Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/406

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
300
JAN KASPROWICZ

XXX.
Wówczas go matuś kładzie w kolebinę
I nachyloną twarz do niego tuli
I »śpij, mój złoty! skarby me jedyne!
Luli, mój synku! mój najdroższy, luli...«
I tak się z sennym pieści i tak czuli
I tak mu nuci: »o mój mocny Boże!«
Aż w sen się skleją i oczy matuli,
Aż nad kołyską i ją trud przemoże,
By znów ją ze snu zbudzić, zanim jeszcze zorze

XXXI.
Zalśnią czerwone na lipcowem niebie,
Nim blaski rana, nakształt złotych pszczółek,
Wypoczną rojem na kwiecistej glebie
I pierwsze rosy spiją z świeżych ziółek,
Zanim się w siatkę, pełną kraśnych kółek,
Przemieni woda, którą wietrzyk lekki
Wzrusza, gdy nocny rzuciwszy przytułek,
Idzie się z bratem porankiem, na wieki
Połączon z nim tak wiernie, wykąpać śród rzeki.

XXXII.
O blaski złote! o ogniste blaski!
O ty godzino promiennego wschodu,
Czysta, jak one pierwocin obrazki —
Pierwocin życia, bez chmury zawodu,
Bez tych oddechów zabójczego chłodu,
Które z północy luty wiew przywiewa...
O złote blaski! jak się serce z młodu
Tem waszem ciepłem rozkosznie rozgrzewa,
By wcześnie się wyziębić i zginąć, jak plewa.

XXXIII.
Kiedy podrastał mój bohater mały,
Już-ci mu przyszło zaprządz się do woza
Zwyczajnej pracy: z poranku, ospały,