnia do domu, Ania włożyła wszystkie swe szkolne książki do starego kufra na strychu i klucz odeń ukryła na dnie pudełka.
— Ani zajrzę do szkolnych książek podczas wakacyj! — oznajmiła Maryli. — Pracowałam całą zimę tak gorliwie, jak tylko potrafiłam. Ślęczałam nad tą nieznośną geometrją tak długo, aż wyuczyłam się na pamięć wszystkich twierdzeń i dowodzeń z pierwszej części. Umiem je znakomicie, nawet gdy litery są pozmieniane. Czuję się doprawdy zmęczona wszystkiem, co jest poważną pracą, i postanowiłam w lecie mojej wyobraźni pozwolić znów bujać swobodnie. O, niech się Maryla nie lęka! Pozwolę jej się rozbujać jedynie w granicach rozsądku. Lecz pragnę spędzić to lato prawdziwie wesoło, gdyż będzie ono ostatniem mojego dzieciństwa. Pani Linde mówi, że jeśli w przyszłym roku urosnę tak, jak tej zimy, będę musiała włożyć długą suknię. A wtedy powinnam umieć zachowywać się w odpowiedni sposób. Boję się, że wówczas nie wolno mi już będzie wierzyć w elfy, więc też chcę całą duszą nacieszyć się niemi podczas lata. Zdaje mi się, że wakacje tegoroczne przejdą nam bardzo wesoło. Wkrótce z okazji urodzin Ruby Gillis będziemy zaproszone do niej na podwieczorek, a w przyszłym miesiącu ma się odbyć wycieczka Szkoły niedzielnej i koncert na cele misji. Pan Barry znowu przyrzekł, że któregoś wieczoru zabierze Djanę i mnie do hotelu na Białych Piaskach, na obiad. Maryla wie wszakże, iż tam obiadują wieczorem. Janka Andrews była tam razu jednego, latem, i mówi, że wspaniałe wrażenie sprawiał widok świateł elektrycznych, mnóstwa kwiatów i strojnie ubranych dam. Janka twierdzi, że wtedy po raz pierwszy poznała, co to jest życie highlife’u i nigdy tego nie zapomni.
Nazajutrz po południu pani Linde przyszła się dowiedzieć, dlaczego Maryla nie była na czwartkowem posiedzeniu w szwalni. Skoro nie stawiła się na zebranie, domyślano się ogólnie, że w domu Cutbertów zaszło coś niezwykłego.
— Mateusz miał we czwartek lekki atak sercowy — opowiadała Maryla — i nie chciałam pozostawić go samego. Co prawda, czuje się już znowu zupełnie dobrze, ale napady podobne zdarzają mu się obecnie coraz częściej, i lękam się o niego. Lekarz twierdzi, iż Mateusz powinien wystrzegać się wszelkich wzruszeń. Spełnienie tej rady nie jest trudne, bo wszakże Mateusz nigdy nie był skory do irytacji, ale nie wolno mu też ciężko pracować; a Mateuszowi praca jest równie konieczna do życia, jak powietrze do oddychania. Zdejmijże okrywkę, Małgorzato. Wszakże pozostaniesz u nas na herbacie?
— Jeśli sobie tego życzysz, zostanę chętnie — odpowiedziała pani Małgorzata, która wcale nie miała szczerego zamiaru odejść.
Obie panie zasiadły wygodnie w bawialce, a Ania zajęła się przygotowywaniem herbaty i sucharków, tak lekkich i rumianych, że mogły wytrzymać krytykę nawet pani Małgorzaty.
— Muszę przyznać, że Ania wyrosła na dzielne dziewczę — rzekła pani Małgorzata, kiedy po zachodzie słońca Maryla odprowadzała ją na drogę. — Musi ci ona być wyręką nielada.
— Jest nią w istocie — odpowiedziała Maryla — a w ostatnich czasach stała się też o wiele poważniejsza i systematyczniejsza. Z początku lękałam się, że pozostanie na zawsze taką postrzeloną kozą, ale obecnie mogę jej we wszystkiem zaufać.
— Nie uwierzyłabym nigdy w taką przemianę wówczas, gdy zobaczyłam ją u was po raz pierwszy trzy lata temu — rzekła znowu pani Linde. — Boże miłosierny, nie zapomnę nigdy sceny, jaką mi ona wtedy urządziła. Powróciwszy owego wieczoru do domu, powiedziałam do Tomasza: „Pamiętaj moje słowa, Tomaszu. Maryla Cutbert pożałuje tego, co uczyniła“. Ale omyliłam się i rada jestem temu. Szczęściem, Marylo, nie należę do tych ludzi, którzy nigdy nie chcą przyznać, że się pomylili. Nie, nie należę do nich. Mogłam się pomylić w ocenieniu Ani, lecz nic w tem dziwnego, gdyż oryginalniejszego i bardziej niezwykłego dziecka nie było chyba na świecie. Wszelkie wnioski słuszne, nie zawodzące w stosunku do innych dzieci, nie mogły być do niej zastosowane. Zadziwiającem jest, jak bardzo zmieniła się przez te trzy lata, szczególniej co do powierzchowności. Wyrosła na zupełnie ładne dziewczę, chociaż osobiście nie jestem zwolenniczką tych bladych wielkookich podlotków. Wolę okrągłe buziaki i mocne rumieńce Djany lub Ruby Gillis. Ruby jest bardzo efektowna. A jednak... nie wiem czemu, kiedy widzę Anię w ich towarzystwie, one obok niej wyglądają pospolicie i napuszenie. Zupełnie jak owe białe lilje, które Ania nazywa narcyzami, obok wielkich, czerwonych piwonij.





ROZDZIAŁ XII.

Zwierzenia.

Ania w istocie spędziła to lato wesoło i używała go całą duszą. Wraz z Djaną przebywały całemi dniami poza domem, napawając się urokiem, jaki Aleja Zakochanych, Źródło Nimf leśnych, Jeziora lśniących wód i Wyspa Wiktorji potrafiły przed niemi roztoczyć. Maryla nie broniła Ani tej swobody. Lekarz ze Spencervale, który odwiedził był Mimi, chorą na krup owej pamiętnej nocy, spotkał Anię na początku wakacyj w domu jednego ze swych pacjentów. Przyjrzał jej się bystrym wzrokiem, wydął usta, pokiwał głową i za pośrednictwem jakiejś znajomej kazał Maryli powiedzieć:
— Niechaj to rudowłose dziewczątko spędzi całe lato na powietrzu i nie zagląda do książek, zanim nie nabierze większej sprężystości w ruchach.
Poselstwo to przeraziło niezmiernie Marylę. Wyobrażała sobie, że Ania bezwarunkowo umrze na galopujące suchoty, o ile polecenie lekarza nie zostanie skrupulatnie wykonane. Wskutek tego Ania użyła rozkoszy lata w takim stopniu, w jakim swoboda i wesołość na to pozwolić mogły. Odbywała przechadzki, wiosłowała, zbierała jagody i marzyła, ile tylko zapragnęła. A kiedy wrzesień nadszedł, była znowu rzeźka i jasnooka, o ruchach niezmiernie sprężystych, które bez wątpienia zadowoliłyby lekarza ze Spencervale, o duszy pełnej ochoty do pracy i planów ambitnych.
— Pragnę z całych sił zająć się nauką — oświadczyła, przyniósłszy ze strychu wszystkie książki. — O, wy dobrzy starzy towarzysze! jakże się cieszę, że widzę znowu wasze poczciwe oblicza... nawet i twoje, geometrjo! Przeżyłam cudne lato, Marylo, i gotowa jestem radośnie wziąć na swe barki cały ciężar życia, jak powiedział pan Allan w swem ostatniem niedzielnem kazaniu. Czy pan Allan nie mówi teraz prześlicznie? Pani Linde twierdzi, że jest on codzień wymowniejszy i że niewątpliwie lada dzień przeniosą go do dużego miasta, a my będziemy zmuszeni znowu próbować i zmieniać niedowarzonych mówców. Wszak byłoby to niesłusznie, Marylo? Powinniśmy właśnie zatrzymać pana Allana z chwilą, gdy go już mamy. Gdybym ja była mężczyzną, zdaje mi się, że zostałabym pastorem. Toć może on wywierać taki dobroczynny wpływ, jeśli jest rozumnym człowiekiem. I jakież zadowolenie dla przemawiającego, gdy potrafi odpowiednio kierować duszami swych słuchaczy. Dlaczego kobiety nie mogą być pastorami, Marylo? Pytałam o to panią Linde. Oburzyła się i powiedziała, że to byłby skandal. Mówiła też, że w Stanach Zjednoczonych kobiety mogą być pastorami i zdaje się, że już są nawet, ale w Kanadzie, szczęściem, ludzie nie dojrzeli jeszcze do tego stopnia i ma nadzieję, że społeczeństwo na to nigdy nie zezwoli. Nie pojmuję, dlaczego? Mnie się wydaje, że kobiety byłyby znakomitymi pastorami. Ilekroć chodzi o jakiś cel społeczny, o jakiś koncert, czy odczyt, dla zebrania większej sumy pieniędzy, zawsze kobietom powierzają krzątanie się około tych spraw. Jestem pewna, że pani Linde umie się modlić równie szczerze jak pan Bell i nie wątpię, że po krótkiej praktyce kazałaby równie dobrze, jak on.
— O, bez wątpienia potrafiłaby — dodała Maryla z przekąsem. — Wszakże bezustannie na wszystkie strony wygłasza kazania. Nikomu w Avonlei nie uda się przeskrobać czegoś, aby pani Linde nie zwróciła na to uwagi.
— Marylo — rzekła Ania w przystępie zaufania — chciałabym zwierzyć się z czemś Maryli i zapytać o radę. Myśl ta gnębi mnie strasznie, szczególniej w niedzielę po południu, kiedy mam więcej czasu na rozmyślanie. Otóż staram się być dobra. Ilekroć jestem z Marylą, z panią Allan lub z panną Stacy, staram się o to gorliwiej, niż kiedykolwiek, pragnę, by moje postępowanie było wedle waszych zasad i byście je pochwaliły. Lecz kiedy znajduję się w towarzystwie pani Linde, czuję się strasznie niedobrą i korci mnie, by uczynić coś nie według jej myśli i zasłużyć na jej naganę. Doznaję pod tym względem jakiejś nieprzezwyciężonej pokusy. No i co wydaje się Maryli przyczyną tego? Czy jestem naprawdę taka zła z gruntu?
Maryla ze zdziwieniem spojrzała na swą wychowankę. Poczem roześmiała się serdecznie.
— Jeśli ty taka jesteś, Aniu, to chyba że i ja nie jestem lepsza, bo oto przyznam ci, że Małgorzata wywiera podobny wpływ i na mnie. Nieraz wydaje mi się, że oddziaływałaby ona o wiele lepiej na ludzi, gdyby ich tak nie strofowała i nie czyniła bezustannych uwag. Powinienby istnieć dla niej specjalny zakaz strofowania. Ale nie mam prawa tak mówić. Małgorzata jest to w gruncie dobra kobieta i ma dobre zamiary. Niema poczciwszej duszy ani też uczynniejszej kobiety w całej Avonlei.
— Cieszę się bardzo, że Maryla jest tegoż zdania, co i ja — rzekła Ania. — Teraz jest mi o wiele lżej, bo nie będę zmuszona przemyśliwać nad tem bezustannie. Chociaż prawdopodobnie znajdą się inne sprawy, które będą ciążyły. Co chwila inna kwestja do rozstrzygnięcia... co chwila inna gmatwanina. Rozjaśnisz jedną, a już nasuwa się następna. Nad tak wielu kwestjami należy się zastanowić i tyle rozstrzygać, z chwilą gdy dorastamy. Toż to bardzo poważna rzecz, stać się dorosłą! Czy nie, Marylo? Lecz mając takich poczciwych przyjaciół, jak Maryla, Mateusz, pani Allan, panna Stacy, powinnam wyrastać na dzielną kobietę; w przeciwnym razie byłaby to już moja własna wina. Czuję, że jestem w wysokim stopniu odpowiedzialną za siebie. Jeśli nie wyrosnę na taką, jaką być powinnam, nie będę przecie mogła się cofnąć i zacząć na nowo. Urosłam na dwa cale tego lata, Marylo. Pan Gillis mierzył mnie, kiedyśmy były na podwieczorku urodzinowym u Ruby. Cieszę się niezmiernie, że moje nowe sukienki są dłuższe. Ta ciemnozielona jest prześliczna, i Maryla poczciwie uczyniła, każąc ją przybrać falbaną. Wiem, że to nie było konieczne, lecz falbany są tak bardzo modne obecnie, i Józia Pay ma wszystkie swe suknie z falbanami. Z pewnością będę teraz jeszcze pilniejsza w nauce. Mam takie przyjemne uczucie gdzieś na dnie serca z powodu tej falbany.
— W takim razie dobrze się stało, żem ją kazała zrobić — zauważyła Maryla.
Panna Stacy, powróciwszy do szkoły w Avonlei, zastała swoich wychowanków jeszcze więcej zapalonych do nauki niż przedtem. Szczególniej komplet przyszłych seminarzystów wytężał swe siły nadewszystko. Albowiem w dali, w końcu roku szkolnego, rzucając mglisty cień na całą pozostającą do przebycia drogę, wyłaniało się już widmo „wstępnego egzaminu“, na myśl o którym serduszko każdego z uczących się zamierało w trwodze. Wyobrazić sobie, że się nie zda! Myśl ta nawiedzała Anię często podczas wolnych chwil w południe niedzielne. Ilekroć trapiły ją ciężkie sny, widziała siebie wpatrującą się w listę kandydatów, którzy zdali szczęśliwie egzamin do Seminarjum. Na pierwszem miejscu wielkiemi literami widniało nazwisko Gilberta Blythe, zaś jej nazwiska nie było tam wcale.
Pomimo to zima była wesoła, pełna zajęć i mijała prędko. Wykłady były tak zajmujące, współzawodnictwo w klasie jednako żywe, jak dawniej. Nowe światy myśli, uczuć i ambicji, świeże czarujące horyzonty dotąd niewyzyskanych wiadomości otwierały się przed chciwemi wiedzy oczami Ani.
Było to po większej części zasługą taktownego, starannego i rozumnego kierownictwa panny Stacy. Uczyła swych wychowańców myśleć, szukać i odkrywać coraz coś nowego i dodawała im bodźca do porzucenia starych, wydeptanych dróg w tym stopniu, iż niepokoiło to panią Linde oraz komitet szkolny, odnoszący się do wszelkich nowych metod bardzo niechętnie.
Poza nauką Ania używała też częstszych niż dawniej, rozrywek, gdyż Maryla, pamiętając polecenie lekarza, nie broniła jej tego, ilekroć nadarzała się sposobność. Bawiła się więc doskonale na kilku koncertach, brała udział w zebraniach dla dorastających, odbywała przejażdżki saniami i ścigała się na łyżwach.
A jednocześnie rosła tak prędko, tak szybko wystrzeliła w górę, że Maryla jednego dnia, przypadkiem stanąwszy za nią, aż krzyknęła ze zdumienia, spostrzegłszy, że dziewczynka jest wyższa od niej.
— Ależ, Aniu, jakżeś ty urosła! — rzekła z niedowierzaniem prawie.
Po tych wyrazach nastąpiło głębokie westchnienie. Marylę żal zdjął, że Ania tak wybujała. Bo oto zniknęło owo dziecko, tak bardzo przez nią ukochane, a na jego miejscu stało smukłe dziewczę lat piętnastu, o poważnem wejrzeniu, myślącem czole i dumnie zadartej główce. Maryla kochała to dziewczę równie gorąco, jak kiedyś owo dziecko, lecz jednocześnie doznawała niezwykłego poczucia utraty czegoś. I kiedy tego wieczoru Ania udała się wraz z Djaną na zebranie, Maryla, siedząc samotna w półmroku zimowym, nie potrafiła powstrzymać się od łez. Mateusz, wszedłszy właśnie z latarką, zdziwił się niepomiernie i strapił tak, że Maryla musiała się przez łzy roześmiać.
— Myślałam o Ani — objaśniła. — Zmieniła się niezmiernie! rosłe to już dziewczę i opuści nas prawdopodobnie przyszłej zimy. Będzie mi jej brakowało na każdym kroku.
— Wszak może często przyjeżdżać do domu — pocieszał Mateusz, w którego oczach Ania pozostała ową małą, roztropną dziewczynką, jaką przywiózł ze stacji kolejowej w ów wieczór czerwcowy przed czterema laty. — W tym roku przecież zbudowana zostanie kolejka do Carmody.
— Będzie to zupełnie co innego, niż mieć ją stale w domu — westchnęła Maryla, zdecydowana pogrążyć się w swym smutku. — Ależ cóż... wy mężczyźni nie rozumiecie tych uczuć!
I inne zmiany, wcale nie mniej znaczne od fizycznych, dały się w Ani zauważyć. Przedewszystkiem stała się o wiele spokojniejszą. Być może, iż myślała i marzyła więcej jak dawniej, lecz niewątpliwie mówiła mniej. Rozumie się, że Maryla zwróciła na to uwagę.
— Nie szczebioczesz ani w części tyle, co dawniej, Aniu, i nie używasz też tylu przesadnych wyrażeń. Cóż to się stało?
Ania zarumieniła się i uśmiechnęła, poczem odłożyła książkę, czytaną przed chwilą, i marzącym wzrokiem spojrzała przez okno, gdzie wielkie czerwone pąki dzikiego wina wychylały się w odpowiedzi na ciepłe promienie wiosennego słońca.
— Nie wiem... nie czuję potrzeby mówienia tyle — rzekła w zamyśleniu, opierając podbródek na palcu. — Przyjemniej jest mieć ukochane, piękne myśli i przechowywać je w swem sercu, jak skarby. Nie chcę, by inni je wyśmiewali lub im się dziwili. I nie pragnę jakoś używać górnolotnych zwrotów. Szkoda nawet, że teraz, kiedy dorosłam i wolno mi ich używać, nie dbam o to. Miło jest być dorosłym... pod pewnemi względami, lecz stanowczo nie jest to tak wielka przyjemność, jak sobie wyobrażałam. Tyle jest do nauki, tyle pracy, tyle do myślenia, że niema czasu na górnolotne wysławianie się. Przytem panna Stacy uważa, iż odpowiedniej jest wyrażać się zwięźle a jasno. Wszelkie wypracowania każe nam pisywać stylem możliwie prostym. Z początku trudne to było zadanie. Przywykłam nagromadzać najrozmaitsze napuszone wyrażenia, jakie tylko potrafiłam wymyślić, a miałam ich zawsze bez liku. Teraz nauczyłam się mówić inaczej, i rozumiem, że tak jest lepiej.
— A cóż się stało z waszym klubem powieściowym? Już dawno nic o nim nie słyszałam — spytała znowu Maryla.
— Klub powieściowy przestał już istnieć. Nie mamy nań czasu, a przytem byłyśmy już nim znużone. Szkaradna była ta pisanina o miłości, zbrodniach, ucieczkach i tajemnicach. Panna Stacy dla wprawy stylowej każę nam od czasu do czasu pisywać jakąś nowelę czy powiastkę, lecz pozwala jedynie na coś takiego, cośmy mogły były przeżyć osobiście w Avonlei. Sama jest bardzo surowym sędzią i nam także poleca surową cenzurę tego, co piszemy. Nie sądziłam nigdy, zanim same nie zaczęłyśmy krytykowania naszych prac, że moje wypracowania mają tak liczne błędy. Wstydziłam się tak bardzo, że postanowiłam wogóle nie pisywać, ale panna Stacy powiedziała, że mogę nauczyć się pisać dobrze, o ile sama będę swym najsurowszym krytykiem. Więc też próbuję.
— Dwa miesiące dzielą cię tylko od egzaminu — rzekła Maryla. — Czy myślisz, że zdasz go?
Ania zadrżała.
— Nie wiem. Czasami wydaje mi się, że zdam jak najlepiej... innym razem strach mnie ogarnia, kiedy o tem pomyślę. Pracowałyśmy bardzo gorliwie, i panna Stacy była niezmordowana, pomimo to jednak możemy przepaść. Każde z nas ma swoją piętę Achillesową. Moją jest, rozumie się, geometrja, Janki łacina, Ruby i Karolka algebra, a Józi arytmetyka. Moody Spurgeon mówi, że czuje, iż zetnie się z historji Anglji. Panna Stacy urządzi nam w czerwcu egzamin próbny, na wzór owego ostatecznego, decydującego o wstępie do Seminarjum, i będzie nas równie surowo przepytywała. W ten sposób nabierzemy pojęcia, jak należy odpowiadać. Ach, jakże pragnę, aby już było po wszystkiem. Myśl ta nie daje mi spokoju. Nieraz budzę się w nocy i rozmyślam, co zrobię, jeśli nie zdam.
— Będziesz wtedy jeszcze rok chodziła do szkoły, a następnie zdawać będziesz po raz drugi — rzekła Maryla tonem obojętnym.
— O, nie wyobrażam sobie, bym miała tyle hartu duszy. Co za wstyd nie zdać, szczególniej, jeśli Gil... jeśli inni zdadzą. Wiem dobrze, iż przed egzaminem będę tak wzruszona, że gotowam pogmatwać wszystko. Pragnęłabym posiadać nerwy Janki Andrews. Nic nie potrafi wyprowadzić jej z równowagi.
Ania westchnęła i, odrywając wzrok od czarów młodej wiosny, witającej świat błękitem nieba i lekkim powiewem wietrzyka, oraz zapachem młodych pąków, rozwijających się w ogrodzie, znowu zatopiła oczy w książce. Nadejdą i inne wiosny, lecz Ania była przekonana, że jeśli nie złoży chlubnie egzaminu do Seminarjum, nigdy już nie potrafi odpowiednio cieszyć się ich urokiem.





ROZDZIAŁ XIII.

Ogłoszenie listy przyjętych.

Z końcem czerwca nadszedł też i koniec nauki oraz przewodniczenia panny Stacy w szkole Avonlei. Ania i Djana powracały tego popołudnia do domu w bardzo smutnem usposobieniu. Zaczerwienione powieki i mokre chustki do nosa były przekonywającem świadectwem, że pożegnanie panny Stacy musiało być co najmniej równie wzruszające, jak było trzy lata temu rozstanie się w podobnych okolicznościach z panem Philipsem. Djana, przystanąwszy u podnóża świerkami porosłego pagórka, raz jeszcze obejrzała się na budynek szkolny i westchnęła:
— Czy nie wydaje ci się, że to już koniec wszystkiego? — spytała smutnie towarzyszki.
— Toć tobie, Djano, nie powinno być ani w części tak przykro, jak mnie — rzekła Ania, napróżno szukając suchego miejsca w swej chustce do nosa.
— Ty jednakże powrócisz tu w roku przyszłym, ale ja prawdopodobnie pożegnałam naszą ukochaną szkołę na zawsze... rozumie się, o ile zdam egzamin.
— Będzie to już zupełnie co innego. Nie będzie pośród nas panny Stacy, ani ciebie, ani Ruby, ani też Janki. Nikt nie zasiądzie na ławce obok mnie, gdyż nie zgodzę się na żadne sąsiedztwo. Nikt nie zastąpi ciebie. Przeżyłyśmy wiele miłych chwil, Aniu, prawda? Strasznie mi jest, gdy pomyślę, że to wszystko już minęło bezpowrotnie.
Wielkie dwie łzy stoczyły się po policzkach Djany.
— Gdybyś ty przestała płakać, Djano, to i ja możebym potrafiła zapanować nad wzruszeniem — rzekła błagalnie Ania. — Ilekroć schowam chustkę do nosa, a spojrzę na twoje oczy, tonące we łzach, płacz znowu ściska mnie za gardło. Nieraz wydaje mi się, że pragnęłabym jednak powrócić do szkoły w roku przyszłym. Są nawet chwile, w których pewna jestem, że nie zdam. Chwile te zdarzają mi się, niestety, bardzo często.
— Cóż znowu! Zdałaś świetnie egzamin, urządzony na próbę przez pannę Stacy.
— Tak, ale ten egzamin nie niepokoił mnie. Kiedy zaś myślę o tamtym, czuję zimny dreszcz wokoło serca. A przytem będę trzynastą z kolei. Józia Pay powiada, że to feralna liczba. Nie jestem przesądna i wiem, iż to nie może mieć wpływu. Jednakże wołałabym nie być trzynastą.
— Szkoda, że nie mogę być tam z tobą — rzekła Djana. — Byłoby nam razem bardzo rozkosznie, tak jak dotąd. Myślę jednak, że będziesz musiała pracować i wieczorami, prawda?
— Nie, panna Stacy kazała nam przyrzec, że absolutnie nie zajrzymy do książek. Mówi, że to nas tylko zmęczy i pogmatwa w głowach, że powinniśmy użyć przechadzki, zupełnie nie myśleć o egzaminach i wcześnie udawać się na spoczynek. Jest to dobra rada, lecz obawiam się, że trudno będzie jej usłuchać. Prissy Andrews mówiła mi, że podczas egzaminów siadywała codziennie nad książkami długo po północy i kuła na zabój. Więc ja też postanowiłam siedzieć co najmniej tak długo jak ona. Jakże poczciwie postąpiła twoja ciotka Józefina, zapraszając mnie, bym zamieszkała w Beechwood, gdy przyjadę do miasta.
— Napiszesz mi stamtąd, prawda?
— Napiszę we wtorek wieczorem i opowiem ci, jak minął pierwszy dzień — przyrzekała Ania.
— Nie ruszę się z biura pocztowego ani na chwilę przez całą środę — zapewniała Djana przyjaciółkę.
W następny poniedziałek Ania pojechała do miasta, a w środę, wedle umowy, Djana czekała na poczcie, gdzie odebrała list tak upragniony.
„Najdroższa Djano“, pisała Ania, „oto jest wtorek wieczór i piszę te wyrazy w bibljotece Beechwoodu. Wczoraj wieczorem było mi strasznie smutno samej jednej w moim pokoju. Jakże żałowałam, iż ciebie nie było! Nie mogłam „kuć“, gdyż przyrzekłam pannie Stacy, że tego nie zrobię. Ale wierzaj, iż równie trudno było mi się powstrzymać od przeglądania podręcznika historji, jak w swoim czasie od czytania powieści przed odrobieniem lekcji.
„Dziś rano panna Stacy przyszła po mnie i udałyśmy się razem do Seminarjum, zabierając po drodze Jankę, Ruby i Józię. Ruby kazała mi dotknąć się jej rąk: były zimne, jak lód. Józia zauważyła, iż wyglądam, jakbym nie spała ani jednej chwili przez całą noc i dodała, że nie wierzy, bym była dość silna do zawodu nauczycielskiego, nawet gdybym najświetniej zdała egzaminy. Bywają i teraz jeszcze takie chwile, w których mi się zdaje, że niewielkie uczyniłam postępy w uczuciach moich względem Józi.
„Zbliżając się do Seminarjum, spotykałyśmy całe gromady studentów, przybyłych ze wszystkich stron naszej wyspy. Pierwszy, którego przywitałyśmy, był to Moody Spurgeon, siedzący na schodach i mruczący coś do siebie. Janka spytała go, cóż to za monolog recytuje? Odpowiedział, iż powtarza tabliczkę mnożenia ciągle, bezustannie, aby w ten sposób uspokoić swe nerwy, i prosi, byśmy na miłość Boską nie przerywały mu, gdyż jeśli się na chwilę zatrzyma, strach przed egzaminem znowu go ogarnie i z pewnością zapomni wszystko, co umie. Tylko tabliczka mnożenia utrzymuje ład w jego głowie!
„Kiedy nas rozmieszczano w rozmaitych pokojach, panna Stacy odeszła, pozostawiając nas własnym losom. Janka i ja siedziałyśmy obok siebie, a Janka była tak spokojna, że jej szczerze zazdrościłam. Niepotrzebną była tabliczka mnożenia tej poważnej, poczciwej i inteligentnej Jance! Ciekawa byłam, czy też wyglądam na taką, jaką się czułam, i czy obecni słyszeli, jak mocno serce moje kołatało? Następnie nadszedł jakiś pan i rozdał tematy do wypracowań angielskich. Wtedy poczułam, że ręce moje lodowacieją, a kiedy sięgnęłam po papier, w głowie mi się mąciło. Straszna to była chwila, Djano! Czułam się zupełnie tak samo, jak cztery lata temu, wówczas, gdy zapytywałam Marylę, czy będę mogła pozostać na Zielonem Wzgórzu... a potem rozjaśniło mi się w głowie i serce znowu zaczęło uderzać... Zapomniałam wspomnieć, iż zatrzymało się na chwilę. Zrozumiałam bowiem, że potrafię z danym tematem dać sobie radę.
„W południe wróciłyśmy do domu, na obiad, a potem znowu do Seminarjum na egzamin z historji. Przesłuchiwali nas dość surowo i poplątałam daty. Bądź co bądź jednak, zdaje mi się, że dzisiejszy dzień nieźle minął. Ale jutro, Djano, egzamin z geometrji! Gdy go sobie uprzytomniam, znika we mnie na chwilę postanowienie nie otwierania mego Euklidesa. Jeślibym przypuszczała, że tabliczka mnożenia mogłaby mi pomóc, powtarzałabym ją od tej chwili aż do jutra rana.
„Wieczorem wyszłam na godzinkę, aby odwiedzić nasze dziewczęta. Po drodze spotkałam Moody Spurgeona, który, zrozpaczony, przebiegał aleje tam i z powrotem. Skarżył się, że wie dobrze, iż ściął się z historji, że przyszedł na świat na utrapienie swych rodziców, że powróci do domu rannym pociągiem, i że łatwiej byłoby mu zostać szewcem, niż pastorem. Starałam się wlać weń nieco otuchy i namówić, aby pozostał do końca, bo w przeciwnym razie sprawi dużą przykrość pannie Stacy. Nieraz bywało, żem pragnęła urodzić się chłopcem, ale kiedy widzę Moody Spurgeona, cieszę się zawsze, że jestem dziewczyną i nie jego siostrą.
„Ruby zastałam w pensjonacie, gdzie mieszka, tonącą we łzach. Odkryła właśnie straszną omyłkę, jaką popełniła w swojem wypracowaniu angielskiem. Gdy się nieco uspokoiła, poszłyśmy do miasta i wstąpiłyśmy na lody śmietankowe. Jakże pragnęłam, byś ty była z nami!
„Ach, Djano, gdybyż tylko ten egzamin z geometrji był już minął! Pani Linde powiedziałaby, że słońce wstanie i zajdzie bez względu na to, czy przepadnę z geometrji, czy też nie. Jest to prawda, ale niestety, wcale nie pocieszająca. Ja wołałabym, by raczej nie wstało, gdybym się ścięła!

Twoja kochająca cię
Ania.

W dwa dni zostały załatwione egzaminy z geometrji oraz wszystkie inne, i Ania w piątek wieczorem powróciła do domu, zmęczona, ale z wyrazem jakiegoś triumfu w całej swej istocie. Djana oczekiwała ją na Zielonem Wzgórzu i przywitały się jak po kilkoletniem rozstaniu.
— Ty moje ukochanie najmilsze, jakże się cieszę, że cię widzę znowu! Wiekiem mi się wydawał czas twojej nieobecności. No, i jakże ci się powiodło, Aniu?
— Bardzo dobrze, zdaje mi się, we wszystkiem, prócz geometrji. Nie wiem, czy się z niej ścięłam czy też nie, lecz mam jakieś smutne przeczucie, iż nie zdałam z tego nieszczęsnego przedmiotu. Ach, jakże cudnie jest być znowu w domu! Zielone Wzgórze to najdroższy, najmilszy kącik na świecie!
— A jak inni zdali?
— Dziewczęta twierdzą, że przepadły, ale ja sądzę, że wszystkie zdały dobrze. Józia mówi, iż zadanie geometryczne było tak łatwe, że dziesięcioletnie dziecko potrafiłoby je rozwiązać! Moody Spurgeon ciągle jeszcze myśli, iż przepadł z historji, zaś Karolek, że ściął się z algebry. Ale właściwie nic nie wiemy pewnego, a przekonamy się dopiero, gdy się ukaże lista przyjętych. Wydadzą ją za dwa tygodnie, nie wcześniej! Pomyśl tylko, przeżyć dwa tygodnie, w podobnej niepewności! Pragnęłabym zasnąć i zbudzić się dopiero, gdy wszystko minie.
Djana wiedziała, że bezcelowe będzie pytanie o Gilberta Blythe, więc rzekła tylko:
— O, ty z pewnością zdałaś dobrze. Bądź spokojna!
— Wołałabym nie zdać wcale, jeśli nie mogę znajdować się na czele listy — wybuchnęła Ania.
Miała tu na myśli — Djana domyślała się tego — że powodzenie nie byłoby zupełne, jeśliby jej nazwisko znalazło się poza nazwiskiem Gilberta Blythe.
Ten bowiem cel mając na oku, Ania wytężała wszystkie swe zdolności umysłowe podczas egzaminów. To samo czynił i Gilbert. Spotykali się i mijali na ulicach dziesiątki razy, udając, że się wcale nie znają. Lecz im Ania zadzierała dumniej głowę i mocniej żałowała, że nie pogodziła się z Gilbertem, gdy ją o to prosił, tem goręcej życzyła sobie prześcignąć go w zdaniu egzaminów. Wiedziała, iż cała młodzież Avonlei interesuje się, kto będzie pierwszym, wiedziała, że Jimmy Glover i Ned Wright założyli się nawet o to i że Józia Pay twierdziła, że niema żadnej wątpliwości, iż Gilbert zdobędzie palmę pierwszeństwa. Ania czuła, że nie zniesie upokorzenia, gdyby mu się dała wyprzedzić.
Jeszcze inny, szlachetniejszy powód kierował nią w tej sprawie. Pragnęła „zdać świetnie“ ze względu na Mateusza i na Marylę... specjalnie na Mateusza, który wypowiedział jej swe przekonanie, że ona „pobije całą wyspę“. Ania czuła, że takie przypuszczenie byłoby szalone w najśmielszych nawet marzeniach, lecz życzyła sobie gorąco znaleźć się na liście bodaj pomiędzy pierwszymi dziesięcioma, aby móc ujrzeć poczciwe szare oczy Mateusza, błyszczące dumą z powodu jej zwycięstwa. Czuła, iż chwila ta będzie słodką nagrodą za całą jej ciężką pracę i cierpliwe borykanie się z odmianami cudzoziemskich czasowników.
Przy końcu drugiego tygodnia Ania zaczęła także pilnie „odwiedzać“ biuro pocztowe w towarzystwie Janki, Ruby i Józi. Drżącemi rękami przerzucały dzienniki Charlottetown, doznając przytem wzruszeń niemniej silnych jak podczas egzaminów w Seminarjum. Nawet Karolek i Gilbert zaglądali tam od czasu do czasu; jedynie Spurgeona stale brakło w ich gronie.
— Nie mam odwagi pójść tam, aby z zimną krwią przeglądać dzienniki — zwierzył się Ani. — Wolę poczekać, dopóki ktoś trzeci oznajmi mi, żem zdał albo nie.
Kiedy po trzech tygodniach lista przyjętych nie ukazywała się jeszcze, Ania czuła, że nie potrafi dłużej znieść tego wyczekiwania. Straciła apetyt i zaczęła się mniej zajmować codziennemi sprawami Avonlei. Pani Linde z przekąsem twierdziła, że nie można było spodziewać się czego innego po konserwatywnym ministrze oświaty, a Mateusz, zauważywszy bladość i przygnębienie Ani, powracającej codziennie po południu z biura pocztowego do domu, zaczął poważnie zastanawiać się, czy też nie słuszniej byłoby na przyszłych wyborach głosować za liberałem.
Lecz oto jednego wieczoru nadeszła wielka nowina. Ania, siedząc u otwartego okna, zapomniawszy na chwilę o wynikach egzaminów i o troskach życia, napawała się pięknem letniego zmierzchu, przepojonego słodką wonią kwiatów ogrodowych oraz szumem poruszanych przez wiatr topoli. Na zachodzie niebo ponad jodłami było jeszcze lekko zaróżowione odblaskiem słońca, które się już skryło, i Ania, marząc, dumała, czyto nie duch barw schował się poza temi obłokami. Wtem spostrzegła Djanę, pędzącą pomiędzy jodłami przez most, w dół wzgórza, powiewającą dziennikiem, trzymanym w ręce.
Ania skoczyła z miejsca, zrozumiawszy natychmiast, co ta gazeta zawierała. Oto lista przyjętych została ogłoszona! Uczuła zawrót głowy, a serce poczęło bić silnie, aż do bólu. Nie mogła postąpić ani jednego kroku. Godziną wydała się chwila, podczas której Djana przebiegła schody i sień, i wpadła do pokoju, nie zapukawszy nawet z wielkiego wzruszenia.
— Aniu? zdałaś! — zawołała. — Zdałaś najlepiej! Ty i Gilbert, oboje... w jednym rzędzie... lecz twoje nazwisko jest pierwsze! Ach, jaka jestem dumna!
Djana cisnęła dziennik na stół, a sama padła na łóżko Ani, zadyszana, nie zdolna więcej mówić. Ania, przewróciwszy przedtem drżącemi dłońmi zapalniczkę i zużywszy z pół tuzina zapałek, potrafiła wreszcie zapalić lampę. Tak, zdała! Oto nazwisko jej wydrukowano na czele dwustu innych! Warto było żyć dla takiej chwili!
— Spisałaś się wspaniale, Aniu! — wybuchnęła nagle Djana, odzyskując mowę i siadając przy stole, gdy tymczasem Ania, zachwycona, z oczami błyszczącemi jak gwiazdy, nie wymówiła ani słowa. — Ojciec przywiózł ten dziennik ze stacji niespełna dziesięć minut temu... nadszedł on południowym pociągiem, a wiesz przecie, że będzie u nas dopiero jutro, wozem pocztowym... ale kiedy ujrzałam w nim listę przyjętych, chwyciłam go jak szalona i pobiegłam do was. Zdaliście wszyscy, wszyscy bez wyjątku! Moody Spurgeon i wszyscy, chociaż on warunkowo z historji. Janka i Ruby bardzo dobrze zdały, Karolek Slone także prawie narówni z niemi, Józia Pay prześlizgnęła się jakimś szczęśliwym trafem, ale przekonasz się, że będzie tak samo zadzierała nosa, jak i przedtem. Czy panna Stacy nie będzie zachwycona? Ach, Aniu, jakiego ty musisz doznawać uczucia, widząc twe nazwisko, wydrukowane na czele listy! Co za szczęście! Gdybym ja była na twojem miejscu, z pewnością oszalałabym z radości! I teraz nie potrafię się wcale uspokoić, gdy tymczasem ty jesteś spokojna i chłodna, jak wiosenny wieczór!
— Jestem olśniona! — rzekła Ania. — Chciałabym powiedzieć sto rzeczy, lecz nie znajduję wyrazów. Nigdy nie marzyłam o takiem szczęściu... owszem raz! Jeden, jeden raz przemknęła mi przez głowę myśl: „Gdybym też została pierwszą?“ Ale odrzuciłam ją w mgnieniu oka, bo jakże zuchwałe i próżne było przypuszczenie, że miałabym stanąć na czele wszystkich maturzystów całej naszej Wyspy. Ale wybacz mi, Djano, muszę wybiec w pole zanieść tę nowinę Mateuszowi. Potem pójdziemy gościńcem, by ją oznajmić wszystkim kolegom.
Pobiegły w pole, poza stodoły, gdzie Mateusz zajęty był składaniem siana, a przypadek zrządził, że pani Linde, stojąc za furtką, gawędziła poprzez płot z Marylą.
— Ach, Mateuszu! — wykrzyknęła Ania. — Zdałam i jestem pierwszą... albo jedną z pierwszych! Nie pysznię się tem bynajmniej, ale jestem taka wdzięczna losowi!
— Zapewne. Wszakże byłem pewny tego — odrzekł spokojnie Mateusz, z zachwytem wpatrując się w listę przyjętych. — Wiedziałem, że z łatwością wyprzedzisz wszystkich.
— Świetnie się spisałaś, Aniu! Muszę ci to przyznać — dodała Maryla, starając się ukryć dumę, jaką ją przejęło powodzenie Ani, przed krytykującym wzrokiem pani Linde.
Ale ta poczciwa dusza odezwała się bardzo serdecznie:
— Ja także uważam, iż Ania świetnie się spisała. Jesteś chlubą twych przyjaciół, Aniu, i wszyscy mamy prawo być dumni z ciebie!
Uroczysty dzień ten zakończyła Ania godziną, spędzoną na probostwie, na miłej poważnej pogawędce z panią Allan.
Powróciwszy do swego pokoiku, uklękła u otwartego okna i w srebrnem świetle wielkiego księżyca wyszeptała modlitwę, pełną dziękczynień i gorących życzeń, płynących wprost z duszy. Zawierała ona wdzięczność za czas miniony i pokorne nadzieje na przyszłość. A kiedy wreszcie zasnęła na swej białej poduszce, senne jej marzenia były takie jasne i piękne, jakie tylko szesnastoletnie dziewczę może sobie uroić.





ROZDZIAŁ XIV.

Koncert w Kasynie.

— Ostatecznie włóż białą muślinową sukienkę, Aniu — radziła Djana stanowczo.
Obie były w pokoiku na facjatce. Na dworze panował letni zmrok... miły żółtawo-zielony zmrok pod lazurowem niebem, czystem, bez najmniejszej chmurki. Wielki okrągły księżyc, coraz mocniej iskrzący się srebrnym blaskiem, zawisł ponad Lasem Duchów. Powietrze przepełnione było słodkiemi dźwiękami letniego wieczoru... świergotem zasypiających ptasząt, szelestem kapryśnego wietrzyka, odgłosami dalekich wybuchów śmiechu i wesołych rozmów. Ale w pokoiku Ani roleta była zapuszczona, a lampa paliła się pomimo wczesnej pory, gdyż dziewczęta zajęte tutaj były bardzo ważną sprawą... tualety.
Pokoik na facjatce przybrał zupełnie inny wygląd od owego wieczoru przed czterema laty, kiedy to Ania uczuła, iż nagość jego ścian swym niegościnnym chłodem przejęła ją do szpiku kości. Stopniowo zachodziły w nim zmiany, których Maryla nie broniła, aż wreszcie powstało istne gniazdko, słodkie a miłe, jakiego młode dziewczę mogło sobie życzyć.
Niewątpliwie nie sprawdziło się jedno z najwcześniejszych rojeń Ani; nie było ani pluszowego dywanu o ponsowych różach, ani jedwabnych ponsowych kotar u drzwi; lecz wraz z wiekiem przycichły te nierozumne sny i prawdopodobnie dziewczę nie żałowało tego. Podłogę pokrywała ładna korkowa mata, zaś u wysokiego okna spuszczały się, przyćmiewając światło, blado-zielonawe muślinowe firanki, kołysane w tej chwili lekkim powiewem wiatru. Ściany nie były zawieszone złotem i srebrem haftowanemi makatami, lecz obite bardzo gustowną tapetą w blado-różowe kwiaty jabłoni i przybrane kilku artystycznie wykonanemi malowidłami, ofiarowanemi Ani przez panią Allan. Honorowe miejsce w pokoju zajmowała fotografja panny Stacy, przed którą Ania stale ustawiała świeże kwiaty.
Tego wieczoru wiązanka białych lilij roznosiła zapach po pokoju. Nie było w nim także „mahoniowych mebli,“ natomiast znajdowała się biała szafka, zapełniona książkami, bujacz wyplatany z wygodną poduszką, tualetka przystrojona białym muślinem, stare lustro w złoconej ramie z pulchnemi amorkami i kiściami winogron, wymalowanemi na łukowatym szczycie, dawniej ozdoba bawialni Cutbertów, i niskie białe łóżko.
Ania ubierała się na koncert w Kasynie na Białych Piaskach. Goście kąpielowi urządzali go na korzyść szpitala w Charlottetown i postarali się o współudział wszystkich talentów amatorskich z okolicy. Berta Sampson i Pearl Clay z Białych Piasków zostali uproszeni o zaśpiewanie duetu; Milton Clark z Newbridge miał zagrać solo skrzypcowe; Winnie Blair z Carmody przyrzekła zaśpiewać jakąś sławną balladę szkocką, a Laura Spencer ze Spencervale i Ania Shirley z Avonlei miały deklamować.
Była to, mówiąc tak, jak się w swoim czasie Ania wyrażała, „epoka w jej życiu“, i nic dziwnego, że dziewczę było niezwykle podniecone. Mateusz nie posiadał się z zachwytu nad zaszczytem, jakiego dostąpiła jego Ania, a i Maryla podzielała jego radość, pomimo że umarłaby raczej, niż przyznała się do aprobowania tego, co, jak twierdziła głośno, nieodpowiedniem było dla młodzieży. Zabawa w Kasynie bez towarzyszenia jakiejkolwiek starszej osoby. Co za nowoczesne pomysły!
Ania i Djana przyrzekły pojechać z Janką Andrews i jej bratem Billy w ich czteroosobym kabrjolecie. Wiele dziewcząt i młodych ludzi z Avonlei wybierało się tam również. Spodziewano się też licznych gości z miasta, a po koncercie biorący w nim udział mieli być podejmowani wspólną wieczerzą.
— Czy naprawdę wydaje ci się, że moja muślinowa suknia będzie najodpowiedniejsza? — pytała Ania niespokojnie. — Nie sądzę, by była równie ładna jak niebieska w kwiatki... a bez wątpienia jest mniej modna.
— Ale jest ci w niej bardziej do twarzy — zapewniała Djana. — Jest taka lekka, powiewna i układa się tak miękko. Muślin niebieski jest sztywny i wyglądasz w nim „jak ustrojona“. Zaś w białej zdaje się, że stanowisz z nią jedną całość.
Ania westchnęła i zgodziła się na ten wybór. Djana zaczynała zdobywać sobie uznanie, jako wyrocznia co do gustu w sprawach stroju, i rady jej w takich wypadkach były bardzo cenione. Sama też wyglądała tego wieczoru niezwykle ładnie w sukience koloru czerwonej dzikiej róży, której to barwy Ania musiała się raz na zawsze wyrzec. Wobec tego jednak, że Djana nie należała do występujących w koncercie, obojętnym jej był jej własny strój. Natomiast wszelkie swe wysiłki poświęcała Ani, która powinna była także i dla honoru Avonlei być ubrana, uczesana i przystrojona z gustem królowej.
— Wyciągnij trochę więcej tę falbankę... ot tak! Pozwól, zawiążę ci szarfę! A teraz pantofle! Zaplotę ci włosy w dwa grube warkocze i w połowie zawiążę wielkiemi białemi kokardami... Nie ściągaj tego jednego loczka na czoło... niechaj będzie przedział. Zbyteczna jest wszelka sztuka, bo w tych włosach jest ci do twarzy, Aniu. Pani Allan twierdzi, że gdy masz włosy rozdzielone, wyglądasz jak Madonna. Tę maleńką białą różyczkę wepnę ci nad uchem. Miałam tylko jedną na krzaku i schowałam ją dla ciebie.
— Czy mam włożyć mój sznurek pereł na szyję? — spytała Ania. — Mateusz przywiózł mi je w zeszłym tygodniu z miasta i jestem pewna, że pragnąłby, abym je włożyła.
Djana wydęła usta, przechyliła swą czarną główkę, spoglądając okiem znawcy, i wreszcie wydała wyrok na korzyść pereł, które otoczyły smukłą, mleczno-białą szyję Ani.
— Jest coś tak bardzo stylowego w tobie, Aniu! — rzekła Djana z niekłamanym podziwem. — Trzymasz głowę w tak niezwykły sposób. I masz taką zręczną, wysmukłą postać. Ja jestem istny kloc w porównaniu z tobą. Zawsze obawiałam się tego, ale teraz wiem, że już taką zostanę. Trudno, muszę się z tą myślą pogodzić.
— Masz natomiast rozkoszne dołeczki w buzi — zauważyła Ania, uśmiechając się przyjaźnie do ładnej, żywej twarzyczki, pochylonej nad nią. — Słodkie dołeczki, zupełnie jak zagłębienia w kremie. Ja straciłam już nadzieję zdobycia ich kiedykolwiek. Moje marzenie o dołeczkach nie ziści się nigdy, lecz tyle snów moich stało się rzeczywistością, że nie wolno mi się skarżyć.. Czy jestem już gotowa?
— Zupełnie gotowa — zapewniła Djana właśnie w chwili, gdy we drzwiach ukazała się Maryla, szczupła jak przed laty, lecz z posiwiałemi włosami i daleko łagodniejszym wyrazem twarzy. — Proszę wejść, Marylo, i obejrzeć naszą deklamatorkę. Czy nie ślicznie wygląda?
Maryla mruknęła coś niezrozumiałego.
— Wygląda ładnie i skromnie. Lubię tak ułożone włosy. Lecz zdaje mi się, że zniszczysz tę sukienkę na kurzu i wilgoci. Jest ona zbyt lekka na obecne chłodne noce. Jest to najmniej praktyczny materjał na świecie, i powiedziałam to Mateuszowi, gdy miał zamiar go kupić. Ale obecnie bezcelowe jest czynienie jakichkolwiek uwag panu bratu. Był czas, kiedy słuchał mojej rady, teraz jednak kupuje dla Ani przedmioty zbyteczne, i kupcy w Carmody wiedzą już, że mogą mu wkręcić, cokolwiek zechcą. Wystarczy, by mu wmówili, że coś jest ładne i modne, a Mateusz bez namysłu utopi w tem swój grosz... Pamiętaj, Aniu, trzymaj suknię zdala od kół i włóż ciepły płaszczyk.
I Maryla powędrowała na dół, z dumą myśląc o tem, jak Ania ślicznie wygląda i żałując, że sama nie może pojechać na ten koncert, by usłyszeć swą wychowankę deklamującą.
— Obawiam się, że wistocie jest za wilgotno dla mojej sukni? — rzekła Ania trochę niespokojnie.
— Ale ani troszkę — zapewniła Djana, pociągając roletę w górę. — Noc jest prześliczna i ani śladu mgły. Spójrz tylko na księżyc.
— Cieszę się, że moje okno położone jest na wschód — rzekła Ania, podchodząc ku Djanie. — Jakże to cudnie, iż codziennie mogę widzieć słońce, wschodzące ponad temi wysokiemi wzgórzami i zaglądające poprzez szczyty tych smukłych jodeł! Codziennie jest ono jakieś inne, nowe, i czuję, że dusza moja kąpie się w tej powodzi światła słonecznego. Ach, Djano, ja tak kocham ten pokoik! Nie wiem doprawdy, jak potrafię wyżyć, gdy przeniosę się w przyszłym miesiącu do miasta.
— Nie mów dziś o wyjeździe — prosiła Djana. — Czuję się tak nieszczęśliwą, gdy myślę o naszej rozłące... a dziś chcę mieć tylko miłe chwile. Cóż będziesz deklamowała, Aniu? Czy jesteś bardzo wzruszona?
— Ani trochę. Tak często występowałam publicznie, że nie sprawia mi to bynajmniej niepokoju. Postanowiłam deklamować: „Życzenie Dziewicy“. Jest to takie wzruszające! Laura Spencer wypowie jakąś komiczną scenę, lecz ja zawsze wolę wzruszać, niż rozśmieszać.
— A co powiesz na „bis“.
— Nie będą go żądali — zaśmiała się Ania, ale gdzieś w głębi duszy żywiła tajemną, choć bardzo nieśmiałą nadzieję, iż może jednak zażądają „bisu“ i już wyobrażała sobie rozkosz, z jaką opowiadać o tem będzie Mateuszowi nazajutrz przy rannem śniadaniu. — Ale oto Janka i Billy... słyszę turkot kół. Chodźmy!
Billy Andrews nalegał koniecznie, aby Ania usiadła obok niego, więc, choć niechętnie, uległa jego prośbie. Wołałaby stokroć zająć miejsce z tyłu obok dziewcząt, gdzieby mogły śmiać się i żartować, ile dusza zapragnie. Nie mogło być mowy o śmiechu i żartach w towarzystwie Billa. Był to wysoki, tęgi, niezgrabny młodzieniec lat dwudziestu, o okrągłej nieinteligentnej twarzy, nie posiadający w najmniejszym nawet stopniu daru rozmowy. Ale podziwiał Anię i rósł z dumy na myśl o tem, że zajedzie przed gmach Kasyna z tą smukłą, jasną postacią obok siebie.
Jednakże Ania, zwrócona bokiem do dziewcząt, wesoło gawędziła z niemi, rzucając od czasu do czasu w stronę Billy pytanie, na które on, śmiejąc się głupkowato, nie zdążył nigdy w czas odpowiedzieć. Ale Ania pomimo niezbyt miłego najbliższego sąsiedztwa potrafiła wyzyskać tę przejażdżkę i bawiła się wesoło. Był cudny wieczór. Gościniec zalegały kabrjolety, wszystkie kierując się ku Kasynu, a śpiew wesoły i śmiech srebrny, jasny śmiech rozlegał się i echem rozbrzmiewał wokoło.
Zajechawszy na miejsce, ujrzeli przed sobą Kasyno, niby wielki snop świetlany, rzucający odblaski wokoło. Panie z komitetu, urządzającego koncert, wyszły na spotkanie przybyłych. Jedna z nich zaprowadziła Anię do gotowalni artystek, zapełnionej członkiniami Klubu muzycznego z Charlottetown, pośród których Ania poczuła się nagle nieśmiałą, obcą i taką małomiasteczkową! Suknia jej, która na facjatce wydawała się ładna i strojna, teraz robiła wrażenie gładkiej i skromnej.. zbyt skromnej i zbyt gładkiej, uważała Ania, pośród tych wszystkich jedwabi i koronek, co błyszczały i szeleściły wokoło niej. Jakże nędznym wydawał się jej sznurek pereł wobec brylantów pięknej wysokiej damy, stojącej obok niej! A jak ubogą musiała się zdawać jej maleńka biała różyczka, porównywana z temi przepysznemi cieplarnianemi kwiatami, jakiemi się inne damy przystroiły.
Ania zdjęła kapelusz i płaszczyk i, smutna, usunęła się w kącik. Gorąco życzyła sobie znaleźć się czemprędzej w swym białym pokoiku na Zielonym Wzgórzu.
Gorzej jeszcze czuła się na estradzie wielkiej sali koncertowej, gdzie się wkrótce znalazła. Elektryczne światła kłuły ją w oczy, zapach perfum i szelest jedwabi oszałamiał. Pragnęłaby raczej zasiąść pośród widzów obok Djany i Janki, które zdawały się bardzo mile czas spędzać.
Ania dostała się pomiędzy jakąś otyłą damę w różowej jedwabnej tualecie i wysoką młodą pannę o ironicznym wyrazie twarzy, wystrojoną w białą koronkową suknię. Otyła dama rozglądała się od czasu do czasu wokoło i poprzez lornetkę mierzyła krytycznym wzrokiem Anię, która, czując się wprost boleśnie dotknięta tym surowym egzaminem, omal nie krzyknęła głośno. Zaś młoda panna w białych koronkach słabo przyciszonym głosem mówiła swej najbliższej sąsiadce o „niezgrabach małomiasteczkowych“ i „pięknościach wiejskich“ oraz o prawdopodobnie odpowiednich rozkoszach, jakie miejscowe talenty zapowiedziały w programie. Ania przyrzekła sobie nienawidzieć tę białą koronkową lalkę do końca życia.
Niełaskawe dla Ani losy zrządziły, że jakaś zawodowa deklamatorka, chwilowo mieszkająca w hotelu, przyrzekła swój współudział w koncercie. Była to smukła, ciemnooka osoba w prześlicznej lśniącej popielatej sukni, utkanej jakby z promieni księżyca, z drogocennemi kamieniami na szyi i we włosach. Posiadała przecudnie miękki głos i niezwykłą siłę wyrazu, czem w zachwyt wprowadziła słuchaczy. Ania, zapominając o sobie i swym niepokoju z przed chwili, słuchała pełna podziwu, roziskrzonym wzrokiem wpatrzona w deklamatorkę. Lecz gdy ta skończyła, Ania ukryła twarz w dłoniach. Nie odważyłaby się teraz przemówić... nigdy, nigdy... Jakże mogła kiedykolwiek łudzić się, że umie deklamować? Ach, gdyby już była z powrotem na Zielonem Wzgórzu!
W tej nieszczęsnej chwili nazwisko jej zostało wywołane. Ania, nie zauważywszy ruchu zdziwienia owej lalki w koronkowej sukni, w którym widoczny był, choć go Ania nie dostrzegła, pewien rys uznania, wstała i chwiejnym krokiem podążyła ku estradzie. Była tak niezwykle blada, że Djana i Janka, siedząc na swych miejscach pomiędzy publicznością, nerwowo ściskały się za ręce, współczując jej i lękając się za nią.
W tej chwili Ania była ofiarą nieopanowanej tremy. Jakkolwiek często deklamowała przed publicznością, nigdy nie znalazła się jeszcze wobec tego rodzaju słuchaczy, których widok oczywiście paraliżował zupełnie jej energję. Wszystko tu było takie obce, takie bogate, takie olśniewające... te rzędy pań w wieczorowych tualetech, te twarze, mające ją za chwilę sądzić, cała ta otaczająca ją atmosfera bogactwa i wyższego towarzyskiego poziomu. Jakżeż to wszystko było różne od prostych drewnianych ławek w ich Klubie dyskusyjnym, gdzie roiło się od dobrze znajomych, serdecznych twarzy sąsiadów i życzliwych. Ci ludzie tutaj obecni, myślała Ania, będą bez wątpienia niemiłosiernie krytykowali. Być może, na równi z ową lalką w koronkowej sukni pragną uprzyjemnić sobie wieczór drwinami z „wiejskich“ wysiłków i dobrych chęci. Poczuła się taką nieszczęśliwą, taką beznadziejnie opuszczoną i zawstydzoną! Kolana jej drżały, serce tłukło się w piersiach i opanowało ją niezwykłe jakieś osłabienie. Nie potrafiła wymówić ani jednego wyrazu i była gotowa uciec z estrady pomimo upokorzenia, jakie czuła, zawiśnie na niej na zawsze, jeśli tak postąpi.
Wtem nagle, gdy jej szeroko otwarte, pełne lęku oczy ślizgały się po widzach, spostrzegła Gilberta Blythe gdzieś w głębi sali, pochylonego naprzód z uśmiechem na twarzy — z uśmiechem, który wydał się Ani jednocześnie pełnym triumfu i szyderstwa. W rzeczywistości jednak nie był wcale takim. Gilbert uśmiechał się z zadowolenia, bo mu ten wieczór był przyjemny wogóle, zaś w szczególności miłe wrażenie sprawiła na nim wiotka postać Ani i jej inteligentna twarzyczka na tle zielonych palm. Józia Pay, której Gilbert towarzyszył, siedziała obok niego, a jej spojrzenie było istotnie triumfujące i szydercze. Lecz Ania nie widziała Józi i nie zwróciłaby na nią uwagi, gdyby ją była spostrzegła. Westchnęła głęboko, dumnie odrzuciła głowę, a pewność siebie i odwaga przebiegły po niej niby prąd elektryczny. Nie zblamuje się wobec Gilberta Blythe... nie pozwoli, by szydził z niej, nigdy, nigdy! Lęk i niepewność opuściły ją w mgnieniu oka. Zaczęła deklamować, a jej jasny, słodki głos docierał do najbardziej oddalonych kątów sali, dochodził tam bez najlżejszego drżenia lub załamania. Odzyskała w zupełności pewność siebie, a silna reakcja po krótkotrwałem osłabieniu woli sprawiła, iż deklamowała tak pięknie jak nigdy przedtem. Gdy skończyła, w sali rozległ się grzmot oklasków. Powróciwszy na swoje miejsce, Ania zarumieniona z radości i onieśmielenia, poczuła mocny uścisk dłoni otyłej pani w czerwonych jedwabiach.
— Prześlicznie mówiłaś — chwaliła serdecznie. — Płakałam jak dziecko, naprawdę płakałam. Ale wołają, bisują... żądają „bisu“.
— O, nie mogę — rzekła Ania zmieszana. — Jednak... muszę pójść, bo Mateusz byłby rozczarowany. Twierdził, że będą bisowali.
— Nie należy sprawić rozczarowania Mateuszowi — rzekła owa pani, darząc Anię życzliwem spojrzeniem.
Uśmiechnięta, zarumieniona, z rozpromienionem wzrokiem Ania ponownie stanęła na estradzie i wypowiedziała oryginalny i wesoły monolog, który się niezmiernie spodobał publiczności.
Reszta wieczoru była pewnego rodzaju triumfem dla Ani.
Po skończonym koncercie owa tęga pani — wdowa po jakimś amerykańskim miljonerze — zaopiekowała się Anią i przedstawiła ją wielu znajomym, a każdy z nich był bardzo uprzejmy dla sympatycznej młodej deklamatorki. I znakomita artystka, pani Evans, rozmawiała z nią długo i orzekła, że Ania posiada piękny głos i głębokie zrozumienie deklamowanych utworów. Nawet owa lalka w białej koronkowej sukni obdarzyła ją jakimś komplementem.
Wieczerzę podano w olbrzymiej, pięknie przybranej sali stołowej. Djana i Janka, jako towarzyszące Ani, były także zaproszone do stołu; tylko Billy znikł gdzieś, skrywszy się w śmiertelnej obawie takiego zaszczytu. Zastały go jednak po wszystkiem, czekającego przy kabrjolecie, gdy szczęśliwe i wesołe opuściły Kasyno. Noc była cicha, biała, księżycowa. Ania westchnęła i zapatrzyła się w jasne obłoki poza ciemnemi wierzchołkami jodeł.
Ach, jakże przyjemnie było zatopić się w ciszy tej czystej, balsamicznej nocy! Jakież wspaniałe, wielkie i spokojne było wszystko! I ten cichy szmer morza, i te ciemne skały, niby srogie olbrzymy, strzegące zaczarowanych skarbów.
— Czyż nie był to cudny wieczór? — westchnęła Janka, kiedy ruszyli z miejsca. — Chciałabym być bogatą Amerykanką, móc mieszkać latem w eleganckim hotelu, mieć na sobie piękne klejnoty i mocno wycięte suknie, zjadać lody śmietankowe i kurczęta z sałatą nawet w dni powszednie. Jestem pewna, że byłoby to o wiele przyjemniej, niż uczyć dzieci. Aniu, deklamowałaś bosko! Choć w pierwszej chwili lękałam się, że nie zaczniesz wcale! Zdaje mi się, że mówiłaś ładniej, niż pani Evans.
— Ach, nie! Nie mów tak, Janko — rzekła żywo Ania. — Brzmi to niedorzecznie! Nie mogłam deklamować lepiej od pani Evans, bo ona jest skończoną artystką, ja zaś tylko uczennicą, nieco bardziej uzdolnioną w tym kierunku. Jestem zupełnie zadowolona, jeśli słuchacze uważali, że mówiłam ładnie.
— Muszę ci powtórzyć pewien komplement, Aniu — odezwała się Djana. — Przynajmniej myślę, że to komplement, sądząc z tonu, jakim był powiedziany. Obok mnie i Janki siedział jakiś Amerykanin... taki o romantycznym wyglądzie, o czarnych, jak węgiel, włosach i oczach. Józia Pay mówi, że jest to bardzo szanowany malarz i że kuzynka jej matki w Bostonie jest żoną jego szkolnego kolegi. Prawda, Janko, słyszałaś, jak mówił: „Któż to jest na estradzie to dziewczę z takiemi wspaniałemi tycjanowskiemi włosami? Twarzyczkę tę pragnąłbym malować“. Oto masz, Aniu. Ale co to znaczy włosy tycjanowskie?
— Przetłumaczone na nasz język znaczą po prostu rude — roześmiała się Ania. — Tycjan był to sławny malarz, który lubił malować czerwonowłose kobiety.
— Czyście widziały te wszystkie brylanty, jakiemi te panie były przystrojone? — westchnęła Janka. — Poprostu olśniewające! A wy, dziewczęta, nie chciałybyście być bogate?
— Jesteśmy bogate! — rzekła Ania stanowczo. — Mamy lat szesnaście i całe życie przed sobą, jesteśmy szczęśliwe, jak królowe, i wszystkie posiadamy mniej lub więcej bogatą wyobraźnię. Spójrzcie na to morze, dziewczęta!... samo srebro, cienie i cudne blaski... Nie potrafiłybyśmy więcej napawać się jego pięknem, gdybyśmy posiadały miljony dolarów i naszyjniki z brylantów. Nie chciałybyście z pewnością zamienić się na żadną z tych kobiet, gdybyście mogły to uczynić. Czy chciałaby np. która zostać tą lalką w białych koronkach z kwaśną miną przez całe życie, lalką, która nie potrafi radować się czemkolwiek z całej duszy? Albo tą panią w różowych jedwabiach, miłą i dobrą prawdopodobnie, lecz tak otyłą i przysadzistą, że wygląda jak kloc? Albo panią Evans z takim smutnym wyrazem oczu? Musi być strasznie nieszczęśliwa, jeśli patrzy w ten sposób. Wiesz dobrze, Janko, że nie zamieniłabyś się z żadną z nich.
— Nie wiem... wistocie — rzekła Janka niezdecydowanym tonem. — Sądzę, że brylanty jednak potrafią wiele zmartwień zagłuszyć.
— A ja jednak nie chciałabym być nikim innym, tylko sobą, nawet gdybym przez całe życie miała dźwigać moje troski bez możności pocieszenia się brylantami — świadczyła Ania. — Jestem zupełnie zadowolona z tego, że jestem Anią z Zielonego Wzgórza i wystarcza mi sznurek moich pereł. Wiem, że mi Mateusz dał wraz z niemi tyle miłości, ile nigdy nie otrzymała Jej Wysokość, pani w różowych jedwabiach, przystrojonych kosztownościami.





ROZDZIAŁ XV.

Seminarzystka.

Podczas tych ostatnich trzech tygodni wrzała robota na Zielonem Wzgórzu. Czynione były przygotowania do wyjazdu Ani do Seminarjum. Wiele spraw należało omówić i załatwić, dużo szycia wykończyć. Tak zwana wyprawa Ani była ładna i dość dostatnia; Mateusz dbał o to, a Maryla tym razem nie oponowała, gdy udawał się po zakupy do miasta. Co więcej... pewnego wieczoru sama zjawiła się w pokoiku na facjatce, przynosząc śliczny bladozielonawy materjał.
— Aniu, oto coś odpowiedniego na jasną sukienkę dla ciebie. Nie zdaje mi się, co prawda, aby ci była koniecznie potrzebna. Masz dość ładnych bluzek! Ale pomyślałam sobie, że może pragnęłabyś mieć strojną całkowitą sukienkę, w razie zaproszenia na jakiś większy wieczorek, na liczniejsze zebranie lub coś podobnego. Słyszałam, że Janka, Ruby i Józia dostały „wieczorowe suknie“ — tak je nazywają — a nie chcę, byś ty była gorszą. Prosiłam panią Allan, będąc w zeszłym tygodniu w mieście, aby mi pomogła wybrać odpowiedni materjał, i zamierzam oddać suknię tę do uszycia Emilji Gillis. Ma ona bardzo wiele gustu, a co do kroju nie ma sobie równej.
— O, Marylo, jakież to prześliczne! — zawołała Ania. — Dziękuję, dziękuję bardzo. Nie spodziewałam się wcale tyle dobroci... To jeszcze cięższym czyni mi wyjazd z domu.
Zielona sukienka wykończona została tylu falbankami, zakładkami i kokardkami, na ile tylko dobry gust p. Emilji pozwolił. Chcąc sprawić przyjemność Maryli i Mateuszowi, Ania wystroiła się w nią któregoś wieczoru i zadeklamowała w kuchni, w ich obecności „Życzenie dziewicy“. Maryla, spoglądając na jasną, ożywioną twarzyczkę i zręczne ruchy dziewczęcia, myślą powróciła do owego wieczoru, kiedy Ania przybyła na Zielone Wzgórze, i wywołała w swej pamięci żywy obraz tego nieszczęśliwego, wylęknionego dziecka w wyrośniętej żółtobrunatnej zniszczonej sukience, z rozpaczą w oczach, pełnych łez. Wspomnienie to sprawiło, że łzy napłynęły do oczu Maryli.
— Ach, czy być może? Wszak moją deklamacją wycisnęłam łzy z oczu Maryli — zawołała Ania wesoło, schylając się nad krzesłem swej opiekunki, by ucałować jej policzki. — Oto jest największy mój triumf.
— Nie, nie płakałam ze wzruszenia, z powodu twojej deklamacji — rzekła Maryla, nie życzę sobie być posądzoną o wrażliwość na „poetyczne bzdurstwa“. — Przypomniałam sobie właśnie tę dziewczynkę, którą tu po raz pierwszy ujrzałam, i na chwilę zapragnęłam, abyś była na zawsze pozostała owem dzieckiem, bodaj nawet z jego oryginalnemi pomysłami. Tymczasem wyrosłaś i pójdziesz w świat... jesteś taka duża i... i taka inna w tej sukni... jakgdybyś nie należała wcale do Avonlei... i to właśnie rozczuliło mnie tak bardzo.
— Marylo! — Ania przysiadła u kolan Maryli, na prostej domowej roboty jej spódnicy, w obie ręce ujęła pomarszczoną twarz surowej zazwyczaj kobiety i poważnie a czule spojrzała w jej oczy.
— Ja się ani trochę nie zmieniłam... w rzeczywistości. Ja tylko jak drzewo wyrosłam i puściłam gałęzie. Moje istotne ja... tutaj w głębi... pozostało to samo. I takiem pozostanie, gdziekolwiek się udam i jakkolwiek zmienię się powierzchownie. W duszy pozostanę zawsze waszą małą Anią, która będzie coraz więcej, z każdym dniem więcej kochała Marylę i Mateusza i drogie Zielone Wzgórze.
Ania przytuliła swój świeży młody polliczek do twarzy Maryli i wyciągnęła dłoń, by pogłaskać ramię siedzącego obok Mateusza.
W tej chwili Maryla ofiarowałaby wiele za możność wypowiedzenia otwarcie, wzorem Ani, swych uczuć. Lecz natura i przyzwyczajenie zrządziły inaczej; zdobyła się jedynie na to, by objąć ramieniem swą ukochaną wychowankę i przycisnąć ją mocno do serca, życząc sobie, by jej nigdy w życiu nie utraciła.
Mateusza oczy jakoś podejrzanie zwilgotniały... wstał z miejsca i wyszedł. Pod szafirowem, osypanem gwiazdami letniem niebem przechadzał się wzruszony po topolowej alei.
— Uważam, że nie zepsuliśmy tego dziecka — szepnął dumnie. — I moje wtrącanie się od czasu do czasu do jej wychowania nie wyrządziło wiele złego. Jest smukła i ładna, a przytem taka kochająca i dobra, co jest najważniejsze. Dla nas stała się istotnem błogosławieństwem, i nie było szczęśliwszej pomyłki, niż ta, którą w swoim czasie popełniła pani Spencer. Nie uważam nawet, aby właściwie to była jakaś pomyłka. Opatrzność zesłała nam Anię, uznając, że nam jej było potrzeba.
Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu Ani do miasta. W piękny wrześniowy poranek wyruszyła z domu z Mateuszem, pożegnawszy się pośród potoku łez z Djaną, z Marylą zaś w sposób mniej wzruszający, a to dzięki powściągliwości tej ostatniej.
Lecz po wyjeździe Ani Djana otarła łzy i udała się ze swemi kuzynkami z Carmody na wycieczkę do Białych Piasków, gdzie się bardzo wesoło bawiła, gdy tymczasem Maryla z rozpaczliwą energią zabrała się do wykonywania najrozmaitszych robót zupełnie zbytecznych, aby tylko zabić nurtujący ją ból serdeczny, ten ból, co to pali i kąsa i nie daje się zmyć łzami. Kiedy zaś wieczorem udała się na spoczynek ze smutnem przeświadczeniem, iż małego pokoiku na facjatce nie rozjaśniło młode życie, ani rozgrzewał miarowy spokojny oddech, ukryła twarz w poduszkę i płakała z tęsknoty za swem dziewczęciem. Szlochała serdecznie, aż opanowawszy się wreszcie, sama czyniła sobie wyrzuty, że niesłusznie tak się zmartwiła o jedną ludzką istotę.
Ania i wszyscy inni uczniowie z Avonlei przybyli do miasta w sam czas, by zdążyć jeszcze do Seminarjum. Pierwszy dzień minął dość przyjemnie w wesołym pośpiechu i w wirze nowych wrażeń. Spotykano nowych kolegów, poznawano bodaj z powierzchowności profesorów, dobierano i organizowano wykłady. Ania postanowiła, idąc za radą panny Stacy, zacząć odrazu od drugiego kursu. Gilbert Blythe uczynił tak samo. Znaczyło to wyzyskać patent nauczycielski pierwszej klasy już po roku zamiast po dwóch, ale wymagało też o wiele większej pracy. Janka, Ruby, Józia, Karol i Moody Spurgeon, nie niepokojeni wyższemi ambicjami, radzi byli, że rozpoczną naukę pierwszego kursu i zadowalali się nauczycielskiem świadectwem drugiej klasy.
Ania doznała niezwykłego uczucia osamotnienia, znalazłszy się w sali pośród pięćdziesięciu kolegów i koleżanek, samych nieznajomych, prócz owego wysokiego, ciemnego bruneta w rogu, pode drzwiami. — Zresztą ta ostatnia znajomość, w warunkach, w jakich istniała, nie wiele była warta — zauważyła pesymistycznie. Pomimo to Ania ucieszyła się niezmiernie, że będą na tym samym kursie. Dawne współzawodnictwo będzie mogło i tutaj istnieć nadal, a w takim razie wiedziała, jak należało pracować.
— Nie czułabym się dobrze, gdyby mi zabrakło tego bodźca — pomyślała — Gilbert ma minę strasznie pewną siebie. Przypuszczam, że w duszy postanowił zdobyć złoty medal. Jaki on ma śliczny owal twarzy, nigdy dotąd nie zauważyłam tego. Żałuję, że Janka i Ruby nie są wraz ze mną na kursie, nie czułabym się tak bardzo osamotnioną. Ciekawam też, która z tych dziewcząt zostanie moją przyjaciółką? Co prawda, przyrzekłam Djanie, że żadna z seminarzystek, jakbądź sympatycznąby mi była, nie będzie mi nigdy tak drogą jak ona. Ale wolno mi wszakże mieć przyjaciółki drugiego rzędu! Podoba mi się ta dziewczyna o ciemnych oczach, w bluzce wiśniowego koloru, musi być żywego usposobienia. Taka rumiana! A ta blada, jasna, co wygląda oknem! Jakie ma cudne włosy! Z pewnością jest marzycielką. Chciałabym je poznać obie, zbliżyć się do nich... tak aby przechadzać się z niemi, obejmując się wpół i mówić do siebie pieszczotliwemi imionami. Tymczasem jednak nie znam ich, one mnie nie znają i prawdopodobnie nie ciekawe są wcale mnie poznać. Ach, jakie to przykre!
Smutniej jeszcze zrobiło się Ani, kiedy o zmierzchu znalazła się sama jedna w swym pokoiku. Nie mieszkała tak jak inne dziewczęta u swoich, wszystkie bowiem miały w mieście krewnych, opiekujących się niemi. Panna Józefina Barry byłaby ją chętnie u siebie pomieściła, lecz Beechwood było tak bardzo oddalone od seminarjum, że mowy o tem być nie mogło. Wobec tego panna Barry wyszukała jakiś pensjonat, który, jak zapewniła Marylę i Mateusza, był świetny.
— Osoba, która go prowadzi, jest to podupadła dama — objaśniała panna Barry. — Mąż jej był oficerem angielskim, i jest ona niezmiernie wybredna w doborze swych pensjonarzy. Ania nie spotka pod jej dachem nikogo nieodpowiedniego. Odżywianie młodzieży jest tam bardzo dobre, a dom znajduje się w pobliżu seminarjum, w okolicy spokojnej.
Wszystko to mogło być zupełną prawdą i okazało się nią istotnie, lecz nie wiele pomogło Ani, gdy ją w pierwszej chwili opanowała tęsknota.
Smutnie rozglądała się po swym ciasnym, małym pokoju o brudno szarych ścianach, bez najmniejszego obrazka, z wąskiem żelaznem łóżkiem i pustą szafą do książek. Rozdzierające łkanie ścisnęło jej krtań, gdy sobie przypomniała swój biały pokoik na Zielonem Wzgórzu, wspaniałą zieloność wokoło, miłą woń pachnącego groszku pod oknami, światło księżyca nad sadem, staw poza wzgórzem i korony sosen, cicho szumiące od nocnego wiatru, rozległe gwiaździste niebiosa i światełko z okna Djany, przezierające poprzez szczeliny drzew. Tutaj nie było ani śladu tego wszystkiego. Ania wiedziała, iż poza jej oknem ciągnie się kamieniem wyłożona ulica, sieć drutów telefonicznych zasłania niebo, że odgłosy obcych kroków rozlegają się na chodnikach i tysiące świateł pada na twarze tak jej obce. Poczuła, że jest bliską płaczu i zaczęła z nim walczyć.
— Nie chcę płakać. Jest to dziecinnie... i głupio... a oto już trzecia łza stacza mi się po twarzy. I jeszcze kilka! Muszę pomyśleć o czemś przyjemnem, aby je powstrzymać. Jednak wszystko przyjemne ma związek z Avonleą, a to jeszcze pogarsza... cztery.. pięć... pojadę do domu w przyszły piątek, ale to jest jakby stuletnim okresem. Teraz Mateusz niezadługo powróci do domu... Maryla stoi obok furtki i wygląda jego nadejścia... sześć... siedem... osiem... ach, wcale ich zliczyć nie potrafię! Teraz płyną całym strumieniem. Nie mogę być wesołą... nie chcę być wesołą! Lepiej będzie się wypłakać!
I potok łez byłby niewątpliwie popłynął, gdyby w tejże chwili nie ukazała się Józia Pay. Ucieszona widokiem znajomej twarzy, Ania zapomniała na razie, iż nie było wielkiej przyjaźni pomiędzy niemi. Jako cząstka Avonlei, Józia Pay była w tej chwili miłym gościem.
— Cieszę się bardzo, żeś wstąpiła do mnie — rzekła Ania szczerze.
— Beczałaś! — zauważyła Józia z przesadną litością. Przypuszczam, że tęsknisz za swoimi... niektórzy pod tym względem posiadają tak mało panowania nad sobą, co do mnie, mogę cię zapewnić, że nie mam zamiaru tęsknić za domem. Miasto daje o wiele więcej przyjemności, niż ta stara nudna Avonlea. Nie pojmuję, jak mogłam tam tak długo wytrzymać. Nie powinnaś płakać, Aniu! będziesz źle wyglądała, bo zaczerwienieją ci się oczy i nos, a wtedy staniesz się już cała czerwona... Mieliśmy dziś bardzo zajmujący wykład. Nasz profesor francuskiego to istna kaczka. Wąsy ma, ot takie!.. Czy masz co do przegryzienia, Aniu? Umieram z głodu. O, wyobrażam sobie, jak cię Maryla obładowała ciastkami. Po to przyszłam tu właśnie. Inaczej byłabym poszła z Frankiem Stockley do ogrodu posłuchać muzyki. Mieszka w tym samym pensjonacie, co i ja, a jest szalenie wesoły. Zauważył dziś ciebie i spytał mnie, kto jest ta rudowłosa dziewczyna. Powiedziałam mu, że jesteś sierotą, przygarniętą przez Cutbertów, i nikt nie wie nic bliższego o tobie.
Ania zaczęła się już zastanawiać nad tem, czy samotność i łzy nie są jednak lepsze od towarzystwa Józi Pay, kiedy ukazały się Janka i Ruby, każda z nich z godłem seminarjum w postaci kokardki ze wstążki purpurowej i szkarłatnej — dumnie przypiętej do sukni. Wobec tego, że Józia chwilowo nie „rozmawiała“ i zamilkła na ich widok, Ania zwróciła się do przybyłych.
— Ach, tak — rzekła Janka z westchnieniem — wydaje mi się, że od dziś rana przeżyłam już wiele miesięcy. Powinnabym w tej chwili siedzieć w domu i kuć mego Wirgiliusza... Ten wstrętny stary profesor kazał nam przygotować dwadzieścia wierszy na jutro. Ale nie mogłam dziś usiedzieć nad książką. Aniu, zdaje mi się, że widzę ślady łez na twojej twarzy. Jeśli płakałaś, nie ukrywaj tego, proszę cię bardzo. To mi powróci szacunek dla siebie samej, bo też zalewałam się łzami, zanim Ruby przyszła mnie pocieszyć. Nie będzie mi tak przykro, że jestem gąską, jeśli i ktoś inny jest nią także. Co to, ciasto? Daj mi ździebełko, dobrze?... Dziękuję ci bardzo... Ach, pachnie Avonleą!
Ruby, spostrzegłszy na stole plan kursów seminarjum, zapragnęła dowiedzieć się, czy Ania będzie się ubiegała o złoty medal.
Ania zarumieniła się i przyznała, że myśli o tem.
— Ale, ale, czy wiecie — wtrąciła się Józia — że seminarjum otrzyma jedno ze stypendjów Avery?... Dziś właśnie nadeszło zawiadomienie. Frank Stockley mówił mi o tem... wuj jego jest jednym z administratorów w Radzie, słyszałyście pewnie! Jutro wywieszą to zawiadomienie w seminarjum.
Stypendjum Avery! Ania uczuła, że serce jej mocniej zabiło, a horyzonty jej dążeń rozszerzyły się i nagle zolbrzymiały. Zanim Józia opowiedziała tę nowinę, najwyższym szczytem ambicji Ani był patent nauczycielski pierwszej klasy, a może i medal! Ale teraz w jednej chwili wyobraziła sobie, jak, zdobywszy stypendjum Avery, otrzyma prawo do czteroletnich wyższych kursów w Collège Redmond[4] i myślą tą pieściła się jeszcze długą chwilę potem jak ucichło echo słów Józi. Albowiem stypendjum Avery przyznawano za język angielski, a Ania czuła, iż pod tym względem może sprostać największym wymaganiom.
Pewien bogaty przemysłowiec w Nowym Brunszwicku, umierając, w testamencie swym polecił część swego majątku użyć na utworzenie wielkiej ilości stypendjów i ofiarować je rozmaitym wyższym szkołom i seminarjom tej prowincji. Długo rozważano, czy też które ze stypendjów ma się dostać seminarjum w Carmody, lecz wreszcie zapadło postanowienie przychylne. W końcu roku uczeń, który wykaże największe postępy w języku i literaturze angielskiej, otrzyma stypendjum — dwieście pięćdziesiąt dolarów rocznie podczas czteroletnich studjów w Collège Redmond. Nic dziwnego, że Ania tego wieczoru udała się na spoczynek z pałającemi policzkami.
— Jeśli to będzie zależne od usilnej pracy, zdobędę stypendjum — postanowiła. — Czy Mateusz nie będzie dumny ze mnie, jeśli zostanę słuchaczką Collège? Ach, jakże to jest przyjemnie mieć wyższe dążenia! Jakże się cieszę, że mam znowu cel jakiś! A najlepsze jest to, że się nigdy nie kończy. Zaledwie osiągnęłaś jeden, już inny, wyższy jeszcze, ukazuje ci się w dali.. I to właśnie czyni życie tak miłem!





ROZDZIAŁ XVI.

Zima w seminarjum.

Tęsknota Ani osłabła, dzięki temu, że co tydzień odwiedzała swój ukochany dom. Dopóki trwała piękna pogoda, studenci z Avonlei stale w piątki wieczorem jeździli do Carmody nową kolejką. Djana i kilkoro z młodzieży avonlejskiej oczekiwali ich na dworcu, i wszyscy razem wesołą gromadką powracali do swoich. Ania uważała, że te wieczorne przechadzki piątkowe poprzez jesienią zabarwione wzgórza, w świeżem powietrzu, przy świetle zdala migających ognisk z mieszkań avonlejskich, były to najmilsze i najcenniejsze godziny z całego tygodnia.
Gilbert Blythe prawie że stale towarzyszył Ruby i niósł jej torbę podróżną. Ruby wyrosła na bardzo ładne dziewczę i uważała się za zupełnie dorosłą, pomimo że właściwie nie była nią jeszcze. Suknię miała na sobie tak długą, jak tylko matka jej zezwalała na to, a w mieście upinała włosy wysoko, pomimo że w domu musiała mieć warkocze spuszczone. Miała wielkie, jasno błękitne oczy, prześliczną cerę i zręczną postawę. Śmiała się bardzo dużo, była wesoła, zawsze dobrze usposobiona i cieszyła się każdą radosną chwilą w życiu.
— Jednakże nigdy nie przypuszczałam, aby Gilbert mógł sobie upodobać ten rodzaj urody — szepnęła Janka do Ani.
Ania była tegoż zdania, lecz nie wygłosiłaby go za nic, nawet za stypendjum Avery. Nie mogła zataić przed sobą, że przyjemnie byłoby z takim przyjacielem, jak Gilbert, gawędzić, prowadzić spory, rozprawiać o książkach, o naukach i celach życia. Gilbert miał cel przed sobą, wiedziała o tem dobrze, a przecież Ruby nie była osobą, z którą możnaby poważnie dyskutować w tych kwestjach.
W stosunku Ani do Gilberta nie było ani źdźbła serdecznego uczucia. Myśląc o chłopcach, uznawała w nich jedynie wesołych towarzyszy zabaw. Gdyby była pozostawała z Gilbertem w przyjaźni, bez wątpienia nie zwracałaby uwagi na jego przyjaciół lub towarzyszy przechadzek. Pragnęła przyjaźni, i koleżanek, obdarzających ją tem uczuciem, miała bardzo wiele, lecz instynktownie czuła, że męska przyjaźń bardziej się nadawała do zaspokajania potrzeb koleżeństwa i przedstawiałaby wyższy punkt widzenia w sprawach natury ogólnej. Ania nie potrafiłaby prawdopodobnie określić tak jasno tych swoich uczuć, wiedziała jednak, że jeśliby Gilbert towarzyszył jej kiedykolwiek w drodze powrotnej z pociągu poprzez rozległe pola i wzdłuż szerokich alei, zdobnych paprociami, mogliby prowadzić niejedną miłą i zajmującą rozmowę o tym nowym świecie, który się przed niemi roztoczył, o swych nadziejach i ambicjach.
Gilbert był niewątpliwie zdolny chłopiec, z samodzielnemi poglądami na rzeczy, pełen chęci zdobycia w życiu tego, co jest w niem najlepszem, i ofiarowania mu najszlachetniejszych części swej istoty. Ruby Gillis zwierzyła się Jance Andrews, że nie rozumie ani połowy tego wszystkiego, o czem jej Gilbert prawi. Potrafi on bowiem mówić tak, jak Ania Shirley w przystępie krasomówstwa, ona zaś, Ruby, nie widzi przyjemności nudzenia się poważnemi sprawami i rozprawianiem o książkach wtedy, gdy się szczęśliwie chwilowo uwolniło od nauki... Frank Stockley jest stanowczo weselszy i dowcipniejszy towarzysz, ale nie jest ani w połowie tak przystojny jak Gilbert i dlatego nie umiałaby zadecydować, którego woli.
Tymczasem w Seminarjum Ania zdobyła sobie stopniowo małe kółko przyjaciół, myślących, ambitnych, podobnych do niej, z bujną imaginacją studentek. Z „rumianem dziewczęciem“, Stellą Maynard i „marzycielką“ Priscillą Grand prędko zbliżyła się i zaprzyjaźniła. Blade, inteligentne dziewczę pociągnęło ją ku sobie niewyczerpaną ochotą do figlów, zabawy i rozmaitych żartów, podczas gdy żywa, ciemnooka Stella, z duszą pełną tęsknoty i marzycielstwa, z nią razem budowała zamki na lodzie.
Po świętach Bożego Narodzenia studenci i studentki z Avonlei przerwali swe piątkowe odwiedziny domu i zabrali się poważnie do nauki. Wszyscy seminarzyści odpowiednio zostali ocenieni na swych kursach, gdyż dość minęło czasu dla wykazania poszczególnych zdolności. Pewne fakty zostały jednomyślnie uznane i przyjęte, jak n. p. że cyfra ubiegających się o medal zredukowała się do trzech: Gilbert Blythe, Ania Shirley i Lewis Wilson. Co się tyczy stypendjum Avery, sześciu zdobywców walczyło o otrzymanie go. Bronzowy medal za matematykę przyznawano bezsprzecznie grubemu, przysadzistemu młodzieńcowi z głuchej prowincji o wypukłem czole i wiecznie poplamionej kurtce. Ruby Gillis była najpiękniejsza z tegorocznych uczennic seminarjum. Na wyższym kursie Stella Maynard otrzymała palmę zwycięstwa za piękność, co prawda wobec niewielkiej mniejszości, wypowiadającej się na korzyść Ani Shirley. Etheli Marr przyznali kompetentni sędziowie najbardziej stylowe i modne upinanie włosów, a Janka Andrews — skromna, pracowita, sumienna Janka — zbierała pochwały za domowe cnoty. Nawet Józia Pay także potrafiła zdobyć sobie sławę... niestety, najbardziej ciętej panny pośród seminarzystek.
Ania pracowała wytrwale i pilnie. Jej współzawodnictwo z Gilbertem było takie samo, jak w swoim czasie w szkole w Avonlei, pomimo że na kursie nikt nie wiedział o tem. Utraciło ono jednakże wiele z dawnej zaciętości. Ania nie pragnęła zwyciężyć, aby upokorzyć Gilberta, lecz kierowało nią raczej dumne pragnienie trudnego zwycięstwa nad wartościowym przeciwnikiem. Miłą byłaby wygrana, lecz jeśliby ją minęła, Ania nie uważałaby już obecnie, że z tego powodu życie straciłoby na wartości.
Poza lekcjami i pracą młodzież znajdowała też wolne chwile dla rozrywki. Ania spędzała niejedną godzinę w willi panny Barry, gdzie zwykle w niedzielę jadała obiady i bawiła całe popołudnie. Ciotka Józefina postarzała się, jak sama twierdziła, lecz czarne jej oczy nie straciły przenikliwości, zaś sprawność języka nie osłabła ani trochę. Nigdy jednak nie czyniła przykrych uwag Ani, bo dziewczę, tak samo, jak kiedyś, było i nadal ulubienicą starej panny.
— Ta dziewczyna doskonali się z każdym dniem — mówiła. — Inne dziewczęta nudzą mnie... takie są powierzchowne i lekkomyślne. Ania posiada tyle barw, co tęcza, a każda jest cudna. Nie jest, co prawda, obecnie tak wesoła, jak wówczas gdy była dzieckiem jeszcze, ale zniewala do kochania, a ja lubię takich.
Zanim się ktokolwiek spostrzegł, zjawiła się wiosna. Wokoło Avonlei zawilce wyjrzały z pod zeschłych traw, pokrytych jeszcze cienką warstwą śniegu, a jasna zieleń ukazała się w lasach i w dolinach. Ale w Charlottetown wśród seminarzystów zawrzała gorączkowa wymiana myśli i mówiono jedynie o egzaminach.
— Nieprawdopodobnem zdaje się, aby termin był taki bliski — mówiła Ania. — Zeszłoroczny okres przygotowawczy wydawał nam się tak niezwykle długi... cała zima nauki i wykładów. A egzaminy już, już w przyszłym tygodniu! — Wiecie, dziewczęta, nieraz miewam chwile, gdy egzaminy są w mojem pojęciu czemś bardzo ważnem, lecz kiedy widzę przed sobą te wspaniałe kasztany z nabrzmiałemi pąkami i szafirowe obłoki w górze, wtedy tracą one w moich oczach przynajmniej połowę swej doniosłości.
Janka, Ruby i Józia, które na chwilkę wstąpiły do Ani, nie dzieliły tego poglądu. Dla nich przyszłe egzaminy miały bardzo ważne znaczenie... były o wiele ważniejsze od pąków kasztanów lub mgieł majowych. Ania, zupełnie pewna, że co najmniej zda dobrze, mogła sobie pozwolić na takie chwile lekceważenia, ale jeśli czyjaś przyszłość zależy od szczęśliwego trafu, a one nie pewne były gruntowności swej wiedzy — nie wolno tak filozoficznie spoglądać na rzeczy.
— Ubyło mi w ostatnim tygodniu siedem funtów — westchnęła Janka. — I nic nie pomogą rady, aby się nie trapić. Ja chcę się trapić, to trochę pomaga. Zdaje ci się, że pracujesz, że starasz się, skoro się trapisz. Byłoby to coś strasznego, gdybym nie dostała patentu po spędzeniu całej zimy w seminarjum, po narażeniu rodziców na takie ogromne wydatki.
— Ja nie troszczę się bynajmniej o to wszystko — zauważyła Józia. — Jeśli nie zdam w tym roku na patent, zdam w roku przyszłym. Ojciec mój może łożyć na moją naukę. Czy wiesz, Aniu, Frank Stockley opowiadał mi, iż profesor Tremaine twierdzi, że Gilbert Blythe z pewnością otrzyma medal, a Emilja Clay zdobędzie stypendjum Avery.
— Sprawi mi to przykrość dopiero jutro — zaśmiała się swobodnie Ania. — Ale teraz czuję dokładnie, że dopóki fiołki będą wykwitały na pagórku poza Zielonem Wzgórzem, a drobne paprotki będą wychylały swe kędzierzawe główki wzdłuż Alei Zakochanych, nie zrobi mi to wielkiej różnicy, czy otrzymam stypendjum Avery, czy też nie. Starałam się, jak mogłam najlepiej, i teraz zaczynam pojmować, co znaczy „rozkosze walki“. Dobrze jest walczyć i zdobyć, ale dobrze też jest walczyć i zginąć... Dziewczęta, nie mówmy dłużej o egzaminach! Spójrzcie na sklepienie jasnozielonych obłoków ponad temi domami i wyobraźcie sobie, jak ono musi cudnie wyglądać ponad ciemno-purpurowemi lasami buków w Avonlei!
— Czy masz już kostjum na pierwsze dni wiosny, Janko? — spytała praktyczna Ruby.
Janka i Józia jednocześnie pośpieszyły z odpowiedzią, i potoczyła się gawędka o przyszłych modach. Tylko Ania, z łokciami, wspartemi na oknie, ze swą łagodną twarzyczką, wtuloną w obie dłonie, z oczami, pełnemi obrazów, głucha na paplaninę koleżanek, spoglądała poza dachy domów, podziwiając wspaniałe sklepienie obłoków, oblanych światłem zachodzącego słońca, i snuła marzenia przyszłości ze złotej przędzy młodzieńczego optymizmu.
Cała przyszłość należała do niej, tyle różowych obietnic, wychylających się z szeregu przyszłych lat, a każdy rok, jako ponętna róża, wpleciona w nieśmiertelną girlandę.





ROZDZIAŁ XVII.

Sława i marzenie.

Rankiem, gdy ostateczne wyniki egzaminów miały być ogłoszone w seminarjum, Ania i Janka razem przechadzały się po ulicy. Janka była szczęśliwa i uśmiechnięta. Egzaminy minęły i ostatecznie pewną była, że zdała i otrzyma patent. Inne względy nie niepokoiły Janki; nie posiadała ona wyższych ambicyj, więc też nie przechodziła nigdy gorączki niepokoju. Okupujemy bowiem pewną ceną wszystko, co zdobywamy lub otrzymujemy w życiu. I chociaż ambicje są warte tego, nie mogą być tanio zdobyte, lecz wymagają pewnego nakładu pracy, niepokojów i zaparcia się siebie.
Ania była blada i spokojna. Za mniej więcej dziesięć minut będzie już wiedziała, kto zdobył medal, a kto stypendjum.
— Niema wątpliwości, że ty otrzymasz jedno lub drugie z tych odznaczeń — rzekła Janka, nie mogąca wyobrazić sobie, aby Rada seminarjum okazała się na tyle niesprawiedliwą, by rozrządzie inaczej.
— Nie łudzę się nadzieją otrzymania stypendjum — odpowiedziała Ania. — Wszyscy twierdzą, że Emilja Clay je dostanie. Ale nie pójdę do kancelarji, aby się osobiście o tem dowiedzieć, nie mam tej moralnej odwagi. Idę do szatni dziewcząt! Ty przeczytaj ogłoszenie i przyjdź mnie zawiadomić, Janko. Ale błagam cię w imię naszej dawnej przyjaźni, uczyń to możliwie prędko. Jeśli przepadłam, powiesz mi to otwarcie, nie starając się bynajmniej ukryć prawdy. I cokolwiek się stanie, nie pocieszaj mnie i nie żałuj. Przyrzeknij mi to, Janko!
Janka uroczyście przyrzekła, lecz jak to się wkrótce okazało, obietnica ta była zbyteczna. Zaledwie bowiem weszły na szerokie schody, wiodące do przedsionka seminarjum, ujrzały tłum młodzieży, podnoszącej na ramionach swych Gilberta Blythe i wołającej z całych sił:
— Niech żyje Gilbert Blythe, medalista!
Na chwilę Ania uczuła przenikliwy ból, spowodowany rozczarowaniem i porażką. A więc przepadła. Gilbert zwyciężył! Mateusz zmartwi się niewątpliwie... taki był przekonany, że ona zostanie laureatką!
Ale wtem!...
Ktoś krzyknął:
— Po trzykroć hura! Niech żyje panna Shirley, stypendystka Avery!
— Ach, Aniu! — zawołała Janka, kiedy wśród grzmiących okrzyków przedostały się wreszcie do szatni, — Ach, Aniu, jakam ja z ciebie dumna! Czyż to nie wspaniałe!
Dziewczęta otoczyły laureatkę, śmiejąc się i winszując jej gorąco. Obejmowały ją za szyję i mocno ściskały dłonie. Całowana, wyrywana z rąk do rąk, Ania nie omieszkała jednakże szepnąć Jance:
— Ach, jakże Mateusz i Maryla będą uradowani! Muszę natychmiast napisać do domu.
Wkrótce potem nastąpiło uroczyste zamknięcie roku szkolnego. Ważny ten akt odbywał się w wielkiej sali zebrań w seminarjum. Po odczytaniu wypracowań, odśpiewaniu pieśni nastąpiło publiczne wręczanie dyplomów, nagród i medali.
Mateusz i Maryla byli przy tem obecni, z oczami utkwionemi w jedną osobę na estradzie... smukłe dziewczę w jasno-zielonej sukience, z lekko zarumienionemi policzkami i oczami błyszczącemi, jak gwiazdy. Studentka ta odczytała najlepsze wypracowanie. Wskazywano ją sobie i szeptano, że to ona zdobyła stypendjum Avery.
— Przyznaj, Marylo, żeś zadowolona, iż ją zatrzymałaś? — szepnął Mateusz, kiedy Ania skończyła czytać.
Były to jego pierwsze wyrazy od chwili, gdy wszedł do sali.
— Nie po raz pierwszy jestem z tego zadowolona. Chyba już dawno powinieneś był to zrozumieć, braciszku — odpowiedziała Maryla.
Panna Barry, siedząc poza nimi, przechyliła się i parasolką dotknęła Maryli.
— Czy nie jesteście dumni z waszej Ani? Ja jestem bardzo dumna — rzekła.
Ania powróciła tegoż wieczoru do Avonlei z Mateuszem i z Marylą. Nie była już w domu od kwietnia i czuła, że nie potrafi czekać dłużej na tę chwilę. Jabłonie były osypane kwiatami, a cały świat był świeży i młody. Djana oczekiwała ją na Zielonem Wzgórzu. W swym ukochanym białym pokoiku, gdzie Maryla ustawiła na oknie kwitnącą różę, Ania rozejrzała się i westchnęła z uczuciem szczęścia.
— Ach, Djano, jakże mi miło, że jestem znów w domu. Jaka to rozkosz widzieć znowu jodły, zarysowujące się na błękicie nieba... i ten biały sad, i tę starą Królowę Śniegu. Czyż nie słodkim jest zapach mięty? A ta cudna róża!... Jest w niej i poezja, i nadzieja, i prośba! I co za radość widzieć się znowu z tobą, Djano!
— Sądziłam, że wolisz Stellę Maynard — rzekła Djana z wyrzutem — Józia Pay mi to powiedziała; twierdzi, że jesteś zakochana w Stelli.
Ania roześmiała się i zwiędłą konwalijką ze swego bukietu cisnęła w Djanę.
— Stella Maynard jest to najmilsze dziewczę pod słońcem, oprócz jednego, którem ty jesteś, Djano — rzekła. — Kocham cię więcej niż kiedykolwiek... i mam ci tyle do opowiedzenia! Ale w tej chwili uważam, że dość już szczęścia siedzieć tu spokojnie i patrzeć na ciebie. Jestem zmęczona... przypuszczam, że zmęczona nauka i gorączkowem dążeniem. Mam zamiar spędzić jutro dwie godziny, leżąc na trawie w sadzie i nie myśląc zgoła o niczem.
— Jakżeś ty świetnie zdała, Aniu! Przypuszczam, że teraz, gdyś zdobyła stypendjum Avery, nie weźmiesz się do nauczycielstwa?
— Nie. We wrześniu wyjadę do Redmond. Czy to nie wspaniale? Po trzech cudownych miesiącach złotej swobody zabiorę się ze zdwojoną energją do pracy. Janka i Ruby zostaną nauczycielkami. Jak to się doskonale udało, żeśmy wszyscy otrzymali patenty, prócz biednego Moody Spurgeona i Józi Pay.
— Komitet szkolny w Newbridge ofiarował już posadę nauczycielki Jance — rzekła Djana. — Gilbert Blythe także zabiera się do pracy nauczycielskiej. Ojciec jego nie może łożyć na koszta kolegjum w roku przyszłym, więc Gilbert postanowił sam pracować na swe utrzymanie. Sadzę, że jeśli panna Ames opuści naszą szkołę, on ją obejmie.
Ania doznała uczucia lekkiego rozczarowania. Nie wiedziała o tym planie. Przypuszczała, że i Gilbert uda się do Redmond. Cóż ona pocznie, nie będąc podniecaną do współzawodnictwa. Czy praca w Collège z wielkim celem w przyszłości nie będzie jałową, z chwilą, gdy jej nie okrasi współzawodnictwo z godnym przeciwnikiem?
Nazajutrz rano podczas śniadania Ania zauważyła nagle, że Mateusz jest niezwykle mizerny. Stanowczo posiwiał bardzo od zeszłego roku.
— Marylo — rzekła wahającym tonem, gdy Mateusz wyszedł z pokoju. — Czy Mateusz jest zupełnie zdrów?
— Niestety, nie — odpowiedziała Maryla smutnym tonem. — Wiosną miewał kilkakrotnie lekki niepokój serca, a nie chce w żaden sposób szanować się i więcej dbać o swe zdrowie. Niepokoiłam się o niego bardzo, lecz obecnie czuje się on o wiele lepiej. Przyjęliśmy też dzielnego parobka, więc mam nadzieję, że Mateusz wypocznie i odzyska zdrowie. Przyjdzie to o tyle łatwiej, że ty będziesz w domu. Tyś zawsze umiała go rozweselić.
Ania przechyliła się poprzez stół i objęła twarz Maryli.
— I Maryla nie wygląda tak dobrze, jak zwykle — rzekła. — Taki wyraz znużenia na twarzy! Obawiam się, czy też Maryla nie pracuje zbyt wiele. Teraz, dopóki ja pozostanę w domu, musicie wy, moi drodzy, wypocząć. Jutrzejszy dzień poświęcę na odwiedzenie i powitanie wszystkich drogich, miłych kątów i rozbudzenie dawnych wspomnień, potem zaś wy będziecie próżnowali, natomiast ja zabiorę się do pracy.
Maryla uśmiechnęła się serdecznie.
— Nie praca męczy mnie... to wina mego wzroku. Obecnie miewam tak często ból... poza oczami. Doktór Spencer już kilkakrotnie zmieniał mi szkła, ale to nie pomaga. Przy końcu czerwca zjedzie na naszą wyspę sławny jakiś okulista i doktór namawia, bym się go poradziła. Sądzę, że tak uczynię. Nie mogę teraz ani czytać, ani szyć swobodnie. Ale tyś się dzielnie spisała w seminarjum, Aniu! Muszę ci to przyznać. Zdobyć podczas jednorocznej nauki patent pierwszej klasy i stypendjum Avery, to wcale nie drobnostka! Rozumie się, iż pani Linde twierdzi, że nie uznaje wcale wyższego wykształcenia kobiet. Mówi, że to odciąga kobietę od jej przyrodzonego stanowiska. Nie wierzę temu... Ale, ale, przypominam sobie, że Małgorzata wspominała mi o jakichś pogłoskach, dotyczących Banku Abbey, czyś ty nic o tem nie słyszała, Aniu?
— Słyszałam, że jest zachwiany — odpowiedziała Ania. — O cóż chodzi?
— Właśnie Małgorzata mówiła to samo. Była u nas któregoś dnia w zeszłym tygodniu. Mateusz zmartwił się tem niezmiernie. Bowiem wszystkie nasze oszczędności, każdy cent, złożone są w tym banku. Namawiałam Mateusza, by umieścił je raczej w Kasie oszczędności, lecz stary pan Abbey był serdecznym przyjacielem naszego ojca, który zawsze powierzał mu swój grosz. Mateusz twierdzi, że do każdego banku, gdzie pan Abbey byłby dyrektorem, możnaby mieć ślepe zaufanie.
— Zdaje mi się, że od paru lat jest on tam tylko dyrektorem de nomine — rzekła Ania. — Wszakże to już staruszek. Właściwie na czele instytucji stoją jego synowcy.
— To też kiedy Małgorzata zwróciła na to naszą uwagę, prosiłam Mateusza, by natychmiast wycofał nasz wkład; przyrzekł, że zastanowi się nad tem. Lecz oto wczoraj pan Russel zapewnił go znowu, że niema żadnych obaw co do banku Abbey.
Ania spędziła cudny dzień w otoczeniu natury. Dnia tego nie zapomniała nigdy. Był on taki jasny, złocisty, czarowny, taki wolny od cieniów, taki bogaty w przepyszne kwiaty. Ania zabawiła kilka godzin w sadzie, udała się do Źródła Nimf leśnych, do Doliny Fjołków i Zacisza Słowika. Zajrzała na probostwo, gdzie pogawędziła mile z panią Allan, a wreszcie przed wieczorem powędrowała z Mateuszem poprzez Aleję Zakochanych na pastwisko po krowy. Lasy kąpały się w promieniach zachodzącego słońca. Mateusz szedł powoli z pochyloną głową. Ania, smukła i gibka, postępowała obok, przystosowując swe kroki do jego chodu.
— Za wiele dziś Mateusz pracował — rzekła tonem łagodnego wyrzutu. — Dlaczego Mateusz się tak mało oszczędza?
— Nie pracuję zbyt dużo — odpowiedział skromnie, otwierając wrota, by przepuścić krowy. — Tylko zestarzałem się, a zapominam o tem. Tak, tak, zawsze pracowałem dużo, ale zginąłbym wcześniej, gdybym zaczął próżnować.
— Gdybym była tym chłopcem o któregoście w swoim czasie prosili panią Spencer — wtrąciła żywo Ania — mogłabym obecnie pomagać wam i wyręczać w rozmaitych sprawach. Chociażby dla tego jednego względu żałuję, że nie byłam nim.
— Ja zaś, Aniu, stokroć wolę ciebie od całego tuzina chłopców — odpowiedział Mateusz, pieszcząc jej dłoń. — Pamiętaj sobie... od tuzina chłopców. Czy który z chłopców zdobył może stypendjum Avery, co? Zdobyło je dziewczątko... moje dziewczę, moje dziewczątko, z którego jestem dumny!
Uśmiechał się do niej swym dobrym, nieśmiałym uśmiechem, wchodząc w podwórze.
Wspomnienie tego uśmiechu zabrała Ania do swego pokoiku, gdzie spędziła tego wieczoru długie chwile u otwartego okna, myśląc nad przeszłością i marząc o przyszłości. Przed domem Królowa Śniegu roztaczała się mglisto, biała w świetle księżyca. Żaby rechotały w stawie poza Sosnowem Wzgórzem. Ania zapamiętała na zawsze owo jasnosrebrne, pełne spokoju piękno i pachnącą ciszę owego wieczoru.
Była to ostatnia noc przed ciężkim smutkiem, jaki dotknął młodą dziewczynę. Ale są pewne dotknięcia losu, które na zawsze kładą smutny cień na życie.





ROZDZIAŁ XVIII.

Przewoźnik, którego imię jest śmierć.

— Mateuszu, Mateuszu... co się stało? Mateuszu... czy ci słabo?
Tak przemawiała Maryla, zaniepokojona, wyrzucając z siebie krótkie okrzyki. Ania wchodziła właśnie do sieni, trzymając w rękach ogromny pęk białych narcyzów.
Dużo czasu potem minęło, zanim mogła znieść znowu widok i zapach tych kwiatów — gdy usłyszała przerażony głos i ujrzała Mateusza, stojącego we drzwiach wchodowych, z jakąś gazetą złożoną w ręce, z twarzą jakby zesztywniałą, popielatą.
Ania rzuciła kwiaty i przybiegła ku niemu jednocześnie z Marylą. Ale obie przybyły za późno; zanim zdołały go podeprzeć, Mateusz runął na progu.
— Zemdlał! — krzyknęła Maryla. — Aniu, biegnij po Marcina... prędko, prędko! Jest w stajni. Marcin, nowo przyjęty parobek, który był właśnie powrócił z poczty, natychmiast pośpieszył po lekarza, zawiadamiając po drodze o tem, co się stało, państwa Barrych. Pani Linde, znajdująca się przypadkiem na Sosnowem Wzgórzu, przybiegła wraz z nimi. Zastali Anię i Marylę blade i przerażone, starające się napróżno przywrócić Mateusza do przytomności.
Pani Linde łagodnie odsunęła obie kobiety, pomacała puls i przyłożyła ucho do serca Mateusza, leżącego na ziemi. Poczem smutnie spojrzała na ich strwożone twarze i łzy napłynęły jej do oczu.
— Ach, Marylo — rzekła poważnie. — Nie sądzę, byśmy mogły mu jeszcze pomóc.
— Pani Linde, czy pani myśli... pani nie sądzi wszakże... czy Mateusz... czy...
Ania nie mogła wymówić tego strasznego wyrazu. Pobladła, słabo jej się zrobiło.
— Tak, dziecko, obawiam się, że tak. Spójrz na jego twarz. Jeśli ktokolwiek widział ten wyraz twarzy tak często, jak ja, to rozumie, co on znaczy.
Ania spojrzała na nieruchomą twarz Mateusza i pojęła całą grozę faktu.
Przybyły lekarz stwierdził, że śmierć nastąpiła natychmiastowo i prawdopodobnie bez bólu, spowodowana zapewne jakiemś silnem nagłem wzruszeniem.
Tajemnica tego wzruszenia odnalazła się w dzienniku, trzymanym w ręce Mateusza, a przywiezionym właśnie rano z poczty. Zawierał on wiadomość o bankructwie banku Abbey.
Smutna nowina szybko obiegła Avonleję. Przyjaciele i życzliwi tłumnie przybywali na Zielone Wzgórze, aby okazać współczucie pozostałym i sympatję zmarłemu. Po raz pierwszy cichy, skromny Mateusz Cutbert stał się ważną osobistością. Biały majestat śmierci pochylił się nad nim i ukoronował jego czoło.
Kiedy łagodna noc rozpostarła się ponad Zielonem Wzgórzem, stary dom Cutbertów zalegała uroczysta cisza. W bawialce spoczywał w trumnie Mateusz Cutbert. Długie siwe włosy okalały jego nieruchomą twarz, łagodnie uśmiechniętą, jak gdyby spał, śniąc przyjemnie. Wokoło leżały kwiaty, pachnące staromodne kwiaty, ongi zasadzone w ogrodzie domowym przez matkę jego, przybyłą tu jako młoda mężatka. Mateusz żywił dla nich zawsze tajemne, ciche przywiązanie. Ania zebrała je i przyniosła zmarłemu, zatapiając swe strwożone suche oczy w jego twarzy. Była to ostatnia przysługa, jaką mogła mu oddać.
Rodzina Barrych i pani Linde nie opuścili tej nocy Zielonego Wzgórza. Djana udała się na facjatkę, gdzie Ania stała u okna, i spytała się serdecznie:
— Aniu droga, czy nie chciałabyś, abym pozostała u ciebie?
— Dziękuję ci, Djano. — Ania poważnym wzrokiem spoglądała na przyjaciółkę. — Sądzę, że nie będę źle zrozumiana, gdy ci powiem, że pragnę być sama. Ja się nie boję tej samotności. Nie byłam jeszcze ani jednej chwili sama, odkąd to się stało... a pragnę być sama, zupełnie sama w ciszy, w spokoju i spróbować to pojąć. Bo dotąd nie mogę tego pojąć. Przez chwilę wydaje mi się, że Mateusz nie umarł, a potem znowu, że umarł już dawno i że ja ten straszny, ciężki ból już dawno odczuwam.
Djana nie zrozumiała dokładnie. Pojmowała lepiej nieokiełznaną rozpacz Maryli, zrywającą wszelkie tamy, sztucznie stawiane przez życie i długoletnie przyzwyczajenie, niż Ani cichy ból bez łez. Lecz odeszła, czule żegnając przyjaciółkę. Ania pozostała po raz pierwszy w życiu sam na sam z ciężką troską.
Biedaczka sądziła, że w samotności łzy łatwiej popłyną. Strasznym jej się wydawało, że nie potrafi poświęcić ani jednej łzy Mateuszowi, który ją tak bardzo kochał, był dla niej zawsze taki nad wyraz dobry, temu Mateuszowi, co jeszcze ostatniego wieczoru przechadzał się z nią po zachodzie słońca, a teraz spoczywał w mrocznym pokoju obok, z tym strasznym spokojem na czole. Ale łzy nie zjawiły się nawet i wtedy, gdy ukląkłszy w ciemności u swego okna, modliła się zapatrzona w gwiazdy nad wzgórzami... łzy nie zjawiły się, tylko ten sam straszny, głuchy ból, co ją gryzł i kąsał, dopóki nie usnęła, wyczerpana zmęczeniem i przebytemi wzruszeniami.
Zbudziła się w nocy. Ciemności i cisza otaczały ją, a wspomnienie przeżytego dnia przemknęło w jej umyśle niby fala smutku. Ujrzała uśmiechniętą twarz Mateusza, kiedy ostatniego wieczoru rozstawali się przy furtce... usłyszała głos jego: „Moje dziewczątko... moje dziewczątko, z którego jestem dumny“. Wtedy łzy rzuciły jej się do oczu i Ania zapłakała.
Maryla, posłyszawszy płacz, wślizgnęła się na facjatkę, by pocieszyć zrozpaczoną.
— Cicho, dziecko... uspokój się... nie płacz tak, kochanie. To go nam nie powróci. Nie... nie... nie trzeba tak płakać. Ja także za bardzo płakałam, nie potrafiłam się powstrzymać. Był on zawsze taki dobry, kochający brat...
— Ach, pozwólcie mi płakać, Marylo — skarżyła się Ania. — Łzy nie zaszkodzą mi tyle, co ten straszny ból. Niech Maryla pozostanie tu przez chwilę ze mną... niech mnie obejmie ramieniem, ot tak... Nie chciałam, by Djana została... jest to słodkie, kochane dziewczę... ale to nie jej smutek... ona jest mu daleką i nie może na tyle zbliżyć się do mnie, by mnie pocieszyć. To jest nasz smutek... Maryli i mój. Ach, Marylo, cóż my poczniemy bez Mateusza?
— Będziemy miały siebie wzajemnie, Aniu! A cóż bym uczyniła, gdyby ciebie tu nie było, gdybyś nie była wogóle do nas przybyła? Wiem dobrze, moja Aniu, że nieraz bywałam dla ciebie szorstką i surową, ale nie sądź, że pomimo to nie kochałam cię tak, jak Mateusz. Przyznaję się do tego teraz, kiedy łatwiej mi być szczerą. Zawsze trudno mi było wypowiedzieć, co czułam, ale w tej chwili potrafię to uczynić. Ja cię kocham, Aniu, tak bardzo, jak gdybyś była mojem własnem ciałem i krwią i od tej chwili, kiedyś przybyła na Zielone Wzgórze, byłaś mi stale radością i pociechą.
W dwa dni potem wynieśli Mateusza Cutberta przez sień jego starego domu, poza pola, które uprawiał, poza sady, które ukochał, i poza drzewa, które zasadził.
Avonlea powróciła do swego zwykłego niezamąconego spokoju i nawet na Zielonem Wzgórzu wszystkie sprawy potoczyły się dawnym trybem, roboty bywały załatwiane z tą samą regularnością, co i dawniej, pomimo, że wszyscy dotkliwie odczuwali pustkę, jaką sprawiła śmierć Mateusza.
Ania, która nigdy dotąd nie zaznała ciężkiego zmartwienia, smuciła się tem, że tak było, że życie mogło toczyć się dalej tak samo bez Mateusza. Doznała przykrości, jakby wstydu, nawet wyrzutów sumienia, spostrzegłszy, że wschody słońca poza jodłami i jasne różowe pąki w ogrodzie wprawiały ją w dawny zachwyt, że odwiedziny Djany cieszyły ją, a jej wesoła paplanina i żarty pobudzały ją do uśmiechu, że, krótko mówiąc, cudny świat kwiecia, miłości i przyjaźni nie utracił nic zgoła ze swej mocy wzruszania jej, że życie wzywało ją tysiącem nieprzezwyciężonych głosów.
— Nieraz wydaje mi się nieuczciwością wobec Mateusza, że cieszę się tem wszystkiem, kiedy jego już niema, — zwierzała się pani Allan, gawędząc z nią pewnego wieczoru w ogrodzie na probostwie. Brak mi go tak bardzo... bezustannie... a jednak świat i życie wydają mi się tak niezmiernie zajmujące i piękne! Dziś Djana powiedziała coś wesołego i oto roześmiałam się głośno. Kiedy się to stało, myślałam, że już nigdy śmiać się nie potrafię. I nawet sądzę, że nie powinnabym tego czynić.
— Mateusz cieszył się, widząc cię wesołą, lubił twój śmiech i był zadowolony, że znajdujesz przyjemność w otaczającym cię świecie — rzekła pani Allan łagodnie. — Odszedł, ale bez wątpienia pragnął, byś pozostała taką. Uważam, że nie należy zamykać dusz naszych przed kojącym wpływem natury. Ale ja rozumiem twe uczucia, Aniu. Sądzę, że wszyscy doświadczylibyśmy tego samego. Myśl, że odczuwamy rozkosze życia, kiedy ktoś ukochany nie jest już pośród nas i nie może dzielić ich z nami, myśl ta rani nas boleśnie i często wydaje się nam, że sprzeniewierzamy się naszemu smutkowi, jeśli nanowo zaczynamy wracać do życia.
— Byłam dziś po południu na cmentarzu, aby zasadzić krzak róży na grobie Mateusza — rzekła Ania smutnie. — Zabrałam gałązkę z tego małego krzaku białej róży, którą matka jego przywiozła kiedyś ze swej ojczyzny, ze Szkocji. Mateusz najbardziej lubił te różyczki... takie drobne a milutkie na swych kolczastych pniach. Rada byłam, żem mogła ją zasadzić na jego grobie, zdawało mi się, że czynię coś, co sprawiłoby mu przyjemność. Myślę, że ma może takie różyczki w niebie. Może dusze wszystkich tych małych białych róż, które tak lubiał, wyszły tam na jego spotkanie. Ale muszę wrócić do domu. Maryla jest sama, taka samotna o zmierzchu.
— Nieboraczka będzie zupełnie samotna, gdy ty wyjedziesz do Collège — rzekła pani Allan.
Ania nie odpowiedziała nic na tę uwagę. Pożegnawszy pastorową życzeniem dobrej nocy, podążyła wolno ku Zielonemu Wzgórzu. Maryla siedziała na stopniach przed domem i Ania usiadła obok niej. Drzwi, prowadzące do mieszkania, były otwarte; na podłodze przed niemi leżała wielka różowa muszla o cudnych mieniących się odcieniach i broniła je od zamknięcia.
Ania zerwała parę gałązek blado-żółtego groszku i zatknęła je we włosy. Lubiła ten słodki zapach, unoszący się wokoło niej przy każdym ruchu.
— Doktór Spencer był tutaj podczas twej nieobecności — rzekła Maryla. — Zawiadomił mnie, że ów sławny okulista będzie jutro w Carmody. Nalega, bym się doń zwróciła dla zbadania mego wzroku. Myślę, że uczynię to wreszcie. Będę mu bardzo wdzięczna, jeśli potrafi dobrać mi odpowiednie szkła. Nie będzie ci wszakże przykro pozostać samej na gospodarstwie? Marcin musi mnie odwieźć, a w domu jest robota, prasowanie, wypiek ciasta.
— Załatwię wszystko. Djana przyjdzie dotrzymać mi towarzystwa. Przypilnuję starannie roboty. Niech się Maryla nie obawia, że ukrochmalę chustki do nosa, albo że dodam kropli walerjanowych do ciasta.
Maryla roześmiała się.
— Jakim trzpiotem byłaś wówczas, Aniu. Co chwila inna katastrofa! Nieraz wydawało mi się, żeś niespełna rozumu. Czy pamiętasz ów dzień, gdyś sobie ufarbowała włosy?
— Pamiętam niewątpliwie. Nigdy go nie zapomnę — uśmiechnęła się Ania, dotykając ciężkich warkoczy, jakiemi była otoczona jej zręczna główka. — Nieraz śmiech mnie ogarnia, kiedy przypomnę sobie, ile przykrości doznałam z powodu tych moich włosów, była to wówczas naprawdę troska mego życia. Martwiłam się strasznie o moje włosy i o moje piegi. Piegi znikły wistocie: a ludzie są na tyle dobrzy, że nazywają włosy moje kasztanowatemi. Wszyscy tak mówią, z wyjątkiem Józi Pay. Wczoraj właśnie zauważyła, że obecnie są one jeszcze bardziej rude, niż kiedykolwiek, chyba, że moja czarna suknia czyni to, iż wydają się takiemi. Pytała mnie też, czy rudowłose osoby mogą przywyknąć do tego koloru. Czy Maryla wie, że porzuciłam już myśl polubienia kiedykolwiek Józi Pay? Czyniłam wszystko, co, mówiąc dowcipnym moim językiem, nazwałabym bohaterskim wysiłkiem, by ją polubić, ale Józia Pay nie daje się kochać.
— Józia należy do rodziny Pay — rzekła Maryla surowo — więc nie może być sympatyczna. Przypuszczam, że ludzie jej pokroju mają swój cel istnienia w społeczeństwie, lecz nie mogę go odgadnąć, zarówno jak nie potrafię się domyślić, po co istnieją pokrzywy? Czy Józia zostaje nauczycielką?
— Nie, wraca do seminarjum na rok przyszły, zarówno jak Moody Spurgeon i Karol Slone. Janka i Ruby wezmą się do nauczycielstwa i obie mają już przyrzeczone posady w szkołach. Janka w Newbridge, zaś Ruby trochę dalej na zachód.
— Zdaje się, że i Gilbert Blythe będzie nauczycielem, czy nie?
— Tak — krótko brzmiała odpowiedź.
— Jaki to przystojny chłopiec — rzekła Maryla w zamyśleniu, patrząc w dal. — Widziałam go przeszłej niedzieli, wydał mi się taki wysoki i smukły. Zupełnie podobny do swego ojca w tym wieku. Jan Blythe był także bardzo przystojny młodzieniec. Przyjaźniliśmy się ze sobą. Ludzie nazywali go nawet moim narzeczonym.
Ania spojrzała ciekawie na Marylę.
— Ach, Marylo... i cóż się stało... dlaczego... jakaż przyczyna?
— Posprzeczaliśmy się ze sobą. Nie chciałam mu wybaczyć, kiedy prosił o zgodę. Miałam zamiar uczynić to później, lecz byłam zła, obrażona i narazie pragnęłam go ukarać. Nie prosił więcej. Blythowie byli zawsze dumni. Ale ja potem żałowałam... smutno mi było. Nieraz żałowałam, że nie wybaczyłam mu, kiedy mnie o to prosił.
— Więc i Maryla miała w swej młodości zawód serdeczny? — spytała Ania łagodnie.
— Tak, możesz to tak nazwać. Nie domyśliłabyś się tego, patrząc na mnie, prawda? Ale nigdy nie należy sądzić ludzi wedle ich powierzchowności. Wszyscy już zapomnieli historję Jana i Maryli. Ja sama byłabym zapomniała. Lecz wspomnienia te odżyły we mnie, kiedym zeszłej niedzieli ujrzała Gilberta Blythe.





ROZDZIAŁ XIX.

Zmiana planów.

Nazajutrz Maryla pojechała do miasta, gdzie spędziła cały dzień. Ania odprowadziła Djanę do domu, a wróciwszy, zastała Marylę w kuchni, siedzącą przy stole, z głową wspartą na rękach. Przygnębienie, malujące się na jej twarzy, przeszyło lodem serce Ani. Nigdy dotąd nie widywała Maryli tak złamanej.
— Czy Maryla jest bardzo zmęczona? — spytała.
— Tak... nie... nie wiem doprawdy — odpowiedziała bezdźwięcznie zapytana, spoglądając ku dziewczęciu. — Zapewne, że jestem trochę zmęczona, lecz nie o tem myślałam.
— Czy Maryla radziła się okulisty? I cóż on powiedział? — Spytała Ania niespokojnie.
— Owszem, byłam u niego. Zbadał mój wzrok i powiedział, że jeśli wyrzeknę się najzupełniej szycia i czytania, oraz wszelkiej pracy, nadwyrężającej oczy, jeśli postaram się nie płakać i używać będę poleconych mi przez niego szkieł, wtedy ma nadzieję, że nie zajdzie pogorszenie i wyleczę się z bólów głowy. Jeśli zaś nie posłucham go, za pół roku bezwarunkowo stracę wzrok. Będę niewidoma! Aniu, pomyśl, jakie to straszne!
Ania po pierwszym rozpaczliwym okrzyku zamilkła na chwilę. Wydało jej się, że nie może mówić. Ale zaraz śmiało, choć niepewnym trochę głosem, rzekła:
— Marylo, nie należy dręczyć się taką myślą. Wszakże lekarz nie odebrał nadziei. Jeśli Maryla będzie się szanowała, nigdy wzroku nie utraci. A jeżeli odpowiednie szkła potrafią w dodatku usunąć dotychczasowe bóle głowy, co za wielkie szczęście!
— Nie nazywaj tego szczęściem — odpowiedziała z goryczą Maryla. — Pocóż mam żyć, jeśli nie wolno mi czytać, szyć, ani też zajmować się czemkolwiek? W takim razie co za różnica umrzeć czy oślepnąć? Co się zaś tyczy płaczu, nie potrafię się odeń powstrzymać, gdy zostaję samotna. Ale niema tu o czem mówić... Będę ci, Aniu, bardzo wdzięczna, jeśli mi przygotujesz filiżankę herbaty. Jestem taka osłabiona! Tylko, proszę cię, nie wspominaj o tem wszystkiem nikomu. Nie chcę, by przychodzili mnie odwiedzać, żeby mnie wypytywali i żałowali...
Kiedy Maryla zjadła wieczerzę, Ania namówiła ją, by się położyła do łóżka. Poczem sama udała się na facjatkę i w ciemnościach usiadła przy oknie, samotna ze swemi łzami i ciężkim smutkiem na duszy. Jakże strasznie zmieniło się wszystko od owej chwili, kiedy tu siedziała wieczorem po powrocie z seminarjum! Pełną była wówczas nadziei i radości, a przyszłość wydawała jej się różową, bogatą w cudne obietnice. Zdawało się jej, że całe lata minęły od owej promiennej chwili. Lecz zanim ułożyła się do spoczynku, uśmiech zakwitł na jej ustach, a spokój zawitał do duszy. Odważnie i śmiało spojrzała w oczy obowiązkowi i znalazła w nim przyjaciela, bo obowiązek bywa nim zawsze, ilekroć śmiało idziemy na jego spotkanie.
W kilka dni potem Maryla powoli wracała z podwórza, gdzie rozmawiała z jakimś obcym przybyszem. Ania znała go tylko z widzenia: był to Jan Sodler z Carmody. Ania nie domyślała się treści rozmowy, lecz zdziwiła się zmianie, jaka odmalowała się na twarzy Maryli.
— Czegóż chciał ten pan Sodler, Marylo?
Maryla usiadła u okna i spojrzała na Anię.
Wbrew zakazowi okulisty, oczy jej były pełne łez, a głos załamywał się, gdy rzekła:
— Słyszał, że mam zamiar sprzedać Zielone Wzgórze, więc chciałby je nabyć.
— Sprzedać? Kupić Zielone Wzgórze?
Ania nie była pewna, czy dobrze słyszała.
— Czyż Maryla sprzeda kiedy Zielone Wzgórze?
— Nie wiem, Aniu, jakby tego uniknąć. Rozmyślałam już nad tem. Gdybym miała dobry wzrok, mogłabym tu pozostać, zajmować się wszystkiem, gospodarować z pomocą dzielnego parobka. Ale tak, jak obecnie rzeczy się mają, jest to niemożliwe. Mogę zupełnie utracić wzrok, a wtedy jakże będę sobie radziła? Nigdy nie wyobrażałam sobie, że dożyję dnia, w którym przyjdzie mi sprzedać stary nasz dom... Ale gospodarstwo będzie coraz bardziej upadało, aż wreszcie nikt nie zechce kupić Zielonego Wzgórza. Wszystkie nasze oszczędności przepadły w owym banku, a dużo jest zobowiązań, które Mateusz miał właśnie uregulować. Pani Linde radzi mi, bym sprzedała wszystko i zamieszkała gdzieś na stałe... może u niej. Niewiele uzyskam z tej sprzedaży... gruntu jest mało, a budynki są stare. Sądzę jednak, że dla mnie wystarczy. Szczęśliwa jestem, żeś ty zabezpieczona twoim stypendjum, Aniu. Przykro mi, że nie będziesz miała swego domu, gdziebyś spędzała wakacje, lecz sądzę, że potrafisz zaoszczędzić cokolwiek.
Maryla przerwała, gorżko płacząc.
— Niech Maryla nie sprzedaje Zielonego Wzgórza — rzekła Ania stanowczo.
— Ach, Aniu, jakżebym tego pragnęła. Ale wszak sama widzisz! Nie mogę tu pozostać samotna. Oszaleję ze smutku i zgryzoty. I stracę wzrok... wiem, że zaniewidzę.
— Maryla nie pozostanie tu sama. Ja tu będę. Nie pojadę do Redmond.
— Nie pojedziesz do Redmond?
Maryla odjęła dłonie od zapłakanej twarzy i spojrzała na Anię.
— Cóż ty zamierzasz?
— To co mówię. Nie przyjmę stypendjum. Postanowienie to powzięłam owego wieczoru, kiedy Maryla powróciła z miasta. Rozmyślałam i ułożyłam plan, który zaraz oto wyłożę. Pan Barry zamierza w roku przyszłym wydzierżawić nasze grunty, więc Maryla nie będzie miała kłopotu z rolą. Ja zaś obejmę posadę nauczycielki. Pragnęłam pozostać w Avonlei, ale słyszałam, że Rada szkolna przyrzekła to miejsce Gilbertowi Blythe. Mogę jednak otrzymać posadę w Carmody... mówił mi o tem wczoraj wieczorem pan Blair. Zapewne, że to nie będzie ani tak przyjemne, ani tak wygodne, jak gdybym została w Avonlei. Mogłabym jednak mieszkać dalej tutaj, a codziennie jeździć do Carmody. Przynajmniej tak długo, dopóki pogoda służyć będzie. W zimie zaś przyjeżdżałabym do domu co piątek. Zatrzymałabym jednego konia dla siebie. O, obmyśliłam już dokładnie wszystko. Będę Maryli czytywała głośno i będę ją rozweselała. Już nie będzie biedactwo moje smutne i samotne! Będziemy żyły we dwie spokojnie i szczęśliwie!
Maryla słuchała, niepewna, czy nie śni.
— O, Aniu, wiem, że byłoby mi o wiele lżej, gdybyś ty ze mną tu została. Lecz nie mogę pozwolić na takie poświęcenie się dla mnie. To byłoby zbyt wiele.
— Ależ drobnostka! — Ania roześmiała się wesoło. — Niema w tem najmniejszego poświęcenia! Niema nic gorszego nad sprzedaż Zielonego Wzgórza... nic nie mogłoby boleśniej mnie dotknąć. Musimy zatrzymać nasz stary kochany kąt. Postanowienie moje jest stanowcze, Marylo. Nie pojadę do Redmond; pozostanę tutaj i będę nauczycielką. Niechże się Maryla o mnie nie martwi!
— A twoje dążenia, twoje plany, Aniu?
— Pozostają. Zmieniłam jedynie cel moich dążeń. Chcę być dobrą nauczycielką i chcę uratować wzrok mojej ukochanej opiekunki. Pozatem, zamierzam kształcić się samodzielnie w domu, przejść odpowiedni kurs kolegjum. Ach, mam dziesiątki planów, Marylo! Myślałam nad niemi cały ten tydzień. Ofiaruję innym to, co posiadam najcenniejszego i mam nadzieję, że z życia otrzymam wzamian również to, co jest w niem najlepszego. Kiedy opuszczałam seminarjum, wydawało mi się, że przyszłość roztacza się przede mną jak równy, szeroki gościniec. Sądziłam, że potrafię sięgnąć wzrokiem daleko, wiele mil w dal. Teraz oto niespodzianie zaskoczył mnie jakiś skręt. Nie wiem, co się poza nim znajduje, ale chcę wierzyć, że tylko dobre. Skręt ten posiada w sobie coś pociągającego, Marylo. Wyobrażam sobie, że poza nim ciągnie się wspaniała zieloność i roztacza cudna woń, barwne światła i cienie, wiele nowych krajobrazów, wiele nowego piękna, jakieś wyżyny, wzgórza, jakieś szczyty...
— Sądzę jednak, że nie powinnam ci pozwolić na zrzeczenie się stypendjum — wtrąciła Maryla.
— Nie możecie temu zapobiec, łaskawa pani! Mam lat szesnaście i pół, „uparta jak osioł“ wedle wyrzeczonych kiedyś słów pani Linde — zaśmiała się Ania. — Ach, Marylo, nie litujcie się nade mną. Nie lubię litości, a w tym wypadku stanowczo nie zasługuję na nią. Cieszę się bardzo myślą pozostania na naszem ukochanem Zielonem Wzgórzu. Nikt nie potrafi go tak kochać, jak Maryla i ja, więc musimy je zatrzymać.
— Ty, drogie, błogosławione dziecię! — rzekła Maryla, nie protestując więcej. — Czuję, żeś wlała we mnie nowe życie. Wiem, że powinnabym bronić się i wysłać cię do Redmond, ale wiem też, że nie potrafię tego uczynić, więc nie próbuję. Postąpisz, jak sama zechcesz, Aniu.
Kiedy po Avonlei rozeszła się wieść, że Ania porzuciła zamiar wstąpienia do Collège, a zostaje w domu i zajmie się nauczycielstwem, rozmaicie o tem mówiono. Większość sąsiadów, nie wiedząc nic o zagrożonym wzroku Maryli, uważała, że Ania postępuje niemądrze. Pani Allan twierdziła inaczej. Powiedziała to Ani w tak wzruszających wyrazach, że dziewczęciu łzy napłynęły do oczu. Poczciwa pani Linde była tegoż zdania. Przyszedłszy któregoś popołudnia na Zielone Wzgórze, zastała Anię i Marylę siedzące na progu w cieple zachodzącego słońca. Lubiły tu przesiadywać, gdy zmrok zapadał, białe nocne motyle uwijały się po ogrodzie, a zapach mięty przenikał wilgotne powietrze.
Pani Linde usadowiła swą pulchną postać na kamiennej ławeczce obok drzwi, przy których rosły piękne, wysokie, różowe i żółtawe malwy. Następnie wydała głębokie westchnienie ulgi i rzekła:
— Przyznaję, że rada jestem, iż mogę wypocząć. Cały dzień byłam na nogach, a dwieście funtów wagi to nielada ciężar dla dwóch nóg. Wielkie to błogosławieństwo nie być tęgą, Marylo. Przypuszczam, że umiesz je ocenić. Słyszałam, że Ania porzuciła myśl wyjazdu do Collège. Ucieszyłam się serdecznie tą wiadomością. Naprawdę, Aniu, zdobyłaś już tyle wykształcenia, ile wystarcza kobiecie. Nie mam zaufania do tych dziewcząt, co się udają do Collège dla wspólnej nauki z młodymi ludźmi i co nabijają sobie głowy greckim, łaciną i temi wszystkiemi niedorzecznościami!
— Ale kiedy ja pomimo to będę w domu pracowała nad łaciną i greckim — zaśmiała się Ania. — Postanowiłam przejść kurs Collège na Zielonem Wzgórzu i pracować tak pilnie, jakbym to czyniła na kursach.
Pani Linde podniosła ręce w górę.
— Aniu, zamordujesz się!
— Cóż znowu! To mi tylko posłużyć może. Nie przepracuję się bynajmniej. Będę wszakże miała tyle wolnego czasu w długie zimowe wieczory, a nie mam zamiłowania do robót ręcznych. Przyjmę posadę nauczycielki w Carmody, pani wie o tem, prawda?
— Nie, nie słyszałam o tem. Mówiono mi, że zostajesz w Avonlei. Rada szkolna postanowiła powierzyć ci naszą szkołę.
— Co też pani Linde mówi! — zawołała Ania, zrywając się z miejsca. — Wszakże posadę tę przyrzeczono Gilbertowi Blythe!
— Tak było wistocie. Lecz kiedy Gilbert dowiedział się, że ty przyjęłabyś chętnie tę posadę, zwrócił się do Rady szkolnej — wczoraj wieczorem, jak wiesz, odbywało się posiedzenie w szkole — i oświadczył, że zrzeka się swej nominacji na twoją korzyść. On sam zaś przechodzi na stanowisko nauczyciela w Białych Piaskach. Prawdopodobnie zrzekł się tej posady tylko ze względu na twoje dobro, gdyż niewątpliwie domyśla się, jak bardzo pragnęłabyś pozostać z Marylą. Uważam, iż postąpił bardzo szlachetnie. Powiem, że nawet do pewnego stopnia z poświęceniem, gdyż w Białych Piaskach musi opłacać pensjonat, a każdemu wiadomo, iż obecnie sam będzie pracował na swe utrzymanie. Rada szkolna przychyliła się ku jego prośbie i tobie ofiarowuje tę posadę. Ucieszyłam się niezmiernie, gdy Tomasz, powróciwszy do domu, opowiedział mi o tem.
— Nie sądzę, bym powinna ją przyjąć — szepnęła Ania. — To jest... nie wiem, czy wolno mi przyjąć takie poświęcenie Gilberta... takie poświęcenie dla mnie.
— Nie możesz obecnie zapobiec temu. Podpisał już umowę z Radą szkolną z Białych Piasków. Nie uczynisz mu więc żadnej przysługi, jeśli odmówisz. Rozumie się, że powinnaś przyjąć tę posadę. Dasz sobie doskonale radę w szkole, teraz gdy nie będzie w niej żadnego dziecka z rodziny Pay. Józia była ostatnią z nich, ale też i najlepszą! W ostatnich dwudziestu latach stale mieliśmy jedno lub kilkoro dzieci Pay’ów w szkole Avonlei i przypuszczam, że ich misją życiową było ćwiczenie nauczycieli w cierpliwości. Prawda, Marylo? A to co takiego? Cóż tam tak powiewa w pokoiku na facjatce u Barrych?
— Djana sygnalizuje, abym przyszła czemprędzej — roześmiała się Ania. — Pani wie, że zachowałyśmy dawne nasze zwyczaje. Wybaczcie, że pobiegnę zapytać, co się stało?
Anią pomknęła przez łąkę koniczyny i znikła w ciemnej głębi Lasu Duchów. Pani Linde życzliwie patrzała za nią.
— Ma jeszcze w sobie wiele z dziecka — rzekła.
— Ale też wiele z kobiety dojrzałej — odpowiedziała Maryla, powracając zlekka do swego dawnego surowego tonu.
Jednakże surowość przestała już cechować Marylę. Pani Linde tegoż wieczoru zwierzyła się swemu mężowi:
— Maryla Cutbert złagodniała. Możesz mi wierzyć.
Nazajutrz wieczorem Ania udała się na mały cmentarzyk Avonlei, aby złożyć wiązankę świeżych kwiatów na mogile. Mateusza i podlać ów szkocki krzak róży. Pozostała tam trochę; kochała spokój i ciszę tego miejsca, szum topoli, wydający jej się miłą, przyjacielską rozmową i szept traw, rosnących pomiędzy grobami. Kiedy wreszcie wyszła z cmentarza i schodziła po wzgórzu, w dole którego płynęło Jezioro lśniących wód, słońce już się zupełnie skryło i Avonlea roztoczyła się przed nią w sennym półzmroku. Lekki powiew, przybywający tu ze słodkich, jak miód, pól koniczyny, napełnił powietrze cudną świeżością. Z pomiędzy drzew zaczęły połyskiwać światła zapalone po domach. W dole rozciągało się morze, zamglone i purpurowe, szumiąc i hucząc bezustannie. Na zachodzie niebo żarzyło się jeszcze w przepysznej symfonji barw, a staw odbijał się w spokojniejszych odcieniach. Piękno natury wzruszyło Anię i wdzięcznem sercem wchłonęła je w siebie.
— Drogi, ukochany świat! — szepnęła — jakże ja cię podziwiam i jakże się cieszę, że żyję wśród ciebie.
W dole wzgórza rozległo się nagle wesołe pogwizdywanie i ukazał się jakiś młodzieniec, wychodzący z furtki ogrodu Blythe’ów. Był to Gilbert. Kiedy spostrzegł Anię, gwizdanie zamarło na jego wargach. Uprzejmie uchylił czapki, lecz poszedłby dalej, gdyby Ania nie zatrzymała się i nie wyciągnęła doń ręki.
— Gilbercie — rzekła, zalewając się szkarłatnym rumieńcem — chciałam ci podziękować za zrzeczenie się szkoły w Avonlei na moją korzyść. Było to bardzo wspaniałomyślnie... i pragnęłam ci powiedzieć, jak cenię twoją dobroć.
Gilbert szybko ujął podaną sobie dłoń.
— Nie było w tem nic niezwykłego, Aniu. Przyjemnie mi jest, że mogę ci oddać małą przysługę. Czy teraz będziemy wreszcie przyjaciółmi? Czy naprawdę darujesz mi mój dawny błąd?
Ania roześmiała się i napróżno starała cofnąć swą rękę.
— Przebaczyłam ci już owego dnia na przystani, chociaż sama nie byłam świadoma tego. Jakąż upartą gąską byłam wówczas! Od owej chwili... muszę się ostatecznie przyznać... żałowałam ciągle mego uporu.
— Teraz więc będziemy przyjaciółmi — zawołał Gilbert wesoło. — Stworzeni byliśmy na przyjaciół, Aniu. Tyś dość długo opierała się przeznaczeniu. Wiem, że będziemy mogli niejednokrotnie pomagać sobie wzajemnie. Masz wszakże zamiar samodzielnie dalej pracować, czy nie? Ja zamierzam to samo. Chodźmy, odprowadzę cię do domu.
Maryla ciekawie spojrzała na Anię wchodzącą do kuchni.
— Któż to szedł z tobą wzdłuż alei, Aniu? — spytała.
— Gilbert Blythe — odpowiedziała Ania, czując, ku swemu niezadowoleniu, że się rumieni. — Spotkałam go na wzgórzu obok domu.
— Nie przypuszczałam, że Gilbert i ty przyjaźnicie się w tym stopniu, aby spędzać pół godziny na rozmowie za furtką — rzekła Maryla z lekkim uśmiechem.
— Nie przyjaźniliśmy się... a nawet byliśmy wrogo dla siebie usposobieni. Lecz oto zapadło postanowienie, że w przyszłości będziemy przyjaciółmi. Czyż wistocie rozmawialiśmy całe pół godziny? Myślałam, że najwyżej pięć minut. Ale, co prawda, musimy sobie powetować cztery lata straconej rozmowy.
Długo siedziała Ania tego wieczoru u okna z cichą radością w duszy. Wiatr lekko kołysał gałęzie wiśni, a zapach mięty płynął ku niej z ogrodu. Gwiazdy zerkały poprzez szczyty jodeł na wzgórzu, a światło z pokoiku Djany mrugało swoją zwykłą szczeliną.
Widnokrąg Ani zacieśnił się nieco od owego wieczoru, kiedy powróciła z seminarjum do domu. Lecz pomimo, że ścieżka, ścieląca się obecnie przed jej stopami, była wąska, czuła, iż kwiaty spokojnego szczęścia zakwitną na niej. Radość i szczęście, jakie stwarza gorliwa praca, nadziei pełne dążenia i serdeczna przyjaźń staną się jej udziałem. Nic nie potrafi ukrócić skrzydeł jej wyobraźni, ani przytłumić idealnego świata jej marzeń. I zawsze będzie mogła spoglądać poza skręt gościńca.
— Życie jest piękne! — szeptała Ania z zachwytem.





Przypisy

  1. Stejsi.
  2. Bidżuud.
  3. Moody i Spurgeon są to nazwiska dwóch najpopularniejszych kaznodziejów w Ameryce.
  4. Amerykańskie Collège jest pośrednie pomiędzy gimnazjum a uniwersytetem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.