Strona:Kraszewski Kajetan - Ze wspomnień Kasztelanica.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Wtem cały pułk krzyknął:
— Niech żyje nasz pułkownik! — my zaś, uścisnąwszy mu rękę, wróciliśmy do szeregów.
Kiedy generał nas opuścił, pułkownik zakomenderował: »marsz« i pociągnęliśmy na Pragę. Tam staliśmy jeszcze do wieczora i gdy się zmierzchać już miało, pułkownik, snadź nie zapomniał mi swej urazy i wydał rozkaz, abym wziął z mojej kompanii dwunastu żołnierzy na ochotnika wraz z doboszem i udał się na szpicę, nie zatrzymując się aż wyda rozkaz. Gdyśmy tedy wyszli za rogatki Grochowskie, już dały się słyszeć wyraźne strzały armatnie; maszerując tak z godzinę, spotykaliśmy ambulanse z rannymi, których z pola bitwy pod Grochowem wieziono do Warszawy. Był to dla świeżego i młodego żołnierza widok nie wzbudzający wiele odwagi. Strzały huczały w powietrzu, zrobiło się ciemno zupełnie, nie wiedzieliśmy w jaką otchłań idziemy i jak długo tak postępować będziemy. Pułkownik widać chciał doświadczyć mojej odwagi i dopuścił mnie pod samą linię bojową tak, że utraciłem od kuli jednego już z moich żołnierzy, gdy dopiero nadbiegł adjutant i zawołał: »stać«. Pułk nasz się zbliżył, a po sformowaniu kolumny stanęliśmy w asekuracyi armat i w tej pozycyi przez parę godzin, nie ruszając się, murem staliśmy na miejscu. Szeregi nasze dosyć się gęsto przerzedzały, bośmy stali w największym ogniu, parę razy tylko zmieniając pozycyę. Wiadomo każdemu z opisu tej kampanii, że w słynnej bitwie pod Grochowem z obu stron nieprzyjacielskich pozycyi, głównie czynne były działa, których z obu