Wojtek Skiba (Fragmenty)/Pieśń I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Dzieła poetyckie Tom 1
Podtytuł Wojtek Skiba (Fragmenty)
Pieśń I
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż. i A, Turkuł)
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

PIEŚŃ I.

I.
On się urodził temu lat trzydzieści,
A może więcej — nie wiem zbyt dokładnie;
Zresztą poemat nie straci na treści,
Choć trochę kiepsko data mi wypadnie;
Przytem, rzecz znana, jest to bardzo ładnie
Trzymać się więcej ogólnie i fakta
Nawet urodzeń przyodziewać zdradnie
Mgłą niepewności, zwłaszcza jeśli akta
Kościelne, jak tu, spłoną, re nondum peracta.

II.
Ten zwrot łaciński, mili czytelnicy,
Ma niby znaczyć, że zanim się zdarzył
On smutny kazus, »wieszcz« w swej mózgownicy
Jeszcze ze stanc tych żadnej nie uprażył,
Jeszcze wogóle wzlatać się nie ważył
Na oskrzydlonym koniku, choć wtedy
Uczuwał wenę już tajną i marzył,
By starczą przeszłość od wężów czeredy
Broniła ta pieśń jego, pieśń Lilli Wenedy.

III.
Ale to dawniej... Dziś choć razem z wami
Nieraz zapłacze na te smutne losy,

Nie jest tej myśli, ażeby wam łzami
Nad tem, co było, a co jako kłosy
Padło, zroszone kroplą krwawej rosy,
Wypełniać serce i w tysiączne skargi,
Które tak rwą się daremnie w niebiosy,
Jęk jeszcze jeden wpleść z swej własnej wargi
I z piersi swej i z bóstwem w smutne pójść zatargi.

IV.
A zaś z swej strony nowe rzucać kwiaty
I nowe blaski na wielką mogiłę,
Za trud uważa, niegodzien zapłaty,
Nawet szkodliwy, gdyż duchy, opiłe
Wonią grobową, tracą rzeźką siłę
I zapadają, jak ci, co haszysze
Chłoną swą piersią trujące, acz miłe,
W bezczynny spokój, w tę zmartwiałą ciszę,
Gdzie sercem tylko lekki wiatr marzeń kołysze.

V.
Przeto darujcie, że w innej osnowy
Zamierza dzisiaj uwikłać was sieci,
Że wam podaje poemat snać nowy,
Dziwnie złożony, o sprzeczności dzieci,
Z waszego złota i waszych rupieci...
A jeśli kiedy żądłem, nakształt gadu,
Żal albo niechęć w piersi waszej wznieci,
Nie w nim, lecz w czasie win szukajcie śladu:
My wszyscy wszak miłości pełni, lecz i jadu...

VI.
Więc się urodził, jak się inne rodzą
Zwierzęta ssące, z ojca no i — z matki;
Tylko pod szczęścia pozłocistą wodzą
Nie otaczały urocze dostatki
Jego kolebki. W chacie, na wzór klatki,
Gdzie kury, gęsi, gnieżdżą się i ludzie,

W powijakowe kładziono go szmatki,
A szorstkość pieluch i garść słomy w brudzie
Od pierwszych chwil poczęły wielkiej przeczyć złudzie.

VII.
I beczał wtedy, tak jak wszystko beczy,
Kiedy je w plecy coś surowo draśnie!
Lecz na cóż o tem... wszak to zwykłe rzeczy,
A najzwyklejsze pośród chłopów właśnie,
Gdzie człek do końca, aż kiedy zagaśnie,
Niby jak świeca, którą los zapalił
W nieszczęsnej chwili, by świeciła jaśnie
Na swe zniszczenie, jest na to, by żalił,
By męczył się i jeszcze kontent, los swój chwalił.

VIII.
Toż i mój Wojtek — takie bowiem imię
Dano mu na chrzcie, w pamięć apostoła,
Co choć snem wiecznym w świętem Gnieźnie drzymie,
Z srebrną infułą u bladego czoła,
Duchem, gdzie chłopska chata i stodoła,
Wnika wesołym, pierwszem słonkiem grzeje,
Pierwsze bociany na topole woła,
Pierwszem się okiem wolnych stawów śmieje
I nowe budzi życie i nowe nadzieje.

IX.
Toż i mój Wojtek od najrańszej doby
Musiał uczuwać, jak bieda nienackiem
Twarde dla niego gotowała żłoby:
Nikt się nie myślał pieścić z nim, jak z cackiem;
Gardziel, gdy płakał, zatykano plackiem,
Który matula upiekła w popiele;
A kiedy chory, w lekarstwie prostackiem
Dalej po radę: gotowano ziele,
Lub czary jakieś babsko zwiędłą wargą miele.

X.
Bo skąd rodzicom, choć, jak wosk, tak miękcy,
Jakieś niezwykłe robić tam zachody,
I skąd się troszczyć zbyt o los dziecięcy,
Kiedy od świtu, gdy zapłonie, młody,
Na cichem niebie skrą srebrnej urody,
Aż do późnego wieczoru, co skarby
Rzuca ostatnie w bezdenną głąb wody,
Trzeba pracować, że się ciało w garby
Przegina, że się twarze lśnią blademi farby.

XI.
Wprawdzie swą chatę mieli i w oborze
Krowę-staruchę i kawałek ziemi,
Gdzie żyto w cichym szumi rozhoworze,
Lub drży pszenica kłosy złocistemi,
Że człek, melodyi tych dźwięki sennemi
Ujęty, chciałby sam się zmienić w żyto,
Lub kłos pszenicy i tak szumieć z niemi,
W zamian za pieśń swą mając słodkie myto:
Te wieńce, które z rosy perłowej uwito.

XII.
Lecz, by utrzymać tę po ojcach schedę,
Co kilka korcy dawała omłotu,
By coś dorobić na starość, na biedę,
I aby dzieci rzucić bez kłopotu,
Gdy przyjdą czasy smutnego odlotu,
Trzeba, dopóki starczy świeżość życia,
I sił nie szczędzić i nie szczędzić potu,
Co z swego źródła, ze swego ukrycia
Rzęsistą spływa kroplą słońcu do wypicia.

XIII.
Więc on, gdy własne obrobił zagony,
Na co zbyt wiele nie poświęcał czasu,
Szedł za zarobkiem w te i w owe strony:

Rankiem, napiwszy żuru się lub kwasu,
Dalej z siekierą do pańskiego lasu;
Albo »na morgi«, skoro przyjdą żniwa,
Z kosą, dzień cały, jak wół, bez popasu;
A kiedy wieczór innych do snu wzywa,
On swoje ścina żyto i w snopki związywa.

XIV.
To znów jesienią do blizkiej cukrowni
Z kobiałką w ręku, okryty kireją;
A tak się pracą rozpala, jak głowni
Kawał płomiennej i zysku nadzieją;
Za nic, choć czasem ludzie się pośmieją:
»Ej! wy Bartoszu, zapewne folwarki
Myślicie posieść; folwarki nie grzeją
Łyżką rosołu i kieliszkiem starki,
Gdy w zimny grób was wpędzi ta praca bez miarki.

XV.
Ani was w karczmie, ani was w mieścinie;
Zawsze zdaleka, jak jaki zaklęty;
A przecież życie nie na to nam płynie,
Aby zaświerzbieć nie miały nas pięty;
Trochę pohulać, mój ty Boże święty!
Trochę się rozgrzać, wszak to nie zaszkodzi;
Gdy człek domiesza pieprzu albo mięty,
Czuje, że krew mu bije jakoś młodziéj,
Że jakiś nowy duch się w starem cielsku rodzi«.

XVI.
»Ha! kto ma na to, niech sobie pohula!
Ja-ć tam nie stary, więc też i bez wódki
Jakoś mi ciepło! a pierzyn do Szmula
Nie myślę nosić, aby zalać smutki;
Skrzynkę zamykam zawsze na trzy kłódki,
Aby pokusa nie brała człowieka

Szastać tem ździebłkiem grosiwa; czas krótki,
A chłopak rośnie, starość niedaleka,
Pójść żebrać? kto wie, jaki los nas jeszcze czeka«.

XVII.
Tak mawiał Bartosz. Ale od zabawy
I on nie stronił, skrzypce on i tany
Lubił; sam czasem zakasał rękawy
I podjął skrzydła niebieskiej sukmany
I »okrągłego«, gdy sąsiad kochany
Żenił synala albo chrzcił córunię...
Rad też, gdy grajek rzępolił pijany,
Rzucał talarka: »Hej! na jednej strunie!
A graj-że mi od ucha, szubrawcze! kołtunie!...«

XVIII.
Lecz ucztowanie takie nazbyt rzadkie,
Ledwie raz na rok. Trudno, chłopskie drogi
Nie są tak kwietne i nie są tak gładkie,
Jak je gotują innym dobre bogi.
Kogo ujęła raz w swój uścisk srogi
Ta nędzna dola, ten, choć znajdzie chwilę
Słodkiego wczasu, rzuca wnet stan błogi
I w trud powraca i w codziennym pyle
Znów kroczy bez wytchnienia ku smutnej mogile.

XIX.
Wszak tu i rozkosz, jak się często zdarza,
Łatwiej popycha w przepaściste ścieki:
Naturę ludzką kałużą znieważa,
Zamiast oczyszczać srebrzystemi rzeki;
Gdy zakosztuje chłop jej raz na leki,
Na zapomnienie biedy i niedoli,
Ileż potrzeba sił mu, by na wieki
Nie wpaść w tę otchłań i, gdy serce boli,
Gdy troska piecze, kończyć w karczmisku z »mankolii«.

XX.
Bartłomiej Skiba, chociaż miękką duszę
I choć miał serce, jak mówią, na dłoni,
Nie wmawiał w siebie: »Dyć, kłopot przyprószę,
Człek, choćby pragnął, trudno się obroni«,
Tylko za pracą uczciwą w pogoni
Szukał lekarstwa na nędzę i troski —
Tak, że gadano: »on za parę koni
Starczy w robocie, z niego chłop śród wioski
Najlepszy — widać, nad nim oko łaski boskiéj«.

XXI.
Ale i ona, matka bohatera
Nieromantycznej tej mojej powieści,
Co jest prawdziwa i taka jest szczera,
Jak owa iskra, co się w sercu mieści
Zwyczajnej chłopki i raz w żar boleści
To znowu w radość jasną się rozpala
I całą duszę, choć na chwilę pieści,
Że cała dusza, jak jeziorna fala,
Drży, szumiąc i w złociste blaski się skrysztala —

XXII.
I ona dzieli zwykłą dolę męża,
Tak, jak przystało prostaczej kobiecie,
Której się rzadziej czepia ślizkość węża,
Niż na tym wielkim, na tym pustym świecie,
Gdzie na swą rękę jedno z stadła plecie
Ze ziół trujących duszne marzeń wieńce,
A drugie złoto swoje rzuca w śmiecie
I czystość serca i wstydu rumieńce:
Oboje smutnej hańby i przesytu jeńce.

XXIII.
Gdy on »na pańskie« albo do fabryki,
I ona z łóżka, nim się zmierzch rozwieje;
Drzazgi w kominku roznieca w płomyki,

W glinianym garnku trochę strawy zgrzeje
Dla niego w drogę; a kiedy wysieje
Całą garść blasków na zagony świata
Olbrzymia zorza, dźwięcznym głosem pieje
»Witaj jutrzenko« i kąty zamiata
I w dzień tak swoją pracę jak w różaniec wplata.

XXIV.
To trza naprawić mężowską koszulę,
To do jeziorka, by wyprać pieluchy,
Kaczętom »rzęsy« nawybierać w mule,
To znowu w pole po karm dla staruchy:
Ściąć trochę trawy i narwać łopuchy;
Czasem w ogrodzie pokręcić się trzeba,
Tutaj coś skopać, tam zlać zagon suchy,
A nawet w żarnach na bochenek chleba
Garść szrótu umleć z żyta, które dały nieba.

XXV.
Nieraz za orkę albo za furmanki
Do gospodarza trza pójść na odrobki,
Więc dziecko w płachtę, w rękę sierp i dzbanki,
I tak odbierać, grabić, wiązać snopki,
Że aż pot ciecze z czoła biednej chłopki...
A Wojtuś w bruździe płacze, aż z płachciska,
Kręcąc się, gołe pokazuje stopki.
Nic to... dopadnie, w piąstkę kromkę wciska
I znów powrósło w rękę, sierp albo grabiska.

XXVI.
Często do miasta, pod sąsiadki bokiem
Pozostawiwszy na łasce dzieciaka,
Z osełką masła lub marchwi tłomokiem,
To z jajek mędlem, jeśli jaka taka
Świeci pogoda, pędzi lotem ptaka:
Często, gdy nagła potrzeb, nawet w słotę;

Wszakże to życie jest, jak płaszcz żebraka,
Wszędzie ma dziury, daje wciąż robotę:
To soli trza, to nici, sukna na kapotę.

XXVII.
Więc się nie dziwcie, że w tej, moi drodzy,
Codziennych zajęć strasznej zawierusze,
Nie mają czasu ludziska ubodzy,
Ażeby chuchać na swych malców dusze.
Przeto tak rosną, jak na polu grusze —
Nikt ich nie pieści, chyba słonko żywe,
Co je w kwieciste naodziewa prósze:
Jak rade wówczas, jak wówczas szczęśliwe!
Lśnią, błyszczą, rozszumiałe w akordy senliwe.

XXVIII.
Zresztą, przyznaję, abyście przypadkiem
O fałsz nie chcieli oskarżać poety,
Że w zmrok was tuli, choć sam słońca świadkiem,
Że nazbyt wiele ciemnych farb z palety
Nabiera swojej i tak wam, niestety!
Maluje życie tylko z smutnej strony,
Kryjąc umyślnie rozkoszne podniety —
Zresztą przyznaję: i tutaj złocony
Poigrał czasem promyk wokół drzew korony.

XXIX.
Zwłaszcza, gdy »tata« umiał już i »nana«
I »papu« cienkim szczebiotać językiem,
Ojciec wieczorem brał go na kolana,
Huśtał i szeptał: »jestem twym konikiem« —
A Wojtuś z śmiechem i dziecięcym krzykiem
Rwał się do góry, chwytał go za szyję
I »wio! wio!« śmigał nad głową biczykiem,
Aż mu w oczęta, jasne jak lilie,
Znużenie swemi wargi ciepłemi się wpije.

XXX.
Wówczas go matuś kładzie w kolebinę
I nachyloną twarz do niego tuli
I »śpij, mój złoty! skarby me jedyne!
Luli, mój synku! mój najdroższy, luli...«
I tak się z sennym pieści i tak czuli
I tak mu nuci: »o mój mocny Boże!«
Aż w sen się skleją i oczy matuli,
Aż nad kołyską i ją trud przemoże,
By znów ją ze snu zbudzić, zanim jeszcze zorze

XXXI.
Zalśnią czerwone na lipcowem niebie,
Nim blaski rana, nakształt złotych pszczółek,
Wypoczną rojem na kwiecistej glebie
I pierwsze rosy spiją z świeżych ziółek,
Zanim się w siatkę, pełną kraśnych kółek,
Przemieni woda, którą wietrzyk lekki
Wzrusza, gdy nocny rzuciwszy przytułek,
Idzie się z bratem porankiem, na wieki
Połączon z nim tak wiernie, wykąpać śród rzeki.

XXXII.
O blaski złote! o ogniste blaski!
O ty godzino promiennego wschodu,
Czysta, jak one pierwocin obrazki —
Pierwocin życia, bez chmury zawodu,
Bez tych oddechów zabójczego chłodu,
Które z północy luty wiew przywiewa...
O złote blaski! jak się serce z młodu
Tem waszem ciepłem rozkosznie rozgrzewa,
By wcześnie się wyziębić i zginąć, jak plewa.

XXXIII.
Kiedy podrastał mój bohater mały,
Już-ci mu przyszło zaprządz się do woza
Zwyczajnej pracy: z poranku, ospały,

W pole na sporym kawale powroza
Prowadził krowę tam, gdzie szumi łoza,
Gdzie się tatarak we wądolcu chwieje,
Albo na lasu kraj, gdzie tomentoza
Rozwitym kwiatem z zarośli się śmieje
I rani drobne palce, że aż krew się leje...

XXXIV.
To na przyrowki i na te przydroża,
Gdzie ot! w słoneczku tak się złocą mlecze,
Jak ona w duszy myśl o szczęściu hoża,
Z swą się »staruchą« pomalutku wlecze.
A kiedy słońce nazbyt w główkę piecze,
Popuszcza bydlę, siada pod topolą
Albo pod żytem, nim je kosa zsiecze,
Kraśne paznogcie obrywa kąkolom,
Lub słucha, jak szum leci gdzieś za bożą wolą...

XXXV.
Nieraz z podziwu aż otwiera usta,
Tak go ogarnia ciężki szelest kłosów;
I okolica przed chwileczką pusta,
Dźwiękiem nieznanych wypełnia się głosów;
Skąd one płyną? czy z jasnych niebiosów,
Na których białe pasą się owieczki,
Ba! dużo bielsze, niż one ze wrzosów
Młode jagniaki gospodarza Sieczki —
Z pewnością mają wszystkie u karków dzwoneczki...

XXXVI.
Kiedy pod wieczór wróci do chałupy,
Krowę przywiąże na noc do koryta,
Gdy jej podłoży liści ze dwie kupy,
Tak się matusi zaraz cwałem pyta,
»Przez co się dzieje, że wej! one żyta
Jak zaczną szumieć«, powiada, »to z niemi,

Niby jakowaś kapela ukryta,
Gra coś na niebie i na całej ziemi
Też buczy« — tak jej mówi z oczy świecącemi...

XXXVII.
A matuś na to uśmiechnie się szczerze
I ciekawemu tłomaczy chłopczynie,
Że to Pan Jezus otwarł złote dźwierze
Hen! tam u góry, w niebieskiej krainie;
Że to anioły tak grają, aż płynie
Dźwięk ten na ziemię, gwoli chwały bożéj
I gwoli dusz tych, co w jednej godzinie
Tysiącem spieszą ku wieczystej zorzy,
Rzucając nędzne ciało, które w grób się złoży.

XXXVIII.
Gdy główka spocznie na poduszce w kratki,
Gdy się pierzynką przykryje »cycową«,
Tak one dusze i anioły matki
Naraz mu skrzydłem trzepocą nad głową,
Wszystkie bieluśkie, jakby je kto w nową
Przybrał koszulkę, niby w jego własną,
Którą mu z wolą kupiła ojcową
Matuś na targu ze wstążeczką krasną:
Ba! wyrósł z tej dawniejszej — już mu jest za ciasną!

XXXIX.
Wręcz mu się widzi, że izbę caluśką
Wypełnia ciche bożych duchów granie,
Lecz jeszcze milsze, niż wczoraj, gdy z »muśką«
Tak się wsłuchiwał przy tym żytnim łanie,
Toć na postronka nie zważa targanie,
Gdy gdzieś w lucernę ciągnie go starucha,
Że wszystkie prośby tam na nic i łkanie —
Tylko spokojnie tak słucha i słucha
I sam się bodaj zmienia w niebieskiego ducha.

XL.
Nieraz na polu, gdy, skulony, marzy
Na jakiej ścieżce, zarosłej krwawnikiem
I oną trawą, co w wietrze się waży
W tę i w tę stronę, upstrzona bezlikiem
Jaskrów złocistych; albo nad strumykiem,
Co przez sitowie sączy i rogoże,
Gdy sobie siędzie, za »pasikonikiem«
Goniąc oczyma, słodki sen go zmoże,
A wtedy źle się dzieje, ratuj, Panie Boże!...

XLI.
Wtedy postronek z ręki mu wypada,
Bydlak niecnota pędzi w cudzą szkodę,
Nie zważa na nic: z żyta kłos objada,
Że aż mu rośnie brzuch w prawdziwą kłodę;
Wtedy to sąsiad, jak to mówią, wodę
Czuje na wargach ze złości i leci
Aby nauczyć niebożątko młode
Trochę rozumu — trzeba chować dzieci:
Tak bije, aż się w oczach Wojtkowi zaświeci.

XLII.
Lecz chłopaczysko, zbudzony z marzenia
Tak bezlitośnie, mrugnie okiem prawem,
Coś się otrząśnie, poprawi odzienia
I łzy obetrze podartym rękawem;
Spojrzy na żyto, co w świetle złotawem
Mieni się całe i za krówskiem daléj;
Choćby mu pewnie biegła krew upławem,
Teżby nie było inaczej; ze stali
Wzdyć nie był, lecz się jednak przed nikim nie żali.

XLIII.
Nie robił tego z jakiejś tam zasady
Filozoficznej, za wielkim był na to
Jeszcze smarkaczem; jeszcze nie znał rady,

Którą podawał zapaleńcom Kato,
Że gdy się spotkasz choć z największą stratą,
Znoś ją spokojnie; rezygnacya wzniosła,
Która za trudy darzy cię zapłatą
W złocistem niebie, zmieniając cię w posła
Ewangelicznej prawdy, w kwiat w nim nie wyrosła.

XLIV.
Po prostu z tej się nie skarżył przyczyny,
Że nie miał przed kim; matka, by się wrzaskiem
Dzieciaka zająć, nie miała godziny
Wolnego czasu, a zresztą niesnaskiem
Nie chce się z starym poróżnić Karaskiem:
Nieraz jej tłómok zabierze do miasta;
Tatuś to jeszcze poprawiłby paskiem,
Lub do kościoła, choć się malec szasta,
Nie zabrałby: »siedź w domu«, rzekłby, »no i basta!«

XLV.
Zaś do kościoła, gdy przyjdzie niedziela,
Lub jakieś święto wioszczynę odświeży,
Wojtuś, jak iskra: uszczknie trochę ziela
Za kapelusik, w lusterku się zmierzy,
Czy mu kołnierzyk jako-tako leży;
Podciągnie spodni, czuprynę przygładzi,
Potartą masłem niesłonem; z odzieży —
Sukmanki ciemnej — strzepnie kurz i sadzi,
Aż »starzy« się uśmiechną, strojnisiowi radzi.

XLVI.
I w domu bożym zachować się umie;
Gdzie tego trzeba, przyklęknie przykładnie —
Ano-ć zgorszenia w tym pobożnym tłumie
Niby nie daje; tylko kiedy wpadnie
Proboszcz z ambony na ludek, że kradnie,
Że cudzołoży, zabija — choć o tem

Nikt tu nie słyszał — że pokusa, zdradnie
Zdobna w jedwabie i oblana złotem,
Otwiera piekło cicho, nie z głośnym łoskotem —

XLVII.
Kiedy ta mądra oracya księdza
Korne prostaczki do ryku poruszy
I z serc skruszonych szatany wypędza,
Których zbyt wiele ponoć w chłopskiej duszy;
Kiedy się kapłan tak od gniewu puszy,
Co świętym ogniem zlewa dwa księżyce
I kark grubawy aż po same uszy,
Memu Wojtkowi jakoś się źrenice
Nie świecą, łzy, jak groszek, nie cieką na lice.

XLVIII.
Toć nie dziwota: nazbyt młody jeszcze,
Aby słów Pańskich mógł przeniknąć głębie
I uczuć w sobie one silne dreszcze,
Że człek się trzęsie, jak ów liść na dębie,
Albo jak wróbel, gdy szpony jastrzębie
Ujrzy za sobą śród szlaków powietrznych,
Napróżno patrząc, czy w jakie nadzrębie
Nie wciśnie szyi do schronów bezpiecznych,
Miast dać ją, Bóg wie za co, do szpon krwawosiecznych.

XLIX.
Natomiast komża, bielutka, jak mleko,
I wstęga jasna, co po komży spływa;
One zapachy, co z kadzideł cieką
I tak się kłębią, jakby jaka grzywa;
Organ, co z jękiem i lękiem wygrywa
Na chwałę bożą te pieśni prostacze,
Aż siedmioraki miecz serce przeszywa,
Że serce bodaj łzy krwawemi płacze
Na żal biednego ludu, na ludu rozpacze —

L.
Nawet słów obcych niezwyczajne tony,
Które naprzemian z starym organistą
Ksiądz wyśpiewuje, do ludu zwrócony,
Czarem w Wojtusia płyną duszę czystą,
Aż oczy jego biorą barwę szklistą,
A one wargi, co przed chwilą drżały,
Strojne w koralu prześwieżość ognistą,
Są, jako róży kielich skamieniały:
Zaklęły w nich zdrowaśkę łacińskie hejnały...

LI.
Wróciwszy do dom, już-ci zaraz duchem,
Ledwie, że gębę po obiedzie zmyje,
Nakrywa plecy matczynym fartuchem
I pas ojcowy przewiesza przez szyję,
I po dziadusiu, co dawno nie żyje,
Wziąwszy »Nowennę«, częstochowską księgę,
Wręcz po »łacińsku« śpiewa litanie,
Że snać wyśpiewa całą płuc potęgę,
Prawdziwie, jak ksiądz, strojny w ornat i we wstęgę.

LII.
Stąd też rodzice, patrząc na synalka,
Śmieją się w duszy, jakby złotu radzi:
»Wiesz ty«, powiada stary, »wiesz, Rozalka,
Na chwałę bożą służyć nie zawadzi;
Pamięta, mówią, Bóg o swej czeladzi,
Znać, że chłopaka ku temu już stworzył;
Toć na majątek człek się tam nie sadzi,
Lecz gdyby kupkę niewielką też złożył,
Sam Bóg wie, jakiej jeszcze pociechy-by dożył...

LIII.
Wszak umiesz czytać, nie lękaj się znoju
I weź Wojtusia, choćby tak na próbę —
Ja bo do tego nie mam już spokoju;

Może i pisać — me ręce za grube;
Poucz, niech wyjdzie rodzinie na chlubę;
Gdy pójdzie dobrze, to człek jeszcze zdrowy;
A zresztą dałbym całą nawet hubę,
Byle coś było... dyć i ksiądz z Olchowy
Z biednego ponoć stanu — też-ci pasał krowy...«

LIV.
Tak sobie nieraz przekładają »starzy«,
Siedząc w izdebce lub wracając z pola...
Bartosz już naprzód w głowie sobie waży,
Jaka to szczęsna będzie kiedyś dola,
Gdy tak z ambony... anoć boża wola
Niby we wszystkiem... Panie, broń od pychy...
Lecz jak to ładnie... tsia! niech pójdzie rola,
Niech pójdzie chata!... człowiek umrze cichy,
Gdy ujrzy, że syn jego to nie prostak lichy.

LV.
I matuś na to zaraz jak na lato,
Do cnej roboty zabierze się skora;
Gdy przyjdzie z pola, poskromi się z chatą,
Zajrzy, czy w dobrym porządku obora —
Jak tam wypadnie: z południa, z wieczora
Daje chłopczynie »alamentarz« w rękę
I, nachylona, z głoskami się pora
I »a-a, be-be«, śpiewną pocznie mękę,
I Wojtuś »a-a, be-be« powtarza piosenkę.

LVI.
O wieku złoty! niepowrotne czasy!
Jakim wy dziwnym oblane urokiem,
Jakież wy pełne przecudownej krasy!
Kiedy pod matki uwielbianej okiem
Stajemy pierwszym, chwiejącym się krokiem
Na onej drodze, co się cierniem ściele!...

O wieku złoty! dzisiaj łez potokiem
Zlewamy szczęścia niedokwitłe ziele.
Żar przygasł, serce zwiędło, trud zabrał wesele!...

LVII.
Wnet się matczyne skończyły zasoby,
Wojtuś już przeszedł elementarz cały,
Więc znowu stary rzecze jednej doby:
»Pewnie-ć, kobieto, ten »gieszeft« za mały,
Trzeba coś więcej; z folwarku słyszały
Też o Wojtusiu panienki: »godzinę«,
Mówią, też rade-by chłopczysku dały...
Nie chcemy darmo... masła osełczynę —
Lub czasem coś się zrobi — toć przecie nie zginę...«

LVIII.
I tak na dalszą szedł Wosio naukę,
Choć nie do dworu, jednak dworu blizko:
Gorzelniczanki ponoć znały sztukę,
O jakiej żadne nie marzy chłopisko;
Były »we szkołach«, widziały ognisko,
W którem się prostak na mędrca przetopi,
Jak na stal świetną zwykłe żelazisko;
Przytem, mówili chłopi i niechłopi,
Obyczaj u nich święty, zła nikt nie wytropi...

LIX.
Już do kościoła, na mszę czy różaniec,
Oweć panienki szły zawsze przykładnie,
Że ksiądz, wiedziały, boży pomazaniec
I że się umie zaczesywać ładnie,
Gdy państwo we świat, jak nieraz wypadnie,
One przed ołtarz w kolatorskie ławy —
Zawszeć pańskiego miały też coś na dnie:
Matka po hrabi czy księciu; tej sprawy
Nikt pewnieby nie zbadał, Boże mój łaskawy!

LX.
Były niczego te gorzelniczanki,
Czy ekonomskie córy, zbyt nie pomnę;
Co do figury, już-ci jak dwa dzbanki
Greckiego kunstu; przytem bardzo skromne,
Chociaż z pod rzęsy źrenice ogromne
Takie ci w serce zapuszczały miecze,
Że gdyby były twe zasady złomne,
Byłbyś był musiał sobie rzec: człowiecze!
Patrz! wpadłeś aż po uszy — któż cię stąd wywlecze?!

LXI.
Lubiły bardzo grywać na gitarze —
Był to instrument w owych czasach modny —
I, co z tem zawsze zwykło chodzić w parze,
Śpiewały przytem, choć nie zawsze zgodny
Bywał ich akord... We wieczór, acz chłodny,
Szły przede dworek i, zwracając oczy
Ku księżycowi, jak gdyby był głodny,
Hymn na wieczerzę słały mu uroczy,
A smętny, aż im samym nieraz łza się stoczy.

LXII.
Często bywało, matula przez okno,
Gdy miesiąc skrył się i wieczór był dżdżysty,
»Dziewczęta«, woła, »toć wam łby pomokną,
Chyba was szatan opętał nieczysty,
Żeby tak kusić«. One: »promienisty
Tak nas opętał księżyc, co przyświeca,
Do serc nam czułych lejąc zdrój srebrzysty,
Tyś prozaiczna, on cię nie zachwyca
Lecz my, o mamo! tęsknim, tęsknim do księżyca«.

LXIII.
I tak tęskniły miesiąc za miesiącem,
Aż po wsi całej baby w głos zapieją:
»Dziwne się rzeczy działy już pod słońcem,

Lecz dyć nie takie, jak się dzisiaj dzieją.
Jeszcze dni kilka niech przejdzie koleją,
A dwie kurzyce takie jaja zniosą,
Że...« i znacząco z sobą się pośmieją
I »sza!« poszepcą: »oj, siewały rosą
I z rosą będą sprzątać, Bóg dał ziarna kłosom!...«

LXIV.
Nareszcie przyszło proroctw rozwiązanie,
Lecz z takich sprzętów nie zawsze wesele,
O, i nie zawsze takie żniwobranie
Przychodzą zapić drodzy przyjaciele,
Matula piskiem, jak organ w kościele
Źle nastrojony: »a skąd takie sprzęty?«
Perzy się, sapie i językiem miele,
A one cicho: »ten wieczór przeklęty!«
A głośno: »to był księżyc, mamo, lub — duch święty«.

LXV.
To był duch święty... Chłop, jak dębczak, młody,
Kuba Józwowej stawał w te wieczory
Tuż wedle domku za płotem i zgody
Ze swojem wnętrzem nie miał od tej pory.
Gdy się nachylał, aby przez otwory
Zobaczyć twarz ich, księżycem oblaną,
Czuł jakąś słabość, zdawał się być chory,
Jakoś mu dziwnie gięło się kolano,
Jak żyto, gdy je rosa zacznie płukać rano.

LXVI.
»Ej, roso! roso! tyś już niejednemu
Wyżarła oczy; nie wiem, co też ze mną
Stało się dzisiaj!« Tak on miesięcznemu
Skarżył się światłu w pewną noc przyjemną,
Troszeczkę jasną, a troszeczkę ciemną,
Jak zwykle bywa, gdy włosy srebrzane

Na poły księżyc był obciął, w nadziemną
Idąc pokutę, zwłaszcza, gdy rozwiane
Rozpoczną nucić trele wiotkie gorzelniane.

LXVII.
A zatem nie dziw, że te smutne tony
W sentymentalnem ozwały się echu
I w duchu chłopa. Ten duch, acz zbiedzony,
Będzie to gładkim paniczom do śmiechu —
Nie zawsze chrzęści, jak gdyby był w miechu,
Często ma odgłos dźwięczny, jasny, równy,
Często swawolny, bez obawy grzechu,
A że dziś trochę był za tęsknomówny,
Gorzelniczanki winne, czy ekonomówny.

LXVIII.
Te siedmiorzędne moje bohaterki,
Czując, że chłopskie wzdychania za płotem
Nie są tęsknicą za kawałkiem szperki,
Uznały nagle, że im serce młotem
Podwójnym bije, raz za światłem złotem,
A raz za Kubą; i chcąc rzecz tę sprzeczną
Jakoś załatwić, osądziły lotem:
Z nim razem można wejść na drogę mleczną
Marzenia i tak prześnić ach!... ach!... dobę wieczną.

LXIX.
Więc w stronę Kuby, co stał bezjęzyczny,
Jak gdyby czegoś się bardzo zatrwożył,
Wyjękną naraz: »chodź tu, chodź! nasz śliczny;
Bodajeś z nami razem szczęścia dożył!«
Z jękiem się akord, jak wulkan, nasrożył
Lub jako morza bałwany spienione...
Wtem znów im księżyc, wypłynąwszy, złożył
Swe blade ręce na piersi wzburzone
I tony już spokojne zwrócił w Kuby stronę.

LXX.
On rósł, jak gdyby rozparły go młodzie
I, wytrzeźwiony swych pragnień wynikiem
Niespodziewanym, rzekł: »A nie tu w ogrodzie,
Ta, to, panienki, lepiej za chlewikiem.
Ojczulo mawiał — świeć nad nieboszczykiem,
Panie, wieczyście — ja sam kupię łoju
Na cztery świeczki — mawiał: — dyć też smykiem
Nie bądź ty, Kuba, a jeno w spokoju
Kobiety zawsze szukaj i szczęścia przy gnoju.

LXXI.
I prawdę mawiał: z prostego pachołka
Na bogatego wyrósł gospodarza
I nie zadłużył się nigdy u Wołka,
Jak się to dzisiaj we wsi często zdarza;
O tak, panienki! Wczoraj u młynarza
To ci dwie krowy sprzedali, choć żniwa
Były mu plenne... widać, tak nie zważa,
Jak mój tatulo, na gnój, który, bywa,
I w gębę brał — toż dla mnie zostawił grosiwa...«

LXXII.
Ano z początku dziwną mi się zdała
Ta gospodarna, przemądra oracya;
Jedna i druga na swem ciele drżała,
Jak wieszcz, gdy tłusta minie go kolacya.
I ta miłosna szybko pertrakcya
Byłaby poszła, jak mówią, za płoty,
Gdy w tem odważna odkryła Audacja,
Że to jest objaw wieśniaczej prostoty,
Że za tą szorstką skórą duch miękki i złoty.

LXXIII.
I w uniesieniu zawołały razem:
O najmilejszy! o ty Kubo prosty!
Ty jesteś dla nas księżyca obrazem,

Pójdziemy chętnie przez rowy i osty,
Nie uważając na krew i na chłosty,
Gdzie nas powiedzie twa postać nadobna...
A on im na to: »dyć, ja wolę mosty,
Tak leźć przez rowy, to podróż chorobna,
I potem też tak razem — toć lepiej z osobna...«

LXXIV.
Snać przekonały mądre argumenta
Czułe siostrzycki — od tej bowiem chwili
Jakoś się wspólnie nie czulą bliźnięta,
Jedna i druga osobno się mili —
»Dokąd Audasiu?« »Ach! tam słowik kwili
I księżyc świeci! idę do słowika«.
Potem wróciwszy, nucąc: la! la! li! li!
»Dokąd Tenasiu?...« »patrz, jak księżyc znika,
Nim zniknie, chcę się zagrzać u jego promyka!...«

LXXV.
I tak się grzały... Lecz dla Wosia mego
Nie jeden ptak się z tej sprawy wypierzył:
Rodzice malca, widać, dobrze strzegą,
Więc, gdy się rozgłos po wiosce rozszerzył,
Że siak i owak z pannami, nie wierzył
Z początku Skiba, że panny pobożne,
Którym sam Pan Bóg tyle łask odmierzył,
Na takie mogły wejść manowce zdrożne —
Lecz potem go o syna zdjęły myśli trwożne.

LXXVI.
Trza było innej szukać szkoły ....
.............


Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.