Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/405

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
299
WOJTEK SKIBA

Wszakże to życie jest, jak płaszcz żebraka,
Wszędzie ma dziury, daje wciąż robotę:
To soli trza, to nici, sukna na kapotę.

XXVII.
Więc się nie dziwcie, że w tej, moi drodzy,
Codziennych zajęć strasznej zawierusze,
Nie mają czasu ludziska ubodzy,
Ażeby chuchać na swych malców dusze.
Przeto tak rosną, jak na polu grusze —
Nikt ich nie pieści, chyba słonko żywe,
Co je w kwieciste naodziewa prósze:
Jak rade wówczas, jak wówczas szczęśliwe!
Lśnią, błyszczą, rozszumiałe w akordy senliwe.

XXVIII.
Zresztą, przyznaję, abyście przypadkiem
O fałsz nie chcieli oskarżać poety,
Że w zmrok was tuli, choć sam słońca świadkiem,
Że nazbyt wiele ciemnych farb z palety
Nabiera swojej i tak wam, niestety!
Maluje życie tylko z smutnej strony,
Kryjąc umyślnie rozkoszne podniety —
Zresztą przyznaję: i tutaj złocony
Poigrał czasem promyk wokół drzew korony.

XXIX.
Zwłaszcza, gdy »tata« umiał już i »nana«
I »papu« cienkim szczebiotać językiem,
Ojciec wieczorem brał go na kolana,
Huśtał i szeptał: »jestem twym konikiem« —
A Wojtuś z śmiechem i dziecięcym krzykiem
Rwał się do góry, chwytał go za szyję
I »wio! wio!« śmigał nad głową biczykiem,
Aż mu w oczęta, jasne jak lilie,
Znużenie swemi wargi ciepłemi się wpije.