Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/404

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
298
JAN KASPROWICZ

W glinianym garnku trochę strawy zgrzeje
Dla niego w drogę; a kiedy wysieje
Całą garść blasków na zagony świata
Olbrzymia zorza, dźwięcznym głosem pieje
»Witaj jutrzenko« i kąty zamiata
I w dzień tak swoją pracę jak w różaniec wplata.

XXIV.
To trza naprawić mężowską koszulę,
To do jeziorka, by wyprać pieluchy,
Kaczętom »rzęsy« nawybierać w mule,
To znowu w pole po karm dla staruchy:
Ściąć trochę trawy i narwać łopuchy;
Czasem w ogrodzie pokręcić się trzeba,
Tutaj coś skopać, tam zlać zagon suchy,
A nawet w żarnach na bochenek chleba
Garść szrótu umleć z żyta, które dały nieba.

XXV.
Nieraz za orkę albo za furmanki
Do gospodarza trza pójść na odrobki,
Więc dziecko w płachtę, w rękę sierp i dzbanki,
I tak odbierać, grabić, wiązać snopki,
Że aż pot ciecze z czoła biednej chłopki...
A Wojtuś w bruździe płacze, aż z płachciska,
Kręcąc się, gołe pokazuje stopki.
Nic to... dopadnie, w piąstkę kromkę wciska
I znów powrósło w rękę, sierp albo grabiska.

XXVI.
Często do miasta, pod sąsiadki bokiem
Pozostawiwszy na łasce dzieciaka,
Z osełką masła lub marchwi tłomokiem,
To z jajek mędlem, jeśli jaka taka
Świeci pogoda, pędzi lotem ptaka:
Często, gdy nagła potrzeb, nawet w słotę;