Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
283
SALUSIA ORCZYKÓWNA

To my mieli ryby, różne śledzie
I koszerne; prawie się nauczę
Jeść z żydami... Patrzta, jedzie! jedzie
Pan na koniu!... »Polską krowę tuczę«,
Tak mówi ta żydówka, »to są mleczne lucze«.

A co? ojciec sprzedał tę cisawą?
Szkoda! sprzedał... A ta wierzba stoi
Za obórką? Paście trawą, trawą,
Mleko lepsze... Wej! jak mnie się boi
To panisko... A dy, niech też z twojéj
Czarnej piersi, mój ty czarcie mały,
Krew nie płynie. Cicho, to się zgoi...
Zdrowaś Maryo, łaskiś pełna... Cały
Już pacierz... święć się imię... wiekuistej chwały...

Toć u ciotki była Otrębina
I kazała, że trza wybić z głowy,
Że ma inną... Szczęśliwa godzina!...
Zwiję sobie wianeczek rutowy
I dam — ciotce... Bodaj cię niezdrowy
Pomór zabrał, żeś tak w świat sierotę
Precz wygnała!... Patrzta, Bergtalowy
Dwór się pali... skry, jak gwiazdy złote...
A teraz bądźta zdrowi, już mam spać ochotę.

Co daj Boże. Amen...« Osłupiałem...
»Wy cóż na to?« »Tsia! co było czynić?
Po Orczyka tak zaraz posłałem
I powiadam: »Mikołaju, winić
Cię nie myślę, ale, wiesz, przyskrzynić
Łatwo palce — poszło tak i tobie;
Chować dziecko, to nie gwizdkę linić
Lub nakładać na wóz mierzwę... W grobie
Przewrócisz się, że córka w takiej jest żałobie...«

A on w płacze... »Toć-em nie wyrzucił
Jej ze serca... Ale cóż?... ci ludzie...