Ze wspomnień Kasztelanica/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Biesiekierski
Tytuł Ze wspomnień Kasztelanica
Podtytuł przyczynek do historyi obyczajów, życia domowego i wychowania w końcu 18 w.
Redaktor Kajetan Kraszewski
Data wydania 1896
Wydawnictwo K. Grendyszyński
Miejsce wyd. Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała książka
Pobierz jako: Pobierz Cała książka jako ePub Pobierz Cała książka jako PDF Pobierz Cała książka jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ZE WSPOMNIEŃ KASZTELANICA
Kraszewski Kajetan - Ze wspomnień Kasztelanica tytor.jpg
PRZYCZYNEK
DO HISTORYI OBYCZAJÓW, ŻYCIA DOMOWEGO

I WYCHOWANIA W KOŃCU XVIII. W.

ZE STAREGO RĘKOPISU
OPRACOWAŁ
KAJETAN KRASZEWSKI
Kraszewski Kajetan - Ze wspomnień Kasztelanica.tyt.jpg
PETERSBURG
NAKŁADEM K. GRENDYSZYŃSKIEGO
1896


KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.




Kraszewski Kajetan - Ze wspomnień Kasztelanica 019.jpg




M


Mało zapewne jest żyjących jeszcze z owej dawnej epoki ludzi, na których powołując się uznanie, mógłbym dzisiejszemu pokoleniu (1882) mówić o tak daleko ubiegłych od nas czasach. Porównywając obecne obyczaje z dawnymi, tryb życia społecznego i wychowanie, sam byłbym pierwszym niedowiarkiem tego, co zamierzam opowiedzieć, gdybym nie słyszał od ojca mego, któremu wiary odmówić niepodobna, jako człowiekowi, rządzącemu się prawdą przez całe życie. Pokolenie młode, które dziś wychowuje i uczy, może i nie uzna, żeby się tak kiedyś dziać mogło, a ich rodzice oburzą się na myśl, iżby ich pieszczotki tak chowane i w takiej ryzie trzymane były. Rygor i posłuszeństwo dla starszych były może posunięte do przesady, ale dziś dzieci mają częstokroć przewagę nad rodzicami. Czy to na lepsze nam wypadnie, osądzić trudno, jednakże i w owej epoce wychowywali się ludzie zacni, których po dziś dzień ze czcią wspominamy, wreszcie był to może wpływ obyczajów, które się do nas z za granicy bezładnie wciskały. Nauka i wynalazki postąpiły od owej epoki olbrzymim krokiem, ale czy obyczaje i moralność w tym stosunku się poprawiły, nie do mnie sad w tej mierze wydawać należy. Zamierzyłem sobie bowiem zebrać, nie dzieje, ani kronikę, lecz opowiadania ojca mojego, którym z zajęciem się przysłuchiwałem; bez pretensyi zyskania sławy pisarza, malującego obraz ówczesnej epoki. Chciałem tylko pozostawić następnemu pokoleniu jakąś po sobie spuściznę, wychodząc z tej zasady, że gdyby mniej więcej każda rodzina spisywała dzieje swoje, szkicując zwyczaje, utworzyłaby się stad niewyczerpana i bogata skarbnica historyi narodu naszego, a drogocenny materyał dla powieściopisarzy. Dopóki więc mi jeszcze pamięć dopisuje, starać się będę chociaż nieudolnemu piórem zebrać i nakreślić ojca mojego opowiadania.

Antoni Biesiekierski.


I.
Dom rodzicielski.

Dziad mój (autora Antoniego B.)[1] mieszkał w jednej z najchlebodajniejszych okolic kraju naszego, na Kujawach, w majętności Płowce, odziedziczonej po swym ojcu. Jako jedynak, na dzisiejsze czasy magnacką prawie posiadał fortunę, składającą się z wioski, która stanowiła oddawna gniazdo rodzinne, osobnych oddzielnych dóbr odległych o mil parę i kilku innych porozrzucanych w okolicy po mniejszych miastach. Liczył się więc do majętniejszych w kraju obywateli; ukształcenie posiadał wyższe, z tymi więc środkami, jako rzeczywiście uzdolniony, powołany został na wyższy urząd w kraju, bo ostatecznie po szczeblach doszedł do krzesła senatorskiego i piastował godność kasztelana.
Ożenił się z wojewodzianka płocką, Zboińską, z możnej pochodzącą rodziny, przez co powiększył swoją fortunę; owdowiawszy w lat kilka po tej pierwszej żonie, która mu pozostawiła trzech synów i córkę, wszedł w powtórne związki małżeńskie z kasztelanką inowrocławską, Dąmbską, a ta mu wniosła w posagu dobra położone w Prusach. Był więc obywatelem różnorządowym, lecz prześladowany przez króla pruskiego, prawie połowę tych dóbr przez konfiskatę utracił. Ostatni z królów naszych, słodząc mu tę gorzką pigułkę, w nagrodę nadał tytuł hrabiego, którego dziad nie używał, dokument tylko ten zachował, jako pamiątkę dopełnionego gwałtu i takowy po dziś dzień znajduje się w archiwach rodzinnych.
Druga żona dziada mego obdarzyła go bardzo licznem potomstwem; ojciec mój (Wincenty), który pochodził z tego powtórnego związku, liczył, że było rodzeństwa dwadzieścia dwoje, z tego zaledwie trzecia część wychowała się i dosięgła dojrzalszego wieku. Dziad mój, jako dygnitarz kraju, przebywał większą część życia swego albo w stolicy, gdzie go urząd jego powoływał, lub też za granicą, w dyplomatycznych misyach wysyłany. Zarząd więc tak obszernych majętności, jakie posiadał, był w ręku plenipotentów i ekonomów. Dwór jednakże w gnieździe rodzinnem, Płowcach, utrzymywany był licznie i zawsze gotów na powrót państwa, który każdej chwili mógł nastąpić; liczna służba i rezydenci oczekiwali na niespodziane ich przybycie.
W tem położeniu wychowaniem tak licznego, jak to wyżej wspomniałem, potomstwa za młodu nie zajmował się ani dziad mój, ani też babka, mając inne obowiązki do spełnienia. Rzeczą zaś było przyjętą w owym czasie, u magnatów zwłaszcza, że małemi dziećmi nie zajmowano się wiele, co teraźniejsze matki z oburzeniem przeczytają, dawniej jednak ten błąd przebaczano. Po przyjściu więc na świat dziecka, odsyłano pod dozorem ochmistrzyni do dóbr swoich z poleceniem, aby oddano dziecko na odchowanie do tej lub owej majętności zarządzającemu gospodarstwem, który to obowiązek każdy miał sobie w kontrakcie zastrzeżony.
Ojciec mój dostał się do ludzi bardzo zacnych i uczciwych, również jak dwaj starsi bracia jego, którzy po dojściu do lat trzech i czterech poumierali; o czem obowiązkiem było rządcy, czy też ekonoma przy raporcie ostatnim z gospodarstwa zamieścić wiadomość, mianowicie: jaki jest remanent w kasie, w zbiorach, w stanie inwentarza i t. p. oraz dodać, że pomiędzy innemi dnia tego a tego »umarł panicz«. Ojciec mój (Wincenty) pozostawszy sam, tem troskliwiej był przez tych zacnych ludzi pielęgnowany, którzy, że sami byli bezdzietni, jak do własnego dziecka się przywiązali. Pani sama pieściła ojca mojego jak rodzona matka, on zaś, gdy się już ojciec odchował tak, że mógł się przy nim czepiać, był nieodstępnym prawie jego towarzyszem. Był więc ciągle przez obojga pieszczony i było mu tam jak w niebie; nie dziw więc, że przywiązał się do nich, jak do własnych rodziców i za takowych ich też uważał.
Ale jak wszystko ma swój kres, tak i ta błoga zobopólna rozkosz musiała się przerwać niewypowiedzianą goryczą. Postanowiono bowiem było, że jak skoro dziecko oddane na wychowanie skończy lat siedm, obowiązkiem było wychowującego ekonoma pańskie dziecko odwieźć do głównej majętności, gdzie była szkoła paniczów w oficynie i tam pod nadzorem podówczas tak zwanego dyrektora poczynało się pierwsze wykształcenie.
Gdy ta epoka na mego ojca nadeszła, wymyty, przystrojony i wyszykowany, jak tylko może być najlepiej, pojechał mój ojciec z wielką uciechą ze swym opiekunem w podróż, nie przewidując swoim dziecinnym instynktem rozpaczy, która go niebawem spotkać miała. Nic mu o celu podróży pierwej nie powiedziano, dopiero na miejscu dowiedział się prawdy, że przybył do rzeczywistych swoich rodziców, czego zrazu dziecinnym rozumem pojąć nawet nie mógł i sądził, że to jest jedna z dykteryjek, któremi go nieraz opiekun jego przed ułożeniem do snu wieczorami zabawiał. Dopiero później wszystko w rzeczywistość poczęło się zmieniać, jak zobaczył rówieśników swoich, których braćmi kazano mu nazywać i gdy potem zaprowadzono do dużego dworu przed jakichś państwa — byli to rodzice jego naówczas właśnie bawiący w domu i ci pochwalili opiekuna za dobre odchowanie dziecka. Ojciec mój jednakże pomimo dawanych rozkazów, co ma dalej robić, to jest, aby szedł do oficyny, uporczywie trzymał się poły surduta tego, którego za ojca dotąd uważał. Musiano więc nakoniec prawie gwałtem oderwać go od jego dotychczasowego opiekuna i przy największym ryku i płaczu zamknąć w osobnym pokoju.
Przez trzy dni nieutulony w płaczu i smutku nie przyjmował żadnego prawie posiłku; w końcu gdy natura tę siłę woli zwalczyła, po przepędzonej spokojniejszej nocy posilił się pierwszem śniadaniem i odzyskał wolność, a guwerner w nagrodę pozwolił mu się po obiedzie zabawić z chłopcami, czyli starszymi jego braćmi.
Na drugi dzień ułożył sobie ojciec skrycie plan ucieczki do kochanych swoich opiekunów, do których tęsknił niewymownie.
Przygody dalsze tak mi sam opowiadał:
Pod wieczór, kiedy się już dobrze mroczyć poczęło, wyszedłem pod zmyślonym pozorem do ogrodu i przez gęsty szpaler grabowy dostałem się na pole pokryte wyrosłem i gestem zbożem. Było to w końcu czerwca, mogłem więc niepostrzeżony przez nikogo ubiedz jak zagajem, który w zupełności wzrost mój zakrywał, spory kawał drogi; w końcu zatrzymałem się bo i łan zboża przerzedzać się począł. Lecz cóż dalej robić? Siedmioletni rozum odradzał mi wracać tą samą drogą, więc nie namyślając się długo, poskoczyłem szybko na jakąś polną drożynę i tą ubiegłszy spory kawał, natrafiłem na nowy łan zboża. Wszedłem więc w sam środek a znużony przysiadłem, by spocząć i sen mimowoli skleił mi powieki.
Noc krótką w tej porze przespałem nie obudziwszy się aż ze wschodem słońca; obfita rosa przy pogodnym dniu czerwcowym orzeźwiła trochę zbolałe od twardego łoża młode członki, przypomniałem sobie dzieje dnia poprzedniego, ale zdjęty strachem obawiałem się wyjrzeć ze swego schronienia, aby nie być spostrzeżonym. Okolica była mi obcą, bo prócz wioski, w której się chowałem, nie znałem dotąd nawet nazwiska żadnej miejscowości; lecz należało coś postanowić. Chyłkiem więc dostawszy się do głębszego wygonu, którym mogłem swobodnie postępować, wydostałem się na otwarte pole, przerznięte wysadzonym dość szerokim traktem; tym zrazu ostrożnie, następnie ułamawszy pęd z wierzby, przedstawiający podróżny kijek, kroczyłem już śmielej prostą drogą. Idąc tak dość długo ujrzałem przed sobą wieś szeroko zabudowaną, w jednym końcu stał wiatrak, a w przeciwległej stronie kościół i zabudowania miejscowego proboszcza. Z bijącem sercem i obawą błąkać się zacząłem po wsi w zamiarze uproszenia sobie pożywienia, gdyż głód po takim spacerze i spędzonej na świeżem powietrzu nocy dokuczać mi zaczął; nie miałem jednak tej śmiałości, aby wprost wejść do której chaty. Błąkając się tak zauważyłem, że jakiś człowiek, z waszecia przybrany, idzie za mną i ciekawie zaczyna mi się przypatrywać, w końcu zaś przybliżył się do mnie i zapytuje:
— Coś ty za jeden, mój chłopcze, co się tu tak błąkasz po wsi?
Nie odebrawszy ode mnie zaraz odpowiedzi, a widząc zalęknioną minę i rumieniec występujący na twarzy, rzecze:
— Ty musisz być jakiś włóczęga i uciekasz pewnie ze służby? Co, nieprawda malcze?
Wyrzekłszy te słowa dość podniesionym i tubalnym głosem, chwycił mię nagle za rękę i krzyknął:
— Chodź hultaju, zaprowadzę cię do naszego proboszcza, on cię zaraz zmusi do gadania, ty łotrze jakiś! Jakie to małe, a kieruje się już na złodzieja!
Ja wybuchnąłem natenczas rzewnym płaczem, lecz on nie uważając na to, przy towarzyszeniu szturchańców, które jeszcze płacz mój zwiększały, poprowadził mię ku kościołowi.
Właśnie proboszcz, figura dość wysoka, z wejrzeniem groźnem, liczący około trzydziestu lat wieku, powracał z kościoła po mszy rannej do plebanii, posłyszawszy podniesiony głos swego organisty i mój płacz stanął na cmentarzu kościelnym i przyłożywszy dłoń do oczu dla osłony od słońca zawołał:
— A kogo to asan prowadzisz?
— A to, proszę jegomości — ozwał się sługa kościelny — chłopiec ten włóczy się po wsi, widać łotr jakiś, ucieka ze służby, a nie chce powiedzieć, co za jeden; prowadzę go tu do dobrodzieja, może się co prędzej od niego dobrodziej dowie.
— A daj go tu, daj — zawołał proboszcz.
Posunęli się już obadwa ku plebanii, trzymając mnie jako delikwenta pomiędzy sobą i prawie gwałtem wepchnęli do pierwszej izby.
Zamknąwszy drzwi, zabrał się proboszcz do egzaminowania, ale gdy żadnej odpowiedzi oprócz płaczu ze mnie dobyć nie mógł, zniecierpliwiony tym moim uporem porwał wiszący na gwoździu batożek, boćkowskim w owych czasach zwany, i kazawszy przytrzymać mię organiście w pozycyi do tego dogodnej, wyciął mi porządny raz wołając:
— Gadaj, smarkaczu, coś za jeden, bo dopóty bić będę, póki mi nie powiesz.
Ten raz pierwszy zniosłem mężnie, jak na mój wiek, skręciwszy się tylko z bólu; drugi raz wywołał już krzyk, za trzecim zaś batem, nie mogąc dłużej wytrzymać, zawołałem z całych sił:
— Ja jestem kasztelanic z Płowiec!!
Na te moje słowa organista odskoczył nagle ode mnie jak oparzony, a proboszcz zmieszany zrazu, porwał mię płaczącego w ramiona i utulając jak mógł, powtarzał:
— A czemuś mi tego, kochane dziecko, nie powiedział odrazu.
Porwał też wnet ze stołu przygotowany dla niego samego po mszy przez gospodynią chleb z masłem do kawy i rzecze:
— Naści, kochanku, możeś głodny...
Ja łkając jeszcze chciwie ten specyał spożywałem; proboszcz zaś tymczasem nalał mi kawy i tym mnie do reszty rozbroił, a chcąc wynagrodzić wyrządzoną przykrość, głaskał ciągle po głowie i twarzy, powtarzając:
— Pij, dziecko, pij, już ci żadnej krzywdy nie zrobię, ale bądź grzeczny i powiedz mi, jakim sposobem dostałeś się do naszej wioski.
Lecz jeszcze żadnej odpowiedzi ze mnie wydobyć nie mógł; dopiero porwawszy kawałek cukru, odezwał się:
— Dostaniesz to, a powiedz jak ci imię.
Na widok tego przysmaku, przypominającego mi moich kochanych opiekunów, od których często go dostawałem, nieśmiało jeszcze i cichym głosem wyrzekłem:
— Wicuś.
— No, Wicusiu — rzekł ksiądz — opowiedz mi, czyś się może zabłąkał przypadkiem, jakim sposobem?
Powoli, przez wyrywane moje odpowiedzi, domyślił się proboszcz prawdy i widząc mnie już spokojniejszym, posadził na krześle, a tymczasem zaczął się naradzać ze swym organistą, co ze mną dalej począć? jak zatrzeć ten crimen, że targnął się na dziecko znanego w okolicy magnata, i długo się też nie mógł uspokoić. Po cichych szeptach ze swym w służbie Bożej pomocnikiem, postanowili, abym dnia tego jeszcze na plebanii pozostał, a nazajutrz zrana po mszy świętej miał mnie proboszcz odwieść do moich rodziców, skąd tak niespodzianie zniknąłem.
Zawsze jednak nie spuszczano mnie z oczu, abym i z plebanii nie drapnął.
Tymczasem we dworze w Płowcach wieść o zniknięciu mojem jeszcze się nie bardzo rozgłosiła; trzymana była w tajemnicy mianowicie przez pana dyrektora, którego pieczy powierzeni byli panicze. On bowiem właśnie tego wieczora, kiedym się ucieczką salwował, wybrał się był na umówionego z rezydentami ćwiczka i lampeczki, przykazawszy nam położyć się na spoczynek i oświadczając, że zaraz powróci. Ale partyjka, jak na nieszczęście, przeciągnęła się aż do rana, a powróciwszy z trochę zaprószoną głową chyłkiem do szkoły, nie spostrzegł, że mu jednego malca brakuje. Dopiero przy śniadaniu zrobił się rejwach; pan guwerner przestraszony, zapowiedział moim braciom pod najsurowszą karą, której w danym razie nie szczędził, aby nic o tem nie mówili nikomu, sam zaś zajął się tajemnie poszukiwaniem. Zrazu sądził, że mnie znajdzie gdzieś uśpionego w obszernym ogrodzie, ale poszukiwania jego, naturalnie, żadnego nie odniosły skutku; przeszedł się parę razy po wsi, lecz i tam na ślad natrafić nie mógł. Powrócił więc zgryziony w najgorszym humorze do szkoły i w najdotkliwszy sposób wywierał swój gniew na moich braciach.
Najgorszą dla niego chwilą był obiad, bo tam zwykle przyprowadzał swoją szkołę i z paniczami na szarym końcu siadywał. Szczęśliwie się jakoś złożyło, że w tym dniu oprócz domowników dosyć się zjechało zagórskich gości, stół był długi i rodzice moi zajęci przybyłymi nie zwrócili uwagi na brak jednego syna.
Tak więc jakoś uszło szczęśliwie panu guwernerowi, a bracia moi podług zakazu — milczeli.
Po obiedzie jednak pan dyrektor zaczął się namyślać, co dalej robić? Zwierzył się ze swego strapienia zaufanemu przyjacielowi, jednemu z rezydentów, i na wspólnej naradzie stanęło, aby wysłać posłańca do moich dawnych opiekunów, sądzili bowiem, że tam prawdopodobnie musiałem się udać.
Całe pół dnia do późnego wieczora upłynęło w niecierpliwem oczekiwaniu, lecz napróżno, bo zaufany pana profesora wysłaniec miał sobie zaleconem, że gdyby mnie nie znalazł u dawnych moich opiekunów, czynić w okolicy poszukiwania na przypadek, gdybym się gdzieś w nieznanych mi stronach zabłąkał.
Tymczasem na trzeci dzień po mojej ucieczce około godziny jedenastej z rana zajechała w Płowcach przed bramę bryczka, wysiadł z niej jakiś nieznany tam jeszcze ksiądz świecki, wysadził za sobą chłopca i wiodąc go za rękę, kroczył poważnie obszernym dziedzińcem prosto ku dworowi.
Pan dyrektor w swej alteracyi drażliwy na każdy ruch w dziedzińcu, pierwszy spostrzegł postępującą parę i wyskoczywszy ze szkoły w kilkunastu susach, dopędził proboszcza; poznawszy zaś mnie, zawołał:
— A ty malcze, gdzie się włóczyłeś? Proszę dobrodzieja to tutaj trzeba zaprowadzić tego chłopca — dodał, wskazując na oficynę.
— A kto waść jesteś — ozwał się ksiądz i zmierzył go groźnie oczyma.
— Właśnie jestem nauczycielem dzieci tutejszego dziedzica — odparł pan dyrektor — i ten chłopiec memu dozorowi jest powierzony.
Ja wtenczas przebiegłem na drugą stronę mego teraźniejszego opiekuna, a on odrzekł podniesionym głosem :
— A to mi pan śliczny dozorca, że z pod twojej opieki wymykają się oto takie dzieci, których przecież nie tak trudno utrzymać w ryzie. Pan Bóg łaskaw, że się to do mnie przybłąkało, a niechby go przypadkiem wilcy były rozszarpały, których tu w okolicy dosyć jest, lub zły człowiek dostał w swoje szpony. Nie, panie dobrodzieju, ja melduję się wprost przed samego pana kasztelana, i jemu tę rzecz całą opowiem. — I posunął się ze mną szparkim krokiem do domu.
Nauczyciel próbował jeszcze zmiękczyć księdza i prosił:
— Zmiłuj się Jegomość! Zgubisz mnie na całe życie!
Ale i to nic nie pomogło; tymczasem zaś na dziedzińcu ten i ów zaczął się tej scenie przypatrywać, a naprzód wysunął się poważny z siwym wąsem, miłego oblicza, czerstwy jeszcze starzec, ubrany z waszecia i skłoniwszy się słudze Bożemu do kolan, zapytał, czego sobie życzy.
— Chciałem się — mówi ksiądz — zameldować JW. kasztelanowi jako proboszcz z niedalekiej tu parafii, bo odwożę mu syna. A kto waszmość jesteś?
— Jestem, do usług księdza proboszcza, Szczepan, kamerdyner JW. pana; proszę za mną.
Tymczasem pan dyrektor jak zmyty powrócił wolnym krokiem do szkoły, rozmyślając, co z tego dalej będzie.
Szczepan wprowadził proboszcza razem ze mną do obszernej sali, której ściany zamalowane były różnymi widokami, pośrodku u sufitu zawieszony był duży świecznik, pająkiem zwany, pod nim stół długi, snać na duże przyjęcia przeznaczony, w koło ścian poustawiane liczne krzesła, w kącie z jednej strony olbrzymi kredens, z drugiej piec wielki kachlany na nóżkach, w którym paliwo było urządzone z sieni.
Niedługo otworzyły się drzwi z drugiej strony komnaty i wszedł niemi mężczyzna średniego wzrostu, około pięćdziesięciu lat mieć mogący, miłego dość oblicza, z trochę już przerzedzonym włosem i wielkich wypukłych oczach, świadczących o krótkim wzroku, ubrany w ówczesny strój mody francuskiej i zbliżając się do księdza, pozdrowiony został przez tegoż słowami:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Na co z całem poszanowaniem odpowiedział:
— Na wieki wieków amen; a cóż tu księdza dobrodzieja w me progi sprowadza?
— Jestem proboszcz parafii O...[2], niedaleko stąd odległej, sprowadza mnie tu interes do JW. pana kasztelana, dosyć ważny, a jego bliżej obchodzący. Oto wczoraj rano około ósmej godziny w naszej wiosce błąkał się chłopiec, sługa mój kościelny przyprowadził go do mnie i przekonałem się, że to jest syn JWpana.
— Co! co! — zawołał, poruszywszy się gwałtownie z miejsca kasztelan.
Przez całą tę rozpoczętą audyencyę ja trzymając się sutanny proboszcza, kryłem się za nim.
— Gdzież on jest i jak mu na imię? — zawołał ojciec.
— Pan Wincenty jest tu JW. panie — odrzekł proboszcz i obrócił się chcąc mnie postawić przed obliczem ojca; ale ja wciąż obracałem się wokoło z księdzem, aż dopiero przywołany w pomoc Szczepan odczepił mnie i osobno postawił.
— Jakim sposobem tam się do proboszcza dostałeś? Co cię znagliło do ucieczki? — spytał ojciec — ja nic o tem nie wiem.
Lecz gdy ja milczałem, rzecze:
— Przecież dzieci moje są pod nadzorem nauczyciela, jak się to mogło stać?
— W tem też cała wina — ozwał się ksiądz — że dozoru nie było JWpanie. Czułem się też w obowiązku jako pasterz, w którego ręce sam los szczęśliwy powierzył mi tak drogi skarb, aby go samemu panu kasztelanowi doręczyć; wnoszę tylko prośbę, aby dziecina żadnej stąd karze nie podległa, bo wina tu na kogo innego spada.
— Ależ dobrze, dobrze, przyrzekam ci to szanowny księże — mówił ojciec — lecz sprawiedliwość musi być wymierzona i wdzięczność moja dla ciebie nie będzie zapomniana. Szczepanie, zawołasz mi tu w tej chwili pana dyrektora.
Teraz dopiero zaczął mi się ojciec przypatrywać przez szkła, których używał, obracając mnie dokoła.
— Proszę cię, szanowny proboszczu — rzekł, zwracając się do księdza — siadaj, bądź u mnie gościem, jak mój syn był u ciebie od wczoraj, spodziewam się, że nie odmówisz mi i pozostaniesz u nas na obiedzie, bo i koniki trzeba popaść.
— Zgadzam się na wszystko najchętniej JWpanie, ale po obiedzie muszę zaraz odjechać, bo mnie obowiązki parafialne powołują i trzeba mi być przed wieczorem w domu.
— A to już zrób, jak ci najdogodniej, ale to za warunek kładę, że odtąd częściej mój dom odwiedzać będziesz, o ile ci księże proboszczu czas twój na to pozwoli.
— Będę to sobie miał za szczęście życzeniu JW. pana zadość uczynić.
Tymczasem Szczepan w jakiś kwadrans czasu wprowadził postępującego nieśmiało za nim guwernera, który w postawie pokornej stanął przy drzwiach.
— Dlaczego acan nie zameldowałeś mi zaraz — odezwał się kasztelan — o zniknięciu mojego syna Wincentego, powierzonego twojej opiece i dopiero się dziś o tem dowiaduję, a gdyby nie ten tu zacny kapłan, byłbym zapewne i do tej pory o tem nie wiedział.
— JWpanie — odpowie nieśmiało jąkając się pedagog — bo... bo...
— Tu nie ma żadnego tłomaczenia mości panie, od tej chwili zwolniony jesteś od swojego obowiązku, dziś jeszcze opuścisz mój dom. — A obracając się do Szczepana, dodał: — Idź do dyspozytora, niech obliczy tego pana, zapłaci i do najbliższego miasta odeszle.
Po takiem dictum acerbum znając stanowczość słów, w wielu razach, kasztelana, pan profesor wyniósł się za drzwi, a ja ośmielony przypadłem do ręki ojca, którą z dziecinną pokorą ucałowałem, za com został zapewne pierwszy raz w życiu przez ojca pogłaskany po głowie.
Wtem otworzyły się drzwi i weszła moja matka, uprzedzona już o całej tej historyi przez rezydenta, który dowiedziawszy się o wszystkiem co zaszło od profesora, a reszty dosłuchawszy pode drzwiami podczas audyencyi z proboszczem, uznał za stosowne podchlebiając się pani kasztelanowej całe to zdarzenie co prędzej opowiedzieć, by tem sobie jej łaskę zaskarbić. Groźna postawa, jaką względem mnie wchodząc przybrała, nie wróżyła mi nic dobrego, ale łagodny ton kasztelana w rozmowie prowadzonej z proboszczem zmitygował widać nieco jej gniew, skłoniwszy się więc z godnością księdzu, przystąpiła do mnie i podniósłszy ręką moją brodę, spojrzała w twarz.
— A ty smarkaczu jakiś — ozwała się — to ty takie figle umiesz płatać, muszę ja cię mieć teraz więcej na oku, abyś na łotra nie wyszedł. No, marsz do szkoły, do braci.
I zwracając się do Szczepana, dodała:
— A ty odprowadź chłopca i powiedz, aby go pilnowano do mego tam przyjścia.
Kontent, żem się wydostał z tej łaźni, postępowałem za Szczepanem przez obszerną sień, w której ciekawie zgromadzeni rezydenci i służba wyglądająca z kredensu, a za nimi lokajczyki i pomywaczki cisnęli się, aby mi się przypatrzeć; świadomi już nieco mojej historyi od wyrostka księdza proboszcza, z zatajeniem tylko owych trzech batów, które na plebanii dostałem. Znać zacny kapłan o tem słudze swojemu surowo milczeć zalecił.
Dochodząc do oficyny ze Szczepanem, spotkaliśmy już profesora, wynoszącego swoje węzełki z manatkami. Spojrzał na mnie groźnie i nie wyrzekłszy ani słowa, udał się ku wsi, a ja zostałem wprowadzony do stancyi, gdzie bracia moi z wyjaśnionemi twarzami ciekawie mi się przypatrywać zaczęli.
Po wyjściu Szczepana, który z całą swoją poczciwą powagą zalecił nam, abyśmy się spokojnie zachowali, gdyśmy zostali sami nastąpił gwar, hałas, klaskanie w ręce moich braci.
— Niema go! niema! ach jak to dobrze!
Zrazu mało co zrozumieć było można, w końcu obstąpili mnie dokoła, a było ich trzech, różniących się tylko nieco wzrostem i jako bohatera zaszłych wypadków poczęli ciekawie oglądać.
— To ty nasz brat! — odezwał się jeden — skąd ty się wziąłeś?
I począł mnie całować.
— Jak my cię kochamy, żeś tego naszego guwernera stąd wypędził; teraz to dopiero będzie nam dobrze! Nie będziemy się nic uczyć, tylko bawić; umiesz ty bąka puszczać? Czekaj, ja ci zaraz pokażę.
— Ale, ale! wy się tak cieszycie — odezwał się starszy — niedługo nam dadzą innego.
— Tak — odrzekł drugi — to nic, ale przez ten czas możemy dokazywać; ot wiecie co, zagrajmy sobie w ślepą babkę! albo nie, w schowanego; on tak umie się kryć — i wskazał na mnie. — Jak ci imię, bo zapomniałem.
— Wicuś — odrzekłem.
Zabawa pomiędzy dziećmi, mianowicie wśród rodzeństwa, naturalnym pociągiem zawiązuje się łatwo; poszła więc nam żwawo, a że przez pedagoga opróżniona izba nadawała się do tego, więc wśród hałasu i śmiechu czas nam szybko schodził. Zarumieniły się twarze od tej bieganiny, kiedy naraz wpada sługus dworski i woła:
— Panicze na obiad.
Uspokoiwszy się nieco i wygładziwszy poczochrane zabawą włosy, udaliśmy się do dworu. Zwyczajem było, że wszedłszy do pokoju z największem uszanowaniem, bez hałasu i szurgania nogami, stawali panicze rzędem przy drzwiach, a skłoniwszy się zgromadzonym już osobom, trzeba było tak stać, dopóki nie zbliżyła się matka. Następowała ceremonia wystawiania rąk przed siebie i po zlustrowaniu, że są umyte i paznokcie obcięte a ubranie w porządku, udzielone było pozwolenie zajęcia miejsc przy stole na szarym końcu. Rodzice w dni zwykłe siadali na pierwszem miejscu, dalej rezydenci i fraucymer zawsze z dobrymi apetytami, więc paniczom dostawały się zwykle resztki lub tylko sos; często zatem głodno wstawało się od stołu. Ojciec mój i matka jedli szybko i nie lubili długo wysiadywać przy stole; skoro się podnieśli, wszyscy niedojedzone potrawy opuszczali, a panicze czasem i nie skosztowali ich nawet na szarym końcu; trzeba więc było głodne młode żołądki czemkolwiek dopychać. Letnią porą to pół biedy, bo obszerny ogród dostarczał owoców i warzywa, zimą było gorzej, ale i to się jakoś przeżyło.
Po obiedzie udaliśmy się z uciechą do naszej oficyny, bo czekała nas tam swoboda i nowa zabawa. Lecz jakże przerażeni zostaliśmy, spostrzegając na środku izby jakąś starą drewnianą skrzynkę, zamkniętą na dwie potężne kłódki, a na niej w pęk związaną pościel. Spojrzeliśmy smutno na siebie i w wejrzeniu każdego wyczytać można było ten domysł, że nowy tyran już się do nas sprowadził. O rozpoczęciu więc zabawy żaden z nas ani wspomniał; posmutnieliśmy bardzo. W pół godziny może otworzyły się drzwi i wszedł jeden z rezydentów naszych rodziców.
— No chłopcy — odezwał się — ja tu teraz z wami zamieszkam, póki nie zjedzie nowy nauczyciel, a będę was w ryzie trzymał, ot tak!
I ścisnął w pięść żylastą rękę.
— Żeby mi który nie drapnął, jak to zrobił ten łotrzyk, skórka na buty!
Tu wstrząsnął moją głową.
— A zapowiadam, że jak wy będziecie dobrzy i grzeczni, to i mnie choć do rany przyłóż, a jak nie, to...
I gestem prawą ręką wymierzał razy w powietrzu, zaśmiał się na całe gardło, aż się ściany izby zatrzęsły, a potem zapiał kukuryku jak kogut tak wybornie, żeśmy się wszyscy chórem rozśmieli.
Pokazało się, że to był poczciwości szlachcic, umiejący się zastosować do naszego młodocianego wieku, przytem figlarz i krotofilny bardzo, udawał głosy ptaków różnych i zwierząt do złudzenia, przytem bawił się nieraz z nami jak młody, chodził na spacery i tam wymyślał nam różne zabawy, dlatego wkrótce polubiliśmy go bardzo.
Tak tedy wcieliłem się wkrótce w rodzinę moją i rozpocząłem nowe życie, obznajamiając się ze zwyczajami na dworze rodziców.
Po odjeździe proboszcza w jaki tydzień może przyjechał mój dawny opiekun z raportem do swego dziedzica, a dowiedziawszy się całej historyi mojej ucieczki od Szczepana, który był wujem jego żony, a mojej pierwszej opiekunki, przywitawszy mnie, rozpłakał się poczciwiec jak bóbr, przyciskał do swoich piersi i obcałowawszy, polecił mnie Szczepanowi jako krewnemu w szczególniejszą opiekę; co ten mu najsolenniej przyrzekł.
Miałem więc w Szczepanie silnego protektora, a wiele to w owych czasach znaczyło, jak się w ciągu mego dalszego opowiadania okaże. Tu dodać muszę (pisze Antoni), że w lat może czterdzieści później, kiedy mój ojciec (kasztelanic Wincenty) posiadał majątek Koneck, w sąsiedniej parafii proboszczem był sędziwy już, bo przeszło siedemdziesiąt letni kapłan, który ojcu owe trzy baty wsypał i na dobre mu one wyszły. Sędziwy ten proboszcz, jako najstarszy w dekanacie, zawsze był proszony na odpusty parafialne z celebrą. Mój ojciec, jako kolator, i piszący te słowa, znajdowaliśmy się nieraz na obiedzie u miejscowego proboszcza pośród grona księży i sąsiednich obywateli, a mój ojciec opowiadał całe to swoje młodocianego życia zdarzenie wśród ogólnego śmiechu i wesołości. Sędziwy staruszek był zawsze tem niezmiernie zakłopotany, utrzymując, że dał tylko dwa baty, a mój ojciec się z nim spierał, że trzy; ale to na jedno wychodziło.
Lecz wracam do opowiadania mego ojca.
Parę tygodni upłynęło nam jak najweselej, w swobodzie, bośmy się nic nie uczyli, zanim nam nowego pedagoga sprowadzono. Nie będę opisywał jak mi szły pierwsze początki nauki, przeplatane łzami i goryczą młodocianego wieku, bo tych sami doświadczaliście czytelnicy na sobie, przejdę raczej do dalszych wypadków.
Opieka matki naszej nad nami była jakby fantazyjną, szczegóły zwykłe powierzała dozorczyni, która się nami zajmowała. Troskliwość matki posuwała się jednak niekiedy do drobiazgów. I tak, gdy który zachorował, wymyślała najobrzydliwsze lekarstwa, a te należało zażyć bez skrzywienia; lub często z rana, gdyśmy jeszcze z łóżek nie powstawali, odbywała rewizyę pod kołdrą, czy tam wszystko jest w porządku; w przeciwnym razie zdejmowała z nogi trzewik i nim wymierzała karę, a że ja nie zawsze byłem dość ochędożny, posłyszawszy więc wejście matki, odwracałem się zaraz do ściany w pozycyi do tej operacyi dogodnej, przez co unikałem przedwstępnych razów po innych częściach ciała. Ale, czy mówimy pacierz, czy jesteśmy nakarmieni jak należy, o to się nie pytała wcale.
Zwyczajem było, że młodszy, gdy starszy wyrósł z ubrania, dodzierał je po nim. Blizko w rok po mojem przybyciu w dom rodzicielski ojciec mój powrócił był z Gdańska, gdzie rok rocznie spławiał zboże, gdyż to był jedyny i najbliższy port, kędy można było znaczniejsze partye krestencyi spieniężać, mianowicie pszenicę, która w majątkach ojca rodziła się obficie. Owóż przy innych sprawunkach, co się tam zwykle w znacznych zapasach kupowały do domu, przechodząc ojciec mój ulicą, gdzie się jakiś sklep wyprzedawał przez publiczną licytacyę, postąpił talara, zalicytowawszy jakiś towar i nie słysząc nawet poprzednio wygłoszonego przedmiotu i utrzymawszy się przy nim nie oglądając, gdyż jakoś nie miał czasu, zapłacił i kazał odesłać do swego mieszkania. Dopiero po rozpakowaniu w domu pokazało się, że to były trzy postawy sukna, ale dziwnego, bo ciemno pomarańczowego koloru w jakieś pasy. Co tu robić z taką ilością sukna jednej barwy? Naprzód więc porozściełano chodniki przez wszystkie pokoje, obito w sieniach i gościnnych pokojach sofy i krzesła, poszyto dery na konie, poobijano niektóre powozy i kolasy i wreszcie — porobiono paniczom ubrania. Chodziliśmy więc w jednym uniformie, z czego byliśmy bardzo zadowoleni, chociaż goście nieraz zobaczywszy nas, uśmiechali się nieznacznie na tę arlekinadę. Dziś wyśmianąby ona była, ale dawniej wszystko to uchodziło, zwłaszcza w pańskim domu. Sukno to długi bardzo czas tułało się na dworze moich rodziców zanim wyszło z użycia. Ja chodząc w takim uniformie, zrobionym w kształcie bluzy dziś używanej, pyszniłem się nim bardzo; przyszła mi też myśl, jakby to było pięknie tak naokoło na dole powycinać zęby i tem zafrapować rodziców i cały dwór. Zadowolony z mego pomysłu raz przed obiadem zdobyłem jakieś nożyczki i dopełniwszy tej operacyi, pośpieszyłem, gdy nas zawołano, na obiad, dumny, że mi się to tak pięknie udało. Przy zwykłej lustracyi matczynej wysunąłem się naprzód nieco, by tem większe wywołać wrażenie. Matka zmierzyła mnie groźnym swym wzrokiem i po odbytej rewizyi rzekła:
— Pan Wincenty po obiedzie pójdzie ze mną do sypialnego pokoju.
Kontent byłem, że mnie tam przynajmniej w nagrodę piernik czeka; lecz matka zdjęła z gwoździa łokieć i porządnie mnie nim obiła, powtarzając za każdym razem:
— A nie psuj smarkaczu sukni, bo na nią pewno nie umiałbyś jeszcze zarobić!
Matka moja namiętnie lubiła psy i koty oraz wszelkie dające się przyswoić dzikie zwierzęta. Stworzenia te pieszczone i pielęgnowane były ze zbytkiem; każde miało swoje osobne w koszyku wysłane wygodnie legowisko, karmione do syta, więc obrzydliwie tłuste, nieprzywykłemu do tego sprawiały w pokojach nieznośne powietrze. Często chory faworyt taki do późnej starości pędził swój nieznośny żywot aż do zdechu; a było tego kilkanaście egzemplarzy.
Kasztelan nie znosił tego towarzystwa zwierząt, ale łagodny mąż cierpieć musiał; drażliwy był mianowicie na hałas, jaki swem szczekaniem sprawiały psy, gdy kto wchodził, szczególniej zaś odznaczały się tem tak zwane szpice. Pomiędzy faworytami w wielkich też łaskach był i przyswojony borsuk, borsuniem pieszczotliwie zwany; używał on wszelkiej swobody, wolno mu było chodzić po wszystkich pokojach, po ogrodzie, a za nieporządek nigdy nie był karany. Miał ten zmysł zwierzęcy, że gdy się zbliżała pora obiadowa, tak jakoś potrafił się dopilnować, iż skoro zupę na stół wniesiono, wskakiwał i umaczawszy swój pysk, chłeptał z nalanych talerzy i zanieczyszczał jedzenie. Nikt go nie śmiał spędzać, dopóki sama pani tego nie spostrzegła, a wtenczas chustką delikatnie niby biła go i odpędzała, wołając: »A borsuś niegrzeczny! co robi!«
Jemu pierwszemu dostawał się też talerz nalany. Każdy musiał bez skrzywienia zajadać przez faworyta zanieczyszczoną zupę, nie chcąc na niełaskę pani zasłużyć.
Raz przed przyjściem matki naszej do stołu ojciec rozgniewawszy się na faworyta, wykrzyknął z passyą:
— A! co to za nieznośne stworzenie, gdyby mu się tak kto przysłużył, a dobrze, wcalebym się o to nie gniewał.
My, cośmy go także nie lubili, porozumieliśmy się tylko wzrokiem, ale matka weszła i obiad przeszedł zwykłym trybem.
Borsuś, jak się to wyżej powiedziało, robił wycieczki do ogrodu, bo mu tam bardzo smakowały upadłe dojrzałe z drzewa owoce. Nad wieczorem tegoż dnia, gdyśmy oddawali się miłej zabawie w gęstych grabowych szpalerach w ogrodzie, borsuś nawinął się nam jakoś z nienacka; w jednej chwili, zwabiwszy go w największy gąszcz, zaczęliśmy faworyta porządnie okładać kijami. Wiadomo, że zwierzę to nie może szybko uciekać, zrazu broniło się biedne stworzenie, odcinając się jak mogło, ale silne razy, których dostał blizko trzysta, obezwładniły go zupełnie. My też sądząc, żeśmy go już życia pozbawili, uciekliśmy w przeciwną stronę ogrodu, przyrzekając sobie dochowania tajemnicy z dokonanego przez nas bohaterskiego czynu. Do kolacyi naturalnie borsuś nie stawił się podług swego zwyczaju; matka nasza skutkiem nieobecności faworyta była w nieswoim trochę humorze, ale nikt więcej tego jakoś nie zauważył. Na drugi dzień biedne stworzenie otrzeźwiwszy się trochę przez noc po odebranej łaźni, zbolałe, z opuchniętym łbem, przywlokło się pod okna sypialnego pokoju mojej matki; tam ledwie dysząc położyło się na ścieżce. Matka, odbywając ranną przechadzkę, napotkała swego ulubieńca w tym opłakanym stanie; w rozpaczy, zwoławszy swój fraucymer, kazała go przenieść do pokoju i domyślając się po widocznych śladach katastrofy, spirytusem zaczęła mu własnoręcznie otrzepywać rany i płatami owijać, objawiając swój żal i humor w najnieznośniejszy dla wszystkich sposób. Delikwent leżał na trawniku przed domem, niepodobny do boskiego stworzenia w zaimprowizowanym stroju, ledwo dychał.
Wieść o tej katastrofie faworyta rozbiegła się szybko we dworze, ale jakoś nikt nie podzielał smutku mojej matki; owszem, przy obiedzie każdy jadł z większym apetytem, mimo, że obiad przeszedł w milczeniu skutkiem bardzo złego humoru pani. Nad wieczorem biedny borsuś zdechł, a my ze strachem ponowiliśmy sobie przyrzeczenie milczenia o czynie naszym do grobowej deski. Po humorze ojca poznaliśmy, że był z tego wypadku zadowolony, lecz matka długo swego faworyta zapomnieć nie mogła i podejrzywała w tem bezpośredni udział naszego ojca.
W parę miesięcy później, kiedy o tem zdarzeniu cały dwór już prawie zapomniał, matka nie mogąc widać tak łatwo tego przetrawić, a lękając się o los innych swoich faworytów, powzięła zamiar zabezpieczenia się nadal i zaproponowała mężowi w najlepszy sposób przeniesienie się ze swojemi pieszczotkami do wsi najbliżej położonej; a że takowa nadawała się wybornie do tego, bo w niej był dosyć wygodny dwór, ojciec mój przy nadzwyczaj łagodnem swem i pobłażliwem usposobieniu zgodził się na tę fantazyę swej żony. W parę tygodni matka nasza przeniosła się do nowej swej rezydencyi, którą gołem okiem można było dobrze widzieć z naszego ogrodu i o każdym tam ruchu być powiadomionym. Rodzice moi prawie codziennie, gdy na to pogoda pozwalała, odwiedzali się wzajemnie i to nawet w miły sposób urozmaicało ich pobyt na wsi. Matka zwykle przyjeżdżała na obiad, ojciec zaś w innych godzinach wizyty odbywał. Tak więc słabość ta kasztelanowej przemogła nad obowiązkiem żony i matki, co byłoby dziś za złe poczytanem, dawniej zaś wcale to jakoś nie raziło w magnackich rodzinach.
W czasie wizyt mojego ojca, zgraja ta faworytów uważając go już widać teraz za obcego przybysza, zwykle całą gromadą wyskakiwała ze swoich wygodnych łożysk i nieznośnie przeraźliwem szczekaniem hałasowała nie mogąc się uspokoić; tylko jedna matka zdolna była uciszyć tę rzeszę napastników, ale przez kwadrans blizko nie można było przyjść do słowa. Stąd ojciec mój tak znienawidził tę hałastrę, że wizyt swoich z tego powodu często zaniedbywał.
Raz przy obiedzie, na którym matka moja dla niedyspozycyi zdrowia nie była obecną, odezwał się ojciec:
— Jabym tam u jejmości i częściej bywał, ale te psy i koty są nieznośne.
Jeden z rezydentów namotał to sobie jakoś w pamięci i pod stołem zawiązał potężny supeł na kraciastej czerwonej chustce, której zażywając tabakę często używał. W parę dni wybrała się matka swoim zwyczajem na obiad, czego właściciel czerwonej chustki niecierpliwie wyglądał i dopatrzywszy, że karoca JW. kasztelanowej ruszyła z przed jej domu, sam chyłkiem po za opłotkami dostawszy się następnie do głębokiego rowu, który podprowadzał pod wieś, gdzie matka nasza mieszkała, dostał się ostrożnie do dworu. A że służba korzystając z niebytności pani wnet się porozchodziła, wemknął się przez nikogo nie widziany do pokoju i zamknąwszy za sobą drzwi na klucz, dostał się pomiędzy faworytów. Te poczuwszy obcego, obskoczyły go i zaczęły swoje wrzaski, lecz on zaopatrzony w byczek potężny, wziął się do bolesnej operacyi i którego tylko mógł uchwycić, okładał niemiłosiernie, wołając: a psi! a psi! Zbiwszy tak pieski, zabrał się do kotów, powtarzając im: a kici! a kici! Te wystraszone, bo nigdy ich w życiu nic podobnego nie spotkało, pochowały się, gdzie który mógł, a jeden z nich w panicznym strachu, podobno największy faworyt »Mruczek«, skoczył w komin i schował się w rurę, nie mogąc się zaś stamtąd wydostać, przez uduszenie żywota dokonał.
Rezydent ostrożnie tą samą drogą dostał się szczęśliwie do domu i wchodził właśnie na dworskie podwórze, kiedy służba wazy na stół pański wnosiła. Wemknął się więc w ciżbę innych rezydentów i zarumieniony tylko nieco od pośpiesznego powrotu, do obiadu usiadł.
Matka moja po kawie zwykle odjeżdżała do siebie; sprawca tego boleśnego dla faworytów figla zadrżał trochę, gdy JW. pani do karocy siadała, uspokajał się jednak tem, że nikt w owej wyprawie współudziału nie brał, tajemnica przeto na zawsze pogrzebaną zostanie.
Stęskniona kilkogodzinnem niewidzeniem swych ulubieńców matka, gdy powracała, witała ich zwykle i pieściła tem więcej, że i one też cieszyły się z przybycia pani, gdyż obok karesów dostawały jakieś przysmaczki i jak skoro tylko kareta zajeżdżała przed dom, wskakiwały jedne przed drugiemi na okna i szczekaniem a skomleniem objawiały swą radość. Dziś jednak cisza panowała jak w grobie; matkę wchodzącą do pokoju zastanowiło to trochę, lecz sądziła zrazu, że faworyty nakarmione dobrze w błogim śnie spoczywają — a był właśnie upał nieznośny i jakoś się miało na deszcz — dopiero wszedłszy do głównej ich kwatery, zawołała: Mimi, Żola, Tinetka, Ami, Caro, pieski kochane cóż to, nie przywitacie swej pani? A na koty: Mruczek, Burek, kici, kici... lecz zrobił się rejwach, wszystkie zamiast do swej pani, wlatywały pod łóżka, sofy i chroniły się gdzie mogły.
— Co to jest? — zawołała matka z gniewem do służącej, która odbierała od niej kapelusz.
— Kto tu był?
— Nikt, proszę łaski pani.
— Daj mi tu Żolę na kolana.
Ale po Żolę trzeba było wleść pod łóżko i silnie opierającą się prawie gwałtem wyciągnąć. Była to faworyta z gatunku, które się do połowy strzygą, tłusta i opasła, więc tem więcej odznaczały się na niej pręgi sine jak kiełbasy. Skomląc i drżąc cała tuliła się do swojej pani, a matka moja domyśliwszy się całej ohydy zbrodniczego czynu, w pierwszej chwili uniesienia chciała wypędzić cały fraucymer za niedozór nad jej ulubieńcami, posądzając o jakąś szkaradną zemstę; następnie jednak umitygowawszy się nieco, z płaczem prawie spazmatycznym zabrała się sama do opatrywania piesków, na których razy były wyraźniejsze. Z kotami była trudniejsza sprawa, bo te po otworzeniu drzwi wystraszone uciekły i wcale się przez parę dni zwabić nie dały; Mruczka zaś najulubieńszego ani widać nie było. Odchorowawszy tę przygodę, matka moja napisała gorzki list z wyrzutami do męża posądzając go, że do tej przykrości jej wyrządzonej on był główną sprężyną. W parę dni wybrał się kasztelan z wizytą do żony, by się usprawiedliwić, ale ta kazała go przeprosić, że z powodu choroby przyjąć nie może i przez trzy miesiące na obiadach nie bywała, tylko czasami na krótkie przyjeżdżała odwiedziny.
Pod jesień, kiedy chłodne powietrze zmusiło już do podpalenia w piecu, przy odsuwaniu blachy spadł biedny Mruczek, potoczywszy się na pokój, odczepiony od rury, oblazły z szerści, niepodobny do ulubieńca swej pani, co jeszcze odnowiło już przebolałą trochę katastrofę. Z przygody tej, jak i ze śmierci borsusia, tworzono różne domysły, ale nikt prawdziwych sprawców nie odgadł.
Trzy lata ubiegło z mego młodocianego życia w domu rodzicielskim; przez ten czas zmieniło się przy nas kilku nauczycieli; każdy z nich, chociaż z mozołem, zawsze coś w mojej głowinie złożył swem staraniem. Miałem już lat dziesięć, była to epoka, w której panicze odwożeni byli do szkół; ale na dwa miesiące przed tym terminem zaszedł jeden epizod z mego życia, który opowiedzieć muszę.
Siostra moja przyrodnia wychodziła za mąż[3], ślub z wielką okazałością miał się odbywać wkrótce. Ja, jak to wspomniałem wyżej, dodzierałem już dość podniszczone po starszych przede mną braciach suknie, w nich więc na taką uroczystość wystąpić było trudno. Zwierzyłem się więc z tem strapieniem memu protektorowi, Szczepanowi, całując go w rękę.
— No, no, pomówię ja o tem z jaśnie panem jutro rano — odrzekł Szczepan.
Nazajutrz rozstrzygnąć się miały moje losy; marzyłem prawie przez całą noc o nowem ubraniu, bo wiedziałem, jakie zachowanie miał Szczepan u mojego ojca. Wstałem więc raniej niż zwykle i pod jakimś pozorem dostałem się do kredensu, aby obecnością moją przypomnieć Szczepanowi jego obietnicę. Właśnie dzwonek odezwał się w sypialni ojca, było to wezwanie Szczepana; pośpieszył on zaraz, a ja na palcach wemknąłem się cicho do przyległego pokoju i z bijącem sercem podsłuchiwałem ojca mojego ze Szczepanem rozmowę. Po wejściu do sypialni Szczepan naprzód odemknął okiennice, ojciec zaś z głębi alkowy, w której łoże jego było umieszczone, zapytał:
— A co tam słychać na dworze, Szczepanku.
— Śliczna pogoda, JW. panie, powietrze czyste po wczorajszym upale, bo deszczyk trochę w nocy porosił, a to na siewy dobre jak złoto, bo było trochę za sucho, będzie teraz prędzej wschodzić — odpowiedział Szczepan.
— A cóż tam roboty macie jeszcze dużo? czy wszystko przygotowane na wesele panny Józefy? — zapytał znowu ojciec.
— Wszystko to nie jeszcze, JW. panie, ale się to przecież zrobi, toć to jeszcze dwa tygodnie blizko.
— Tak, ale się zawsze trzeba pośpieszyć, bo goście zaczną się wcześniej zjeżdżać; już to na twojej głowie wszystko, mój Szczepanku, nie żałuj niczego, niech wszystko będzie dobrze, wszak to wesele mojej pierwszej córki[4], wynagrodzę ci to.
— E! JW. panie, przecież to mój obowiązek, a zresztą i jabym też nie chciał się zawstydzić.
— A czy nie wiesz, jak tam daleko z siewami? — zapytał znów mój ojciec.
— Pewnie już na połowie, tak mi przynajmniej mówił wczoraj dyspozytor; przed weselem pewnie skończą. Ale najgorzej JW. panie, że pan Wincenty nie ma porządnego ubrania, a tu trzeba, żeby i panicze przecie jakoś porządnie wystąpili; ci starsi to jeszcze mają niezłe.
Ach, przyłożyłem wtenczas ucho szczelnie do szpary we drzwiach.
— Hm — mruknął ojciec — nie ma, mówisz? A to mu trzeba sprawić; może będziesz w tych dniach w mieście, to kup sukna i każ mu zrobić.
— A właśnie jutro wybieram się JW. panie, to i krawca zamówię.
Ja nie czekając już końca dalszej rozmowy ojca ze Szczepanem, wysunąłem się cichaczem z pokoju i w podskokach niewypowiedzianej radości pobiegłem do oficyny, nie chcąc przez długą moją nieobecność ściągnąć na siebie gniewu pana dyrektora. Jakoś mi się to szczęśliwie upiekło, że nowy nasz tyran nie zwrócił na mnie uwagi, ale bracia moi dostrzegli na mej twarzy oznaki niezwykłej radości. Po lekcyi gdy pan dyrektor opuścił szkołę naszą, co czynił zwykle przed obiadem, aby się wemknąć bokiem do szafarki, u której był w łaskach, na wódeczkę, ile że w takowej bardzo się lubował, o czem świadczył jego nos nieco zaczerwieniony — bracia obstąpili mnie i zaczęli wypytywać, co się stało? Ale ja nie chcąc się przedwcześnie wydać z moim planem, odpowiedziałem tylko: »zobaczycie, zobaczycie, co to będzie!« — czem jeszcze w tem większą wprawiałem ich ciekawość.
Na drugi dzień niespokojny wyczekiwałem niecierpliwie chwili, kiedy mój protektor wyjeżdżać będzie do miasta i dostrzegłszy go kroczącego ku bramie, a przystrojonego odświętnie podbiegłem i całując go w rękę, wyrzekłem nieśmiało:
— Ja i butów porządnych nie mam.
Szczepan spojrzał mi na nogi i dostrzegłszy, że palec z jednego buta ciekawie wygląda, machnął tylko ręką i posunął się do bryczki stojącej za bramą.
Nazajutrz z rana w sieni naszej oficyny posłyszałem szwargot żydowski. Z miasteczka, do którego Szczepan jeździł, przyszedł Żyd krawiec z dwoma młodymi swymi krawczykami, sławny w okolicy nadworny majster kunsztu krawieckiego »Pająkiem« zwany. O nim to właśnie wspomina ś. p. Fryderyk hr. Skarbek w znanej może czytelnikom anegdocie p. t. »Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija spuści«. Był to zabawny typ dziś nieistniejący Żyda wiejskiego krawca, wędrującego za robotą od dworu do dworu, a powracającego w piątek przed szabasem do domu. Właśnie zdążając raz zimową porą przez las, bo się trochę spóźnił, do miasteczka na szabas, spostrzegł na drodze zbliżającego się ku sobie wilka, przyczaił się więc za drzewem i łokciem, jako swem godłem, mierzył do drapieżnika; wtem z drugiej strony drogi padł strzał i wilk się przewrócił; myśliwy zaczajony, bo właśnie odbywało się polowanie, podbiega do zabitego wilka, ale równocześnie przyskakuje i Pająk, krzycząc:
— To ja zabił, to moja skóra.
— Jakiś ty głupi — mówi strzelec — przecież ja strzeliłem, z czegóż ty mogłeś zabić?
A on woła wskazując na swój łokieć:
— Nu, jak Pan Bóg dopuści, to i z kija spuści.
Ta dowcipna odpowiedź zmieniła się potem u ludu w przysłowie, które, jak wyżej wspomniałem, szanowny Fryderyk hr. Skarbek umieścił w swoich powiastkach.
Lecz powracam do dalszego ciągu mego opowiadania.
Domyśliwszy się, w jakim celu przybył Pająk, chciałem się w tej chwili wyrwać i pobiedz do niego, aby sobie jego względy zaskarbić; lecz spojrzawszy na pana dyrektora i dostrzegłszy jego groźne wejrzenie na mój niezwykły ruch, wstrzymałem się, czekając cierpliwie na zwykłą wycieczkę naszego tyrana do szafarki. Gdy ten niecierpliwie oczekiwany moment nastąpił, pobiegłem do sieni i otworzywszy drzwi przeciwległe naszej szkole, znalazłem Pająka i jego pomocników, zajętych przygotowaniem do mającego rozpocząć się dzieła. Stempowano właśnie sukno, która to manipulacya odbywała się w sposób następny. Stary Pająk brał z największą powagą wodę w usta ze stojącej na stole kwarty, nadymał je i strumień drobnych perełek wydmuchiwał na trzymane przez chłopców sukno, a był widać mistrzem w tego rodzaju czynności. Ja cierpliwie czekałem na koniec owej operacyi, chociaż byłem parę razy obryzgany; dopiero kiedy Pająk zabrał się do obwijania sukna na stole w przygotowane na to płótno, zbliżyłem się, aby popatrzeć na mój skarb.
— Czy to dla panicza mam robić ubranie? — spytał stary.
— Tak — odpowiedziałem z dumą.
— Będzie fajn, co to za towar! aj waj! ja to sam dla panicza wybierałem u Herszka, po pięć złotych łokieć!
I uśmiechając się, coś zaszwargotał do swoich krawczyków.
Było to szaraczkowe sukno, dość grube, ale mnie się wydało prześliczne.
— Ny, a z miarą jak będzie, bo trzeba kroić niedługo?
Wtem otworzyły się drzwi i wszedł Szczepan, niosąc coś w papierze zawiniętego; były to przybory do mego ubrania: kitaj, nici, guziki rogowe i płótno.
— No dobrze, że tu panicz jesteś — ozwał się — weź majster miarę, a zrobić obszernie i na wyrost, żeby było dobrze.
— Będzie fajn, panie Szczepanie.
— A powinny przecie kawałki zostać, to oddaj majster, bo to się zda na naprawkę.
— No, przecie Pająk, uchowaj Boże, nie kradnie.
Stanąłem tedy na środku izby, która była przeznaczona zwykle na pracownię dla krawców i t. p. majstrów i odbyła się ceremonia miary marzonego przeze mnie ubrania, po skończeniu której Żyd mi się grzecznie i z powagą ukłonił, mówiąc:
— Schon gemacht.
Odtąd często wpadałem na drugą stronę do krawców, śledząc z największą uwagą i niecierpliwością postęp roboty. Raz, pamiętam, nadzwyczaj byłem zdziwiony kunsztem mego krawca, którego za mistrza poczytałem, gdy tenże pracował nad kołnierzem i dla nadania mu sztywności smarował go surowymi rzadkimi kartoflami, a następnie gorącem żelazem pociągał, co wydawało zapach bardzo przyjemnie mój zmysł powonienia drażniący.
Przez cztery czy pięć dni chodziłem do Pająka, niecierpliwie oczekując ukończenia i znosząc krawcom co najpiękniejszy owoc, jaki mogłem zdobyć w ogrodzie, oraz ulubiony specyał mego majstra: cebulę i czosnek, lecz że się znalazła jeszcze i inna robota przy licznej służbie we dworze, zwłaszcza przed taką uroczystością, jak wesele mojej siostry, więc dopiero coś szóstego dnia z rana wywołał mnie Szczepan ze szkoły i odbyła się ceremonia przymierzenia już na dobre wykończonego kompletu, składającego się z rodzaju fraka, spodni i potężnej kamizelki, zakrywającej brzuch cały, które, zdaniem Pająka, wszystko leżało jak »ulane«. Rzeczy te wziął pod opiekę swoją Szczepan, a ja uszczęśliwiony, pobiegłem do szkoły. Zaczęły się parę dni potem przygotowania do wesela, ruch więc i bieganina przed dworem i na obszernym dziedzińcu zajmowały nas bardzo. Przenoszono meble, trzepano kobierce, przybijano ponad głównem wejściem jakieś girlandy, plecione z liści, umieszczano kagańce przed bramą wjazdową. Starowina Szczepan uwijał się żwawo w tym niezwykłym ruchu i jak wódz z dumą dowodził całą służbą, wydając polecenia; a że spodziewano się wielu osób z dalszych okolic, przygotowywano więc dla nich stosowne pomieszczenia. Nas tedy ze szkoły wyniesiono, przeznaczając ją dla gości, nawet pokój, służący za pracownię dla Pająka, po wywietrzeniu i wykadzeniu bursztynem, aby woń cebuli i czosnku po Żydach pozostałą nieco zobojętnić, na gościnny zamieniono. Pana guwernera i paniczów ulokowano na folwarku w ciasnej izdebce; ja tylko, z łaski mego protektora Szczepana, aby mi było dogodniej, pomieszczony zostałem razem z bratem moim Stanisławem, starszym o kilkanaście lat ode mnie, który już był oficerem[5], a przybyłym za urlopem na ślub mojej siostry[6]. Ulokowani zostaliśmy w bibliotece, mieszczącej się w pawilonie, którą ojciec mój jako posiadającą już drogocenne pamiątki i liczny zbiór dzieł, con amore utrzymywał, tytułem biblioteki familijnej mianował, a w testamencie swoim funduszem stałym na wieczne czasy uposażył. Otóż pomieszczenie mnie tam z bratem moim miało tę jedną niedogodność, że było do biblioteki jedno tylko wejście z głównej sali. Pamiętam, że widok mego brata w mundurze wojskowym zachwycał mnie niezmiernie, był to bowiem piękny mundur kawaleryi naszego wojska, a przybory, jak pałasz, pistolety, szlify, kaszkiet, wyłogi i ostrogi w podziw mnie wprawiały. Brata tego poznałem wówczas i pierwszy raz w życiu go widziałem, a że był serdecznym i ja mu jakoś przypadłem do serca, polubił mnie i pokochał odrazu, bo nadskocznością moją starałem mu się przypodobać. Bracia moi zazdrościli mi mego szczęścia i często jak mogli wmykali się do tymczasowej naszej kwatery, aby oglądać choć zdaleka cuda, o jakich im opowiadałem.
Tymczasem w wilię ślubu zaczęli się już od samego rana zjeżdżać z dalszych stron goście; gwar i ruch był nie do opisania, wszystko to mnie jako nowość zajmowało, tak, że o głównym celu mych marzeń, to jest o stroju, w jakim miałem wystąpić, zapomniałem na chwilę, dopiero poczciwy Szczepan przypomniał mi go, przynosząc w zawinięciu cały mój komplet. Ale o dziwo! jakże byłem zdumiony, gdy wydobywając ubranie, zobaczyłem jeszcze i buty nowe, z dość długiemi cholewami, obszytemi u góry paskiem żółtego safianu, a jak się dowiedziałem, kupione na jarmarku. Przyszła mi zaraz myśl, że one przedstawiać będą wybornie węgierskie sztylpy, na ów czas będące w modzie, postanowiłem więc, jak się będę ubierać, umieścić spodnie w te piękne podług mnie cholewy, a do kompletu całego mego ubrania uprosiłem Szczepana, że mi pożyczył swego tombakowego ogromnego zegarka z dość grubą stalową dewizką, zaopatrzoną w potężny kluczyk i bomby krwawnikowe, którego używał na dni powszednie, bo na święta i uroczystości nosił zwykle srebrną cebulę z takimże do niej łańcuchem.
Zdawało mi się tedy, że mi nic już do mego kompletnego stroju nie brakuje. Zabrałem się jeszcze do lepszego wyczyszczenia moich butów, które doprowadziłem do zadziwiającego połysku. Cały ten mój przybór umieściłem w kąciku i zadowolony przepędziłem czas do wieczora na wesołej zabawie z braćmi, bośmy się przy tym rejwachu wcale nie uczyli.
Nazajutrz, w dzień ślubu mojej siostry, brat Stanisław, ubrawszy się wcześniej, wyszedł, by pomagać rodzicom bawić i przyjmować przybywających gości. Ja zamknąwszy się w bibliotece siedziałem, wyczekując najstosowniejszej chwili, aby się w moim stroju pokazać, marząc jakie zadziwiające wrażenie na zgromadzonych gościach uczynię. Gwar na sali zwiększać się zaczął, ja przez dziurkę od klucza obserwowałem wszystko i gdy uznałem, że już czas nadszedł najstosowniejszy, zacząłem się ubierać. Przystrojony, przeczesałem jeszcze włosy, przejrzałem się jeszcze w lustrze i zadowolony, z rozjaśnioną twarzą, przekręciłem z cicha klucz w zamku, ale gdym chciał otworzyć drzwi, aby wejść na salę, brat Stanisław mając jakiś interes do swej kwatery i spostrzegłszy tak przystrojonego cudacznie, zawołał:
— A cóż to za małpa!
I poznawszy mnie rzecze:
— Coś ty zrobił z sobą? a to czysty arlekin! Zrzuć mi to zaraz z siebie!
Zaczął też ze mnie prawie zdzierać moje ubranie. Ja zdziwiony, patrzałem tylko osłupiałym wzrokiem na niego, nic nie mówiąc i nie pojmując, dlaczego mój strój mógł mu się tak nie podobać. Stałem na środku pokoju jak słup, nie wiedząc, co z tego dalej będzie. On z pośpiechem zaczął bezładnie wyrzucać rzeczy ze swego podróżnego kufra i dobrawszy jakieś swoje cywilne ubranie, kazał mi się w takowe ubierać. Chociaż był on niebardzo wysokiego wzrostu i szczupły, ubranie jego wyglądało jednak na mnie bufiasto, a był to rodzaj taratatki, której brat mój snąć używał po za służbą wojskową w kwaterze, spodnie lubo podciągnięte i ujęte szelkami w górę, strasznie mi dokuczały. Tak tedy przystrojonego wprowadził mnie za sobą na salę pomiędzy gości, ale ja onieśmielony tą moją katastrofą, długo humoru odzyskać nie mogłem.
Uroczystość wesela mojej siostry odbywała się dni parę, poczem goście zaczęli się rozjeżdżać, tylko krewni i familia pana młodego przedłużali swą bytność, wstrzymywani z dnia na dzień staropolską gościnnością, jaką się przodkowie nasi odznaczali. Ale i ci nareszcie opuścili dom rodziców naszych i kiedy państwo młodzi odjechali, nastąpił zwykły tryb codziennego życia i wszystko wróciło do dawnego porządku.
We dworze zaczęto jakoś mówić, a ta wieść i do nas zaraz się dostała, że panicze niedługo mają być odwiezieni do szkół. Pan dyrektor tem gorliwiej do nas się zabrał, aby przygotować lepiej swych pupilów i zyskać nadal względy naszego ojca, by go zatrzymał przy młodszych braciach, którzy pozostać mieli w domu. Do zabawy mniej teraz mieliśmy, czasu, ale jak tylko zdarzyła się do tego stosowna chwila, wysuwaliśmy się do ulubionego szpaleru, który najlepiej zakrywał nasze figle i sprawki. Tam w największym gąszczu wykopaliśmy sobie rodzaj jamy, która się zakrywała darniną, gdzie mieliśmy skład przeróżnych przedmiotów, służących do zabawy, a z którymi ukrywaliśmy się przed naszym dyrektorem. Stróżem i powiernikiem tych skarbów był przyjaciel nasz od serca, ogrodniczek Piotruś. On dzielił z nami nasze zabawy, a wywdzięczając się nam za to, znosił do owego magazynu najlepszy jaki mógł tylko zdobyć w ogrodzie owoc, marchew, mak w główkach, pędy cebulowe, z których gdyśmy się niemi dowoli nasycili, robiliśmy dudki i t. p. specyały, stanowiące dla nas ucztę nieraz wyborną, wypełniającą nasze młode, spragnione zawsze żołądki. Pamiętam, że wśród zamieszania, jakie panowało podczas przygotowań weselnych naszej siostry, jeden z braci moich znalazł na podwórzu dworskiem klucz dosyć duży, jak się zdaje od zamku sieni frontowej, z dziurą na parę cali długą i zaniósł go do naszego składu. Klucz ten jakby naumyślnie nadawał się doskonale na pistolet, a że brat Piotrusia był kowalczykiem, więc poleciliśmy mu, aby pod największym sekretem w pośrodku, tam gdzie się kończyła dziura, wybił nam otwór. Jeden z braci zdobył gdzieś prochu, więc zabraliśmy się, podczas naszej raz tam wycieczki, do nabicia naszego zaimprowizowanego pistoletu. Chodziło tylko o to, że chcąc wystrzelić, trzeba było zapaloną hubkę przyłożyć do wybitej wpośrodku dziurki, którą podsypaliśmy prochem. Piotruś w postawie dumnej wziął nabity klucz w wyciągniętą prawą rękę, a brat mój, wsadziwszy kawał hubki w otwór, zatlił ją rozżarzonym węgielkiem[7]. My odstąpiwszy nieco na bok, przypatrywaliśmy się z bijącem sercem słupkowi dymu, kurzącemu się z hubki. Wtem rozległ się huk, Piotruś biedny upadł na ziemię, a my w panicznym strachu uciekliśmy, chroniąc się w najgęstsze zarośla. Posiedziawszy tak z jaki kwadrans, poparzony nielitościwie, bom się dostał w gęste pokrzywy, odważyłem się nareszcie wytknąć głowę i patrzę. O dziwo! Piotruś przemknął mi się ścieżką ogrodową, zacząłem mu się przyglądać pilniej i przekonawszy się, że to nie duch jego, lecz on sam we własnej osobie, tylko biedny z zakrwawioną twarzą, wyszedłem ostrożnie z mojej kryjówki, cichem psykaniem zwołałem braci i zapewniłem ich, że Piotruś żyje. Na wspólnej naradzie stanęło, żeby Piotrusia zwabić i wypytać się go o wszystko. Nastąpiło wkrótce porozumienie. Piotruś, dostrzegłszy nas, przyszedł, ale biedaczysko z pomazaną całą twarzą od krwi, która mu się z rany na nosie, jaką odebrał, sączyła. Obmyliśmy mu twarz wodą, znoszoną z rowu daszkami czapek naszych, a ranę, która nie była wcale głęboką, oblepiliśmy liśćmi. Pokazało się, że tu przestrach więcej na niego działał, bo klucz furknął gdzieś na stronę tak szczęśliwie, że nie zrządził smutniejszego następstwa, tylko jakiś drobny odłamek dostał się biednemu Piotrusiowi.
Nareszcie zbliżył się termin naszego wyjazdu do szkół; w wigilię wyprawy zawezwani zostaliśmy w niezwykłej porze przed oblicza naszych rodziców; domyślaliśmy się, że nas czeka jakaś niespodzianka. Ustawiwszy się przeto w zwykłym ordynku przy drzwiach, oczekiwaliśmy przybycia rodziców; po niedługim czasie wszedł ojciec i matka z posępnemi twarzami, z których nie wróżyliśmy sobie nic pomyślnego. Po ucałowaniu obojga z największem uszanowaniem, ojciec odezwał się do nas:
— Wiecie zapewne, że jutro bardzo rano odjedziecie do szkół, jest to pierwszy krok w waszem życiu, gdzie po za domem uczyć się będziecie, obowiązkiem przeto waszym jest, abyście się starali pilnością i dobrem sprawowaniem się nagrodzić rodzicom waszym ich opiekę nad wami i żeby niedaremnymi były koszta, które na was łożyć będę. Spodziewam się — dodał — że postępowaniem waszem nie będziecie nas martwić.
— A szczególniej pan Wincenty, który już nieraz spłatał figla — odezwała się matka i pogroziła mi palcem na nosie.
— Wszystko już do podróży waszej przygotowane — mówił dalej ojciec — i żebyście pamiętali wasz pierwszy odjazd z domu rodziców, oto macie.
I wsunął każdemu z nas coś owiniętego w papierek.
— A teraz idźcie do oficyny, po kolacyi zaraz wcześnie udajcie się na spoczynek i jutro o czwartej z rana jedźcie w Imię Boże.
Tu zaczął nam się ojciec przypatrywać przez szkła; my wtenczas przypadłszy do kolan obojga rodziców i po ucałowaniu ich rąk, wyszliśmy z pokoju.
W sieni zaczęliśmy odwijać papierki, któreśmy mocno w pięściach naszych poprzednio ściskali i zdumieni byliśmy, zobaczywszy ruloniki trzygroszniaków, których każdy posiadał dwadzieścia; było więc razem po dwa złote, skarb, jakiego w życiu żaden z nas nie posiadał. W podskokach więc największej radości dobiegliśmy do oficyny, gdzie profesor nasz, w towarzystwie rezydenta, którego już poprzednio mieliśmy przez czas jakiś dozorcą, składali nasze książki i kajeta, wiążąc je sznurkami. Ten ostatni ozwał się do nas:
— No, panicze, jutro z wami jadę do Pakości. Pamiętajcie rano wstać, żebyście byli gotowi, skoro brzask, a jak zakomenderuję: »marsz w drogę«, to siadać trzeba, bo musimy tego dnia być wcześnie na miejscu. Możecie sobie jeszcze teraz pobiegać, kolacyę wcześnie zjecie, a potem spać.
Nam nic pilniejszego nie było, jak wylecieć pędem do ogrodu, aby się jeszcze z Piotrusiem nacieszyć i pochwalić przed nim naszymi skarbami.






II.
Szkoły.

O mil blizko siedm od majątku ojca mojego leżało miasto Pakość w W. Księstwie Poznańskiem, w okolicy Pałukami zwanej. Była to mieścina w owych czasach bardzo licho zabudowana, po większej części drewnianymi, małymi domkami, zamieszkanymi przez mieszczan. Oprócz kilku rzemieślników, jak krawców, szewców i dwóch piekarzy, reszta trudniła się głównie rolnictwem. Dominował tylko na całe miasto wspaniałością swoją klasztor XX. Reformatów, zajmujących się uczeniem młodzieży, której tam podówczas była dość pokaźna liczba, bo około czterystu. Szkoła ta w owej epoce używała dosyć sławy, uczyli się w niej synowie możniejszej i uboższej szlachty. W miasteczku więc, które liczyło zaledwie 2000 mieszkańców, uczniowie liczbą swą znacznie zwiększali ruch miejscowy i byli niejako celem zabiegów tamecznych mieszkańców, którzy po kilku, a zamożniejsi i po kilkunastu uczniów trzymali na stancyi. Siostra cioteczna rezydenta ojca mojego mieszkała w Pakości, z nią ojciec umówiwszy się listownie, bratu jej odwiezienie i umieszczenie nas u niej na stancyi polecił.
Nazajutrz o wschodzie słońca brodzką bryką, zaprzężoną w cztery konie, wyładowaną prowiantami i naszemi rzeczami, wyruszyliśmy w podróż. Była to dla nas nowość nieznana, więc z rozjaśnionemi twarzami, bez zasmucenia opuszczaliśmy dom rodzicielski. Jedynem może zachmurzeniem dnia tego było, że gdyśmy już mijali narożnik naszego ogrodu, ujrzeliśmy tam biednego naszego towarzysza Piotrusia z zasmuconą twarzą, żegnającego swych kochanych paniczów, ale jeszcze z niezgojoną szramą na nosie, w ostatniej katastrofie zdobytej.
Nie będę tu opowiadał wrażeń naszej podróży, która nam z wesołym towarzyszem przyjemnie bardzo zleciała; o zachodzie słońca ujrzeliśmy już Pakość. Widok nie był bardzo wspaniały, bo mieścina niezabrukowana, w okolicy piaszczystej nędznie się przedstawiała; klasztor tylko zwrócił naszą całą uwagę i instynktownym dreszczem nas przejął. Jednakże obecność przyszłych naszych kolegów, zgromadzonych około domu, gdzieśmy się zatrzymali, wnet rozproszyła chwilową trwogę i myśli nasze zwróciła w inną stronę. Nastąpiły zapoznania się, zrazu nieśmiałe, później już i trochę hałaśliwe, bo z nami trzema przybyłymi liczba nas urosła do dziewięciu. Pani, na teraz już wdowa, która nas w swój domek zaprosiła, była to sobie dość miłego oblicza i obejścia kobieta, około lat pięćdziesięciu mająca, snać uprzedzona listem, że dziś przyjedziemy, czekała na nas z wieczerzą, którą z apetytem i wesoło spałaszowaliśmy po podróży, w gronie naszych nowych towarzyszów. Przybyliśmy, pamiętam, w sobotę; na drugi dzień, że było święto, poszliśmy osobno jako nieliczący się jeszcze do grona uczniów z naszym opiekunem do kościoła, aby po nabożeństwie przedstawić się gwardyanowi, poczem powróciliśmy do domu i przy dniu wolnym od nauk zabawialiśmy się z całą swobodą.
Księża, jako profesorowie nasi, mieli obowiązek wieczorami przechadzać się po mieście i stając pod oknami, uważać na uczniów, co robią i jakim językiem między sobą mówią. Obowiązkiem bowiem było mówić po łacinie; stąd w całem mieście, począwszy od kucharek, a skończywszy na szewcu, wyuczyli się mówić tak zwaną kuchenną łaciną, aby być zrozumianemi przez uczniów, którzy umyślnie się do nich tylko w tym języku odzywali, tak, że cała Pakość była jakby kolonią rzymską. Gdyśmy rozochoceni bawili się w ślepą babkę, zapomniawszy o Bożym świecie, a ja miałem zawiązane oczy, otworzyły się drzwi i wszedł ksiądz; ja sądząc, że to który z uczniów, łap go i krzyczę: »mam cię, mam!« i zdzieram chustkę z oczu. Wtem któryś z kolegów kładnie na mnie jakiś znak, a była to tak zwana nota lingua, język wykrojony z czerwonego sukna, zawieszony na sznurku. Ksiądz nakazawszy spokojność i udanie się na spoczynek w języku dla mnie jeszcze dobrze niezrozumiałym, wyszedł, a ja jak pies ze znakiem od oprawcy, stałem na środku w ciszy, jaka zapanowała, nie pojmując, co się ze mną stało; dopiero cichym szeptem wytłomaczono mi wszystko, ale pełen otuchy nie rozbeczałem się jakoś. Na drugi dzień o wpół do ósmej rano poszliśmy do szkoły; dwóch starszych braci po odbytem przeegzaminowaniu nas przez gwardyana dnia poprzedniego, przeznaczeni byli do drugiej, ja zaś do pierwszej klasy; po mszy studenckiej udaliśmy się w ordynku do szkoły. Widok tylu naraz towarzyszów, gwar i hałas zajmowały mnie bardzo, wtem wszedł ksiądz profesor i cisza zapanowała jak w grobie. Siedzący z brzegów ławek uczniowie pozanosili jakieś książeczki przed profesora i ten z nich z nazwiska i imienia wywoływał uczniów, którzy występowali na środek; wniesiono ławkę i poczęła się operacya bicia w skórę; ksiądz batem, który z rękawa rewerendy dobył, wymierzał razy. Ale gdy posłyszałem i moje nazwisko wymienione, struchlałem cały, nie ruszałem się z miejsca, lecz mnie dostawiono przed ławkę, i za to, że u mnie znajdowało się to nieszczęśliwe signum (nota lingua), dostałem pięć potężnych batów. Tak tedy wstęp mój na pierwszej lekcyi szkolnej rozpoczął się plagami, ale że widziałem tylu towarzyszów mojej niedoli podległych temu samemu co i ja losowi, zapomniałem jakoś o doznanym bólu. Całą godzinę odbywały się podobne operacye, na następnej godzinie to samo; jednem słowem pokazało się później, że księża mało co uczyli, tylko bili a bili. Profesor zadawał jedynie w książeczce lekcyę, a starszy w ławce uczeń, audytorem zwany, przesłuchiwał; komu zapisał w książeczce scit, to dobrze, komu zaś nescit, ten bezwarunkowo brał baty. Czasem dało się przejednać pana audytora bułką, szlązakiem[8], lub t. p., lecz ja mając niezły apetyt sam wolałem spożyć te specyały, a że najwięcej trafiało mi się mieć nescit, więc z batami dosyć wcześnie się otrzaskałem i starałem się tylko jak najwcześniej sam się na ławce położyć, aby później mieć prawo obciągać drugim koperty.
Tak upływał mi czas szkolny, a małoco do głowy przybywało, zato w figlach doskonaliłem się coraz więcej. Raz, pamiętam, w końcu maja, kiedy liście najbujniej są rozwinięte, a ptaki pielęgnują już swoje pisklęta, w każdem gnieździe, o którem wiedziałem, śledziłem pilnie wzrost żyjących tam ptasząt. Wokoło kościoła na cmentarzu były wysokie lipy i kasztany; w dziupli jednej, a było to w sobotę, dzień rekreacyi, wiedząc o gnieździe lelaka wybrałem się, by te niebożątka odwiedzić; wlazłem na drzewo i zajęty czynnie swoją robotą, posłyszałem na dole jakieś mruczenie, spojrzę, z drugiej strony od zabudowań klasztornych szedł ksiądz kaznodzieja i przygotowywał się do jutrzejszego kazania. Ja wtenczas najostrożniej posunąłem się jeszcze wyżej na drzewo pomiędzy najgęstsze liście, aby nie być dostrzeżonym; profesor tymczasem chodząc wolnym krokiem tam i napowrót po cmentarzu wciąż wertował swoje kazanie. Siedziałem najspokojniej tak z godzinę, wyczekując sposobnej chwili do uwolnienia się z tego więzienia, lecz z nudów przyszła mi myśl pusta zaintrygować księdza kaznodzieję i udając głos kukułki, zawołałem parę razy, kuku! Ksiądz zadziwiony, nie słysząc nigdy tak w blizkości kościoła tego ptaka, podniósł głowę do góry, ale nic nie dostrzegłszy, zaczął znowu swoją przechadzkę odbywać; ja ucieszony, żem go zwiódł tak doskonale, powtórzyłem po raz drugi moje, kuku! Kaznodzieja znów spojrzał w górę i pomiarkowawszy figiel któregoś z uczni, wolnym krokiem poszedł ku klasztorowi. Poczekawszy jakąś chwilę, zsunąłem się ostrożnie z drzewa i chyłkiem wydostałem się przeciwną furtką cmentarza, kontent, że mi się tak wybornie udało. Przez resztę dnia i przez niedzielę byłem w najlepszym humorze; w poniedziałek jednak na pierwszą lekcyę wchodzi, jak na toż ksiądz kaznodzieja i po modlitwie odmówionej z nami, usiadłszy w katedrze jak najspokojniej, odezwał się »kukułka flectat«.
W klasie cisza się zrobiła, że możnaby muchę było usłyszeć, na mnie skóra zadrżała, ale przypuszczając, że mnie nie widział, nie wychodzę; powtarza więc znów »kukułka flectat!« i jakoś spojrzał w moją stronę, więc sądząc, że czyta całą prawdę na mojej zarumienionej twarzy wyszedłem jak niepyszny na środek i takich mi piętnaście batów wsypał, że ich chyba przez całe życie moje nie zapomnę.
Poza miastem znajdowały się figury w rodzaju kapliczek, w których pomieszczone były stacye męki Pana Jezusa; jednej niedzieli z córką naszej gospodyni w moim mniej więcej wieku będącej, wybrałem się po obiedzie na zwiedzenie tych kaplic. Spotkaliśmy tam jednego z naszych profesorów — i za to, żem z białogłową spacerował, dostałem dziesięć odlewanych batów.
W drugim roku mego pobytu w Pakości przysłali nam z domu przed zimą nowe buty; ja swoje dałem podkuć, raz żeby na dłużej wystarczyły, powtóre, że w podkutych butach lepiej się będzie ślizgać i rysunkami na lodzie zadziwiać kolegów; ale pukały niemiłosiernie, co mnie cieszyło, zwłaszcza idąc po korytarzach a zmrokiem po kamieniach z pod butów iskry się pokazywały. Raz wycinając takie szprynce z coraz większym zapałem nie dostrzegłem, że ksiądz lektor idąc za mną, długo mi się przypatrywał; na drugi dzień odebrałem za tę niewinną zabawkę pięć porządnych bizunów.
Nie skończyłbym tak łatwo wszystkich moich smutnych przygód przez ciąg dwuletniego pobytu w Pakości, gdzie dostałem z pewnością kilka tysięcy batów od tych dobrodziejów, którzy mi przez ten czas jednak mniej rozumu do głowy, aniżeli bizunów na skórę wsypali.
Przekonawszy się też o tem moi rodzice podczas wakacyi, postanowili nas stamtąd odebrać i przenieść do Torunia. Tam były już szkoły więcej uorganizowane na sposób wyższej nauki, język łaciński był przedmiotem ważnym, ale nie wykładowym, zastępował go niemiecki. Ja chociaż miałem dopiero lat trzynaście, wystrzeliłem dosyć w górę, a że księża w Pakości oprócz tak znacznej ilości batów, mało mię nauczyli, dostałem się przeto po dwuletnim tam pobycie zaledwie do drugiej klasy, pomiędzy malców, nad którymi wzrostem dominowałem. Kiedym pierwszy raz wszedł do klasy, powitany byłem chórem śmiechu i wrzawy największej przez moich towarzyszy malców, co mnie już ogromnie rozgniewało. Najgorsi z nich byli niemczaki, którzy wysuwając się naprzód, przedrzeźniali się nade mną najwięcej. Malec jakiś podsunął się do mnie blizko i zaczął wykrzykiwać: »Co to za drągal jakiś!« Ja nie namyślając się, jak go trzepnę w buzię, a miał duże wystające naprzód zęby, zalał się krwią i wpadł pod ławkę, ale profesor wszedł i zrobiło się cicho. Biedaczysko niemczak wypluł trzy zęby, które tak na mnie wyszczerzał, a ja usiadłem w ławce jak najspokojniej. Odtąd uwolniłem się nadal moim bohaterskim czynem od dalszych szykan kolegów, a nawet okazaną siłą i odwagą zyskałem sobie poszanowanie; już mnie nie zaczepiano nigdy a później w zabawie i sporach byłem przewodnikiem i sędzią całej klasy.
W lat czterdzieści może później, mieszkając w okolicy Torunia parę mil od tego miasta odległej, byłem tam w jakimś interesie handlowym; przechodząc ulicą przeczytałem nad apteką nazwisko »Schwarc«, przyszło mi na myśl, czy to nie mój kolega? Wchodzę, za komptuarem stoi średnich lat mężczyzna, któremu z po za warg wyglądała próżnia w górnej szczęce; odzywam się tedy do niego:
— Zapewne z panem Schwarcem, właścicielem tej apteki mam przyjemność mówić.
— Ja Herr Graf — bo poznał we mnie przybyłego z Polski obywatela.
— Wstąpiłem do pana — mówię mu, aby go przeprosić, bo to ja jestem ten, com panu w szkołach te trzy zęby z przodu wybił, a które jak widzę dotąd nie odrosły.
— Och gnädiger Herr! — wykrzyknął Niemiec — bitte, das schadet nichts! — I śmiał się, ściskając mnie za ręce.
Zaczęliśmy sobie przypominać nasze szkolne figle wśród przysłuchujących się ciekawie młodszych subjektów i rozstaliśmy się w najlepszej harmonii.
W Toruniu byliśmy na stancyi u jednego właściciela niewielkiego domku, położonego w odleglejszej stronie miasta; było nam tam dosyć dobrze, bo do tej posessyi przytykał spory ogród, obfity w owoce, a zajmował się nim sam nasz gospodarz z prawdziwem amatorstwem. Był on bardzo drażliwym na wszelkie nasze tam zabawy i psoty, któreśmy mu nieraz wyrządzali; mieliśmy jednakże silnego protektora w młodszym synu gospodarza naszego; na niego tedy spadały wszelkie nasze winy, uczęszczał on z nami razem do szkół, a był dobrym kolegą i brał wszystko na siebie. Z nim robiliśmy różne wyprawy. Każdy kto był w Toruniu zauważyć musiał wspaniały ratusz w starym rynku stojący; na jego wysokiej wieży gnieździło się tysiące wron i kawek, które nas zawsze przechodzących koło ratusza zajmowały i marzyliśmy tylko o tem, jakby się tam do nich dostać a podebrać z gniazd młode pisklęta, które stanowiłyby wyborną ucztę. Poznajomiwszy się z synem stróża ratuszowego, który był mistrzem w wyprawach na młode wrony i kawki, zmrokiem raz wybraliśmy się na ten połów. Po schodach przy pomocy wykradzionego klucza przez syna stróża ojcu swemu dostaliśmy się na wieżę, ale stamtąd trzeba było wdrapać się jeszcze wyżej, aby się dostać po gzemsie do gniazd. Nie zbywało mi na odwadze, więc podsadzony przez brata już miałem być u celu, gdy wtem obsuwa mi się noga, a ja schwyciwszy się rękoma gzemsu, zawisłem w powietrzu. Widziałem niechybną śmierć przed sobą; z wysiłkiem przeto największym trzymałem się rękoma; wszyscy przestraszeni uciekli, tylko syn stróża doświadczony w tym względzie, zawołał na mnie, abym się trzymał ile mi sił starczy a sam pobiegł po drabinkę na dół. Zawsze trwało to z kilka minut, ale się jakoś szczęśliwie udało, żem został uratowany, lecz odbiegła już nam ochota od podobnej wyprawy, a mnie przez parę tygodni ręce niemiłosiernie bolały. Ile razy potem przechodziłem koło ratusza, mierzyłem z dreszczem przestrzeń, jakąbym przeleciał spadając na dół — na goły bruk.
Starszy syn naszego gospodarza był w korpusie kadetów w Chełmnie, mieście o parę mil nad Wisłą położonem; na święta Bożego Narodzenia kadet przyjechał do swoich rodziców. Zachwycony zostałem jego mundurem, starałem się do niego zaraz zbliżyć i wkrótce poprzyjaźniliśmy się bardzo. Jak mi zaczął opowiadać dziwy o swoim korpusie, że mają swoje karabiny, które złożone są w koszarach, że oprócz lekcyi odbywają jak wojsko musztry pod instrukcyą prawdziwych oficerów, jeszcze jak mi pokazał z pomocą kija i jak dodał, że strzelają do tarczy tak jak zwykli żołnierze, byłem prawdziwie zachwycony; dzień i noc marzyłem tylko o tem, abym tam mógł być pomieszczonym. Doczekawszy się jakoś szczęśliwie wakacyi — bo zapewne przez wzgląd na mój wysoki wzrost, przepchnięto mnie przecież do następnej klasy — ufny zatem w swoje powodzenie, umyśliłem użyć wszelkich możliwych wpływów na moich rodziców, aby mnie do Chełmna do korpusu kadetów przeniesiono.
Szczęśliwie się jakoś zdarzyło, że w czasie wakacyi, któreśmy w domu rodziców w tym roku spędzali, przybył na parę dni za urlopem brat mój Stanisław, o którym wyżej już opisując wesele mojej siostry, wspomniałem. Mając u niego niejakie już względy, na nich oparłem całą moją nadzieję, jak również na protekcyi Szczepana. Poczyniłem do nich stosowne kroki i z bijącem sercem oczekiwałem skutku; wszystko się jakoś dobrze udało, bo brat Stanisław przyrzekł mnie poprzeć w prośbie do rodziców, a nawet obiecał, że o mnie będzie pamiętał i odwiedzi w korpusie, bylebym się tylko dobrze tam sprawował. Wkrótce też poczciwy Szczepan zwiastował mi nowinę, że rodzice się zgadzają; można więc sobie wystawić moją radość, a lubo wakacye są dla każdego niewypowiedzianą rozkoszą młodocianego wieku, ja na ten raz przeciwnie, wyczekiwałem niecierpliwie ich końca, aby się w jednej chwili dostać do korpusu.
Zanim jednakże opiszę mój pobyt w Chełmnie, nakreślę tu jeszcze jeden rys ówczesnego prowadzenia dzieci przez rodziców wobec stosunków dzisiejszego pokolenia.
Równocześnie z nami były dwie siostry nasze umieszczone w Toruniu na pensyi; zbliżały się imieniny przełożonej, które miały być obchodzone z większą niż zwykle uroczystością. Ubiór zbyt skromny jaki posiadały siostry, nie nadawał się na ten obchód, aby w nim panny kasztelanki mogły odpowiednio wystąpić. Postanowiły więc napisać list do matki i w najpokorniejszej prośbie przedstawić swoje położenie, prosząc o bardzo skromny zasiłek na sprawienie stosownych sukien. Na to zuchwałe, jak się wyraziła, matka nasza w swym liście, żądanie odebrały bardzo naganne napomnienie i uwagę, że suknie jakie mają są aż nadto dobre na podobne wystąpienie, a za to, że się poważyły na krok podobny, przysłała domowej roboty zgrzebnego płótna z zaleceniem najsurowszem do przełożonej, aby w sukniach z tego materyału, córki jej na tej uroczystości wystąpiły. Stało się według nakazu kasztelanowej, ale siostry moje tak uczuły tę zadaną sobie boleść, że jedna z nich wpadła w galopujące suchoty i na pensyi jeszcze będąc umarła; druga, silniejszej snać kompleksyi, z nadwątlonem już zdrowiem wróciwszy po ukończeniu nauk do domu, znienawidzona przez matkę, że jakoby była głównym powodem do śmierci swej siostry, doświadczając ciągłych w domu goryczy, po kilku latach ze zmartwienia również smutne swoje zakończyła życie.
Nadszedł nareszcie tak upragniony przeze mnie koniec wakacyi; odwiezieni zostaliśmy razem do Torunia, gdzie bracia pozostali nadal w szkołach; po wyjęciu zaś dla mnie potrzebnego szkolnego świadectwa i zabraniu kadeta syna naszego gospodarza, z którym się tak zaprzyjaźniłem, wraz z plenipotentem dóbr ojca mojego w Prusach położonych, puściliśmy się do Chełmna.
O mil sześć blizko od Torunia nad prawym brzegiem Wisły, w okolicy dość malowniczej leży miasto Chełmno, w którem w epoce Ks. Warszawskiego znajdował się korpus kadetów dla młodzieży sposobiącej się do stanu wojskowego. W nim obok nauk ówczesnym szkolnym programem przepisanych, był zastosowany wykład teoretyczny początkowej strategii wojskowej, oraz praktyczne ćwiczenia. Zaprowadzony regulamin wojskowy był pod nadzorem generała korpusu zwykle w wieku już podeszłym będącego i wojskowych oficerów instruktorów. Podzieleni byliśmy na brygady stosownie do starszeństwa wieku i uzdolnienia naukowego. Mundury i broń nadawały młodzieży tej powierzchowność zupełnie wojskową; staliśmy w koszarach, które prawdziwie wzorowo były urządzone. Ja dostałem się do pierwszej brygady i z całem zamiłowaniem przywykłem wkrótce do karności wojskowej; odbywaliśmy służbę koleją po brygadach, a na musztrach i strzelaniu do celu, które się raz w tydzień odbywały, czas najprzyjemniej mi schodził.
Pod koniec pierwszego roku mojego pobytu w korpusie — a było to w najrozkoszniejszym miesiącu maju — zajęty w magazynie czyszczeniem broni, zawezwany zostałem przez dozorującego nas oficera do kancelaryi korpuśnej. Zrazu skóra na mnie zadrżała, ale nie poczuwając się do winy, śmiało kroczyłem przez dziedziniec do przyległego pawilonu. W kancelaryi oprócz służbowego oficera stał wąsaty i mocno dzióbaty wiarus w mundurze, podobnym do barwy pułku brata mego i po wymienieniu mojego nazwiska i imienia przez dyżurnego, ów podoficer skłonił mi się, a wydobywając z pod munduru list, odezwał się grubym głosem:
— Brat panicza, porucznik naszego szwadronu, nie mogąc sam go odwiedzić z powodu służby, polecił mi oddać ten list — tu sięgnął jeszcze do głębokiej kieszeni, wydobył mały zielony woreczek i oddając mi go dodał — i to jeszcze.
Ja schwyciwszy jedno i drugie, wodziłem osłupiałym wzrokiem, nie wiedząc co mam zrobić; widząc to moje zmieszanie oficer służbowy, wyręczył mnie w odpowiedzi i rzekł:
— Trzeba pokwitować z odbioru i poświadczyć przez kancelaryę — co dopełniwszy uwolnił mnie, a ja wyleciałem jak szalony i pobiegłem do kwatery. Tam gdy mnie obstąpili koledzy, zapytując co się stało, okazywałem im tylko to, com trzymał w ręku.
W takim razie zawsze się znajdą przyjaciele i ciekawi; gdyśmy corpus delicti otworzyli, o dziwo! było w nim dziesięć dukatów w złocie! Skarb jakiego nietylko w życiu nie widziałem, lecz posiadać nigdy nie marzyłem nawet, sądząc, że nad dziesięć trojaków nie znajduje się suma, którąby szczęśliwiec jak ja mógł posiadać. Gdy mi starsi kadeci, którzy się niebawem z innej brygady znaleźli, wytłómaczyli wartość tego skarbu, sądziłem się być zrazu bogaczem całego świata; więc projekta, rady co tu zrobić? Naprzód postanowiłem wyprawić dla całej brygady ucztę, która składała się z wybornego pod tę porę kwaśnego mleka z chlebem razowym i sławnych w tych czasach szlązaków, których tamtejsi piekarze dla nas dostarczali; za tę fetę, z której koledzy byli bardzo zadowoleni, zapłaciłem cztery dukaty, gdyż było nas do stu prawie ucztujących. Starszy jeden kolega grał nieźle na fleciku, czemu bardzo zawsze lubiłem się przysłuchiwać i marzyłem tylko o tem, jakby kiedykolwiek posiadać ten instrument, tem więcej, że mi czasem pozwolił spróbować i miałem, jak utrzymywał, niezłe zadęcie. Zaproponował mi, znając moją słabość, nabycie flecika za dukata i żebym mu pożyczył drugiego, a on w procencie uczyć mnie będzie; przystałem na to z wielką radością i układ stanął zaraz. Zostało mi więc cztery dukaty; znaleźli się też amatorzy drobniejszych pożyczek tak, że w ciągu niespełna trzech dni pozostał mi tylko jeden dukat i kilkanaście trojaków. Poprzysiągłem więc sobie tego ostatniego zachować dla podzielenia się z braćmi, a był podług mnie najładniejszy; trojaki jakoś się rozeszły. Naukę na fleciku posunąłem tak daleko, że wyuczyłem się nieźle kilka kurantów i sztajerów wygrywać.
Nadeszły znowu wakacye; przyjechałem z Chełmna do Torunia i z braćmi udaliśmy się razem do domu rodziców. Mundur mój kadecki wyróżniał mnie od braci, a Piotruś nie mógł się dość na mnie napatrzeć, biorąc za prawdziwego wojskowego. Często wieczorami wygrywałem na moim ulubionym fleciku i zachwycało mnie to, jak moje melodye rozlegały się po obszernym naszym ogrodzie; zajmowaliśmy w oficynie dawną naszą szkołę, dziś na kwaterę paniczów zamienioną. Ojciec mój w cichy letni wieczór posłyszał raz grę moją i zawoławszy Szczepana zapytał:
— Kto to tam tak wygrywa?
— A to pan Wincenty proszę łaski JWPana tak się wyuczył w korpusie.
— No, no — mruknął ojciec — wcale nie źle, musi nam kiedy zagrać.
W końcu lipca na dzień św. Anny zjechało się dosyć osób w dom naszych rodziców, były to bowiem imieniny mojej matki; panicze wystąpili w świątecznych sukniach, ja w nowym mundurze odróżniałem się od braci. Nie wiem czy to mój strój wpadł ojcu w oko, czy przypomniał sobie moją grę, dosyć, że kiedy wstawano od dosyć długo ciągnącego się obiadu a myśmy dziękowali rodzicom, ojciec w przystępie widać dobrego humoru, odezwał się:
— Panie Wincenty, a przynieśno swój flecik i przyjdź nam tu zagraj, tylko się dobrze popisz.
Zarumieniwszy się po uszy, a nie wolno było się tłómaczyć, przyniosłem flecik i ukłoniwszy się na środku pokoju wśród zgromadzonych gości, zagrać musiałem jednego i drugiego kuranta; uwolniwszy się zaś z tej łaźni, pobiegłem pędem do oficyny, gdzie rozpłakałem się, w drobne kawałki potrzaskałem mój flecik z tem silnem postanowieniem, że się żadnego instrumentu w życiu mojem nie dotknę. Tak więc na zawsze pogrzebałem mój talent muzykalny, który taką ofiarą zdobyłem.
Opisałem ten mój wypadek dla pożytku obecnego pokolenia, ile że dziś rodzice wydając na naukę muzyki dziecka swego nieraz tysiące rubli, nie mogą uprosić go, aby wynagradzając ich starania, uprzyjemniło im chwile wobec gości, zagraniem na ich żądanie; moja muzyka nic nie kosztowała, lecz rozkaz rodziców był dla dzieci wówczas prawem.
Wspomniałem na początku mego opowiadania, że ojciec mój miał dwie żony. Jako już dygnitarz kraju, będąc wdowcem po pierwszej, a posiadając znaczny majątek bez trudności pozyskał względy wysoko położonej i posażnej panny; matka moja do takich właśnie partyi należała, kiedy się mój ojciec z nią żenił, była bowiem jedynaczką. Tymczasem w lat parę po wydaniu córki za mąż kasztelan inowrocławski Dąmbski, dziad mój, w podeszłym już wieku będący, powtórnie się ożenił i miał dwóch synów i córkę; fortuna przez to znacznie się rozdrobniła lubo był jednym z możniejszych w kraju obywateli.
Mieszkał w Księstwie Poznańskiem i dowiedziawszy się, że wnuk jego jeden jest w korpusie kadetów w Chełmnie, zażądał od mego ojca, aby mi pozwolił przepędzić u niego wakacye. Zrazu posmutniałem na tę wiadomość, przesłaną mi dość wcześnie, bo to mnie rozdzielało z moimi braćmi, z którymi zawsze wesoło czas spędzałem, ale gdy rodzice zgodzili się na to, wola ich była dla nas świętą, więc pogodziłem się wkrótce z mym losem i ciekawy nowych wrażeń, pojechałem do mego dziada.
Jedna mnie rzecz mocno niepokoiła; pod koniec roku w korpusie zagnieździła się u nas świerzba, kilkudziesięciu kadetów po odbytej ścisłej rewizyi poszło do lazaretu, a że jak wiadomo choroba ta jest łatwo udzielającą się, wyjeżdżając już na wakacye i ja dostrzegłem na sobie ślady tej dolegliwości, ale nie chcąc się wydać, aby mnie nie zatrzymano w lazarecie z tym miłym nabytkiem, pojechałem do mojego dziada.
Dwór kasztelana w obszernych dobrach, jakie posiadał, był jak na owe czasy wspaniale dosyć urządzony, a dziad już był powtórnie wdowcem; synowie jego żyli każden już na swoim chlebie i mieszkali o mil parę w Ks. Poznańskiem; bawiła tylko w domu córka najmłodsza, dwudziestoletnia panna, a moja przyrodnia ciotka, cudnej urody kobieta. Sam kasztelan już blizko ośmdziesiątletni starzec, podlegając cierpieniom pedagry, z trudnością zaledwie mógł się posuwać, najwięcej przeto siedział w fotelu. Swobodę miałem tu wszelką, bo dziadek jakoś mnie polubił, jednakże bałem się go, gdyż był surowym w całem obejściu i nadewszystko cenił spokojność. Polowanie, do którego miałem już niepohamowaną pasyjkę, pochłaniało większą część mego czasu. Poznawszy się bliżej z moją ciotką, szesnastoletni młokos, zakochałem się w niej szalenie; ona polubiwszy mnie także z figlów, do których już miałem spryt niemały, spoufaliła się ze mną; ale gdy się wydała ta nieszczęśliwa moja dolegliwość, która najwięcej się objawiała na rękach, wszelkie zbliżanie się do mego bóstwa było mi jak najsurowiej wzbronione; darowała mi kilka par rękawiczek, w których mi tylko wolno było około niej bliżej się znajdować. Ja korzystając z tego jej przestrachu, zawsze zdobywałem tem całus, strasząc ją, że jak mnie ciotka nie pocałuje, to ją zaraz zarażę, co mi się zawsze udawało, ale musiałem ręce w tył chować.
Raz ciotka w przystępie dobrego humoru zawołała na mnie
— Wicuś, chodź ze mną na spacer.
I przez szklane drzwi wybiegła jak spłoszona sarna; gdym i ja pośpieszył za nią, już była na końcu ogrodu i puściła się drogą do parku; dobiegłszy zmęczona, rzuciła się na darniową ławkę. Kolory na twarzy od szybkiego biegu i przyśpieszony oddech przy rozwianych włosach podnosiły jej piękność; w ten moment, pomyślałem sobie, jest chwila najsposobniejsza do objawienia mych uczuć... teraz albo nigdy. Więc rzucam się przed nią na kolana i wołam:
— Ciotko! ja ciebie nad życie moje kocham, musisz być moją!
A ta nie namyślając się — buch mnie w twarz; aż odgłos tego silnego policzka rozległ się po parku, a ona zerwawszy się, pobiegła drogą do domu.
Ja zgłupiałem na razie i w pozycyi klęczącej pozostałem tak jakiś moment, potem odwróciwszy się, ujrzałem tylko migocącą się postać mej ciotki w głównej już alei ogrodu, prowadzącej wprost do pałacu.
Zmartwiony myślą co z tego mego postępku wypadnie, zadumany, usiadłem na tej samej ławce, na której przed chwilą moje bóstwo siedziało, obserwując każdy ruch od ogrodu; przypuszczałem bowiem, że ciotka poskarży się na mnie przed ojcem.
Posiedziawszy tak z jakie pół godziny dostrzegłem nareszcie postępującego ku mnie służącego, który zbliżywszy się rzecze:
— JWPan rozkazał, abym panicza jak tylko znajdę zaraz przyprowadził; śpiesz się panicz, bo pan kasztelan czekać nie lubi.
I powiódł mię jak na ścięcie z sobą.
Wszedłszy nieśmiało do pokoju stanąłem przy drzwiach w pokornej postawie, co dziadek postrzegłszy, mówi :
— Zbliż się tu wasze do mnie.
I objąwszy mnie rękoma przycisnął do piersi tak mocno, że aż mi się dwa guzy metalowe od jego kapoty odcisnęły na czole.
— Dzielnieś się spisał mój chłopcze — dodał z uśmiechem — widzę, żeś jest nieodrodny mój wnuk.
Tu, wsparłszy się z trudnością o poręcze fotelu, następnie zaś na lasce, podszedł, suwając nogami ku swojej apteczce, otworzył ją i dał mi kieliszek wina i piernik toruński.
Tak tedy skończył się ten wybryk młodocianych mych uczuć jak najpomyślniej dla mnie, a że poczciwy stary kuchta domowymi środkami wyleczył mnie z mojej dolegliwości i ośmielony będąc przez dziadka, nie przestawałem wynurzać ciotce moich miłosnych zapałów, z czego się ona nieraz serdecznie uśmiała.
Skończyłem kurs w korpusie z zadowoleniem mej władzy i pożytkiem dla siebie; zanim jednak opuszczę Chełmno, muszę tu wspomnieć o jednym z najważniejszych wypadków dziejów ówczesnych, zaszłym w ostatnim roku mojego tamże pobytu.
Była to epoka najciekawsza na początku obecnego stulecia, rok 1813. Resztki zwycięskiej wszędzie armii Napoleona I, dokonywały swego fatalnego odwrotu z Rossyi; wszyscy przejęci byli ważnością tych wypadków. Do nas doszła wiadomość, że twórca Księstwa Warszawskiego przez Chełmno przejeżdżać będzie; w paradnych więc mundurach z bronią, uszykowani w szeregi przez trzy dni oczekiwaliśmy tego bohatera. Nareszcie, kiedy zbliżyła się jego kareta, zaprezentowaliśmy broń; to zwróciło uwagę cesarza, kazał stanąć i zapytał:
— Co to znaczy? cóż to za wojsko?
— Młodzi kadeci, obrońcy twoi najjaśniejszy panie.
Ukłonił się nam po trzykroć ręką z karety, myśmy go okrzykiem pozdrowili, zapisał coś w pugilaresie i odjechał.
My dumni z tego wypadku, czuliśmy się w obowiązku czuwać nad bezpieczeństwem osoby cesarskiej i przez tydzień przeszło odbywaliśmy z bronią w ręku po drodze patrole. Raz wyszło nas kilkunastu starszych na spacer i ujrzeliśmy pierwszych kozaków, dążących traktem ponad stromymi parowami, w które okolice Chełmna obfitują, a za nimi Baszkirów w ogromnych barankowych czapkach. Gdy jeden z nich, maruder, na zakręcie zatrzymał się, by coś koło konia poprawić, my z tyłu znienacka zepchnęliśmy konia w głębokie parowy, a że Baszkir miał uzdę owiniętą koło ręki, stoczył się więc z nim razem i zabił na miejscu. My zmieszani tym niespodziewanym wypadkiem, uciekliśmy, bojąc się nowych przybyszów, ale jakoś szczęśliwie nikt się o tem nie dowiedział, a między nami tajemnica najściślej zachowaną została.
Napoleon na wyspie św. Heleny przypomniał sobie o nas i kazawszy wybić bronzowe medale nadesłał je nam z napisem polskim:

Napoleon I Kadetom w Chełmnie R. 1813
Towarzyszom Broni.

Medal ten pamiątkowy znajduje się w rękach naszej rodziny.
Żegnając kolegów z prawdziwym żalem opuszczałem korpus, gdzie cztery lata najrozkoszniejszej mojej młodości spędziłem; jedyną pamiątką, jaką stamtąd wywiozłem, był przyswojony przeze mnie wąż, których mnóstwo gnieździło się w okolicach Chełmna. Tak się do mnie przywiązało to niewinne stworzenie, że gdy wychodziłem z kwatery, piszczał za mną niemiłosiernie, brałem go na lekcye i musztry, puszczając sobie za kark; on się okręcał około szyi i nie ruszając się najspokojniej spoczywał rad z ciepła, które naturze jego snadź dogadzało.
Powróciłem tedy do domu rodzicielskiego już ośmnastoletnim młodzieńcem. Ojciec mój, posunąwszy się w latach, podupadł znacznie na zdrowiu, mając zaś niemały majątek, a przytem jeszcze obowiązki piastowanego przez siebie urzędu, do pomocy i załatwiania licznej korespondencyi przyzywał zwykle jednego z synów, który z porządku po ukończeniu nauk pełnił obowiązki sekretarza i obznajamiał się przez to z interesami.
Kiedym przybył po ukończeniu nauk w korpusie do domu, stanowisko to zajmował brat mój Hieronim, mający lat dwadzieścia sześć. Dziś, o ile to sobie przypomnieć mogę, brat mój będąc gdzieś w towarzystwie, poróżnił się ze starszym od siebie obywatelem i przyszło do tego, że został tenże obywatel przez mego brata w twarz uderzonym; nastąpiło więc wyzwanie na pojedynek. Ojciec mój ogromnie się tem zmartwił, przywołał syna do siebie, najsurowiej mu cały postępek jego zganił i nakazał przeprosić znieważonego; czego gdy brat mój odmówił, ojciec, z natury swej łagodny, tak się uniósł, ze porwał szpicrutę i uderzył syna. Brat Hieronim zniósłszy tę karę ojca z pokorą, po odbytym pojedynku na drugi dzień wyjechał i udał się do majątku ojca, położonego w Prusach. Zrazu to nikogo nie zastanowiło, bo zwykł był to nieraz czynić; lecz zlustrowawszy tam gospodarstwo i stan kasy, bo był do tego upoważnionym, napisał pokwitowanie, zarządzające mu na dwa tysiące talarów i odtąd zniknął bez wieści.
Gdy długi czas nie wracał, ojciec zaniepokojony używał wszelkich swych wpływów na odszukanie syna, którego bardzo kochał, lecz napróźno, do śmierci nie doczekał się tej pociechy. Wieść była, ale nie dość pewna, że zaciągnął się do wojska tureckiego, zmienił religię i nazwisko i że potem, prawdopodobnie w kampanii r. 1829 z Rosyą, zginął.
Testamentem zabezpieczył ojciec mój dział jego na majątku, który przez czas prawem oznaczony oczekiwał na zgłoszenie się brata naszego, albo jego spadkobierców, ale i w tem, snadź z wyroku Boga, nie spełniła się rodzicielska nadzieja.
Ojciec, jako sam wysoko ukształcony, uznawał potrzebę głębszej nauki dla swoich synów, każdemu pozostawiając wybór powołania. Sposobili się więc jedni do stanu obywatelskiego i służby publicznej, kilku służyło w wojsku, jeden z braci moich obrał stan duchowny, lecz później z niego wystąpił; ja zamierzyłem zostać doktorem i w tym celu udałem się do Krakowa, lecz po dwóch latach nie mogąc wytrwać w obranym zawodzie, na inny wydział przeszedłem.
Nie będę tu opowiadał pobytu mego w Krakowie, znany jest ten gród z wielu opisów w dziejach naszych; tam byłem już więcej zajęty pracą i poważniej na świat spoglądałem. To miasto nasze, tak bogate w historyczne pamiątki, nastraja już mimowolnie każdego myślącego człowieka do gromadzenia skarbów nauki. W trzecim roku mego pobytu w Krakowie uderzony zostałem jak gromem wiadomością o niebezpiecznej chorobie naszego ojca.
Bez straty czasu, najętą furmanką ruszyłem w drogę, zaopatrzywszy się w kilka bochenków sławnego chleba, promnickim zwanego; bardzo mi on dobrze posłużył przy nader szczupłych moich funduszach w podróży, bo w końcu oprócz mnie i człowieka żywił nawet konie, dla których brakło obroku. Przybywszy do domu, zastałem jeszcze ojca naszego przy życiu i kilka miesięcy trwał ten stan niepewny, który w przewidywaniu smutnej katastrofy zgromadził nasze rodzeństwo strapione około łoża chorego rodzica.
Rok 1818 był rokiem zgonu mojego ojca. Matka ugodzona tym ciosem zmieniła się dla nas zupełnie; była nadzwyczaj czułą i kochającą wszystkie teraz dojrzałe swe dzieci; żądała też zawsze być otoczoną przez nas. Nastąpiły działy majątkowe, które przy wychowaniu naszem tak dziwnem i różnem w pojęciach dzisiejszego czasu, odbyły się wszelako jak najzgodniej, mimo tak licznego rodzeństwa, i prawdziwie mogłyby posłużyć ku zbudowaniu obecnego dziś pokolenia. Matka moja do śmierci swej pozostała w rezydencyi zajmowanej za życia męża. Jeden ze starszych braci zamieszkał w gnieździe rodzinnem, które po dziś dzień familia nasza posiada; inni bracia poobejmowali odleglejsze majątki z obowiązkiem spłaty reszty rodzeństwa. Jako fakt zgodności i miłości istniejącej w rodzinie, w której materyalne względy nie były na pierwszym planie, piszący te słowa (Antoni) w papierach po ojcu (kasztelanicu Wincentym) znalazł rachunek ręką jego skreślony z bratem Stanisławem, od którego działowa suma mu się należała tej treści: »wybrałem tyle a tyle i tu wyrażone są cyfry różne, co wypada wogóle wypłaconych tyle — ażeby się bratu memu lepiej działo, darowywam mu 40.000 złotych, co razem czyni — należna suma, skwitowana«. Nadmieniam tutaj, że ojciec mój, gdy to pisał, miał już sam czworo dzieci i jego położenie wówczas wcale świetnem nie było; stryj zaś Stanisław był bezdzietnym.
Z tego całego przebiegu opowiadania mojego ojca o ówczesnym wychowaniu młodzieży, porównywając go z obecnym, możnaby postawić sobie pytanie — czy zbyteczna surowość przodków naszych, czy też łagodność, pobłażliwość i papinkowate wychowanie obecnego pokolenia, lepsze dla społeczeństwa wywołują skutki. O tem zapewne historya w późniejszych czasach wyda sprawiedliwy i bezstronny swój wyrok.






III.
Pan Miecznik. — Dalsze losy kasztelanica. — Kilka wspomnień jego syna.

Po śmierci kasztelana, który pochowany został w grobie familijnym przy kościele w drugim swoim majątku, Konecku, pozostało nas z tak licznego potomstwa ośmiu braci i siostra; bracia wszyscy zamieszkali w jednej prawie okolicy, na Kujawach, siostra tylko, której ślub opisałem wyżej, osiedlona była w innej stronie, w ówczesnem województwie Kaliskiem, w Stropieszynie. Zgoda i miłość rodzinna wiązała nas w najściślejsze stosunki. Trzej bracia starsi byli już żonaci; Stanisław dosługiwał się w wojsku coraz wyższych stopni i doszedł wreszcie do rangi pułkownika. Ignacy, który także w wojsku służył za księcia Konstantego (brata cesarza Aleksandra I-go), słynącego ze swych oryginalności, ale zamiłowanego do ideału w wojskowości, padł ofiarą fanatyzmu, panującego w owym czasie dla wodzów. Kiedy bowiem książę w swym nadzwyczaj prędkim charakterze, podczas musztry na Saskim Placu wykrzyczał oficerów pułku, ci, rozżaleni, dali sobie słowo o jednej godzinie na drugi dzień pozbawić się życia. Dwunastu padło ofiarą, a między nimi i brat mój, zamknąwszy się w numerze niemieckiego hotelu. Trzeci brat, Ludwik, był w szkole podchorążych; reszta braci i ja gospodarowaliśmy już na własnych majątkach.
W lat trzy po śmierci naszego ojca, wszedłem, młodo bardzo, bo w 24 roku życia mego, w związek małżeński, z młodą również, bo zaledwie z 16-letnią panną, córką młodszą IMpana Stanisława Biesiekierskiego, miecznika kruszwickiego, który ojcu mojemu wypadał w stopniu brata w czwartem pokoleniu od Adama Biesiekierskiego, chorążego rawskiego (1632). Starania się mego o rękę żony, szczegółowo tu opisywać nie będę, gdyż nie mam zamiaru opowiadania romansu, lecz podaję tu jedynie rys dziejów naszej rodziny. Chociaż dzisiejsza młodzież inaczej pojmuje te trudy, a o widoki przyszłego życia dbała, wygodniej to sobie urządza; nadmienię tylko, że chowany nie tak wygodnie jak obecnie, odbywałem nieraz przejazdy po parę mil za sankami w trzaskający mróz, asystując pannom we fraku, na wierzch mając tylko krótki spencer watowany, będący natenczas w modzie. Futer bowiem na on czas młodzież nie używała, gdyż była więcej zahartowaną, a kataru ani chrypki wcale nie miewałem. Starać się będę opisać tu postać teścia mojego, który jako rzadki już typ ówczesny, zasługuje na przedstawienie więcej szczegółowe.
Pan miecznik, acz sam z siebie niezbyt majętny, lecz pełen towarzyskiej ogłady i niezwykle piękny mężczyzna, doszedł do znacznej fortuny, biorąc posagi po trzech żonach; jedna z nich była bezdzietna, z dwóch innych miał trzy córki i dwóch synów. Uposażywszy starsze swe dzieci z pierwszej żony, sprzedawszy resztę majątku i zgromadziwszy kapitały, osiadł dla edukacyi młodszych swych dzieci, podeszły już wiekiem, w powiatowem mieście, gdzie kupił sobie przytem dom z obszernym ogrodem.
W mieście więc starania o rękę mojej żony odbywać musiałem.
Teść mój w żadne papiery państwowe nie wierzył, ani w pożyczki się nie wdawał, wszystko co posiadał miał w złocie i srebrze. Żył nadzwyczaj oszczędnie, a na wydatek wszelki był skąpym, tak, że mało co dokładał do dochodów, jakie miał z obszernej swej posesyi. Ile tracił na bezprocentowym tak znacznym kapitale, łatwo się domyśleć, ale tego nikt mu wytłómaczyć nie mógł. Zbijał zawsze argumentami, ile to papierów unieważniono, ile się napaliło, a kapitałów na procencie umieszczonych przepadło. Prawo hipoteczne, dziś istniejące, było jeszcze instytucyą początkującą. Starzy więc w nią nie bardzo wierzyli.
— Gotówka, to grunt, mospanie — powtarzał zawsze pan miecznik.
W takiem położeniu będąc, urządził się też stosownie. Posesya jego cała była wysoko oparkaniona, okna szczelnie okratowane, bramy i wejścia boczne, warownymi opatrzone zamkami. Mieszkania w swoim domu takim tylko lokatorom wypuszczał, którzy byli spokojni i bezwarunkowo zobowiązywali się wieczorem o dziewiątej godzinie być już u siebie w domu, o tym bowiem czasie sam całą kamienicę zamykał, klucze do siebie zabierał i nie wpuścił ani wypuścił nikogo, gdyby to nawet niebezpieczeństwem zdrowiu groziło.
Życie więc tam nie wesoło, zwłaszcza młodym, schodziło; w staraniu się jednak o żonę, musiałem się do tych zwyczajów zastosować.
O dziewiątej zrana wychodził pan miecznik regularnie do katedry na mszę, a w niedzielę i święta na większe nabożeństwa do klasztoru Reformatów, gdzie był starszym w bractwie różańcowem. Zawsze o 12 jadano obiad, a kto się spóźnił, żeby to nawet był syn rodzony, nie dostawał nic. »Spóźniłeś się waspan, łapę liż«, mówił gospodarz. Miał uprzywilejowanych swoich gości w mieście, którzy go odwiedzali, grywał z nimi w maryasza na Zdrowaśki; gdy je przegrał, z całą pokorą, klęcząc ze złożonemi rękoma odmawiał, i ściśle znów pilnował, aby przegrywający spełnił to samo; kupiwszy zaś talię kart polskich na wigilię Bożego Narodzenia, nie zmieniał ich i musiały one cały rok służyć, choćby były najniemiłosierniej podarte.
Od czasu ożenienia się mojego siedm lat już było upłynęło, Pan Bóg obdarzył mnie trojgiem dzieci: dwoma synami i córką; nic wszelako ważniejszego w rodzinie naszej nie zaszło, aż dopiero rok 1830 był epoką ogólnego krajowego wstrząśnienia. Zaciągnąłem się do dziewiętnastego pułku liniowego kosynierów, który się formował w Łęczycy pod nazwą Mazurów; wstąpiłem w stopniu porucznika. Pułk ten złożony był po większej części z obywateli i okolicznych włościan, stąd też pułkownik nasz, dawny wojskowy i rygorysta, chociaż dobry człowiek a dzielny i mężny dowódca, niecierpliwy jednak przy ćwiczeniach i mustrze, wyzywał na nas, gdyśmy się w manewrach zmylali: — »A, nieuki! bronowłoki, hreczkosieje!« co nas nieraz niecierpliwiło. Gdyśmy do Warszawy przybyli i naczelny wódz lustrował nasz pułk na Saskim Placu (a było to w wigilię bitwy pod Grochowem), zadowolony był bardzo i wołał: »Dobrze, dzieci! dobrze, kontent z was jestem! Przyszliście w czas, wkrótce odbędziecie wasz chrzest, a teraz powiedzcie, czy nie macie co do zażalenia się? Czy dochodzi was wszystko?« — Na te słowa nastała cisza, tylko kilku z nas porozumiało się wzrokiem — i wystąpiliśmy z szeregów.
— Cóż takiego? panowie — odezwał się generał.
— Wszystko dobrze, generale, tylko niezadowolony jest pułk cały ze swego dowódcy — odpowiedziałem w imieniu wszystkich.
Tu wystąpił pułkownik i wyciągając do nas rękę, rzecze:
— Nie jest to stosowna chwila, abyśmy się mieli waśnić; jeśli was, panowie, obraziłem, przepraszam wobec generała i wierzcie mi, że nie uczyniłem tego w chęci ubliżania wam, lecz może ze zbytku gorliwości w mojej służbie; dlatego przebaczcie i bądźcie cierpliwi, poprowadzę was na pole walki i tam dowiodę, żem dbał o wasze i ojczyzny dobro, a starać się będę zasłużyć na to, abym godzien był waszej przyjaźni!
Wtem cały pułk krzyknął:
— Niech żyje nasz pułkownik! — my zaś, uścisnąwszy mu rękę, wróciliśmy do szeregów.
Kiedy generał nas opuścił, pułkownik zakomenderował: »marsz« i pociągnęliśmy na Pragę. Tam staliśmy jeszcze do wieczora i gdy się zmierzchać już miało, pułkownik, snadź nie zapomniał mi swej urazy i wydał rozkaz, abym wziął z mojej kompanii dwunastu żołnierzy na ochotnika wraz z doboszem i udał się na szpicę, nie zatrzymując się aż wyda rozkaz. Gdyśmy tedy wyszli za rogatki Grochowskie, już dały się słyszeć wyraźne strzały armatnie; maszerując tak z godzinę, spotykaliśmy ambulanse z rannymi, których z pola bitwy pod Grochowem wieziono do Warszawy. Był to dla świeżego i młodego żołnierza widok nie wzbudzający wiele odwagi. Strzały huczały w powietrzu, zrobiło się ciemno zupełnie, nie wiedzieliśmy w jaką otchłań idziemy i jak długo tak postępować będziemy. Pułkownik widać chciał doświadczyć mojej odwagi i dopuścił mnie pod samą linię bojową tak, że utraciłem od kuli jednego już z moich żołnierzy, gdy dopiero nadbiegł adjutant i zawołał: »stać«. Pułk nasz się zbliżył, a po sformowaniu kolumny stanęliśmy w asekuracyi armat i w tej pozycyi przez parę godzin, nie ruszając się, murem staliśmy na miejscu. Szeregi nasze dosyć się gęsto przerzedzały, bośmy stali w największym ogniu, parę razy tylko zmieniając pozycyę. Wiadomo każdemu z opisu tej kampanii, że w słynnej bitwie pod Grochowem z obu stron nieprzyjacielskich pozycyi, głównie czynne były działa, których z obu stron do sześciuset grało, blizko przez dwanaście godzin. Jedni tylko »Czwartacy«, pułk piechoty, cudów waleczności dokazywał w sławnej »Olszynce«, którą to pozycyę po cztery razy bagnetem zdobywał, czem się potem nawet chełpił pono sam W. ks. Konstanty, że jego ulubieńcy tak się dzielnie spisywali. Rezultat bitwy z obu stron nie był rozstrzygnięty i cofnęły się one z pola walki. Nasz pułk odbywszy dobry chrzest, bo nam sporo żołnierzy ubyło z szeregów, cofnięty został z zajmowanej pozycyi i nakazano spoczynek.
Nigdy mi w życiu tak nie smakowało jedzenie i fajka, jak po tym marszu, który odbyliśmy i po bezsennie spędzonej nocy.
Innych batalii, w których uczestniczyłem, opisywać nie będę, nadmienię tylko, że w bitwie pod »Ostrołęką« zostałem ranny i odesłano mnie do głównego lazaretu w Warszawie. Po wyleczeniu się z rany zachorowałem na tyfus i zaledwie w ośm tygodni jako rekonwalescent powróciłem do domu. W czasie mej nieobecności przybył mi syn, któremu na pamiątkę epoki dałem imię Wiktor.
W sąsiedztwie mojem miał majątek generał wojsk rosyjskich Ksawery Dąbrowski; w obecnej epoce krajowych zaburzeń była to wybitna postać. Poaresztował on wiele znaczniejszych osób w okolicy, a głównie wszystkich obywateli, którzy mieli jakikolwiek udział w rewolucyi i mnie też w parę tygodni po powrocie do domu aresztowano; zastałem już niemało towarzyszów, a pomiędzy innymi nawet ś. p. arcybiskupa Fijałkowskiego, wówczas będącego jeszcze prałatem i kanonikiem katedralnym. Był to rok 1831, rok największej może w kraju naszym cholery, która skutkiem przechodu wojsk i wojny u nas grasowała. Jako więźniowie polityczni byliśmy ulokowani po domach w małej mieścinie, gdzie połowa ludności wymarła; w domu, w którym ja byłem umieszczony, zmarło jedenaście osób w ciągu dwóch tygodni. To zmusiło ówczesną władzę do pomieszczenia nas w innej miejscowości. Dostaliśmy się na wieś do obszernego opustoszałego dworu, pilnowani zaś byliśmy przez trzydziestu żołnierzy i oficera; było więc nam już weselej razem w niewoli naszej, ale odcięci byliśmy od wszelkich z zewnątrz wiadomości. Oficera, który niezłym był człowiekiem, przypuściliśmy do naszego towarzystwa, a żołnierze mając się od nas dobrze, lubili nas bardzo. Ja, żywej natury, pełen wiary i nadziei, nasłuchiwałem i zbierałem wiadomości, jakie się do nas dostać mogły. Było to w chwili kiedy Rosyanie zdobywać mieli Warszawę przez korpus ks. Paszkiewicza, który się z za Wisły koło granicy pruskiej przez naszą okolicę przeprawił. Głucha wieść doszła nas, że Rosyanie odparci i pobici zostali; ja więc nie tracąc czasu, rozbrajam dobrodusznego oficera, ubieram się w jego przybory i obejmuję komendę nad żołnierzami, ufny, że lada chwila zjawi się jakiś nasz oddział, który nas wyswobodzi. Tego dnia jakoś cicho było, żadna potwierdzająca wiadomość nie nadeszła, przez drugi dzień cały jeszcze miałem nadzieję, lecz pod wieczór przyszła przecie rozwaga, oddałem więc poczciwemu oficerowi jego broń i uniformy, a on dalej pełnił swoją służbę.
Dowodził w okolicy siłą zbrojną generał Kreutz, który objeżdżając konsystujące wojska i nas często odwiedzał; był to bardzo zacny człowiek, niemłody już, wykształcony i miły, więc z nami był w dobrych stosunkach i myśmy polubili go także. Gdy nadjeżdżał, żołnierze zwykle występowali, a oficer zdawał raport swemu dowódcy, naturalnie więc z obowiązku służby nie mógł zataić tego co zaszło. Generał wszedł do naszej kwatery i rzecze do mnie: — Panie! coś zrobił? rozbroiłeś oficera, będącego na służbie, wiesz co cię za to czeka w czasie wojny? — Kula! — Ale dziękuj Bogu, że to na mnie trafiło, przebaczam ci, bo wiem, że masz żonę i czworo drobnych dzieci, niech to jednak zostanie przy was moi panowie.
Uściskałem tego zacnego człowieka, bo prawdziwie na to zasługiwał, on zaś odezwał się:
— Za to co robię nie dziękuj, ale możesz mi się odwdzięczyć inaczej; ja nie mam dzieci, oddaj mi dwóch twoich starszych synów w opiekę, zajmę się jak moimi własnymi, oddam ich do korpusu (widywał bowiem ich pierwej gdy mnie odwiedzali).
Żona moja wszelako słuchać o tem nie chciała; dziś kto wie, jaki los spotkałby synów moich.
W parę miesięcy za wstawieniem się generała Kreutza za nami i wskutek dobrej opinii tego zacnego człowieka, zdanej o nas do władzy, uwolnieni zostaliśmy z niewoli i ja powróciłem do domu.
Po klęskach wojennych, jakie kraj nasz przeszedł, zniszczenie gospodarstw, tam zwłaszcza, gdzie odbywały się batalie lub przechody głównych armii, było okropne. Nastąpiła wiosna 1832 r., inwentarz jaki pozostał wyzdychał, bo był i pomór na bydło — reszta niedobitków koni nosata — siać nie było czem — kredytu żadnego. Kiedy tak zrozpaczony i zadumany siedziałem w oknie, patrzę — przez wieś moją jedzie kilkanaście wozów wyładowanych zbożem i nareszcie skręcają w podwórze. Wychodzę z zapytaniem coby to miało znaczyć i poznaję gospodarzy z sąsiedniej wsi. Tu występuje do mnie najstarszy wiekiem, nazwiskiem Mistera i kłaniając się rzecze:
— Wiemy, że wielmożny pan jesteś w kłopocie, nas Pan Bóg jakoś ochronił od zupełnej klęski, więc przyjechaliśmy Wpanu zaorać i zasiać pole, a jak Pan Bóg da, że się urodzi, to Wpan nam odda; my przecież sąsiedzi wspierać się powinniśmy, tak Pan Bóg przykazał.
Czyn ten i mowa szczera tych ludzi rozrzewniły mnie bardzo; przyjąłem ich dar, bo to był naszego poczciwego ludu prawdziwie chrześcijański uczynek i plon był z tego siewu bardzo obfity.
Rodzice mojej żony dotknięci zostali bolesnym bardzo ciosem; syn ich najmłodszy Julian, dwudziestoletni młodzieniec, zginął w kampanii 1831 r. Matka, która do szaleństwa kochała swego jedynaka, bolejąc nad jego utratą, z płaczu zaniewidziała i do śmierci już nie odzyskała wzroku.
Miecznik wobec wypadków krajowych tem większą jeszcze otoczył się w domu swym ostrożnością. Podczas rewolucyi po parę razy zajęte miasto przez nieprzyjaciela narażone było na rabunek; wtenczas szczelnie się on zamykał i nie dopuszczał nikogo; tylko pijanym zwykle żołnierzom podawał oknem na długim kiju przygotowane już woreczki z drobną miedzianą monetą i tym sposobem jakoś się szczęśliwie od napaści ratował; zamknąwszy wokoło okiennice i drzwi szczelnie zawsze powtarzał: »zdieś wsie ludi na choleru pomerli, niet nikoho«.
Rok 1833 był epoką działania emisaryuszów, którzy z narażeniem się własnem usiłowali powtórny rokosz wywołać. Wieści dziwne krążyły po mieście a miecznik nie mając komunikacyi prawie z nikim, ciekawy był wiadomości. Jedyną kobietą, którą dopuszczał do siebie, a ta miała styczność z miastem była stara Chaberska, trzymająca w dzierżawie ogród, mieszkała zaś w oficynie. Ta przychodziła zwykle zmrokiem i obowiązaną była opowiedzieć pod sekretem co w czasie dnia usłyszała na mieście; była to rodziców żony mej jedyna gazeta chodząca. Gdy przyszła, zamykały się wtenczas szczelnie drzwi, ona usiadała na kanapie blizko niewidomej matki, miecznik zaś ciekawy, a mocno już głuchy przysuwał się z krzesłem do nich. Cichym szeptem szła naprzykład następująca rozmowa. Matka się pyta:
— No i cóż tam słychać Chabersiu?
Ona również cichym głosem odpowiada:
— A to proszę pani idę sobie ulicą i patrzę... idzie żołnierz ubrany z karabinem.
— Imość, imość, co ona mówi? — pyta miecznik.
— Cicho Stasiu, bo kto usłyszy — szepce mu do ucha żona — Chabersia mówi, że szła sobie ulicą i widziała żołnierza co szedł z karabinem.
— O, o! dla Boga! — wzdycha miecznik — ja nieszczęśliwy.
— Cóż dalej — pyta się matka?
— To jeszcze nic proszę pani — mówi Chaberska — ale idę koło magazynu solnego stoi żołnierz na warcie i to także z bronią.
— Co ona mówi? — odzywa się znów niecierpliwy miecznik.
— Cicho, cicho — powtarza matka — powiada, że szła koło magazynu solnego i tam stał na warcie żołnierz z bronią.
— Co imość mówisz, ach Boże! będzie znowu wojna!
Na tem ograniczały się wiadomości polityczne, bo za nic żadnej gazety nie brał miecznik do ręki, gdyż wszystkich co czytali uważał za rewolucyonistów źle widzianych od władzy.
Za nic nikomu grosza nie pożyczył; raz syn jego z pierwszej żony przyjechał odwiedzić rodziców, a więcej w celu pożyczenia od ojca pieniędzy. Po przywitaniu i zjedzeniu obiadu zaczyna się syna wypytywać:
— Cóż tam u Wasana słychać, urodzaj masz dobry.
— Tak, dosyć proszę ojca, urodziło się nieźle, tylko mi pszenica prawie wszystka poległa i ma szczupłe ziarno; właśnie chciałem prosić ojca o pożyczenie mi pieniędzy, bo potrzebowałbym do siewu nabyć lepszego ziarna.
I całując go w rękę dodał: ja ojcu kochanemu oddam.
Na to miecznik mruknął:
— Hm, hm, wiesz Wasan co — nie siej pszenicy, bo widać do niej niemasz szczęścia.
I nie dał mu ani grosza, choć to był syn pierworodny.
Zawsze narzekał na biedę, mówiąc: »Ja nie wiem z czego wy tam na wsi żyjecie! bo ja to nie mam sobie za co soli i chleba kupić. Miał jednak wydatki swoje, na które nie żałował i spełniał je z całą sumiennością. Co piątek o 10 rano schodzili się przed kamienicę miecznika ubodzy z całego miasta; gdy już zobaczył oknem, że liczba ich jest spora, wychodził do nich, uszykował w dwa rzędy na ulicy, jak wojsko, i porachował; dopiero odliczył sobie stosowną ilość groszy i zapowiedział, żeby się nikt nie ruszył, dopóki wszystkich nie obdzieli, sam zaś środkiem postępując, rozdawał jałmużnę. Dziady i baby wiedząc już ten zwyczaj, sami się pilnowali, boby ostatni nie dostali; słuchali go jak wojsko swego dowódcy, a gromadziło się ich do stu; grosze chętnie zbierał zawsze i wymieniał od każdego zapytując: »A niema tam Wasze groszaków? Nigdy też nie było wypadku, aby mu ich brakło.
Tu Antoni B. syn kasztelanica dodaje swoje własne o rodzicach i mieczniku wspomnienia.
Przy swej oszczędności i skąpstwie pan miecznik miał słabość do wnuków. Pamiętam, gdy miałem może lat ośm, starszy mój brat i ja byliśmy już w szkołach. Przybywszy na wakacye do rodziców, obowiązani byliśmy pojechać na przywitanie do dziadków; mam dobrze w pamięci wysoką tę postać starca z białym jak mleko a sumiastym wąsem; trzymał się prosto i lubił z nami rozmawiać, a trzeba było głośno i wyraźnie mówić, bo niedosłyszał mocno. Babka, jako niewidoma, nie zajmowała się niczem, więc sam kluczyki od wszystkiego miał zawsze przy sobie. Gdy rodzice poszli na miasto po sprawunki a nas zostawili z przykazem, abyśmy byli grzeczni, nic nie ruszali i nie biegali, dziadek wtenczas wypytywał się nas co tam słychać na wsi, co porabiamy. »Pewno Waspanowie tylko wróble wykręcacie, co? hę?!« I śmiał się. »A który lepiej łazi po drzewach?« »Poczęstujże ich też czem Stasiu, odezwie się babka, oni pewnie głodni przejechali się, to będą mieli apetyt. — No, chodźcie za mną«. Szedł więc dziadek, otwierał szafkę w murku będącą i nalewał nam po kieliszku piołunowej wódki. »Pijcie mówi, to zdrowe na żołądek«, wyniósł też parę skórek od chleba i bułek zbieranych od kilku tygodni. »No, a to schrupcie, bo macie młode lepsze zęby od nas«.
Babka zwykle ręką mierzyła nasz wzrost, pytając się: »A który to?« i dziwiąc się jak urósł; bardzo nas przytem czule ściskała. Z większą uciechą jechaliśmy pod koniec wakacyj na pożegnanie do dziadków, bo wtedy czułe było rozstanie i dostawaliśmy po 5 złotych. Raz pamiętam przy pożegnaniu dziadek jakiś był niespokojny, kręcił się po wszystkich pokojach, stękał i frasunek widoczny malował się na jego twarzy. Matka nasza już ubierała się do drogi, a my smutno spoglądaliśmy po sobie i łzy kręciły się już w oczach, bo myśleliśmy, że nas zwykły datek ominie, gdy dziadek wychodzi i rzecze do nas: »No macie tu Wasanowie po talarze pruskim, jak przyjedziecie do Warszawy, idźcie do banku, tam wam zmienią, dostaniecie po sześć groszy ażjo, tylko pamiętajcie nie dajcie się oszukać, niech mniej nie dadzą. Myśmy dobrze pamiętali, bo wyjeżdżając z miasta, wstąpiliśmy zaraz do cukierni, aby kupić ciastek do domu dla rodzeństwa i swoje talary zmienili.
Babka moja kasztelanowa Dąmbska z domu, posunąwszy się już znacznie w latach, mieszkała zawsze w swej rezydencyi, którą za życia męża zajęła. Kiedy rodzice moi odwiedzali ją, zawsze brali na tę wizytę jedno z sobą dziecko dla zaprezentowania go babce, więcej nie przywozili, bo nie znosiła hałasu małych dzieci. Pamiętam, gdy na mnie ta kolej przyszła musiałem siedzieć jak trusia, bo miałem to przez rodziców surowo nakazane. Nie wesoła to była dla dzieci w moim wieku wizyta. Faworyty psy i koty nie odstępowały jej nigdy; przypatrywałem się tym starym już bezzębnym z zapłakanemi oczyma stworzeniom, którym zazdrościłem swobody i karesów jakich doznawały.
Zdrowie mojej babki było bardzo nadwątlone, kaszel dokuczał jej mocno, podupadała coraz na siłach, w parę lat umarła i pochowana została obok męża w grobie familijnym.
Jak przez postęp cywilizacyi i wynalazków zmienił się stosunek ówczesnej epoki, muszę tu dla porównania choć pobieżnie opisać pierwszy nasz wyjazd do szkół w Warszawie.
Pierwsza ta wyprawa nasza odbywała się w roku 1835. Były to ciężkie czasy dla gospodarzy na wsi, ceny zboża nadzwyczaj nizkie i kupiec na nie trudny. Pamiętam na święta Bożego Narodzenia ojciec mój (kasztelanic Wincenty) na parę dni przedtem wysłał był do miasta kilkadziesiąt korcy grochu, aby na święta zaopatrzyć się nieco w pieniądze i sprawunki potrzebne do domu. Matka wypisała regestr potężny rzeczy potrzebnych do spiżarni a pomiędzy innemi dostrzegliśmy zamieszczone pierniki i smaczne bakalie; naprzód tedy cieszyliśmy się, że nas nie ominie gwiazdka; na powrót więc wywózki oczekiwaliśmy niecierpliwie. Trzy mile było z okładem do miasta, więc wysyłka jeszcze po drodze w tym czasie uciążliwej, nie mogła wrócić pierwej, niż drugiego dnia wieczorem; myśmy się jakoś ociągali z pójściem spać, aby jak przyjadą dostać świeżych z miasta bułek i piernika. Wtem koło dziewiątej wieczorem psy zaszczekały, zrobił się ruch niezwykły w podwórzu i niebawem wszedł do pokoju pisarz, wysłany z wywózką, ale jakoś z nietęgą miną i kłaniając się rzecze: »Proszę Wielmożnego pana, grochu nie sprzedaliśmy i chociaż taki ładny nikt nie chciał kupić. Starszy pan (miecznik) kazał go zsypać do siebie do spichrza, boć trudno było po takiej opłakanej drodze wieźć go napowrót do domu; tu jest list od starszego pana, kazali się oboje Państwu kłaniać«. My słuchając tej relacyi posmutnieliśmy bardzo, bo nas omyliły nadzieje. — Dziadek pisał: »Kazałem tu Wasana groch zsypać, chciałem na poczcie choć parę korcy sprzedać, ale poczthalter odpowiedział, że ma teraz co paść końmi; obiecał, że może po świętach weźmie, ale tylko po ośm złotych daje, mam nadzieję, że może dla gołębi potrosze co sprzedam, bo inaczej to pies się o niego nie spyta«.
Takie to były czasy trudne, ale ojciec jakoś zebrał pieniądze i zapowiedział wyjazd nasz do Warszawy na parę tygodni przed terminem. Siostra i nas dwóch braci mieliśmy być odwiezieni, więc przez ten czas przygotowania i krętanina były wielkie. Matka szykowała w domu wyprawę dla nas a na tydzień przed wyjazdem konie przeznaczone do podróży były odstawione, nic nie robiły i już je lepiej pasiono. Powóz ciągle zabezpieczali stelmach i kowal, a w wigilię dnia wyjazdu konie okuto; obroki się w drogę szykowały na osobnej bryce i na noc już przed domem stały ekwipaże dla upakowania rzeczy rano. Podróż sama trwała blizko trzy doby, ośm mil po zwyczajnej drodze, reszta już szosą. — Przygotowania te jak również sama podróż z noclegami, jako nowość zajmowała nas bardzo, a gdy nam ojciec trzeciego dnia nad wieczorem pokazał jakąś mgłę i dym unoszący się nad Warszawą, oczy nas zabolały od patrzenia, bo kurz był niemiłosierny. Wreszcie kiedyśmy ujrzeli tę niezliczoną ilość wiatraków, sądziliśmy, że miasto z samych młynarzy i piekarzy jest złożone. Gdyśmy nareszcie zajechali przed rogatki, gdzie się odbywała rewizya i meldunek, obawialiśmy się owej baby strasznej, o której mówiono nam, że będziemy ją musieli całować, ale jakoś wjechaliśmy w miasto i ta ceremonia nas ominęła a cała uwaga zwrócona była na ruch i gwar bez końca. Wszystko to nas w podziw wprawiało, lecz przybywszy do hotelu po posiłku zmęczeni podróżą zasnęliśmy szybko nie obudziwszy się aż rano nazajutrz i zaraz pobiegliśmy do oka, by popatrzeć na ulicę. Pamiętam, żeśmy tego dnia wieczorem byli w teatrze, z początku bawiło mnie to, lecz w końcu zasnąłem i obudziłem się już na miejscu w hotelu rozebrany do spania.
Pobyt w Warszawie dosyć nam się podobał, bo i cukiernie często odwiedzaliśmy i nie myśleliśmy o tem, kiedy się ten błogi czas skończy. Na trzeci dzień zaprowadzili nas rodzice do tych państwa, u których mieliśmy być umieszczeni na stancyi. Byli to państwo Pilatti, rodzice malarza Henryka; że to była tylko pierwsza wizyta, więc z dobrą fantazyą i w humorach niezłych wróciliśmy do hotelu; ale w parę dni rodzice nas znów biorą na tę wizytę i dostrzegliśmy płacz matki, z którym się kryła przed nami, coś nas tknęło, aleśmy jeszcze poszli z dobremi minami, aż przy pożegnaniu rodzice odzywają się do nas: »zostańcie tu a my do was niedługo przyjedziemy« i wyszli. My posmutnieliśmy jakoś, ale wyczekujemy jeszcze ich powrotu, lecz gdy się ściemniło i po kolacyi kazano nam się położyć spać, przez całą noc nieutuleni w płaczu, doczekaliśmy się dnia, a ubrawszy, wymknęli się na ulicę i podążyli do hotelu. Tam już jednak było pusto w numerach przez nas zajmowanych, rodzice jeszcze wieczorem dnia poprzedniego wyjechali. Zdesperowani, kręcąc się po ulicach nie mogliśmy z powrotem trafić, bierzemy więc doróżkę i każemy się wieźć na Dziką ulicę, lecz widzimy uśmiechniętą twarz doróżkarza, gdyż tylko zwrócił końmi i wjechał na naszą ulicę, a my poznaliśmy dom, stanął; lecz za kurs zapłacić trzeba było. Przez trzy dni nie mogliśmy się w żalu naszym uspokoić, w końcu po naradzie z sobą napisaliśmy list do rodziców, że jeżeli nas w ciągu dwóch tygodni stąd nie odbiorą i nie wrócimy do domu, to się obydwa powiesimy! Ojciec odebrawszy ten list rozśmiał się tylko, matce go nie pokazał a nam nic na niego nie odpisał. My odtęskniwszy się wreszcie, zapomnieli się powiesić. Było nam u tych zacnych ludzi bardzo dobrze; prawdziwą opieką rodzicielską byliśmy przez obojga otoczeni, może najlepiej ze wszystkich miejsc, jakie podczas naszego szkolnego pobytu zajmowaliśmy. Rodzice przez rok cały nie zajrzeli do nas, tylko listownie z nami korespondowali a dwa lata na żadne święta, ani na wakacye z Warszawy nie wyjeżdżaliśmy umyślnie dla tego, abyśmy się należycie odtęsknili, chociaż dziś to mogę wyznać, że sami dużo nad tem cierpieli, bo nas prawdziwem uczuciem rodzicielskiem kochali.
Dziś spieszą rodzice do swych gagatków, gnani siłą pary i ta im się jeszcze za wolną wydaje, rozmawiają telegrafami, a nawet są tacy, którzy porzucając najświętsze obowiązki i przyszłość swych dzieci przenoszą się z niemi dla edukacyi do miasta, nie chcąc ani chwili pozbawić się ich widoku; czy im tem w przyszłości szczęście zapewniają? Najlepiej obecne stwierdzi pokolenie.
Nadszedł rok 1840; przyjechaliśmy na wakacye, brat mój, Roman, miał rok ośmnasty, ja byłem już piętnastoletnim wyrostkiem. Jednej niedzieli zaproszeni zostali rodzice na obiad w sąsiedztwo, więc całym domem naszym dwoma ekwipażami pojechaliśmy z wielką uciechą, bo tam po obiedzie miały się odbywać tańce. My obadwa wystrojeni byliśmy w studenckie nowe fraki, które podówczas uczniowie w święta i na wystąpienia galowe nosili. Może w pół godziny, kiedyśmy na miejsce przybyli, przybiega posłaniec na zziajanym koniu z wiadomością, która przeraziła wszystkich, a rodziców moich, szczególniej zaś matkę dotknęła bolesnym ciosem. Miecznik nagłe zakończył życie. Ojciec bez straty czasu, kazał zaprzęgać i pojechaliśmy wszyscy; w parę godzin stanęliśmy na miejscu. Gdyśmy zajeżdżali, pamiętam, kamienica zajmowana przez dziadków była już oblężona przez tłum odwiedzających nieboszczyka, szczególniej ubóstwo cisnęło się, by oglądać swego dobrodzieja i najstarszego obywatela miasta, chorągiew żałobna powiewała już przed domem jako godło śmierci. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie wywarła ta miłego oblicza spokojna postać dziadka mego, leżącego na katafalku wpośród palącego się licznego światła. Śmierć jego była niespodziana, w wigilię dnia (była to sobota) czuł się najzdrowszym, jak w tym wieku być można, kręcił się jak najgorliwiej po wszystkich kątach w domu i podwórzu a nad wieczorem posłał po golibrodę, aby go ogolił. »Co ty Stasiu robisz, przecież się zawsze golisz w niedzielę rano — odezwie się babka«. »A to widzisz moja Imość nie chcę, aby mnie po śmierci skrobano« — i rozśmiał się. — Po ogoleniu się, ukląkł do pacierza i modlił się dłużej, niż zwykle; po odprawionych modłach, rzekł do żony: »Idźmy dziś moja Imość wcześniej spać, bo mnie jakoś sen morzy«. Zwykle koło siódmej rano wstawał pierwszy i odchylał okiennice. Babka, chociaż czasem już niespała, gdy cisza panowała w pokoju, nie przerywała snu mężowi. Dziś siódma wybiła na obydwóch zegarach, Jegomość się nie obudził; cierpliwie szepcąc sobie pacierze, doczekała babka znów, że wybiła ósma; więc zaniepokojona, czy nie chory, cichym głosem zawołała: »Stasiu, Stasiu! a cóż tak dzisiaj długo spisz?« Nieodebrawszy odpowiedzi, niespokojna, zawołała głośniej, aż służąca, stara Marcinowa, gotowa na wezwanie, usłyszawszy przyszła i zbliżywszy się do łóżka miecznika z przerażeniem zawoła: »Jegomość nie żyje!« otworzyła okiennice; leżał już stary pan miecznik, uśpiony snem wiecznym; zapewne astma, na którą pod koniec życia cierpiał, w mocniejszym kaszlu zadusić go musiała. Przeczuł tedy swój koniec, a do tej wędrówki w świat lepszy przygotował się nawet; w testamencie zalecił żonie i dzieciom, aby go jak najskromniej pochowano. Trumnę prostą, dębową miał u OO. Reformatów złożoną dla siebie, na koszta pogrzebu pieniądze w worku były pod materacem w głowach jego łóżka, opieczętowane z napisem: »na mój pogrzeb«, w wysokiej szafie od zegara pieniądze, z napisem na woreczku: »dla rozdania ubogim na pogrzebie za moją duszę«. Z taką to rozwagą przodkowie nasi myśleli dawniej o śmierci.
W mieście nie pamiętali mieszkańcy dawno tak licznego pogrzebu. Wszyscy księża i cechy wystąpiły z paradą dla oddania ostatniej posługi miecznikowi, jako bratu starszemu, który im na sesyach długi czas przewodniczył. Ubóstwo z całego miasta i okolicy obdarzane przez nieboszczyka, długim szeregiem wlokło się za konduktem. Familia pozostała, nie we wszystkiem w ceremonii pogrzebowej zastosowała się do woli nieboszczyka, bo godność jego na to nie dozwalała. Pochowany został przy kościele OO. Reformatów, gdzie od dawna to miejsce sobie upodobał, a na wieczne czasy jeszcze za życia dla siebie i żony zakupił. Nagrobek ten po dziś dzień stoi tam dotąd niewzruszony.
Po śmierci miecznika, jak to w mieście zwykle, dziwne wieści krążyły pomiędzy ludem, że parę razy widziano go, jak przyszedł liczyć do piwnic swoje ukryte tam skarby, że pozostali sukcesorowie nie mogą ich przemierzyć i t. p., lecz któż ludzkie języki powstrzymać jest mocen. Babka, jako już w wieku podeszłym będąca, przytem niewidoma, potrzebowała troskliwej opieki i otoczenia rodziną po swym ciosie, przeniosła się przeto na mieszkanie do starszej swej córki i tam w parę lat życia dokonała, pochowana obok męża, w miejscu zawczasu przygotowanem.







Przypisy

  1. Antoni Dezydery Biesiekierski, kasztelan kowalski, pierwsza żona Aniela Zboińska, druga Aniela Anna Dąmbska.
  2. Zapewne Osięciny.
  3. Józefa, urodzona ze Zboińskiej, wyszła za Maksymiliana Celińskiego, radcę departamentu kaliskiego.P. Wyd.
  4. Młodsze córki, urodzone z Dąbskiej, żyjące na ten czas, w młodości pomarły.
  5. W dziewiątym pułku ułanów W. Księstwa Warszawskiego.
  6. Wyszła za Maksymiliana Celińskiego.
  7. W owym czasie nie było tak wydoskonalonych zapałek, jak obecnie; w pokojach kobiecych używano tak zwanych siarniczek, to jest strzyżonych w rożek papierków, maczanych w roztopionej siarce, które wieszano nadziane na sznurek na gwoździu, w blaszanem zaś pudełku był upalony pulwer (z płótna), krzesało się ogień, a od iskry rozniecał się proszek, od niego zaś siarniczka. W kuchni natomiast był utrzymywany ciągły ogień na kotlinie, ogarnięty kupką popiołu. Do fajek używano krzesiwa, skałki i hubki, a czasem szkła palącego, gdy słońce jasno świeciło.
  8. W Toruniu, pewien gatunek ciastka z rodzynkami — patrz Linde Vol. V, fol. 552.P. Wyd.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Kajetan Kraszewski, Antoni Biesiekierski.