Salusia Orczykówna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Dzieła poetyckie Tom 1
Podtytuł Salusia Orczykówna
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż. i A, Turkuł)
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron




IX

SALUSIA ORCZYKÓWNA



I.

». . . . . . . . . . . . . . . . Salusię
Orczykównę pamiętasz?... jedyną
Mikołaja, włodarza, córusię?...
Owoć małą to było dziewczyną
Za twych czasów, a tu lata płyną,
Więc też pewnie wyszła ci już z głowy?
Tak! nieszczęsną wróciłeś godziną:
Źle się u nas dziś święci; niezdrowy
Wiatr wieje... ach! a ona! co za los surowy!...«

I roztoczy opowieść przedemną,
Gdym go badać rozpoczął, ciekawy;
Lecz opowieść tak smutną i ciemną,
Jak strop niebios, gdy ranek go mgławy
Zamknie w uścisk obłoków, że, łzawy,
Snać o jasnym zwątpiłeś błękicie,
Snać już w promień nie wierzysz złotawy —
Ach! opowieść tak smutną, jak życie,
Jak chłopskie, polskie życie, lśniące w łzach obficie.

Lecz nim treść wam i słowa powtórzę,
Ile w mojej uwięzły pamięci,
Pewno wam się, tak myślę, przysłużę
I po waszej uczynię to chęci,
Gdy was poznam z człowiekiem — wszak nęci

Każda nowa znajomość, — co z swojem
Przelał sercem zapach sianożęci,
Połączony z łzą potem i znojem,
W tę pieśń, co jest boleścią i strasznym przebojem...

Mój przyjaciel, Walkowiak Ignacy,
Dawny sąsiad rodzinnej zagrody,
Dokąd często zachodził po pracy,
By poskarżyć się z ojcem na chłody,
Na przednówki, na braki pogody,
Lub pogadać o wojnie, co w świecie
Krew przelewa, nakształt taniej wody,
Był człowiekiem, jak wszyscy — ot, wiecie,
Jak wszyscy, których bieda niezbyt czule gniecie.

Młodym nie był, choć trudno powiedzieć,
By przedwczesna go starość trapiła;
Zawsze żywy, nie umiał dosiedzieć,
W ruch go wieczny gnała jakaś siła;
Gdyś nań patrzał, myślałeś: mogiła
Chyba mu się nie rozewrze żadna,
Chyba w lód mu nie zetnie się żyła;
Śmierci praca nie będzie tu snadna,
Jeżeli się nie skradnie, tak, jak złodziej, zdradna.

Ślad niedoli czułeś tylko w głosie,
Drżącym, smętnym, i w łzawej źrenicy,
Promieniejącej, jak ów modrak w rosie,
Który wyrósł w pośrodku pszenicy;
Lub płonęła, jak płomyk w gromnicy,
Co w bladawe rozpływa się żary
Obok zwłoków, w żałobnej izbicy,
I migoce, gdy powiew, przez szpary
Wcisnąwszy się do chaty, złoży się na mary...

Był więc człowiek, jak wszyscy, choć może
Nad wieloma miał pewne zalety:

Na niejedno poskładał się łoże
I nie jednej doznawał podniety;
Lubił zajrzeć do książki, gazety,
Grosz niejeden sam na to poświęcał;
Na weselu lub chrzcinach do fety
I wesołej uciechy zachęcał
I sianem się, o pomoc gdy szło, nie wykręcał.

Gdy był dzieckiem, marzyli ojcowie,
Jakby z niego uczynić księżula;
Wszak to w chłopskim już leży narowie,
Że ksiądz nawet godniejszy od króla.
Ale Ignaś, jak hula, tak hula:
Za pazuchą z półłokciem kiełbasy,
Którą wciska mu dobra matula,
Miast do szkoły — na łąki i lasy,
Motyle goni barwne i spłasza bekasy.

Godzinami przyglądał się w mlecze
I w te jaskry, co po ścieżkach rosną;
Patrzał w strumień, co cicho tak ciecze
I tak szemrze, snać piosnkę żałosną...
Słuchał żyta, co, nim kłosy posną,
Pobielałe i ścięte na wieki,
Gwarzy z słońcem, z błękitem i wiosną —
Hej! zapewne, że czas niedaleki,
Gdzie ziarno mu wysuszą bezlitośne spieki.

Zimą, w wieczór, siadał na przypiecku,
Oko wieszał na wargach babusi,
Kiedy stara opowiada dziecku
O tej zmorze, która chłopów dusi,
O tym dawnym dziedzicu, co kusi,
Co nie znalazł za krew ludu ciszy
Poza grobem i błąkać się musi,
Aż lud biedny żal jego usłyszy,
Przebaczy mu, choć przezeń we łzach ledwie dyszy...

Kiedy podrósł — a któżby go ganił?
Prosty, krzepki był, jak dębczak w lesie, —
Jeździł z ojcem; ojczysko furmanił:
Nie myślano jeszcze o tym biesie,
O tej czerni, co dziś cię poniesie
Mil na dobę sto, parą skrzydlata...
Był w Frankfurcie i Lipsku na mesie,
Widział ludzi i kawałek świata —
Dziś jeszcze nieraz myślą w te czasy ulata...

Kilka morgów mu ojciec zostawił,
Kilku pracą uczciwą się dobił,
Chociaż ręce dorobek mu krwawił,
Choć mu kłopot w czole bruzdy żłobił,
Nie uważał na trudy i robił...
»Starość«, myślał, »przychodzi jak z płatka,
Źleś ją przyjął, gdyś nie przysposobił
Trochę grosza — ludzka pomoc rzadka:
Opierać się na sobie trza aż do ostatka.

I o dzieciach pamiętać potrzeba« —
Żonę pojął z wioszczyny sąsiedniéj:
»Dałeś życie, daj i kawał chleba;
Szczęście dzieci — to kłopot jest przedni,
Już to ptak jest«, rozumiał, »pośledni,
Który jajka składa w gniazdo cudze;
My swych piskląt nie rzucim, choć biedni«,
Rzekł do Jagny, »by w obcej wysłudze
Marniały, chyba na śmierć przed czasem się strudzę«.

Śmierć nie przyszła, lecz Jagna spoczywa
Dawno, dawno, pod wierzbą, co płacze,
Gdy jej liście wiatr dżdżysty obrywa
I gotuje im losy tułacze...
On się w długie nie wdawał rozpacze,
Jęknął głucho, łzę otarł sukmaną —
»Nie ma plemię«, tak mówił, »prostacze

Nawet czasu, by nad ukochaną
Wypłakać się do syta łzą, z duszy wylaną«.

I na pole szedł prosto z pogrzebu,
Zerwał kłosek i ważył go w ręce,
I, źrenicę podniósłszy ku niebu,
Rychło serce utopił w podzięce:
»Panie! w szczęściu tyś widny i w męce —
Więc pozdrawiam za ciężkie cię kłosy
I za czarną tę boleść cię święcę;
Człowiek płacze i żyto się w rosy
Załzawia, skoro tego zapragną niebiosy...«

I znów pracy oburącz się chwyci,
Z krnąbrną biedą na nowo się porze;
Rzuca werko, nim dzień się rozświéci,
Nim się krwawe rozpłomienią zorze...
Chude szkapsko do pługa — i orze,
Płachtę z ziarnem na szyję — i sieje...
Codzień patrzy, jak rośnie mu zboże,
Codzień większe mu rosną nadzieje —
Po zimie przyjdą żniwa... jak się dusza śmieje!...

Dzisiaj schedę przekazał na syna,
Pomagając w podwórku, to w roli,
Lub do córki — córunia jedyna
O granicę się z swoim biedoli —
Pomknie czasem, gdy czas mu pozwoli:
Z dziećmi umie wyżyć bez poswarku,
Pieści wnuki, aż go w piersiach boli,
A wnuczęta głaszczą go po karku:
»Dziadusiu, jutro jarmark; co nam dasz z jarmarku?«

Ludzie mają starego w poszanie,
Jak on, nikt tak z pomocą nie skory;
Czy się jaki przypadek gdzie stanie,
Wzdmie się bydlak, czy w wiosce kto chory,

»Mądry Ignac« do izby, obory
Z rozchodnikiem lub kwieciem lipowem —
Miał tych leków zawsze całe wory —
»Mądry Ignac«, mówiąc jednem słowem,
Był końcem i początkiem w tem życiu wioskowem...

II.
»Chcesz, posłuchaj... Ale może wódki
Kieliszeczek?... Daj-no butelczynę,
Jędruś, z szafki!... Tak, trochę na smutki,
Tak, na troskę, na czarną godzinę!...
Więc po latach nareszcie w gościnę
Do starego przyszedłeś zagrody;
Czas przemienił i naszą wioszczynę —
Z nim nie żarty... No, włóczęgo młody,
Na zdrowie!... mało warta, choć lepsza od wody...«

I w źrenice mi spojrzy z uśmiechem
I pogładzi mnie ręką po skroni!
»Toć to wypić pewnie nie jest grzechem« —
I kieliszkiem w kieliszek zadzwoni,
Że aż kilka kropelek uroni —
»Człowiek darmo chce udawać zucha;
Młodość znika, nie dognasz w sto koni,
Jak wiatr jaki, tak przed tobą dmucha:
By trochę się orzeźwić, dobra-ć jest siwucha...

W dzień Szkaplerznej słyszałem z ambony,
Gdym był w Sielcu na wielkim odpuście,
Że wynalazł ją anioł strącony
I rozpala nią piekła czeluście,
Że trza wołać: »szatany! nie kuście!«
Gdy się taka przybliży ponęta...
On, jegomość, wyglądał coś tłuście,
Pewnie wino... Ale rzecz to święta...
Ja myślę, że kropelki Bóg nie popamięta.

Dawniej, widzisz, za jedną kwaterkę
Oddawali prawie zagon cały;
Mosiek rad się zadawał w szacherkę,
Bo też robił interes nie mały...
Jeszcze kłosy w polu nie dojrzały,
A chłopisko już wnętrze rozgrzewa,
Wszystko na pniu sprzedaje, niedbały;
Patrz! ten folwark, schowany za drzewa,
Do dzisiaj jeszcze nosi miano Przepijewa...

Kiedy była separacya, pomnę,
Gdy się do nas zjechali z urzędu
Jakieś draby-ci szwabskie, ogromne,
Że człek prawie dostawał obłędu;
Kiedy nosy, pełne psiego swędu,
Jęli wtykać, wiesz w nieswoje rzeczy,
To-ci wszystko drżało z tego względu,
Wszystko »czystą« od strachu się leczy,
Że kręcił się, jak owce, ten naród człowieczy.

Chłopy w kąty, do stajen, obórek,
Albo w pole, by schować się w stogi,
Jakby Szwed się pojawił lub Turek;
Tylko baby, pijane niebogi,
Jak nie schwycą, za miotły, ożogi,
Jak nie wrzasną: »A won tu, psiawiary!«
Tak-ci Niemcy kiert zaraz i w nogi,
Aż za nimi kurz się podniósł szary —
Uciekli, jak mówili, przed smrodem opary...

Bo i przyznaj, z tych wszystkich nowości
Nawet psu byś budy nie postawił,
Człek się dzisiaj już wprawdzie nie złości,
Jak ten finek, tak się obłaskawił,
Ale czy nas ten podział wybawił?
Jakie dał nam ten wymiar dobrocie?
Jeszcze nikt się w rozkoszy nie pławił,

Jeszcze nikt się nie zanurzył w złocie:
Dał szczęście, że się człowiek może kąpać — w pocie.

Toć i dawniej, ile człowiek baczy,
Nie bywało zbyt lepiej na świecie,
Ale zawsze-ć tak jakoś inaczéj —
Tak na sercu, chociaż kłopot gniecie,
Lżej po trochu!... Pamiętam, gdy w lecie
Pastuch gminny tak zadął na trąbie,
To najmniejsze cieszyło się dziecię,
To-ci całe jęło gwizdać Dąbie,
Jak ptactwo, wej! w tym lesie, który szwab dziś rąbie.

Albo jak też to było, gdy człowiek
Pognał szkapska na wspólne pastwiska!
Przez noc całą nie zmrużyłeś powiek;
W trawieś leżał — dziś i trawa nizka,
Tak nie rośnie, jak przedtem... Koniska
Szły, gdzie chciały; nikt nie znał granicy —
A tyś patrzał w to niebo, co błyska
Gwiazdeczkami, jak światło w kaplicy,
Lub żytaś słuchał szumu i ciężkiej pszenicy...

Powiadają, że gwiazdy, to dusze,
Które Pan Bóg na niebie umieścił;
Ja-ć tem głowę sobie dawno suszę,
Ale prawdy niktby nie obwieścił —
Mniejsza o to! Gdy łan tak szeleścił,
Toś pomyślał, że po życie brodzą
Owe dusze, co pewnie wypieścił,
Sam je Stwórca, że taki blask rodzą —
Człek słuchał, choć mu ciarki po skórze przechodzą.

Zwłaszcza ojciec Salusin — nie służył
Wtedy jeszcze pod panem: w dostatki
Jakie takie dom rodziców płużył —
Jak z rękawa ciągle sypał gadki;

Zawsze mówił, że miał je od matki,
A matusia — któżby to wybadał?
Dziś już prawie taki bajarz rzadki:
O tych duchach, co kuszą, powiadał,
O starym tym kościele, co się gdzieś zapadał.

Były-ć bagna, to prawda!... Przed laty
Mnie samemu w mule bydlak zginął,
Tak, pamiętam, cielaczek pstrokaty...
Rzeźnik, mówię, żaden nie ominął
Mej obórki, żeby nie rozwinął
Kilku srebrnych z węzełka talarów...
Człek żałował... Gdy łódką podpłynął,
Aby straty poszukać, w ten parów,
Zapomniał, gdy zawrzasło ptactwo śród moczarów.

Tak coś w wnętrzu mierziło, gdy wiosną
Szliśmy nieraz na łąki, po jajka —
Wiesz, po czajce: tam sitowia rosną,
Tam strzepoce się kaczka lub czajka
Coś cię woła — powiesz, że to bajka,
Lecz i ptaki do ludzi gadają: —
»Iii-gnaśśś...« Macierz Mikołajka
To mawiała, że i ptaki mają
Swą duszę, którą czasem dyabły opętają...

Ale ja-ci w to nigdy nie wierzę:
Czyż podobna, powiedz, jak Bóg żywy,
By pod takie jedwabniste pierze
Miał ukrywać stwór się niegodziwy?
Przecież człowiek czuje się szczęśliwy
Patrząc na to miluchne stworzenie...
Jak to w głos się odezwie jękliwy,
Jak zaśpiewa, to aż słodkie drżenie
Przejmuje wszystkie kości — aż się gną golenie...

Tak! to szatan opętał dziś ludzi,
Duszę kupił za marną mamonę;

Ledwie człowiek ze snu się przebudzi,
Już pigułki gotują mu słone:
Ten-ci przyjdzie i wrzeszczy, że one,
Niby gęsi, polazły mu w szkodę,
Ów-ci znowu nasyła mi żonę,
A ta szczeka, że pod jej zagrodę
Podeszło moje krówsko... Bij grom w taką modę!...

Człek gdzie stąpnąć dalibóg! dziś nie wie,
Żeby czasem nie zgiąć cudzej trawki;
Choćby w gardle piekło cię zarzewie,
Pić strach prawie z sąsiedzkiej sadzawki;
Wszyscy dzisiaj — to jakby pijawki,
Co chłeptliwie ssają krew czerwoną;
Jako kruki, jak te czarne kawki,
Gdy obsiędą mierzwę porzuconą,
Tak wszyscy dziś ohydy mają pełne łono.

Do chałupy nie wchodzi bogactwo,
Choć się każdy do koszuli poci;
Choć z wądolców wygnali już ptactwo,
Choć na murszach pszenica się złoci,
Nikt tak jakoś nie dojdzie do kroci...
Postawili cukrownię... niech kaci!
Wnet cukrownia wszystkich ogołoci;
Sadzą ćwikłę, chłop na ćwikle traci,
Mozołem się i trudem obcy parch bogaci.

Bo ci z naszych — to pożal się Boże!
Jakby jakieś się licho uwzięło...
Ani to się wygrzebać nie może,
Tak po uszy w bagnisku zabrnęło...
Jak te kłosy, które złe podcięło,
Tak marnieją te nasze szlachciury!
Żeby-ć jeszcze to samo ginęło,
Ale to-ci, jak liście wichury,
Rzucają tak na pastwę dziś i chłopskie skóry.

Pewnieś czytał, że i dwór dąbiecki
Meklebury czy pomry zabrali —
Słyszysz? słyszysz?... szczeka pies niemiecki,
Znają go tu i wielcy i mali:
Stąd-ci wszystko, co dawne, wygnali,
Nawet psiarnię; »bo to polska psiarnia«,
Tak te mądre przybysze gadali;
I na ludzi stąd przyszła męczarnia:
Rozpierzchli się po świecie, że aż strach ogarnia.

A kto winien? dyabli to tam wiedzą!
Boże, przebacz, że tak język bluźni,
Lecz człek w dreszczach, jak zając pod miedzą,
Więc i z dobrem słowem się opóźni.
Kiedy język ci się raz rozluźni,
To jak młyńskie kamienie tak warczy,
Albo kuje, jak ten kowal w kuźni,
Nie uważa już na nic — nie starczy
I pacierz, gdy bluźnierstwo raz duszę obarczy.

Stary dziedzic — pamiętasz go jeszcze?
Miał, gadali, złota pełne skrzynki:
Dąbie, Wióry, Zaborze i Leszcze,
Dawniej nawet Zagaj i Wycinki —
Wszystko jego... zboże szło na rynki,
A on jeździł... któżby wiedział, czemu?
Ekonomy to-ci czyste młynki
Wyprawiali harapem: polskiemu
To chłopu nie nowina, więc ulegał złemu.

Miał w Paryżu koni całe stada;
Wiesz, ten Szymek, co to był stajennym,
To-ci o tem dziwy opowiada:
Arabczyki pono chlebem pszennym
Kazał żywić... Że był bardzo zmiennym,
Że się kochał w różnicach, to żłoby,
Zamiast zwykłym napojem codziennym,

Kazał winem napełniać... Sposoby
Niejedne już to mają takie psie-wątroby.

A koryta to-ci miał z marmuru,
A błyszczały, jak samo południe:
»Te filary u farnego chóru«,
Mówi Szymek, »choć je nieraz żmudnie
Czyszczą dziady, nie patrzą tak schludnie«;
A przy żłobach to-ci — czysta pycha —
Były pono takie żywe studnie,
W których woda nigdy nie wysycha,
Lecz strzela sama w górę z dziobu lub kielicha...

On też pono czas przesiedział w stajni,
Gdy go ciągła zmęczyła wędrówka;
Takie pany zawszeć niezwyczajni,
By pracować, tak jak w polu mrówka,
Albo chłopstwo... Cedził jakieś słówka,
Lub papierkiem zapalał cygara —
Mówił Szymek, że stutalarówka
Nieraz poszła tak z dymem... Dyć, para,
Nic więcej, dukat u nich... nam bo grosz ofiara!...

Dziwowali się temu Francuzi,
Gdy, powiada ten Szymek, przybędą
Grzbiet poklepać »Nastusi« lub »Józi«;
Bo wiesz, pany, to świętym obrzędom
Urągając, nim szkapska dosiędą —
Ledwie im się uplęgnie, wprzód dadzą,
Jakby na chrzcie, mu imię... Łatędom
Na uciechę puszczał pieniądz z sadzą,
A ci »bon! bon, musyje!« mówi Szymek, radzą.

Ano mógł tak, bo pono-ć miał na to,
Powiadali ludziska wokoło...
Lecz gdy przyszło jedno, drugie lato,
Coś w dąbieckim dworze nie wesoło —

Sam komisarz schylił łyse czoło,
Choć je przedtem zawsze nosił butnie...
Przyszły żydki... zrobiło się goło
W okolicy... Las, jak człowiek, smutnie
Zajęczał, kiedy w drzewo żyd toporem utnie.

Szwab dziś resztki, patrzaj, wyrębuje...
Człowiekowi to-ci serce pęka,
To-ci w sobie prawie krwi nie czuje,
Kiedy słyszy, jak ten bór tak stęka...
Wiesz... przeklęta niech będzie ta ręka,
Która pierwszą podcięła dębinę,
Wiesz, tak na nic!... Niech piekielna męka
Marnotrawcę pochłonie... niech sine
Morówki, wiesz, rozniosą taką psią gadzinę!

Jak to było-ci dawniej, mój Chryste!
Kędyś spojrzał, to się las zielenił:
Sosny, graby i brzozy srebrzyste!
Tu się w słońcu jarząbek rumienił,
Tam cię wierzchem swoim dąb ocienił,
Gdyś tak kości, od pracy ułomne,
Kładł na miedzy... Bór się tak przestrzenił,
Jakby Gopło zielone ogromne,
Dziś drzewa nie znaleziesz nawet i na tromnę.

To-ci dawniej, kiedym był chłopakiem,
Po chruścinę do lasu pędziłem:
Dziś paliwem zbądź się ladajakiem,
Dziś torfiskiem palisz napółzgniłem...
Nieraz smagnął, że aż się spociłem,
Pan borowy swym skórzanym miechem,
I ksiądz złajał kazaniem niemiłem,
Ale człowiek uciekał z pośpiechem
I myślał, że co zerwał wiatr — to wziąść nie grzechem.

Ba, jegomość, kiedy w dzień odpustu
Poszła matka na spowiedź, to staréj,

Wiesz, do dworu za naręcze chrustu
Kazał zanieść aż cztery talary,
Żeby tamtej niby umknąć kary.
Nie oddała... bo skądże brać tyle,
Tak się gryzła, aż poszła na mary;
I dopiero w swą ostatnią chwilę
Zaklęła mnie, bym oddał, na spokój w mogile.

Jam-ci odniósł... Bo cóż było czynić?
Choć żal było grosiwa serdeczny,
Że tak za nic!... Czyliż miał mnie winić
Duch nieboszczki, że spokój mu wieczny
Odebrałem?... Dziś i ksiądz bezpieczny
Leży sobie w czterech ścianach dołka
I na wyrok czeka ostateczny —
Pod lipiną, wiesz, wedle kościołka,
A grosz mój z wszystkiem innem poszedł w ręce Wołka.

Bo gdy zaczną raz zlatywać listki,
To tak rwią się, aż wszystkie opadną;
Naprzód bory wzięły podłe chłystki —
Takie juchy to-ci łacno zgadną,
Skąd zaczynać, by mieć pracę snadną,
Potem folwark poszedł za folwarkiem;
Zatrzymano tylko Dąbie, ładną
Zawszeć wioskę, ustrojoną parkiem,
Z pszenicą tak, jak złoto i ze żytem jarkiem.

A pan jeździł... Dopiero na końcu,
Kiedy umarł, to na dawne smugi
Sprowadzili jego zwłoki... W słońcu
To od srebra aż kapały cugi,
Gdy był pogrzeb... Pamiętam ten długi
Szereg księży, to światło gromniczne,
Tromnę, konie te w czerni i sługi
I to chłopstwo, niby mak rozliczne —
Żegnały-ć pono wszystkich pany okoliczne...

Wyprawili wielkie egzekwije;
A nad grobem miał nasz ksiądz kazanie;
Tak-ci gadał, że wej! już nie żyje
Dobroczyńca; że za tysiąc stanie
Taki człowiek pobożny, aż panie
Wszystkie w ryki, chłopy bo jak chłopy...
Że dla ludu był, jak plastr na ranie,
A że nie szedł z pomocą w te tropy,
To czasy, mówił, winne, co są, jak roztopy.

Też-ci dalej powiadał, że czasy
Winne temu, gdy ziemi kawałka
Pan utrzymać nie może, gdy lasy
Tak, jak ludzie, padają; że całka
Boża wola w tem wszystkiem. »To gałka
Taka losów« — pamiętam wyrazy —
»Nam przypadła«, powiedział, »Pyszałka,
Co się Bogu sprzeciwia, jak płazy
Bóg zdepce! On bo pańskie wypełniał rozkazy.

Więc też Pan Bóg go przyjmie do siebie«,
Mówił proboszcz... Z księdzem nie ma spierki,
Ale gdy-ci, tak prawił, na niebie
To się naraz, kiej te czarne derki,
Pokazały chmurzyska, a świerki
Aż trzeszczały, zerwał wiatr się taki...
Pewnie niema w tem prawdy iskierki,
Ale starzy to mówią: »złe znaki,
Po duszę przylatuje kusy ladajaki...«

Były też tam — człek to się aż wstydzi,
By pomyśleć o tej rozgardyji,
Cóż dopiero, kiedy sam to widzi?! —
Jakieś panny, pewnie warte kiji,
Choć-ci w złotych łańcuchach na szyi
I w jedwabiach, aż się w oczach ćmiło...
Powiadali, że aż z Wenecyi

Czy tam skądsiś to licho przybyło —
Wiedziałem, dziś się w głowie już mi pomyliło...

Miały pono mieć tam coś z teatrem;
Pany zawsze-ć dziwowiska lubią;
To-ci pędzą, jak podszyte wiatrem,
Na kraj świata, krwawy pieniądz gubią;
O aktorki to się nieraz czubią,
To się nawet strzelają, powiada
Wojtek Szczerba, ten lokaj... Niech skubią
Swoją skórę, gdy chcą — trudna rada,
Lecz grosz marnować polski, pewnie nie wypada.

Owe-ć panny, to aż biły strachy,
Jak-ci wrzeszczeć, łamać rąk nie zaczną,
Targać włosy, drzeć na sobie łachy,
Wygadywać swą mową dziwaczną...
Człek to widział jeno rzecz rozpaczną,
Lecz Kociński, dzierżawca Zakrętu,
Co to młodość miał, powiada, znaczną,
Z Galibardym spalił Rzym do szczętu,
Tłumaczył, że to wszystko gwoli testamentu.

My patrzali, a tu one-ć damy
Pokazują jedwabie i złota:
»Wej! wej! wszystko to od niego mamy,
To sprawiła nam jego szczodrota!« —
»Hańba wielka taka psia robota«
Rzekł Kociński, gdy to nam tłumaczył;
Jedna nawet, obrzednia niecnota,
To krzyczała: »on-cić o mnie baczył,
We winie mnie wej kąpał, marcypanem raczył«.

A zaś inna, to-ci istna zgroza!
Prowadziła dwoje niebożątek
I biadała, idąc wedle woza,
Że to jego i że ma pamiątek

Dość po grafie na dowód... »Początek
Komedyi, które będą grane«,
Rzekł dzierżawca... My w oczy dzieciątek
Z ciekawości zajrzeli — podane
Na grafa tak, jak deszczu krople wykapane.

Ponoć zrazu odegnać je chcieli —
Gwoli takiej sromoty zapewne,
Ale potem się na rozum wzięli
I mówili, że to jakieś krewne
Z obcych krajów i że łzy to rzewne
Niby cieką — tak serce się żali;
»Chłopy«, mówi Zakręcki, »naśmiewne,
Lecz w tem głupie; szlachta-ć się dobrali —
Parlują to, lecz takiej mowy nie zaznali...«

»A zaś grafy«, tłumaczył Kociński,
To się nigdy nie zdradzą; umieją
Skryć interes jak najbardziej świński...«
Stara pani — różnie-ć o niej pieją,
Że to niby z doktorem... z Kurzeją
Nawet pono-ć, wiesz, co był pisarzem —
Miała je tam pocieszać nadzieją;
Coś je nawet wzięła za cmentarzem
W uściski i powiozła własnym ekwipażem...

Wszystko-ć niby tak z przyzwoitości,
Żeby ludziom pozamydlać oczy.
A ludziska, jak zwyczajnie, prości:
Siak i owak: ten i ów się boczy
Że to niby jest hańba; tym mroczy,
Powiadają, się w ślepiach; namolną
Tamci mają znów troskę... Potoczy
Ten i ów się do karczmy, wygolną
Wódczyska i poszepną: »tsia! tym wszystko wolno...«

Alem ci też nagadał... Mój Boże!...
Toć przebaczysz... Dusza też jest rada,

Gdy się trochę tak wywnętrzyć może...
Bo to teraz ni-ci do sąsiada;
Wszystko w pracy, wszystko prawie pada
Od mozołu, więc też niema głowy
Do gawędki... Ale ty — powiada
Mój-ci Jędruch, jako z tobą krowy
Wyganiał rad na pole — posłuchasz rozmowy«.

I coś mu się źrenica załzawi,
Jako w rosie to modraku kwiecie;
Ale Jędruś: »Co też tatuś prawi?...«
»No, mój synu, nie szkodzi... Toć przecie
On się tego nie wstydzi... Na świecie
Wprawdzie dzisiaj sukmana w ohydzie,
Ale-ć, mówią, różnie to się plecie —
Może jeszcze taka chwila przyjdzie,
Że chłopa też uznają, chociaż dziś jest w biédzie...«

Uścisnąłem za rękę starego:
»Bóg wam zapłać za takie mniemanie...
A jak będzie z Salusią?...« »Ta!... tego...
Hm!... z Salusią?... poczekaj, mospanie...
Cierpliwości, a wszystko się stanie...
Może jeszcze kieliszek?... tak, ździebłko...
Daj nam Boże zdrowie i wytrwanie
W tej niedoli!... Ledwie się z kolebką
Rozłączy człek, już w trudach!... No, jak? dosyć krzepką?...«


III.
»Ano, widzisz, z Salusią tak było:
Jak-ci Niemcy i Dąbie zabrali,
Tak się w dworze wszystko przemieniło —
Mikołaja z innymi wygnali,
I Mikołaj — niech go Bóg ocali,
Niech tę hańbę i smutek przeżyje!...
Przyszedł do mnie w komorne... Nie dali

My, by poszedł w świat, choć człek się bije
Sam z biedą, która chwyta, tak jak wąż, za szyję.

Muszę tylko znowu od początku
Opowiedzieć, jak się wszystko stało,
Że przybysze weszli do majątku
Dąbieckiego; że dziś już wypsiało
Dawne plemię; że fortunę całą
Zagarnęli do ostatniej skiby
Tak! tak! obcy, nie swoi!... Bolało
To człowieka, mówię bez ochyby —
Tak, jakby kto skuł serce, wiesz, w żelazne dyby...

W czasie śmierci starego dziedzica
Młody panicz był-ci jeszcze w szkołach,
Ale wrócił... cała okolica
To prawiła o wielkich mozołach,
Które przeszedł gdzieś w świecie... Na kołach
Pono jeździł bez konia; był sprytny,
Że aż straszno, mówili: w stodołach
Pewnie pustek nie będzie... Zaszczytny
To zawsze znak, gdy pan jest skrzętny i obytny.

On też, prawda, tak jak mógł się kręcił;
Grosze ściskał, po świecie nie pływał,
Jak ów ojciec nieboszczyk, co święcił
Przez rok cały niedzielę... Wyzywał
Takich wiatrem podszytych; obywał,
Powiadali, nawet się bez wina —
To jest czasem... Sam też nawoływał,
By oszczędzać, bo mówił »godzina
Jest taka, że nam krew się w zimny lód aż ścina«.

I miał prawdę... Bo jak świat ten stoi,
Jak najstarsi zasłyszeli ludzie
Od swych ojców, co to siła znoi
Też zaznali, co w niejednym trudzie
Gięli plecy i, niż pies ten w budzie,

Żyli gorzej, takich czasów jeszcze,
Jak dzisiejsze nie było... O cudzie!
Że to wszystko w tej głowie pomieszczę,
Że człeka nie dobiją te okropne dreszcze...

Ledwie temu-ć minęły trzy lata,
Tak się u nas działy straszne sprawy:
Pomnisz, była tutaj za wsią chata,
Co to miał ją Ratajczyk, kulawy —
Wiesz, na nogę utykał... z dzierżawy
Jakiejś przyszedł tu do nas; grosiwa
Miał po trochu i był człowiek prawy —
Tak niczego, więc nie żadne dziwa,
Że gwiazda mu na niebie świeciła szczęśliwa.

Aż tu naraz — człekby nie uwierzył,
Lecz sam patrzał na takie zgorszenie —
Przyszedł rozkaz, jakby grom uderzył,
By tak na psa puścił krwawe mienie;
Bo, mówili, jego pokolenie
Niby nie stąd, jeno z stamtej strony,
A dziś takie przyszło obwieszczenie,
Że gdy człowiek nie jest tu zrodzony,
To fora z nim! i na nic prośby i pokłony!

On żandarmy całował po rękach,
Ale wszystko, mówię ci, daremnie;
Płakał, jęczał, że w tych strasznych jękach
Pewnie skończy, myślałem; że we mnie,
Choć to człowiek jest twardy, najemnie,
Wiesz, tak płakać nie umie, tu w duszy
Wszystkie łzy się zebrały i ciemnie
Jakieś migną mi w oczach, a uszy
To istny huk maszyny, zdało się, zagłuszy...

Wtem za małą-ci chwilę kobiecko
Wylatuje jakoś z za chałupy

I tak krzyczy: »o mój chłop!... me dziecko!...
Moje skarby!... trupy!... trupy!... trupy!...«
My zdrętwieli, jak kamienne słupy,
Potem poszli tak za nią: w stodole,
Koło żyta wymłóconej kopy
Leżał synek, zczerniały na czole,
A ojciec tuż u belki... Ach, zamilczeć wolę!...

Bo to, widzisz, jak człek się przywiąże
Do chaciska i kawała ziemi,
Toby nie dał, choćby jaki książę —
Choćby przyszedł z urzędy wszystkiemi
I chciał płacić dukaty złotemi
Sam król jasny... Chłop jest twardej szyi,
Kiedy idzie o zagon; obiemi
Ściska dłońmi, tak, jak pierścień żmiji,
A gdy mu wydrą gwałtem, kończy z mankolii.

Pewnie myślisz, że mieli choć litość
Nad tą wdową?... O, zachowaj Boże!
U takowych dziwna jest obytość;
Tam o sercu mowy być nie może:
Choćby komu w brzuch wpychano noże,
To-ci takich nie obleci głazów;
W świat pędzili, choć był deszcz na dworze,
Że najlichszych żałowałeś płazów;
Lecz cóż tu człowiek znaczy wobec ich rozkazów?...

Powiadali, że gdzieś w drodze zległa,
Tak przed czasem, z rozpaczy nadmiernej;
Utrapienia-ć ci się nie ustrzegła,
Bo i jakże, Ojcze miłosierny!
Było strzedz się?... Ból to jastrząb żerny,
Co się rzuca znienacka i dziobem
W kark gołębia się wpija... Niewierny
Jest to czas ten, co takim sposobem
Tysiące, powiadali, stawił ponad grobem.

Dziś z chudoby niema ani znaku,
Nowy dziedzic dąbieckiego dworu
Grunt zakupił i do swego szlaku —
Wiesz, na prawo, zaraz wedle boru
Miał Ratajczyk swą schedę — bez sporu,
Za psi pieniądz przyłączył, a gomna
Dał rozebrać... Niech nas, jak od moru,
Od takiego czasu, co niż tromna
Straszniejszy, chroni, Ojcze, dłoń twoja niezłomna.

Do mnie też-ci zwaliły się posły
I tak zaraz: »Puśćcie, stary kumie,
Te wydmuchy, dach ten mchem porosły,
Nasz pan dobrze becalen rozumie,
Będzie gieszeft...« Ja zaś: »mój-ci, Blumie« —
Tak jednemu zaraz powiem na to —
»Idźcie szukać kumstwa w czarcim tłumie;
Mech czy nie mech! wy — precz z swą zapłatą,
Zostawcie mnie z wydmuchem i z omszałą chatą...«

Bo i powiedz, czyż to jest uczciwie,
Tak dla zysku oddać kąty święte?
Na kominku zagasić żarzéwie,
Od pradziadów aż dotąd nietknięte,
Że tam jakieś przybłędy napięte
Mają na to swe chęci i myśli?
Pewnie będą te syny przeklęte,
Co tak lekko z ojcowizny wyśli —
W swą księgę pewnie zły już ich nazwiska kréśli...

Mnieby serce krajało się w rany,
Mnieby ścięgna zesztywniały w ciele,
Gdybym miał tak porzucić te ściany,
Gdzie niejedno przeżyłem wesele
A i smutek niejeden. W tem siele,
Tu, gdzie człowiek pierwsze ujrzał chwile,
Tu, gdzie sadził rozchodniku ziele

Na swych dziadów i żony mogile,
Położę słabe kości i tu spocznę mile...

Ale byłem też ciekaw, co powie
Mój wyrostek na podobne rzeczy;
Zawsze-ć lepiej, pomyślałem w głowie,
Że się dusza jakoś ubezpieczy,
Bo tak wziąwszy na rozum człowieczy,
To-ci nieraz od jabłoni zdala
Pada owoc, pełen zgniłej cieczy,
Więc go wołam: »Jędruś! od Bergtala
Był Blum tu, kupić schedę i gieszeft zachwala«.

A tu chłopiec spojrzy na mnie łzawie —
Już to oczy ma po mej kobiecie,
Panie świeć jej! — i aż stęknie prawie:
»Co? tatusiu! i wy sprzedać chcecie?
Tak ja na to: »cicho, moje dziecię,
Widzisz, dzisiaj człek, jak ryba w matni:
Widzisz, dzisiaj ciężko jest na świecie —
Będziesz trzymał, choć sprzedać popłatniéj?...«
»Tatusiu«, on mi rzeknie, »aż do krwi ostatniéj...«

Ale prawda!... kiedy serce pełne,
To staremu tak się wszystko pląta,
Jakbyś widział rozczochraną wełnę —
Owoż o tem granica dziesiąta
Powiadała, że pan swego kąta
Tak nie odda na pastwę; że będzie
Mógł się dalej gnarować; że sprząta
Niezłe żniwa i że w pierwszych rzędzie
Z pewnością, gdy tak pójdzie mu dalej, zasiędzie.

I szło nieźle... Założył mleczarnię,
Z Holandyi bydła nasprowadzał,
Bo to nasze to wygląda marnie —
Człek sam nieraz swe krówska okadzał
Na Trzech-Króli, tak jak ksiądz doradzał,

Ale jakoś napróżno... Cud boski!
Szwajcarami folwark poobsadzał,
Że mówili: »Ej, ten graf Borowski
Wykupi niezadługo cały klucz ojcowski!...«

Aż tu naraz — ludzie węch-ci mają,
Jak psy gończe — w okolicy gruchnie,
Że baumajstry do dworu zjeżdżają,
Że graf nie chce mieszkać w starem próchnie,
Że dwór słaby, lada wiatr go zdmuchnie,
Że za mały na pańskie dostatki;
Że się dziedzic zakochał w córuchnie,
Wiesz, tej starej, obrzękłej sąsiadki,
A ta jej, mówią, nie chce dać do takiej klatki.

Budowali... Człeka strach aż bierze,
Jak ten pałac pod ręką wyrastał;
Te-ci okna! te mosiężne dźwierze —
Jak w kościele... Graf pieniędzmi szastał,
Bo to, mówił, taki czas dziś nastał,
Że gdy idzie o tak wielkie dzieło,
Człek nie na to, by się skąpstwem chlastał...
Budowali-ć... Dobrze się poczęło,
Lecz źle się miało skończyć: wszystko licho wzięło...

Szkoda grafa... Niezły to był człowiek
I na chłopów, jak Kociński gada,
Nie spoglądał z pod wyniosłych powiek;
Lecz dzierżawca mówi: »trudna rada;
Przeznaczenia nikt-ci nie wybada,
Jednak widną to idzie koleją,
Że wrodzona słabość ich opada,
Że jej pany zwalczyć nie umieją:
Gdy nie tak, to inaczej, lecz zawsze marnieją...«

Co się dzisiaj z nim stało, nie wiedzieć;
Jedni mówią, że w zamorskie kraje

Gdzieś wyjechał; inni, że ma siedzieć
Tam w Poznaniu i do gazet daje
Swoje pisma. Wiesz, rozum ustaje:
Jednak, choćby z kilku zagonami —
Szczęście-ć zawsze w roli jeszcze pszaje —
Winni tacy pozostać i z nami,
Jak z bratem brat, tak harać, a nie być — grafami.

Przecież mają nauki co nieco,
Przyzna im to każdy, oczywiście;
Więc też dobrze, gdy chłopa oświecą,
Tak od serca, nie na swe korzyście...
Drżą-ci nieraz, jak na drzewie liście,
Bo gdzie haczyk, tam się też zahaczy
Człowiek łatwo... Lecz tu, wyraziście
Mówię, na co?... Niech robią inaczéj,
I chłop ma miękkie serce i wszystko przebaczy...

Że z ich winy lud wycierpiał dużo,
Toć to prawda, wiesz, jak świat jest stara.
A i teraz z tą ostatnią burzą,
Co tak przyszła znienacka, jak mara,
Dobrześ widział: na wargach ci para
Zamarzała, jak biedni ludziska
Opuszczali czworaki; talara
Pewnie nie miał z nich żaden, a rżyska
Naokół — nigdzie pracy zdaleka ni zblizka.

Mikołaja przyjąłem do siebie,
Bo to, widzisz, przyjaźń od młodości;
Choć się człowiek sam zaledwie grzebie,
Gdy gość w domu to i Bóg zagości...
On-ci nigdy w wielkiej obfitości
Niby nie żył, więc biedę przetrzyma,
Tak myślelim. Ludzie, jak my, prości
Lada czem się obędą. Niech zima
Przeminie, to i pójdzie, o to troski niéma.

Ale nie szło... musiał sprzedać krowę;
A to przecie tobie nie nowiny,
Że człek życia oddałby połowę,
A nie puścił tego bez przyczyny;
Przy bydlaku spędza człek godziny,
To po sierści go gładzi, to pieści:
»No, ty stara, mój skarbie jedyny!
Nastąp-że się!... jedz-że!... bodajżeści...«
A kiedy trza się pozbyć, to człek drży z boleści...

Wtem przysłali orędzie z folwarku —
Było to tak jakoś koło postu —
Że niech jeno włodarz nagnie karku,
Niech się tylko ukorzy po prostu —
Chłop-cić, mówią, niby bez pokostu,
Lecz się kłaniać umie, gdy potrzeba, —
To go przyjmie pan dziedzic... Wiesz, ostu
Człekby spożył, gdy mu braknie chleba,
A zresztą — toć pokora prowadzi do nieba.

Poszedł... Nam zaś nie pojąć w rozumie,
Skąd się naraz wzięły te przyjaźnie;
Bo choć kum mój po niemiecku umie —
Był też w wojsku i ze mną wyraźnie
Widział Paryż — chociaż też pokaźnie
Niby z swojej wygląda postury,
A robotą to jeno tak maźnie,
Zawszeć rzecz to niezwykła, by który
Tak niemiec sam się troszczył koło polskiej skóry...

Aż-ci do mnie po miesiącach kilku,
Wchodzi stary, siny, jak otręby,
Więc ja w żarty: »No, ty, jakiś wilku,
Co się chmurzysz? chcesz mnie wziąść na zęby?
Same kości, więc ci nawet gęby
Niema po co otwierać... A może —
Możeś przyszedł do mnie w dziewosłęby,

Toć Salusia, jak chojarek w borze,
Więc pewnie czas jej sprawić trochę szersze łoże...«

»Ta Salusia!...« zamruczał pod nosem...
Tak ja znowu: »Co tam za kłopoty!
Żeby-ć jeszcze każdy takim losem
Mógł się cieszyć! Jak ten dukat złoty,
Twa dziewucha!... Zresztą we wymłoty,
Tak po żniwach, pogadamy z sobą;
Wiesz, mój Jędruch nie jest bez ochoty;
A to chłopak — nie zna się z chorobą:
Ja myślę, że podoba nam się pewnie obom.

No, no, dalej!... nie kwaś się tak bardzo!
Nie po żniwach, to i do ostatek
Poczekamy; przecież nie pogardzą
Dotąd sobą. Chłopczysko ma latek
Coś dwadzieścia i kilka, a kwiatek
Istny z raju Salczyne policzki;
Takie stadło, to dobry zadatek:
Będą wnuki, jak dęby, bez sprzéczki,
A wnuczki, jak matusia, prawdziwe różyczki...«

Bo też prawda, że na okolicę
Nikt nie widział podobnej dziewuszki;
Taka prosta, jakbyś ulał świécę;
A te oczy! a te małe nóżki!
A tę chustkę, jak podwiąże w różki,
Na warkoczach — no, to człek niemłody,
Niedaleki śmiertelnej poduszki,
Ale, mówię, to-ci czyste gody!
Aż strach, ażeby nie wleźć w jakie korowody!

Na wesela i na różne tańce
Zapraszali też ją wszyscy chętnie;
Nawet Niemcy, takie samozwańce,
Nie patrzali na nią obojętnie.
Bo też wiedzą o tem dokumentnie

Ludzie wokół, że mało uciechy
Bez Salusi; wszystko idzie mętnie,
Gdy jej niema, a gdy jest, to śmiechy
Tak wciąż się rozlegają, że się trzęsą strzechy.

Czasem aż-ci pobudzi do płaczu;
Tak przed rokiem na weselu Anny,
Wiesz, tej »małej«, córki po Spochaczu,
Jak zaśpiewa do młodej-ci panny:
»Zdejmij z głowy wianeczek rucianny,
Niech ci swachy obetną warkoczki!
Już nie naszyś ty kwiatku dziewanny,
Już nie naszyś! otrzyj ciemne oczki!«
To wszyscy my-ci we łzach, jak jakie wymoczki...

Tsia!... tak było... Tylko uważałem,
Że się czasem aż za bardzo darła
Do zabawy; że się aż na całem
Trzęsła ciele; że się nie oparła,
Aby nie iść, gdy u Wojtka Karła
Na »Wygodzie« zaczęli rzempolić.
Ale cóż to?... Toć i moja zmarła —
Niech ją z czyśćca raczy Bóg wyzwolić —
Wolała też tak sobie, niźli się mozolić.

Jednak prawie żaden-ci nie powie,
Że z niej licha była gospodyni,
Statek przyjdzie wraz z czepkiem na głowie.
Tylko jedno — lecz i to nie czyni
Wielkiej wagi, jak co nieco w skrzyni
Jest grosiwa: — jedwabie, korale
Gdy zobaczy, to się cała miéni;
Nawet w poście, wiesz, na »Gorzkie żale«
Szła czasem zbytnie strojna, a tego nie chwalę.

Ale to się młodzikom podoba,
Więc też przy niej niejeden się kręci:

Nie dziwota, takowa osoba
To, jak cudo, każdego przynęci;
Człowiek prawie traci na pamięci;
Gdy go taka ogarnie pokusa;
Jam też widział, co się z moim święci;
Na zapłociu — któżby tam wisusa
Mógł ustrzedz — niejednego porwał jej całusa...

Zresztą, mówię, nie była od pracy:
Samem patrzał, jak bieżała w pole;
A tak zawsze wesoło: »Ignacy!«
Gdy mnie ujrzy, mówiła, »kąkole
Idę plenić... Zawsze-ć żyto wolę...
Wy, jak kąkol, Jędruś bo jak kłosek —
Co? ojczulu, zrobicie nam dolę?«
»Ano«, takem pomyślał w półgłosek,
»Synowa, jakby ulał — ale też na włosek!...«

Gdy był u mnie Mikołaj, to trudno
Było wiedzieć, co się u nich dzieje:
Wiesz, z mrukliwym wszak pogadać żmudno,
Bo to ani miejsca nie zagrzeje —
To coś sapnie, z gorzka się zaśmieje,
A o ludzkiem słowie ani słychu,
Niby milczkiem żółć-ci swoją leje;
On też zaraz ku jakiemuś lichu,
Gdym wspomniał o ożenku wyniósł się pocichu.

Tylko ludzie coś bąkali wkoło,
Że tam owo w chałupie włodarza
Płynie życie jakoś niewesoło;
Że Salusia, zamiast do ołtarza
Z mym Jędruchem... Ale człek nie zważa
Na te bzdurstwa: za bardzo jej wierzył,
Więc też wieść ta wcale nie przeraża;
Choć się rumór coraz bardziej szerzył,
To wszystko człek spokojną jeszcze miarą mierzył.

Aż dopiero coś we dwie niedziele
Znów Mikołaj przyszedł w moje progi;
Tylko chwiał się, wiesz, jak owo ziele,
Jak bylica w rowie, wedle drogi...
Ledwie mógł się utrzymać, tak nogi
Mu się trzęsły... Coś nie w kłąb się wije,
Pomyślałem. Może, że mu stogi
Deszcz podmoczył i miał termedye
Z dziedzicem, więc też na to z markotności pije.

Ledwie raczył ze mną się przywitać;
I ja czułem, jak mu ręce drżały;
O przyczynę chciałem się zapytać,
Bo mnie kłopot ogarnął niemały;
Aż on stołki, co przy ścianie stały,
Kopnie nogą i sam na łóżczysku —
Tak u brzegu siadłszy, zasapiały,
Jęknie: »Suka!... człowiek w pośmiewisku!...
Daj koni!... wywieź precz stąd... utop gdzie w bagnisku!...«

Teraz otom widział wszystko jaśnie,
Ale jeszcze mitygować pocznę:
»Pewnie nie tak!...« Lecz on znowu wrzaśnie,
A wejrzenie coś miał strasznie mroczne:
»Wywieź psinę!... to rzeczy naoczne —
Gdzie w moczary wywieź precz! przed ranem...
O północy, na miejsca uboczne!...«
Więc ja z cicha »A z którym poganem?«
»Niech czarci!« on mi na to; »a z kimbyć tam? z panem...«

Tyle, widzisz, było z tych dobroci:
Nie na darmo przyzywał do siebie
Nowy dziedzic włodarza. Nikt kroci
Nie pozyskał bez trudu; w potrzebie
Nieraz człowiek, jak robak, się grzebie,
Drży, jak robak, dziś w ten czas ciężarny;
Ale wiesz ty: by o nędznym chlebie

Módz żyć dalej, by za chleb ten czarny
Swą hańbą jeszcze płacić — wiesz, to żywot marny!

Powiadali, że Bergtal przypadkiem,
Idąc przez wieś, spotkał włodarzównę,
I że w oko mu wpadła. Toć kwiatkiem,
Mówię, była; toć pewnie jej równe
Żadne dziewczę na świecie; a główne,
Że, jak mówią, miała takie oczy,
Co to niby coś są wielomówne,
Co to niby każdego przeroczy,
Że za nią to się każdy, mówią, w przepaść stoczy...

Jak tam przyszło do tego, toć plotą
O tem różnie: jedni, że to była
Ta dziewczyna już z taką ochotą,
Że ta chwila razby się zbliżyła —
Jeśli nie dziś, to jutro; że siła
Dawał pan jej pozłotek i groszy,
Tak znów drudzy; a rada patrzyła,
Mówią, na to, w tem, jak paw się pstroszy;
Znów inni, że jej ojca, mówił, precz wypłoszy...

Ja bo myślę, że tak jedno z drugiem;
A z człowiekiem to tak jest, jak z rolą:
Nie podda się, dopóki jej pługiem
Nie pogrozisz... Samą bożą wolą
Cóżby żyło... Nigdzie też nie golą,
Jak to mówią ludziska, bez mydła...
Gdy się topór, wiesz, zetknie z topolą,
Drzewo padnie; na konia wędzidła
Nie zbraknie; dziewczę głupie, łatwo wziąć je w sidła.

Wina zawsze na mocniejszych spada,
A za winą to i zemsta idzie;
I też słusznie; sam Pan Bóg powiada
W piśmie świętem: »Drzyj przedemną, żydzie!«
Zwłaszcza, jeśli w takim wielkim wstydzie

Z czyjejś winy znajdują się biedni;
Jeśli lud ten w smutku i ohydzie
Pogrążają ci, co stoją przedni,
Za nędzną łyżkę strawy, za ten chleb powszedni.

Przed wieczorem, nazajutrz — wiesz, pomnę,
Było to tak w połowie miesiąca,
Na pożniwach, we wrześniu: Ogromne
Panowały-ci jeszcze gorąca,
Że aż liście wypełzły od słońca,
Co tak piekło, jak istne żarzewie —
Szykowałem koniska: bez końca
W jakiej trosce, w jakim byłem gniewie,
Że tak ją miałem wywieźć, ach! nikt tego nie wie.

Lecz cóż było tu robić?... W południe,
W dniu tym samym, gdy się w upał męczę
Na podwórku: naprawiałem studnię —
Obniżyły się nieco poręcze —
Był znów u mnie Mikołaj... Ja klęczę
I coś wbijam kawał gwoździa w drewno,
Na »szczęść Boże!« »Bóg zapłać!« wyjęczę
Ledwie z spieki, a on mnie tak rzewno
Zagadnie: »Wywieź Salkę; w Będzinie mam krewną.

Co się stało, to się nie odstanie«, —
Rzecze dalej — nie był już pijany,
Jak w ten wieczór poprzednio. — »Na śmianie
Ludzkie człowiek«, wiesz, mówił, »skazany;
Wytykają go palcem; poszany
Nie ma żadnej, jakby zbrodnię spłodził;
Będzie lepiej, gdy ten płaz skalany
Pójdzie z oczu!...« Jam się wreszcie zgodził,
Bom widział: od rozumu już prawie odchodził.

Tylkom radził, niech choć z dzień poczeka,
Bo tak parno i niebo się chmurzy,

A zaś Będzin to droga daleka —
Z cztery mile... Nocna jazda służy
Szkapskom, prawda! ale tak w czas burzy
To się zdarzyć może rozmaicie...
Lecz on na to, że mu czekać dłużéj
Zbyt jest ciężko — i łzę otarł skrycie, —
Że z chwilą mu każdziutką, mówił, brzydnie życie...

Wyruszylim... Ona w tyle siadła
Na siedzeniu, które takem z prędka
Zbił ze słomska... Trzęsła się, pobladła,
Jak ta ryba, gdy ją schwyci wędka.
Nikt a nikt jej nie żegnał, a miętka
Zawszeć w duszy niewiasta; mnie do niéj
Coś przemówić też nie brała chętka —
Wiesz, z żałości. Więc podciąłem koni
I milczkiem tak z podwórka, że niech Pan Bóg broni

Zawył tylko za nami nasz finek,
A to, mówią, znakiem nawałnicy...
To też ledwiem stroną do Wycinek
Na trakt wjechał — wiesz, koło przecznicy,
Za chudobą Bartosza Kozicy,
Gdzie to stoi ta stara figura,
Tak się naraz coś od błyskawicy
Jęło migać... Zwiększyła się chmura,
Zagrzmiało... I znów naraz niebo jak purpura.

Chciałem wrócić... Jazda będzie licha,
Takem myślał... Jeszcze z strachu skona,
Więc też do niej przemówiłem z cicha:
»Co, Salusiu, wrócimy?...« Lecz ona,
Prawie cała chustką zasłoniona,
Nawet na mnie oka nie podniosła,
Tylko westchnie coś tak z głębi łona:
»Jedźcie dalej!...« Niech grom tego posła,
Co przyszedł do włodarza!... Więc na to wyrosła!...

Jechaliśmy... Ściemniło się mocno,
Jak z okseftów padała ulewa,
Gromy biły i biły! A nocną
Tylko ciemnię, niby jakie tczewa,
Rozdzierało łyskanie, że drzewa
Nade drogą jakby oblał złotem...
Człowiekowi rozum się zaćmiewa:
Jakem, zlany ulewą i potem,
Zajechał do Będzina, to sam Bóg wie o tem...«

IV.
»Po miesiącach« — tak mi dalej stary
Począł prawić — »w śnieżny dzień lutowy,
Gdy się wciska mróz przez wszystkie szpary,
Siedzę sobie przy piecu; niezdrowy
Byłem trochę, jak to wiesz: połowy
Życia człek już dawno nie pamięta;
Wtem ktoś drzwi mi otwiera — listowy!...
»A witajcie!...« »Bóg zapłać! przeklęta
Zawieja, że człek lezie, jak gdyby miał pęta...«

»Cóż tam macie?...« »Ano, liścik mały...«
»Skąd?...« »Ze świata...« »Świat duży...« »Z Berlina«.
»A od kogo?...« »Czorty go tam znały,
Że dla niego człowiek, jak gadzina,
Musi broczyć w tych zaspach...« »Toć wina
Pewnie tutaj niczyja« — ja na to...
»Ba i prawie! ale jak osina
Drżę od zimna...» »A przecież nie lato...«
»Nie kpijcie sobie, stary; lepiej tak! choć z stratą«.

I palcami zabębni po grdyce...
Lecz ja rzeknę: »Co tam z stratą! wiécie,
Że to u mnie, choć się tem nie szczycę,
Zawsze jeszcze starczy na wypicie
Ze znajomym... Miotła rośnie w życie,

A i człowiek jest też, jak kostrzewa,
Między ludźmi, jeśli na obycie
Z przyjacielem lub druhem nie miewa
Kropelki nawet darmo... No i cóż? rozgrzewa?...«

Nalał sobie raz, drugi... Tymczasem
Ja caluśki aż w głowę zachodzę,
Skądby było to pismo... Za lasem
Nibyć człowiek nie mieszka; przy drodze,
Jak to mówią; więc ci też niebodze
Na znajomych nie braknie... Lecz listy
Zawszeć rzadkie; tak na jednej nodze
Przyjdzie czasem nowina... To czysty
Specyał list ze świata, zwłaszcza w czas śnieżysty.

Czyby, myślę, miał Kaźmierczak do mnie
Wystosować kilka słów z obczyzny?
Tylko mi się zdawało ogromnie,
Że aż het tam! gdzie to kraj jest żyzny
W drogie wina — nad »Rajnem«, siwizny
Szedł się stary doczekać, zdaleka
Od kobiety i dzieci, ojczyzny
By już więcej nie ujrzeć... Człowieka
Za pracą to, sam Bóg wie, dokąd wiatr zawleka.

Albo może — tak znów medytuję,
Pisał Antek Kowalczyk, ten z Mszyska,
Po mej siostrze, który odsługuje
Teraz w wojsku... Serce chłopaczyska,
Widać, niezłe, kiedy, choć nie zblizka,
I o wuju baczy poniewoli...
Lecz mi znowu myśl do łba się wciska,
Że się gdzieś tam nad morzem biedoli,
W Zonburgu, przy ułanach, het! na duńskiej roli.

Więc tak trzymam ten list nieotwarty
I oczami za napisem śledzę.

Czy też do mnie; czy czasem nie żarty
Stroi ze mnie listowy: o miedzę
Przecie zaraz tak, jak ja się biedzę,
Jeszcze drugi, też Walkowiak, hara;
Ale rychtyk — Ignacy! koledze
Zaś mojemu jest Wojciech... Niech skara
Mnie Pan Bóg, jeśli zgadnę, skąd ten list, jak mara...

Wtem mój Jędruś aż się w głos zaśmieje:
»No i coście tak się zadumali?
Czy też o tem, co się w świecie dzieje?...
Pewnieć jeszcze króla nie wygnali
Z Bulgaryi... A bo co?... Gadali,
Że wej! nowe chcą robić giewery,
Będzie bieda... Co, tatusiu? daléj! —
Czy o liście? — toć nie bez kozery
Ktoś pisze... Więc otwórzcie... Dajcie te papiery...«

»A dyć! prawda!... na-że i przeczytaj!
Bo ja, mówię, już mam słabe ślepie...«
O te dawne oczy się nie pytaj,
Co widziały, gdy się kania strzepie
Gdzieś o milę, lub gdy wiater ściepie
Jaki listek z białaku, co szumi
Nad Zaborzem... Dzisiaj, choć przyczepię
Szkła do nosa, to zalewie umié
Wzrok dojrzeć wieży w Leszczach... Starość wszystko tłumi...

Ani pewniebyś nie zgadł, od kogo
Było ono pisanie ze świata!
Od Salusi!... O dziewczę, niebogo!
Na co tobie też przyszło!... Twe lata
Tak są młode, a tu ani brata
Ani kuma śród obcych... Mój Chryste!...
Jak te liście, które burza zmiata,
Tak też giną twoje dni, w rzęsiste
Skąpane łzy, nieszczęsna!... Ciężki los, zaiste!...

Jak-ci wtedym wywiózł ją do ciotki,
Tak do czasu o niej wieści żadnéj...
Bo choć różne chodziły tu plotki,
To niepewne... Ludzki język zdradny:
Kiedy idzie o kłamstwo, to składny,
Jak dwie śruby; ale zechciej tylko
Coś od prawdy usłyszeć, szkaradny
Bywa wtenczas — dobrąś przyszedł chwilką:
Tak syczy, jak ta żmija, a tak dżga, jak szpilką...

Od Orczyka też-ci niezbyt wiele
Człek usłyszał; milczał, jak zaklęty,
Gdy o córkę chodziło... Wesele,
Widać, wszystko mu znikło; niezgięty
Przytem z niego jest człowiek: choć pręty
Byś na plecach mu łamał, to słowa
Ci nie piśnie... Mój patronie święty,
Ty od ognia! gdy się pali głowa
I serce, wtedy na nic prośby i namowa.

Myśmy sami słali też orędzie
Do Będzina, tak z pociechą trocha:
Niech przetrzyma, wszystko dobrze będzie,
Nie od tego jest serce Jędrocha —
Że ją zawsze tak, jak dawniej, kocha,
Choć zbłądziła... Ja-ć jej nie winuję,
Widzisz, zbytnio, a i chłopak ślocha
Nieraz w kącie nad Salką — dyć, czuję,
Że sam się pewnie jeszcze bardziej od niej truje.

Zaś samemu w takim niby czasie
Jechać do niej, jakoś się nie godzi;
Jeszcze ciotka krzykłaby: »A zasię
Obcym do nas!...« Wiesz, w onej powodzi,
Gdym ją zawiózł — choć o to nie chodzi,
Ale zawsze — nawet nie prosiła
Na poczęstne... Sekutnica! złodziéj!...

Herod czysty! Jeszcze dawniej była
Tu u nas i tak zaraz: »Nie wam się rodziła!...«

Niewiadomo, co tam ludzie rzekli,
Bo to dzisiaj bratu człek nie wierzy:
Ze zazdrością wszyscy, tak, jak wściekli,
A na Jędrka to niejedna mierzy
Tutaj we wsi... Niech no tylko szczerzéj
Powie słówko, pierwsze gospodynie
Tak od razu z córkami... Toć szerzy
Wieść się o nim, toć na okół słynie,
Że z niego chłop nie żarty, żona z nim nie zginie.

Ile z listu wymiarkować można,
To się posły jakoś źle sprawili;
Pewnie nawet hałastra bezbożna
Wręcz przeciwnie gadała... Nabili,
Znać, jej głowę, że niech się nie sili
Na czekanie, bo, miasto powrócić
Tutaj do nas, to od onej chwili
We świat poszła — za mamkę; a rzucić
Swe gniazdo, to tak, jakby na śmierć się zasmucić.

Lub też pewnie trochę było pychy
W tej dziewczynie, że po takim kroku
Niby wracać nie można; że lichy
Będzie czas jej i że na nią z boku
Będą patrzeć... Toć prawda! na oku
Mają taką! Gdy się raz co zdarzy,
Tak-ci ludzie zaraz, jak do skoku:
»Co rok prorok! któż jej tam na straży —
Z pewnością nie raz jeszcze!« A jej się ni marzy.

Już w ich rodzie leży ona duma:
Ongi siostra jej matki tak samą,
Mówię, była — nawet moja kuma;
Prowadzała się ze Stachem Szramą,
Lecz ją rzucił... »Ej-że nie bądź damą!«

Rzekł jej inny; »pójdźma do ołtarza!...«
Ale ona, że »tu z taką plamą
Żyć nie może«; już na nic nie zważa;
I poszła w świat — na marne... Tak się nieraz zdarza...

Gdy mi czytał chłopak list Salusi,
Tak mi się coś zdało matyjaśnie,
Że z dziewczyną nie rychtyk być musi —
Kołomętne pisanie, tak! właśnie,
Jakby rozum straciła. Toć gaśnie,
Mówią rozum, jak gwiazda na niebie;
Nic-ci wieczne, widać rzecz tę jaśnie,
Więc i rozum niby w grób się grzebie —
Lecz czekaj, dam-ci list jej, chowam go dla ciebie...«

I czerwoną mi skrzynkę otworzy,
Która stała przy ścianie w zakątku,
I na stole przedemną położy
Plik papierów w starem zawiniątku:
»Są tu różne«, powie, »od początku
Człek to zbiera, tak na okazyą,
Bo-ci, mówię, przy tym świętym piątku,
Nieraz z sądu — człekby płacił szyją,
Gdy zginie; toć na troskę tylko ludzie żyją...

Ale masz go!...« Wyciągnąłem dłonie
Po kawałki papieru, zżółkłego,
Jak te liście, gdy topoli skronie
Odrze z krasy ręka jesiennego
Wiatru, posła i zwiastuna złego —
Onej zimy, co w całunie, blada,
Na mogile, której kruki strzegą,
Jak on upiór się zjawia i siada,
Pustemi patrząc oczy, szepcząc: »biada! biada!...«

Wygładziwszy więc papier skłębiony,
Na niewprawne, a stawiane zwarcie,

Spojrzę głoski. Górą: »Pochwalony
Jezus Chrystus...« Potem: »Mój bękarcie!...«
Dobrzeż czytam?... Wytężam uparcie
Wzrok na pismo, bo nie wierzę oczom;
Ale prawda!... Czytam dalej: »Czarcie!
Psie ty obcy!...« Jeszcze dziś się mroczą
Przedemną te litery, żyją, rosną, kroczą...

Mimowoli-m utonął w zamysły,
List mi wypadł z trzęsącej się ręki,
Spojrzę w okno: nad wioską zawisły
Sine nieba, jak baldachim miękki
Z ciemnawego jedwabiu. W rozjęki,
Lecz tak ciche, że ledwie je słyszeć,
Wiatr się rozlał i wierzby piosenki
Rozpoczęły melodyjne dyszeć,
A smutne, a tak rzewne, ach! że nie opiszę-ć...

Gdzie horyzont oparł swoje końce
Het! aż na te piaszczyste pagórki,
Umierało zwolna, zwolna słońce,
Wpół skażone plamą czarnej chmurki,
Co z mgieł ziemi wstała... Wnet, a córki
Nocnych zmroków, gwiazdy srebrnopusze,
Zapłonieją świecącemi piórki
Ponad słońca mogiłą, jak dusze,
Co schodzą, aby patrzeć na ziemskie katusze.

Ludzie z pola powracają drogą,
Z której kurz się wznosi płachtą szarą —
Idą wozy, ładowane mnogą
Przekosztownych, ludzkich sił ofiarą;
Czas wykopków. Skrzypią osie, gwarom
Towarzyszy chudych koni rżenie,
Aż ich nozdrza, opryskane parą —
Snać się cieszą, że oto wytchnienie
Już czeka na nie w stajniach przy sieczce i sienie.

Wnet ubiegła mej zadumy chwilka,
Pomieszane przerwały ją głosy:
Przed sąsiednią chałupą bab kilka
Jęło wrzeszczeć pod same niebiosy;
Tłum dzieciaków, obdarty i bosy
Aż rzechotał, wypuczywszy brzuchy,
Gdy hyeny szły sobie we włosy;
Wrzask się wzmagał, to opadał, głuchy,
Chrapliwy i chwarszczący, jako żwir ten suchy.

Wszystek brud ten, co, ukryty, drzemie
Na dnie ludzkiej natury, tu ożył:
»Ty małpisko! ty cygańskie plemię!
Byczy rodzie!« — tak się jad ów srożył —
»A wej! znajdek!...« »Sam pies cię podłożył
W gniazdo twojej matuchy!...« »Fe suka!
A ty byłaś jałówką?... co?... Dożył
Twój-ci ojciec pociechy: nauka
Niedarmo! toć większego niema nad cię tłuka!...«

Odwróciłem się cały ze wstrętem
Od tych ludzkich pohańbień obrazu:
Płaz się wala w bagnisku, lecz świętem
Jest przy sercu ludzkiem serce płazu;
Człowiek nie zna litości; rozkazu
Przeświętego nie słucha, co płynie
Z jasnych niebios i na miejsce głazu,
Gdy brat zgrzeszy w nieszczęsnej godzinie,
Poleca rzucać chlebem, tak! chlebem jedynie...

Przebudzony, list podjąłem z ziemi,
By go czytać w półmrokach zachodu,
Przysunąwszy rękoma drżącemi
Prosty stołek do okna... Ta wrzodu
Ciecz, to ścierwo obmierzłego płodu
Ludzkiej nędzy, dopiero widziane,
Widma walki bez końca i głodu,

W krwawą we mnie łączyły się ranę
Z boleścią słów Salczynych, co na nic stargane...

»A ja-ć tobie« — były dalsze słowa —
»Bękarciku, przygotuję łoże,
Jak na puchach żydowskich twa głowa
Spocznie... Patrzcie, Ignacy!... Mój Boże,
Mój ty miły!... Rogoże! rogoże!
Tu rybacy łówcie, tu złowicie
Cacy rybkę... Jędruś, jak te zorze,
Twoje ślepki... Co? co? moje życie!...
Patrzajcie, jaki ogień!... łunę czy widzicie?!...

Hej łowili rybacy po rzece,
Burmistrzankę spotkali... tonęła...
Toń-że do dna, ma córko!... Brr! lecę!
Lecę do dna, tatusiu!... Zajęła
Już ją głębia, ratujcie!... Upięła
Dziś żydówka w jedwabie bachora,
W aksamity!... »A fajnes!« poczęła
Mówić do mnie piegowata siora,
»A bękart twój!« Co? bękart?... do dwora!... do dwora!...

Panie ojcze, rydlik mi się złamał,
Kiedym poszła dziś rano na pole...
Pełłam kąkol... Jędruch kłamał! kłamał!
Wy jak kąkol... zawszeć żyto wolę;
Co? tatusiu, zrobicie nam dolę?
W polu sosna aż rośnie do nieba,
A tu topól... patrzajcie, kąkole!...
Pobierzmy się, kawałeczka chleba
Będziemy się dorabiać, nam go bardzo trzeba...

Piszę do was z kraju dalekiego
Te słów kilka, jak mi też się wiedzie —
Jestem zdrową, dzięka Bogu, czego
I wam życzę... Dzisiaj na obiedzie

To my mieli ryby, różne śledzie
I koszerne; prawie się nauczę
Jeść z żydami... Patrzta, jedzie! jedzie
Pan na koniu!... »Polską krowę tuczę«,
Tak mówi ta żydówka, »to są mleczne lucze«.

A co? ojciec sprzedał tę cisawą?
Szkoda! sprzedał... A ta wierzba stoi
Za obórką? Paście trawą, trawą,
Mleko lepsze... Wej! jak mnie się boi
To panisko... A dy, niech też z twojéj
Czarnej piersi, mój ty czarcie mały,
Krew nie płynie. Cicho, to się zgoi...
Zdrowaś Maryo, łaskiś pełna... Cały
Już pacierz... święć się imię... wiekuistej chwały...

Toć u ciotki była Otrębina
I kazała, że trza wybić z głowy,
Że ma inną... Szczęśliwa godzina!...
Zwiję sobie wianeczek rutowy
I dam — ciotce... Bodaj cię niezdrowy
Pomór zabrał, żeś tak w świat sierotę
Precz wygnała!... Patrzta, Bergtalowy
Dwór się pali... skry, jak gwiazdy złote...
A teraz bądźta zdrowi, już mam spać ochotę.

Co daj Boże. Amen...« Osłupiałem...
»Wy cóż na to?« »Tsia! co było czynić?
Po Orczyka tak zaraz posłałem
I powiadam: »Mikołaju, winić
Cię nie myślę, ale, wiesz, przyskrzynić
Łatwo palce — poszło tak i tobie;
Chować dziecko, to nie gwizdkę linić
Lub nakładać na wóz mierzwę... W grobie
Przewrócisz się, że córka w takiej jest żałobie...«

A on w płacze... »Toć-em nie wyrzucił
Jej ze serca... Ale cóż?... ci ludzie...

Potajemnie człek się dość nasmucił,
Pisz, niech wraca; choć w ostatnim trudzie
Spędzę lata, to ludzkiej obłudzie
Już nie poddam tej głowy... Pieniędzy
Nawet poślę, gdy trzeba. O zmudzie
Będę waszej pamiętał; coprędzej
Trza posełać z listem!... Boże, żal się naszej nędzy!«

Pisaliśmy, ale już daremnie;
List się wrócił; więc my w tym momencie
Do urzędu — coś szepnęło we mnie —
Na wywiady... Mówię tobie święcie,
Wszystkom robił, ażeby przyjęcie
Było w domu jakie takie; bo to,
Pomyślałem, przyjdzie jak na ścięcie,
A gdy ujrzy, że my ją z ochotą
Witamy, to też zerwie z tą swoją żorotą...

Przeminęły tygodnie, a wieście
O niej żadne; aż tu raz spotyka
Mnie od wójta pisarz, gdym był w mieście,
I powiada, że ma do Orczyka
Coś, co tyczy się córki... »Metryka,
Czy też berycht?« tak go wręcz zagadnę;
»Mnie ta sprawa«, mówię, »też dotyka,
Więc powiedzcie...« »Dyć berycht, paradne
Są rzeczy, tak mi powie; niech się tu zapadnę!...«

»No, a cóż tam?...« »A no, cóż? w więzieniu...«
»Orczykówna?...« »Juści, to ladaco...«
»Czy też rychtyk stoi po imieniu
Salomeja?...« »Nie inaczej...« »Za co?...«
»Za cóżby tam: pewnie, że ją stracą!
Straszna zbrodnia!... Mamczyła w Berlinie
Gdzieś u żydów; tacy dobrze płacą,
No, a pasą, że to fi!... dziewczynie
To jeszcze było mało; mściwa! więc też zginie...«

»Toć nie cedźcie takich słów! powiedzieć
Lepiej zaraz po prawdzie«, odrzekłem.
»Jak po prawdzie? dobrze jej tam siedzieć...
Morderczyni! pozna się i z piekłem:
W jakiejś zemście, czy szaleństwie wściekłem
Żydowiątku podkręciła szyję.
A z Berlina w piśmie tem rozwlekłem
Zapytują, czy jej własne żyje?
W Będzinie, my pisali, krajs Świerków per Kije...«

Kiedym przyniósł tę nowość do domu,
To ci tego nie opowiem wcale,
Jak nam było wszystkim... Jak od gromu
Porażeni, wszyscy w gorzkie żale...
Jędruchowi praca szła ospale,
Głowę zwiesił; cud, że jeszcze orze;
Stary Orczyk, jakby mył się w kale,
Tak zesiniał... zmiłowanie boże,
Że żyje; dał też na mszę; mówi: »to pomoże«.

Czekaliśmy, co się stanie daléj,
Aż tu będzie temu z dwa tygodnie,
Gdy »Nowiny« z poczty mi przysłali —
Biorę, czytam: »List z Berlina. Zbrodnię
Popełniła tu Polka« — ubodnie
Mnie coś w serce — »Orczyk Salomeja;
Nasi tutaj nie znali przychodnie
Tej dziewczyny; jakaś ją zawieja
Przygnała do stolicy, co jest niby knieja...«

Dla ubogich, prawda jest, jak puszcza
Takie miasto; jak tam łatwo zbłądzić,
A i zmarnieć na wieki!... Tam tłuszcza
Nie ratuje nikogo... »Zarządzić
Rozkazali śledztwo, by osądzić,
Jak rzecz stoi«, czytam w tej gazecie
Znowu dalej; »ażeby sporządzić

Módz protokół, rozłożono dziecię —
Z kanału wyłowiły je rybackie siecie.

Utopione, miało ranę jeszcze,
Pisał list ten, »w piersiach, jak od noża
Kuchennego« — mnie-ci, mówię, dreszcze
Aż przechodzą, istna klątwa Boża!
Straszne rzeczy!... »Kiedy ją do łoża,
Gdzie trup leżał, przypędziła warta,
Odepchnęła wszystkich: żydów, stróża
Więziennego, urząd i rozżarta
Krzyczała: »Mój-ci bękart!... co wam do bękarta...«

Ledwie mogli ją oderwać pono,
Tyle mieli trudu z nią i troski:
Darła włosy i szarpała łono,
Czysto, jakby nadszedł już sąd boski,
Stąd też niby wyciągano wnioski,
Że jest »błędna« i że w tym obłędzie
Popełniła kryminał... Sędziowski
Pisarz wszystko podał to w urzędzie,
By sprawę tę roztrząsnąć mogli dobrze sędzie.

Tylko jeszcze, wiesz, dla upewnienia,
Gdy jej w śledztwie przeszedł czas już spory,
Tę nieszczęsną wysłali z więzienia,
By do siebie wzięli ją doktory —
Do zakładu obłąkanych; choréj
Na umyśle zawsze-ć w owym domu
Lepiej, mówią... Gorsza, niż pomory,
Jest ta klęska, nie życzę nikomu —
I wroga, Panie, uchroń od takiego sromu.

»Po miesiącach sprawę rozstrzygnięto«,
Tak pisali w gazecie: »z dziewczyny,
Co już zdrowa, wszelką winę zdjęto« —
Bo też trudno dopatrzeć się winy

Tam, gdzie rozum się przyćmił; lecz śliny
Nie są warci, którzy czasu tyle
Każą czekać na wyrok, rodziny
I niczego niepomni; w mogile
Toć lepiej, niż tak spędzać niepewności chwile!

Powróciła... Pisali, że zdrowa —
Niech Bóg broni przed podobnem zdrowiem:
Jeszcze-ć pierwsza tygodnia połowa
Przeszła nieźle; ale dziś — nie powiem,
Jak mi ciężko, jakby kto ołowiem
Starą pierś mi napełnił... przed tobą
Była u nas — coś mnie przeszło mrowiem:
Patrzy błędnie, rozmawia ze sobą —
Czyż koniec kiedy będzie z tą naszą żałobą?!...«

V
Nocy!... nocy!... władczyni ponura
Serc zranionych i starganych duchów,
Dziś mną całym owładnij, jak chmura,
Gdy pogrąża śród swych mglistych puchów
Jasne słońce!... Ze życia okruchów,
Co tak ogniem przeczystym pałało,
A dziś gaśnie za wrogich podmuchów
Wolą, — utwórz, nocy! jeszcze ciało
I wlej twojego ducha, by zemstą gorzało!...

W twoich cieni przepaścistym kojcu
Bezlitośnej zbrodni płód się lęgnie;
Lecz czem zbrodnia, gdy serce w ogrojcu
Ach! na sztuki się krwawe rozprzęgnie?!
Gdy, rozdarte, widzi, że nie sięgnie
Nieb litośnych wylanemi modły?
Krew grudzieje, w zimny kryształ tęgnie
Na niebiosa, co całe wychłodły,
Na świat ten przeniewierczy, ach! na świat ten podły...

Noc już była — owa noc jesienna,
Spływająca bezmiernym spokojem
Na tę wioskę, co spoczęła, senna,
Choć na chwilę zerwawszy ze znojem...
Pożegnałem starego i, rojem
Smutnych myśli otumanion, kroczę
Ku domowi, gdy się blasków zdrojem
Całe niebo obleje — przezrocze
Łun krwawych napełniło mroków paszcze smocze.

Pobudziłem uśpionych... Wiatr wionął...
Wnet zrobiło się gwarno i ludno;
W stronę dworu spieszyli — dwór płonął:
Płomień buchał falą skier przecudną,
Chociaż straszną w swych skutkach... »Ha! trudno
Co ratować«, mówili, »sił szkoda,
Z wszystkich rogów prze ogień... dyć żmudno
Na to patrzeć... lepiej spać; tu woda
Już na nic, a zaś ku nam ognia wiatr nie poda...«

Kto podpalił? — Nazajutrz we wiosce
Powiadali — aż strach wstąpił we mnie —
Że tam Orczyk z folwarku jest w trosce:
Córka nocą mu uszła tajemnie;
Ktoś, mówili, gdy zaległy ciemnie,
Widział jakąś niewiastę; od dworu
Tak na przełaj — dogonić daremnie —
Jakby dzika biegła ku jezioru
I znikła gdzieś — nie wiedzieć — w ciemnych mgłach wieczoru.


Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.